Obrazki

– Gdzie zamierzasz to wszystko przechowywać? – zapytał Bartek.

Nadal mieszkał wraz ze swoim kumplem ze studiów, pomimo tego, że ukończyli je już lata wcześniej. Mimo wszystko obu chłopakom żal było opuszczać informatyczną jaskinię jaką sobie urządzili. Ich dziewczyny patrzyły ze wstrętem na walające się dyski zewnętrzne, routery i wszelkiego rodzaju gadżety. Chłopcy doskonale zdawali sobie sprawę z tego, jak one to widzą i z tym większą nostalgią myśleli o życiu w pajęczej sieci utkanej z ethernetowych kabli. Mieszkanie wyglądało na zagracone, jednak lokatorzy zdawali się tego nie zauważać.

– Zobacz, tego nie będzie tak dużo. Pamiętasz rozdzielczość tysiąc dwadzieścia cztery na siedemset pięćdziesiąt sześć? Taką rozdzielczość miał twój stary netbook, ten wiesz, z prockiem atoma – tłumaczył Michał. Wyciągnął kalkulator z szuflady i zaczynał mnożyć. – To daje siedemset siedemdziesiąt cztery tysiące sto czterdzieści cztery piksele. Kolory w ergiebe opisuje się wzorem dwieście pięćdziesiąt pięć do trzeciej. Mnożąc to, wszystko daje nam dwanaście bilionów osiemset trzydzieści sześć miliardów trzysta siedemdziesiąt jeden milionów dziewięćset sześćdziesiąt osiem tysięcy. W skrócie trzynaście pentabajtów przy maksymalnym zużyciu, a teraz spójrz.

Michał podniósł dysk leżący na blacie i skierował wygrawerowany na wierzchu napis w stronę Bartka. Na obudowie dysku HDD widniał napis 24PB.

– Drogi był? – z ust Bartka padło pytanie, widać było, że jest zazdrosny.

– Szedł tu dwa miesiące z Chin – odpowiedział z zamyśleniem Michał. – W chuj drogi, poszły dwie pensje.

– Jak to zamierzasz zrobić? – zapytał Bartek. – I po co to właściwie robisz?

– Nie wiem, może to jakieś religijne powołanie, zobaczyć wszystko. Wyobrażasz to sobie? Piszę prosty skrypt, który utworzy wszystkie możliwe kombinacje obrazków. Nawet z moim sprzętem zajmie to miesiące.

– Ale wiesz, że dziewięćdziesiąt dziewięć procent tych obrazków to będzie nic nieznaczące gówno? – przerwał mu Bartek.

– Nawet dziewięćdziesiąt dziewięć przecinek dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć. Zastanawiałem się nad skryptem, który kasowałby zbyt podobne do siebie obrazki, ale dochodzę do wniosku, że skrypt może się mylić i wyrzucać coś, co może być warte uwagi, jeśli na każdy obrazek poświęcę sekundę zajmie mi to, jak liczyłem, marne sześćdziesiąt tysięcy lat. Będę to robił, póki mi się nie znudzi, może trafię na coś ciekawego, jak na przykład obrazek przedstawiający naszą aktualną rozmowę, gdzie zamiast komputerów są głowy koni, ty zamiast nóg masz macki ośmiornicy, mi palą się włosy, a zza okna patrzy na nas hybryda twojej matki, owcy i hydry z Herkulesa – rozmarzył się Michał.

– Jak coś takiego znajdziesz, ustaw mi na tapetę – uśmiechnął się Bartek. – A póki co wychodzę, umówiłem się z Martą. Miłego oglądania obrazków.

Michał spojrzał na komputer, nie mogąc doczekać się wyników. Podłączył dysk do stojącej na biurku, pozbawionej jakiejkolwiek obudowy, jednostki centralnej, a chwilę później był już gotowy do uruchomienia przygotowanego wcześniej skryptu. Nacisnął ikonkę programu. Włączyło się czarne okienko interpretora poleceń cmd. Pojawiły się szare napisy, Michał zminimalizował swój szalony twór, a następnie otworzył zawartość dysku opisanego etykietą „WSZYSTKO”. Michał uznał to za zabawną ironię, że w dysku oznaczonym jako „WSZYSTKO” będzie tak naprawdę wszystko, a właściwie graficzne przedstawienie wszystkiego. Dysk zaledwie po kilku sekundach miał już w sobie tysiące obrazków, większość z nich była jedynie czarna. W miarę jak przesuwał i zmieniał obrazki, pojawiały się kolejne szare punkty, jednak nie można było tego rozpoznać jako cokolwiek, oprócz gwieździstego nieba przesłoniętego rzadkim dymem.

Szalony geniusz postanowił zrobić sobie herbatę. Wiedział, że i tak nigdy nie zobaczy wszystkich obrazków, nie było warto nawet próbować. Liczył na to, że uda mu się znaleźć parę ciekawych, ale nie widział sensu w traceniu czasu na przeglądanie prawie jednokolorowych grafik. Wszedł do kuchni, mechanicznie podnosząc nogę nad ciągnącym się kablem. Nastawił czajnik i popatrzył w okno. Zastanawiał się, czy nie wrócić do komputera i nie patrzeć na obrazki podczas, gdy woda będzie się gotować, ale doszedł do wniosku, że znając siebie siebie, że nie będzie mu się chciało wstawać i iść do kuchni, i w końcu herbaty nie wypije. Miał ochotę na tę herbatę. Zastanawiał się często nad tego typu zachowaniem, czy jeśli nie chce mu się wstać i zrobić sobie herbatę to, czy rzeczywiście ją chce, ale nigdy nie dochodził do żadnej konkluzji w tym filozoficznym przypadku.

Czajnik stuknął, wyłączając się i dając znak, że woda się zagotowała.

Michał złapał za rączkę i zalał wrzątkiem kubek z napisem „CTRL+ALT+DEL” zawierający torebkę. Niektórzy mówili, że nie powinno się tak zalewać herbaty, ale on „miał to w dupie”. Wyjął z szuflady łyżeczkę, nabrał nią cukru z taniej, kupionej w sklepie z chińskim badziewiem cukiernicy i wrzucił do kubka. Wymieszał od niechcenia, chwycił kubek i ruszył w stronę pokoju.
Włączył jeden z obrazków, który powstał zaledwie kilka sekund temu. Nadal był ciemny, jednak miał już więcej różnych kolorów. Zawierał dużo chaotycznie ułożonej czerwieni, w lewym górnym rogu znajdowało się trochę fioletu, gdzieniegdzie prześwitywała zieleń. Informatyk nacisnął strzałkę w prawo, a obrazek zmienił się. Był podobny do poprzedniego, jednak czerwone punkty zaczynały się w coś łączyć. Mózg Michała, działający prawdopodobnie dużo szybciej niż jego komputer, łączył ze sobą kropki w milionach różnych kombinacji na sekundę i gdzieś głęboko w podświadomości wiedział już na, co patrzy, jednak w tym akurat momencie uznał to jedynie za trochę dziwne. Za niepokojący wziął następny obrazek, kiedy czarne scenariusze prowadzone przez jego umysł zaczęły się sprawdzać. Dźwięk przyciskanego klawisza z obrazkiem przedstawiającym strzałkę wycelowaną grotem w prawo. W tym momencie informatyk aż podskoczył. Obrazek był przerażający, dalej nie wiedział, co na nim jest, ale ogarniała go trwoga.

Chłopak nie mógł wiedzieć, co się wydarzy, kiedy następny raz naciśnie strzałkę. Nikt nie miał prawa tego wiedzieć. Absolut zawsze zdawał się nieuchwytny i sprzeczny, wydawał się bardziej kwestią wiary, nienamacalnym pojęciem. Możliwe, że natura stworzyła go przypadkowo, a możliwe, że zostawił go sobie Bóg, jednak Michał dowiedział się właśnie, że w ludzkim umyśle istnieje przycisk awaryjnego wyłączenia.

Kiedy informatyk nacisnął strzałkę ponownie układ kolorystyczny pikseli, wyświetlanych przez ekran monitora zmienił się. Zaledwie ułamek sekundy zajęło świadomości Michała zinterpretowanie tego, co widzi, żeby nadać sygnał do ręki. Było już jednak za późno. Najstraszniejszy widok na świecie wrył się w jego mózg, który starał się zapobiec dalszym uszkodzeniom swoich cennych komórek. Palce Michała odruchowo zacisnęły się na łyżeczce tkwiącej jeszcze w kubku do herbaty. Gwałtownym ruchem ręki, wbił sobie sztuciec w oko, przekręcając z głośnym mlaśnięciem zagłuszanym przez pełen bólu i strachu krzyk. Chłopak darł się w panice i trwodze jak bardzo ciężki przypadek z domu dla obłąkanych, podczas gdy wyrywał sobie łyżeczką do herbaty kolejne oko. Jego mózg odkrył już to, co przeczuwał: co zostało zobaczone, nie może zostać tak łatwo zapomniane, nie wystarczy więcej na to nie patrzeć.

Michał uderzył głową w monitor, potem w biurko. Szarpał się, krzycząc, strącił komputer, na który chwilę później poleciał kubek herbaty. Informatyk rzucał się po pokoju, odbijając się głową od ścian, aż chwilę później zamilkł i zdawało się, że się uspokoił. Po prostu stał, a jego płynące krwią, puste oczodoły wpatrywały się ślepo w białą ścianę. Przez chwilę wydawało się, że będzie tak stać do końca świata, wpatrywać się w ścianę strzępami gałek ocznych wiszących na porozrywanych nerwach. Można było odnieść wrażenie, że zastanawia się nad sensem życia i powoli dociera do niego to, co sobie zrobił: nigdy nie zobaczy wyrazu twarzy swojej ukochanej, pięknej Ani, kiedy uklęknie przed nią i pokaże pierścionek spoczywający teraz w górnej szufladzie. Zdawało się, że Michał myśli o tym, że już nigdy nie zobaczy kwiatów, nie pójdzie do kina, nie będzie mógł programować, straci pracę. Nigdy więcej nie przeczyta książki, nie zagra na komputerze w ulubioną grę czy nie spojrzy na horyzont, stojąc na plaży w ciepły, lipcowy poranek.

Jednak Michał „miał to w dupie”. W jego głowie paliły się wszystkie czerwone lampki i wyła syrena. Umysł zaczynał się wyłączać, a jedyne, co miało jakiekolwiek znaczenie to potworny obraz przeżerający się przez świadomość.

Informatyk zrobił spokojnie dwa kroki w stronę ściany, oparł o nią dłonie i uderzył w nią głową. Każde kolejne uderzenie rozchlapywało krew po białej farbie pokrywającej tynk. Szalony geniusz jak zahipnotyzowany, spokojnymi ruchami bił w ścianę. Przy trzecim uderzeniu rozerwał sobie skórę na czole, przy czternastym czaszka pękła, przy dwudziestym trzecim odłamał się pierwszy, duży fragment kości. Mimo wszystko Michał nie poddawał się w swoim ostatecznym tańcu nawet, kiedy uderzał o ścianę gołym mózgiem, który wgniatał się i odkształcał. Informatyk napierał aż głowa nie oparła się na nadłamanych fragmentach czaszki.

Aż wszystkie lampki zgasły.

Abisalny Poemat

Patrzę na grube krople spadające z nieba, zastanawiając się, co się właściwie stało przez ostatnie kilkanaście minut.

Jeszcze wczoraj byłem normalnym człowiekiem z tymi swoimi banalnymi, śmiesznymi problemami. Któryś z moich kolegów „poetów”, powiedział coś o drugim. Co myśli o mnie moja żona po dziesięciu latach związku lub dlaczego muszę pracować, bo na poezji zarabia się raczej grosze. Dziś już wiem, że to wszystko jest nieistotne. Potworności, które zobaczyłem zmieniły mnie do reszty. Teraz już nawet życie straciło na znaczeniu.

Wszystko zaczęło się od wczorajszego, cotygodniowego spotkania w „Zapisanej kartce”. Tam zwróciłem uwagę na mojego wieloletniego znajomego – Rafała. Był blady i wyglądał zadziwiająco słabo. Zwykle rozmowny i pełen życia, teraz wydawał się wycofany i niepewny siebie. Zapytany o swój dziwny stan przy towarzystwie, starał się wykręcić, opowiadając o bólu brzucha i ogólnym niewyspaniu. Dopiero gdy w cztery oczy zapytałem go o samopoczucie, usłyszałem niewiarygodną historię.

– Piszę poemat – powiedział.

– To ma coś wspólnego z twoim wyglądem? – napomknąłem z niewiarą w głosie. On zawsze pisał jakiś poemat, jednak nigdy nie prezentował się tak źle.

– Przeczytałem satanistyczne traktaty… – Chciał coś dodać, ale się zawahał. Nastąpiła pauza, którą wykorzystałem.

– Biblię szatana? Tę książeczkę dla gimnazjalistów? – ironizowałem.

– Nie, te prawdziwe. Rzekomo mają dziesięć tysięcy lat.

– Kto ci naopowiadał takich bujd? Przecież wtedy nie istniało nawet pismo! – wyśmiałem go.

– Gdybyś je zobaczył… Gdybyś dotknął ich choć przez chwilę… poczułbyś… – tu głos mu się załamał. – Nie powinienem był. – Głos brzmiał jakby jego właściciela dopadł jakiś obłęd.

– Dobrze, rozumiem – uspokoiłem i postanowiłem przestać wyśmiewać. Teraz wiedziałem, że to naprawdę problem. – Ale diabły i te sprawy? Widły, rogi?

– Nie! Zupełnie nie! To nie czerwień! To nie siarka! To ocean, błękit. To demoniczny róż, symbol niezbadanego, niewyjaśnionego! – Wtedy nie rozumiałem co mój przyjaciel ma mi do powiedzenia. Wydawało mi się, że to bzdury. Patrzyłem jedynie na niego, a on jakby pomiarkował się. Nie mniej dał upust swojemu dziwacznemu szaleństwu.

– Piszę poemat – powiedział nagle takim tonem, jakbym dopiero zapytał go dlaczego jest tak blady. – Po przeczytaniu tych demonicznych kartek nie śpię. Koszmary zlewają się z rzeczywistością. Drzwi otwierają się wszędzie gdzie chcą. Pojawia się zło, którego próba choćby opisania wydaje się niemożliwa. „To” każe mi napisać poemat.

Patrzyłem na swojego przyjaciela z mieszanką strachu, współczucia i zażenowania. Nie wiedziałem, czy mogę mu jakoś pomóc, jednak moje dobre serce kazało mi spróbować.

– Myślisz, że zwariowałem, prawda? – wypalił nagle. – Wiesz… Ja też mam taką nadzieję, bo to co widzę przekracza granice logiki i pojęcia rzeczywistości. Udowodnię ci, choć w duszy modlę się o to, żeby mi się to nie udało. Przyjdź do mnie dziś wieczorem.

Tak to wszystko się zaczęło.

Pojawiłem się między siódmą a ósmą na progu domu mojego przyjaciela. Otworzył mi jedynie drzwi i poszedł do swojego gabinetu, gdzie na biurku stał komputer. Usiadł przed nim i kontynuował pisanie, a ja zauważyłem, że wygląda jeszcze gorzej niż rano – jak żywy trup. W kawiarni tego nie zauważyłem, ale teraz wydawało mi się, że schudł kilka kilogramów.

– Chcesz przeczytać? – zapytał nagle. Już nawet jego głos mnie przeraził, brzmiał słabo i pusto. Przyszło mi na myśl dziwne skojarzenie: jakby coś pożerało jego duszę.

Usiadłem na miejscu Rafała i zacząłem czytać, a moje ciało zdawało się czuć, że są to rzeczy, przed którymi należy uciekać. Jednak ja nie poddawałem się swojej biologicznej maszynie. Już pierwsze wersy wciągały, więc czytałem z zapartym tchem, a wszystko dookoła zdawało się jakby szarzeć. Ale to był tylko początek. Chwilę później dostrzegłem w pokoju jakiś ruch. Odwróciłem się. Ujrzałem niewyraźną twarz o kolorze i rysach, których zidentyfikować nie potrafiłem. Jednak było coś, co wydawało się ostrzejsze niż wszystko inne co w życiu widziałem. To były oczy, które wydawały się inkarnacją grozy i koszmaru. Patrzyłem przez chwilę w te makabryczne ślepia, które z jednej strony hipnotyzowały mnie nie pozwalając mi odwrócić wzroku, a z drugiej ich porażający, demoniczny wygląd powodował u mnie samobójcze myśli. Błagałem sam siebie, żeby w końcu ruszyć się, wyzwolić spod okowów tej katatonicznej mocy i udusić się kablem od myszki, albo otworzyć żyły znajdującym się obok nożem do masła. Oceaniczny błękit zaczynał mnie wciągać, gdzieś w swoje dno, którego barwy mógłbym się spodziewać, gdyby mój zamroczony trwogą umysł mógł wykonać jakąkolwiek aktywność. Chciałem wbić sobie w gardło długopis, który leżał obok na biurku, jednak kataleptyczna moc trzymała mnie w swoim żelaznym, nieustępliwym uścisku. Wiedziałem, że nie ruszyłem się z pokoju ani na krok, jednak czułem się jakbym pływał w bezdennym morzu, kilkaset metrów pod powierzchnią wody, otoczony przez krążące w nieprzeniknionej ciemności morskie potwory. Niespodziewanie w tunelu koszmarnej grozy pojawił się jasny, różowy punkt. Wolałem już, żeby ktoś zdzierał ze mnie skórę, niż żebym musiał tego doświadczać. Chciałem krzyczeć! Błagać! Prosić! Ale nie byłem nawet w stanie prosić o łaskę. Czułem, że moja dusza została wyrwana z ciała przez nieopisywalne, demoniczne, prastare zło! Głupi Rafał! Po co bawił się w tak idiotyczne rzeczy? Co go korciło do uwolnienia tej nieskończonej niegodziwości, karmiącej się przerażeniem? Co korciło mnie? Róż zmieszał się z błękitem, otaczając mnie i zamykając w jakiejś niewyobrażalnej, pozawymiarowej klatce. Wiedziałem, że nie jestem już na ziemi. To co mnie otaczało nie było widzialne dla ludzkich oczu, na to patrzyła moja dusza. To nie mogło być boskim stworzeniem. Te potworne, otaczające mnie kolory, których ziemia nigdy nie uświadczyła, zamknięte w samym jądrze piekła, oczekiwały jedynie aż jakiś dureń je wyswobodzi je po to, by później pochłonąć całą ludzkość swoim nienasyconym łaknieniem. Pragnąłem, żeby ktoś wbiegł do pokoju, gdzie na pewno jest moje ciało i strzelił mi w głowę, wtedy moja dusza musiałaby iść na sąd ostateczny. To mogłoby być moim wybawieniem. Tymczasem byłem zamknięty w tej klaustrofobicznej przestrzeni, której granic nawet nie byłem w stanie dostrzec. Barwy zdawały się coś utożsamiać i urzeczywistniać, były jakąś materią, której identyfikacja wydawała mi się niemożliwa. Była jednocześnie płynem, gazem i ciałem stałym. Wydawała się być daleko i jednocześnie blisko. Często zdawało mi się, że jestem uwięziony w sferze, czasem tunelu, że stoję we mgle, chociaż sama przestrzeń wydawała się nie zmieniać. Nagle złożone z ogromnych płyt otoczenie zaczęło ożywać. Dosłownie setki otaczających mnie potępionych barw, niespodziewanie zbliżało się do mnie. Kiedy już znajdowały się przy mnie, rozpoczęły ucztę. Pożerały moją duszę! Bólu nie dało się porównać z jakimkolwiek innym. Natomiast strach i obrzydzenie mi towarzyszące stały się zupełnie inną kwestią. Ogrom emocji zdominował mnie w niemożliwy do opisania sposób. Każde dotknięcie barwnej bestii wydawało mi się dotknięciem żywego ognia. Nieziemskie istoty w dotyku wydawały się przy tym bezgranicznie obrzydliwe, jak jakieś paranoidalne urzeczywistnienie koszmarów arachnofoba. Wydawały przy tym dźwięki tak nieludzkie, że wywołana przez nie groza była nie do opisania. Wolałbym już zostać przepiłowany na pół! Demoniczne barwy pochłaniały moją duszę, a ja tak nagle, jak zostałem porwany, ocknąłem się przed komputerem czytając ostatnią linijkę. Rozejrzałem się po pokoju i z niedowierzaniem dostrzegłem Rafała, a raczej coś, co z niego zostało. Jego tors, głowa i ręce wisiały powieszone na kablu komputerowej myszki, na długiej rurze od kaloryfera. Z rozciętych na nadgarstkach żył kapała jeszcze świeża krew. Na ziemi bezwładnie leżały obcięte, obdarte ze skóry nogi. Na biurku dostrzegłem zakrwawiony nóż do masła. Machinalnie wyjąłem z kieszeni pendrive’a i zgrałem sobie demoniczny poemat.

Nie jestem przerażony tym co spotkało Rafała, a nawet tym, że to samo spotka i mnie kiedy dokończę swój fragment poematu. Przerażało mnie jedynie to, że czułem w sobie pustkę. Wiedziałem już jak wygląda moja cała pośmiertna przyszłość, a malowała się niestety różowo.