Gort Anakur III

Było coś niepokojąco unieszkodliwiającego w jej jasnobłękitnych oczach. Gort zdawał sobie sprawę, że gałki oczne kobiet nie różnią się od męskich. Wiedział to, bo kiedyś trzymał obie w dłoni i nie potrafił ich odróżnić. Jednak spojrzenie dziewczyny nawet u tak bezdusznej istoty jak Gort Anakur wywoływało pewne wahania.

– Proszę, wypuść mnie – powiedziała dziewczyna, która dopiero teraz się ocknęła. Gort bardzo często spotykał się z udawaną naiwnością wśród swoich ofiar. Kiedyś nawet zastanawiał się, dlaczego ludzie udają idiotów w obawie przed dużą dawką bólu, jednak nie potrafił tego zrozumieć.

– W swoim czasie – powiedział stanowczo i spokojnie.

– Nie! Dlaczego!? – krzyknęła uwięziona.

– Jesteś złą osobą – odpowiedział kat, wkładając dziewczynie knebel w usta. – Dla mnie to również nie jest łatwe, ale robię to dla największej wartości, jaka istnieje w moim życiu.

Skrępowana próbowała się wyrywać, jednak wiedziała, że jej próby są skazane na porażkę. Liny zostały fachowo związane niewątpliwie przez kogoś, kto robi to regularnie. Dodatkowe węzły na nadgarstkach i przedramionach, a także na wysokości kostek i ud uniemożliwiały jakąkolwiek próbę ucieczki czy walki. Uwięziona czuła, jak stopy i dłonie drętwieją z powodu braku przepływu krwi.

Dziewczynę ogarniał strach. Spełnił się jeden z koszmarów jej życia – obudziła się w komnacie królewskiego kata Xynthialu. Wiedziała, że stąd nie ma wyjścia. Nikt jeszcze nie wyszedł o zdrowych zmysłach z kamiennej, pozbawionej duszy komnaty, gdzie tuż nad podłogą wiecznie unosiła się woń krwi. Do tego zapomnianego przez samego Ethnu miejsca nigdy nie docierało światło, a pochodnie świeciły niezwykle słabo, tworząc pełen grozy półmrok. Na murach wypisane były znamiona smutku i cierpienia, jakie towarzyszyły setkom kolejnych ofiar skrupulatnego kata bez serca. W tym ponurym miejscu nawet kamień płakał nad losem zagubionych w lochu dusz. Wiele legend krążyło na temat tej sali; mówiło się o tym, że została wybrukowana ludzkimi czaszkami. Niektórzy wspominali o krwawej sadzawce na środku, inni o skalpach wiszących pod sufitem, jednak prawda była dużo gorsza. „Pracownia” Gorta Anakura była profesjonalną salą do tortur. Oprócz wymyślnych maszyn i szuflad pełnych zagadkowych narzędzi, stworzonych i opracowanych przez chory umysł, w najlepiej oświetlonym kącie, na miękkim karmazynowym dywanie stały wykonane z jasnego drewna niewielkie biurko i krzesło. Tuż obok zaś skromna, wypełniona najprzeróżniejszymi książkami biblioteczka. Oznaczało to, że Gort miał coś wspólnego z normalnymi ludźmi – miał hobby. Świadomość cech ludzkich w przypadku własnego kata doprowadzała do obłędu. To nie było dzikie, bojaźliwe zwierzę ani żaden żądny mięsa potwór czy przybyły ze sfery ognia demon, tylko zwyczajny człowiek. Taki, który lubi czytać i spędzać czas z inteligentnymi kobietami, a jednocześnie trudni się doprowadzaniem ludzi do szaleństwa wymyślnymi torturami.

Dziewczyna patrzyła na to wszystko, a czas jakby się zatrzymał. Jej przerażenie formowało w głowie nowe, niespotykane wzory strachu.

Gort tymczasem ostrzył nóż.

– Zawsze lubię mówić do swoich ofiar. Ofiar… tak właśnie was nazywam – powiedział. – Dobrze wiesz, jaki jestem, ale to bez ciebie świat będzie lepszy. Jednak spokojnie, nie dam ci z niego odejść, po prostu otrzymasz karę adekwatną do swoich czynów.

– Mm – wymamrotała zakneblowana dziewczyna.

– Masz rację… – powiedział kat, po czym odwrócił się i powolnym krokiem poszedł w stronę stołu z narzędziami. Pod tym względem był pedantyczny. Każdy nóż, każda piła, pilnik czy inne narzędzie tortur ułożone było w odpowiednim dla niego miejscu. Zupełnie jakby ten porządek miał kiedyś uratować mu życie. Postał chwilę, patrząc na stół i udając, że się zastanawia, czego powinien użyć. Po chwili jednak wyciągnął rękę i wziął ogromny sekator. – Jak myślisz? Najpierw noga czy ręka? – zapytał, odwracając się do blondynki

– !

– Masz rację – zgodził się z ofiarą, po czym podszedł do dziewczyny i rozszerzył potężne szczypce, które bez trudu przecięłyby drewnianą kłodę. Delikatnie przysunął je do nogi na wysokości połowy łydek, po czym gwałtownie ścisnął. Głowa dziewczyny opadła na bok.

Świat jest podły – pomyślał Gort. – Biedni śmiertelnicy z całą swoją gamą uczuć powodującą u nich tyle irracjonalnych czynów… cała ta ich naiwność, wszystkie te głupie rzeczy, jakie przychodzą im do głowy z powodu braku chłodnej kalkulacji. Głupi powierzają swoje życie innym idiotom, którym wydaje się, że są mądrzy. Jeśli Ethnu naprawdę istnieje, powinien w jednym ze swoich praw zapisać zakaz bycia durniem.

W trakcie tych rozmyślań Gort opatrywał uciętą kończynę.Wszystkim wydaje się, że najlepiej wiedzą, jak ten świat powinien wyglądać, niezależnie od faktycznego stanu. W takich czasach żyjemy, że każdy uważa, iż ma przepis na dobro na świecie, na wieczne szczęście i bogactwo wszystkich ludzi. Każdy na swój sposób dąży do zbawienia świata… jedni idealiści gorsi od drugich. Ilu ludzi, tylu bogów, ilu bogów, tyle wspaniałych idei. Każdy ma swojego boga, który mówi mu, co ma robić, każdy w coś wierzy, nawet nie wyznając konkretnej religii, a najczęściej sam jest sobie bogiem. Prosta logika: im głupszy człowiek, tym głupszy bóg, który rządzi jego życiem.

– Mmm! – dziewczyna się ocknęła. Dopiero teraz dotarło do niej, co się dzieje. W pełni to odczuła. Jej organizm zdał sobie całkowicie sprawę z tego, że zmysły mówiły prawdę: życie się kończy.

– Takimi jak ty gardzę najbardziej. Nie musiałaś tego robić, wszystko mogłoby skończyć się wspaniale. Byłoby bajkowe zakończenie „żyli długo i szczęśliwie”, skończyłoby się pasmo nienawiści; ale ty zamiast ugasić ogień, dorzuciłaś do niego i uciekłaś. Myślałaś, że skutki twoich działań cię ominą? Twoje bestialskie uczynki zostaną nagrodzone potwornym bólem – mówił kat, zanim zacisnął szczypce na drugiej nodze. – Zasłużyłaś na to. Ja jestem tylko sędzią i katem, ale to ty jesteś tu grzesznicą. Ja tylko wymierzam sprawiedliwość. W głębi duszy sama wiesz, że na to zasłużyłaś.

Tym razem dziewczyna nie zemdlała. Widziała, jak część nogi, która jeszcze przed chwilą była integralnym kawałkiem jej ciała, bezwładnie opadła na kamienny bruk. Przed oczami stanął jej obraz, gdy patrzyła w lustro, ciesząc się swoją nienaganną figurą i zgrabnymi nogami, pamiętała radość, jaką czuła, kiedy każdy mężczyzna patrzył na nią pożądliwym wzrokiem. Jak bawiła się miłością innych, jak łamała serca i zawalała światy z własnej próżności. Gdzieś głęboko w jej duszy pojawiło się delikatne ukłucie, które mówiło, że choć może nie tak surowa, to jednak jakaś kara powinna ją spotkać.

Widziała przez łzy, jak kat delikatnie dezynfekuje i opatruje jej nogi. W jego ruchach było coś pełnego szacunku dla niej. Nie używał brudnych, związanych byle jak szmat, tylko czystych, zdezynfekowanych bandaży, które zawiązywał skrupulatnie i ostrożnie. Czuła, jakby Anakur chciał mimo wszystko wyrazić skruchę lub pojednanie z nią. Zachowywał się trochę tak, jakby był pomocnym przechodniem – świadkiem wypadku, który chce uratować nieszczęśników, lub pełną współczucia pielęgniarką. To sprawiało, że wszystko stało się nagle bardziej humanitarne i dziewczyna powoli godziła się ze swoim losem. Śmierć w agonii była odpowiedzią na ból, jaki zadawała. Gort patrzył, jak nogi dziewczyny leżą bezwładnie na posadzce i powoli wypływają z nich ostatnie krople krwi.

Ironia losu, pomyślał. Po części właśnie przez te nogi trafiła na jego krzesło. Łamaczka serc, która przecież nigdy nikomu nic nie obiecywała, więc dlaczego miałaby dotrzymywać niedanego nigdy słowa? Naiwni głupcy pożądający ciała stawali się niewolnikami chciwej bestii, która nigdy się nie nasycała, a żywiła tylko cierpieniem i łzami.

– Nie śpisz? Dobrze, skończymy szybciej – powiedział Gort, podnosząc potężny sekator i łapiąc nim ramię dziewczyny. Blondynka cicho jęknęła, a jej głowa znów opadła na ramię. Kat podniósł uciętą rękę, nogi i wszystko włożył do stalowego wiadra.

Poczuł dziwne ukłucie w sercu. Dziewczyna była ładna i miała piękne oczy. Gort nie do końca rozumiał, skąd przychodzą mu do głowy takie, a nie inne myśli. Możliwe, że podświadomie szkoda mu było „dobrego materiału”, a może coś było w tych oczach… Niezależnie jednak od przyczyny przez chwilę żałował dziewczyny. Patrzył, jak jej piękno przemija w błyskawicznym tempie, a życie zamienia się w koszmar. Dla niej już nic nigdy nie będzie takie samo, a ten dzień zapamięta do końca swojego istnienia. Jednak zasłużyła na to, była gorsza od niego. W końcu on ranił ciała ludzi za pieniądze i to najczęściej istoty, które miały coś na sumieniu, winnych lub jedynie potencjalnych szpiegów, natomiast ona bezinteresownie niszczyła dusze dla czystej zabawy, kierowana zwykłą próżnością. W humanitarnym odruchu złapał drugą rękę szczypcami i odciął zdecydowanym ruchem. Nie było potrzeby, aby dziewczyna bardziej cierpiała. Jednak z następnym krokiem musiał poczekać, aż ofiara się obudzi. Świadomość dziewczyny wracała bardzo powoli. Nie czuła bólu ani strachu. Wiedziała, że już nigdy nie będzie tak piękna jak kiedyś. Nie tyle godziła się z losem, ile nawet zaczęła uważać to za sprawiedliwe. Straciła ciało, którym pozbawiła dusz tylu nieszczęśników. Dręczyło ją coraz większe poczucie winy w stosunku do siebie samej i czynów, które popełniła względem tych wszystkich zranionych mężczyzn. To zrozumiałe, że było jej odbierane coś, co szkodziło innym. Nagle zdała sobie sprawę, że może mówić, jednak zdecydowała się nie otwierać ust.

– Wystaw język – usłyszała polecenie, które posłusznie wykonała. Wszystko było jej już obojętne. Kat złapał koniec języka szczypcami i ostrymi jak brzytwa nożyczkami usunął go szybkim cięciem. Wyrzucił odcięty kawałek do wiadra i powiedział: – Nie bój się, niedługo przestanie krwawić – po czym pogłaskał uwięzioną po miękkich złotych włosach. Gort podszedł w stronę stołu z narzędziami, chwycił coś i ukrył za plecami, aby dziewczyna nie mogła zobaczyć. Odwrócił się do niej powolnym krokiem i lewą ręką pogładził po głowie.

– Już spokojnie, Anriono, już wszystko dobrze… to koniec twojego cierpienia.

Nagle zapadła ciemność.

***

Pod osłoną nocy niewyraźnie majacząca w blasku księżyca postać przemykała ukradkiem spowitymi gęstą mgłą uliczkami. Zakapturzony mężczyzna zwolnił kroku i delikatnie ułożył niewymiarowy pakunek tuż pod drzwiami szpitala dla ubogich. Rozchylił płachtę szczelnie owijającą niewyraźny kształt i szepnął:

– Nie martw się, opatrzyłem cię tak, że będziesz żyła, choćby ci przyszło przeleżeć tu nawet dwa dni. – Wiedział jednak, że prowadzony przez Ethnustów przybytek jest często odwiedzany i już za kilka godzin, kiedy tylko wzejdzie słońce, ktoś znajdzie dziewczynę. – Żegnaj – rzucił półgłosem i niespiesznie się oddalił. Zniknął wchłonięty przez mroki nocy.

***

Anriona leżała na swojej pryczy. Ethnustowie opiekowali się nią troskliwie. Materac, mimo że zrobiony z dość szorstkiego materiału, był wygodny, a jedzenie podawane w przytułku smaczne. Dziewczyna jednak czekała na śmierć już trzy lata, ani o krok nie zbliżając się do niej… Agonalny krzyk wyrwał ją z letargu. Mordercze sceny wkradły się do wyobraźni i przypomniały dzień, kiedy to ona tak krzyczała. Zdawało się jej, że w drewnianą podłogę ktoś uderza patykami. Jakby nieludzkie istoty przechadzały się wśród żywych. Nie trzeba było wzroku, żeby dać się ponieść atmosferze koszmaru, jednak młoda dziewczyna po prostu czekała. Czuła, że jej trzyletnie marzenie o wyzwoleniu się spełnia. Coś złapało ją za włosy, a po chwili… odzyskała wolność i jej długa udręka dobiegła kresu.