Sponad brody wyglądał na kartki powstającej książki. Czuł dziwaczne odrealnienie, zdawało mu się, że patrzy na tekst jak przez mgłę. Litery same układały się w wyrazy, a te w zdania. Gdzieś na granicy świadomości zadawał sobie pytanie: czy to rzeczywiście ja piszę? Nie potrafił przerwać. Pisał jak opętany. Tak, jakby jakaś siła wyższa kazała mu to robić, a on był zbyt słaby, żeby ją powstrzymać. Instynktownie czuł, że tekst ma się ku końcowi, choć nie przypominał sobie, żeby myśli przelane na papier były jego. Owszem, niektóre z tych przemyśleń zdecydowanie należały do niego, ale w całości zdawały się jakieś dziwne, obce.

Karol Marks postawił ostatnią kropkę. Pan Engels powinien być zadowolony, chyba o to mu chodziło, pomyślał. Uśmiechnął się do siebie, bo zdał sobie sprawę, że właśnie poczuł się wolny. W jakiś sposób czuł ulgę. Nie musiał już pisać. Dziwaczne dzieło wprowadzało go w niepokój, jakby ulatniała się z niego jakaś magia. Szczęśliwie, racjonalny umysł odrzucał tego typu prymitywne wierzenia. Nawet jeśli bóg istniał, to nie bawił się w takie rzeczy jak książki. Przynajmniej już nie. Poza tym, Marks czuł się dumny ze swojego dzieła. Pełen pychy, oddał swój twór do oceny sponsorowi i jednocześnie współautorowi książki. „Manifest komunistyczny” – tak nazwał swoje dzieło.

*******

Lucyfer usiadł na swoim tronie, otoczony wszelkiej maści nieziemskimi obrzydliwościami. Był wyraźnie zadowolony.

– Panie, z czego się tak cieszysz? – zapytał jeden z jego rogatych podwładnych, mieszkańców piekielnej sfery.

– Dziś dokonałem opętania – powiedział z uśmiechem.

– A jakiegoż to? – zapytał z zaciekawieniem inny. Na pierwszy rzut oka wydawało się, że jego głowę pokrywa warstwa robali, tak naprawdę była to po prostu twarz.

– Otóż to wszedłem w ciało śmiertelnika i stworzyłem coś, co na zawsze zmieni oblicze świata – Król demonów nie mógłby się nie pochwalić.

– W czym, więc tkwi geniusz Pańskiego planu? – dopytywały się demony.

– Otóż jego ręką i głową napisałem książkę, która pochłonie miliony istnień, a pozostałych doprowadzi do demoralizacji. Ten dureń myśli, że to on pisał, ale to ja wydawałem rozkazy jego palcom. Pewnie jest dumny, ale ten twór jak rak będzie zżerał żyjące istoty jeszcze przez najbliższe wieki, a zbłąkane duszyczki nawet nie będą tego świadome. Odwrócą się od twórcy i nieświadomie pójdą do nas, wierząc w to, że tworzą nowy, lepszy świat. Nie będą nawet wiedzieli, że oddają mi hołd. Będą pod moją władzą. Moją! – tutaj władca piekieł zaryczał donośnym śmiechem, który odbił się potwornym echem po ciemnych ścianach sali tronowej. Po czym dodał jakby do siebie:

– Pomyśleć, że za kilkaset lat będą wierzyli w to, że opętania to obracanie głowy, krzyczenie w dziwnych językach i skakanie po ścianach.