Gort Anakur IV

Gort nie pamiętał, kiedy ostatnim razem denerwował się przed zleceniem. O ile torturowanie ludzi czy nawet elfów stało się rutyną, to nie spodziewał się w swojej sali przedstawiciela xaetrów, już prędzej derfa. Przed xaetrami czuł jakiś niewymowny lęk. Tym razem postanowił przygotować się do wszystkiego dużo wcześniej. Poukładał jak zwykle pedantycznie, w ustalonym szeregu noże, piły, trucizny, sole trzeźwiące, artefakty, igły, obcęgi, siekiery, papiery ścierne, szkło, kryształy, miecze, haki, przenośne imadła, liny, wiertła, śruby, gwoździe, pilniki, pęsety, pejcze, baty, drewniane kołeczki do podważania paznokci, kije, pieczęcie, bociany, gruszki, andraońskie buty, widełki heretyków, druty kolczaste, nożyce, wciągarki, pałki, wstrzykiwacze ogni i wiele innych nienazwanych jeszcze urządzeń. Dodatkowo napalił porządnie w piecu dla łatwego dostępu do ognia i przyniósł kilka wiader wody. Bardzo się stresował.

Zapalił nowe kryształy, który przyniósł specjalnie, aby nadać swojej sali „nowoczesny” odblask. Pochodnie sprawiały, że atmosfera była lepsza, jednak Gort miał już dość psucia sobie wzroku przy słabym świetle. Czytał właśnie książkę w ramach codziennego relaksu, kiedy do jego uszu dotarł odgłos kroków na schodach. Zwielokrotniony echem stukot sugerował liczną grupę. Brama skrzypnęła, a sala zaczęła wypełniać się strażnikami. Człowieka lub elfa zwykle eskortują dwie osoby, czarną postać prowadziło osiem.

– Przyprowadziliśmy go! – powiedział szybko dowódca. Po twarzach jego i wszystkich wokół widać było, że każdy z nich miał ochotę uciec z powrotem na górę.

– Świetnie! – odpowiedział kat. – Dziękuję, posadźcie go na krześle i przytrzymajcie.

Eskorta prowadziła więźnia na krzesło, a Anakur chwilę obserwował, jak trzęsą się im ręce. Sam wziął linę i ruszył w stronę swojej przyszłej ofiary, wtedy zauważył, że i jego dłonie drżały. Przywiązywał mroczną postać bardzo ostrożnie, obserwując skórę nie z tego świata i przyglądając się oczom umieszczonym na ramionach. Pierwszy raz miał styczność z jakąkolwiek pozawymiarową rasą. Zastanawiał się, jak unieruchomić wyrastające z przedramion palce i zdecydował każdy palec przywiązać oddzielnie. Dużą trudność sprawiło mu przytwierdzenie nóg, które w swojej budowie przypominały korzeń drzewa – noga kończyła się płaską powierzchnią, wyglądającą jak praca niezbyt ambitnego stolarza, była otoczona dziesiątkami stabilizujących równowagę macek. Kat postanowił owinąć je bardzo ciasno bandażem, a następnie liną. Samo przywiązywanie zajęło rekordowo dużo czasu.

– Niewygodnie mi… – rozległ się skrzek przypominający odgłos wydawany przez żaby, jednak dużo niższy. Dźwięk rozchodził się po całym pomieszczeniu i zdawało się, że dociera ze wszystkich kątów pomieszczenia naraz. Strażnicy podskoczyli ze strachu i zaczęli rozglądać się po sali. Gort spojrzał na paszczę, która przed chwilą jeszcze się poruszała. Potem na ramiona, skąd przyglądały mu się badawczo dwie pary oczu. Zwrócił uwagę na wyrastające z głowy więźnia włosy – grube i sztywne jak wąsy u ssaków. Mimo niewielu informacji na temat tej tajemniczej rasy coś podpowiadało mu, że nie służyły jako ozdoba. Według plotek były one odpowiedzialne za pewien zmysł, który zdawał się połączeniem ludzkiego węchu i słuchu. Kat zauważył, że każdy z włosów poruszał się inaczej. Szczęka otworzyła się, a Gort zobaczył setki czarnych jak węgiel, ale połyskujących fioletem zębów. Po chwili znów dobiegł do niego skrzek:
Uwiera mnie w skrzydła.

Zapadła cisza, której nikt nie śmiał przerwać. Bladzi strażnicy patrzyli na demona, którego przyprowadzili, jednak Gort, zachowując zimną krew, odpowiedział:

– Źle trafiłeś. Zdajesz sobie sprawę, gdzie jesteś?

– W sali tortur – odpowiedział xaetr.

– Myślałeś, że to będzie miłe? – krzyknął najodważniejszy strażnik, śmiejąc się głosem wiejskiego przygłupa. – Gort pokaże ci, co to ból.

– Geanrze – rozległ się skrzek, a wszystkie cztery oczy jednocześnie spojrzały w stronę strażnika – wyjdę stąd, a wtedy… – Na odległość kilkunastu centymetrów w stronę Geanra wysunął się purpurowy, jaśniejący głębokim fioletem język. Taka odpowiedź wystarczyła, żeby strażnik zemdlał.

– Możecie odejść – powiedział Gort, kiedy upewnił się, że xaetr nie da rady się uwolnić.

Dowódca skinął na leżącego podwładnego, po czym zbrojni podnieśli kolegę i ruszyli na górę, zatrzaskując za sobą kratę. Gort poczuł się bardzo obco. Czytał, że nikt nie wyszedł żywy po rozmowie z xaetrami w „cztery” oczy, lecz jego życie warte było tego ryzyka.

– W czym tkwi wyjątkowość waszej rasy? – zapytał Gort. Zdawało mu się, że światła przygasły.

– Widzimy inaczej, więcej… jesteśmy… inteligentniejsi! Jesteśmy wyższym tworem, stworzonym przez Ethnu jako lepsza forma!

– Potraficie czytać w myślach?

– Tak – Gort przysiągłby, że głos dobiegł z wnętrza jego czaszki, a nie z paszczy demona.

– Czy to prawda, że nikt nie przeżył spotkania sam na sam z xeatrem? Dlaczego tak jest? Jesteście pokojową rasą, zasymilowaliście się z ludźmi. Nigdy nie słyszałem o żadnym ataku xaetra na ludzi.

– Ludzkie mięso to wielka pokusa, kiedy nie ma świadków. Zwykle jemy inne… rzeczy. – Kat był pewien, że z każdym słowem mrocznej postaci w pomieszczeniu robi się coraz ciemniej. Wszystkie oczy zwrócone były w jego stronę.

– Jak ci na imię?

– Jesteś moim katem i pytasz mnie o imię? – Gortowi wydawało się, że widzi jakieś kształty w ciemniejącej sali.

– Nie masz imienia? Skąd się właściwie wzięliście? Nie powstaliście na Nur’estiri’gh! – Gort nie dał zbić się z tropu. Przynajmniej tak mu się wydawało.

– Giyrovish. Nie. Przybyliśmy spoza tego wymiaru, jesteśmy… jak to mówicie? Demonami.

– Jak?

– Słyszałeś o smokach z Nur? – Gort dopiero teraz zauważył, że demon ma akcent podobny do ludzi zamieszkujących południowe wyspy Eestirii. Zakres widzenia w tym, co najłatwiej byłoby nazwać mgłą ciemności, wyraźnie zaczynał się zawężać, a kat usłyszał ciche szepty dochodzące z jej wnętrza.

– Nie – Gortowi coraz trudniej było skoncentrować się na rozmowie. Wydawało mu się, że traci zdolność myślenia.

– Ciekawostka. Przedstawiciele mojego ludu przekupili smoki z Południa. W ramach możliwości przeprowadzki na wasz świat mieliśmy spełnić dwa warunki. Po pierwsze oddać dużą część swojej mocy radzie smoków, po drugie „nauczyć” południowe smoki rozmnażania się. – Oprócz dwóch par oczu wwiercających się w pustkę jego serca kat niczego nie widział. Słyszał za to szepty i głosy dochodzące ze wszystkich stron; wydawało mu się, że znajduje się na jakimś mrocznym bankiecie, gdzie jest jedynym daniem. – Z tego co się orientuję, to rada smoków zamknęła moc wziętą od całej rasy w krysztale o nazwie Nyyrilid, a co do smoków… nurijskie smoki z Południa zaczęły się gwałtownie rozmnażać. Było ich zbyt dużo, a kiedy zaczęły ze sobą walczyć, upadły wszystkie priorytety ochrony świata. Smocza rada wyklęła przedstawicieli Południa i zamknęła Nur w blokadzie, która nie pozwala na wydostanie się stamtąd do Eestirii i Ghnti. Smoki straciły tam swoją moc, a kraina została nawiedzona przez różnego rodzaju istoty. Zdaje się, że to nawet otchłań porzuconych przebijał się przez międzywymiarową barierę i miał zamiar przejąć Nur. Wy ludzie jednak macie jakieś swoje sposoby na przeżycie. Pomimo ataków splugawionych smoków, inwazji demonów, pozawymiarowych stworzeń, umarłych i wszystkiego co się da, a czego ludzki umysł nigdy nie powinien oglądać, ciągle żyjecie. Ostatnie miasto, zwane teraz Nur, po upadku reszty kontynentu broni się zaciekle przed wszystkimi atakami… Gort zauważył, że z każdym słowem xaetra tonął w jego magii. Czuł ruchy powietrza, dotyk cieni. Wydawało mu się, że jest otoczony. Odruchowo odwrócił się i wyciągnął przed siebie rękę, jednak od razu upadł na kamienną posadzkę. Gdzieś w jego podświadomości, niczym światło w tunelu, pojawił się kierunek, w którym musiał uciekać, podczas gdy Giyrovish mówił dalej. – …jednak mieszkańcy Nur zaczęli się ze sobą kłócić i doprowadzili do tego, że… – Gort zasłonił ręką oczy. Po uderzeniu pałką, które zaserwował xaetrowi, wszystko wróciło do normalności. Światło momentalnie rozbłysło do tego stopnia, że poraziło ludzkie źrenice.

– Sprytny jesteś… – wyszeptał xaetr, a z kącika jego pyska popłynęła czarna krew.

– Zamknij się, demonie! – krzyknął Gort. Był wściekły, że stracił kontrolę nad swoją ofiarą, co było bardzo nieprofesjonalne. Kat złapał kij i wcisnął go więźniowi między zęby.

– Naprawdę? – zapytał ironicznie xaetr, przegryzając jednym kłapnięciem kij, lecz Gort był na to przygotowany. Szybkim ruchem chwycił za miecz i umieścił go w paszczy ofiary.

– Naprawdę! – krzyknął. – Teraz ja zadaję pytania…

– Jak mam odpowiadać, skoro nie mogę mówić? – w głowie kata odezwał się skrzek. Gort był już pewien, że demon potrafi porozumiewać się telepatycznie. Serce Anakura zabiło szybciej, a źrenice się zwęziły. Wyjął miecz z zębów demona i uderzył nim z całej siły w przedramię. Palec zaczął krwawić, jednak ku zdumieniu Gorta nie odpadł.

– Mamy twardszą skórę, niż ci się wydaje – echo skrzeku dobiegło ze wszystkich stron, wywołując u kata ciarki. Anakur zmienił pozycję miecza i z całej siły pchnął ostrze w jedno z oczu demona. Podłoga zaczęła się trząść, z sufitu posypał się tynk, kryształy zamigotały, a Gortowi wydawało się, że słyszy xaetrzy chór nienawiści we własnej głowie.

Kiedy otworzył oczy, klęczał przed swoim więźniem. Wiedział, że minęła sekunda, jednak jemu zdawało się, że godzinami zmagał się z Giyrovishem we wnętrzu własnej głowy.

– Mów, co wiesz o valandriolskich siłach w Istrolu i Deriolu i czego się dowiedziałeś o siłach Xynthialu! – Anakur krzyknął na całe gardło, chociaż wiedział, że zabrzmiało to żałośnie, więc po chwili dodał spokojnie: – Chyba że chcesz być ślepy.

– Nie pojmiesz kreaturo sposobu, w jaki widzimy świat! – w głowie kata znów rozległa się harmonia podłego skrzeku i demonicznego śmiechu. Tak jakby do lewego ucha mówił jeden demon, a do prawego śmiał się drugi.

Oprawca wsadził nóż do pieca i sięgnął po szczypce. Światło w sali niebezpiecznie zamrugało, ale po omacku złapał palec wyrastający z przedramienia i przekręcił go. Wraz z dźwiękiem pękających stawów rozległ się krzyk i światło znów zapaliło się nad głową kata. Ten mrugnął i zobaczył, że stoi nad brzegiem przepaści. Początkowo był zdezorientowany, jednak jego umysł zadziałał bardzo szybko. Nie wyczuł zmiany temperatury. Nie słyszał szumu wiatru, który poruszał trawą rosnącą pod skarpą. Za to nadal czuł zapach krwi. To wszystko było złudzeniem optycznym. Po omacku złapał rękojeść rozgrzanego do czerwoności noża i wbił go ofierze w nogę. Krzyk rozsadzał mu głowę, kat padł na podłogę i zasłonił uszy. Leżał w swoim własnym łóżku, a jednak czuł, że nadal stoi, przynajmniej tak wskazywał błędnik. Gort sięgnął za siebie i jego ręka przeszło przez pościel jakby istniejącą w innym świecie. Jego palce zacisnęły się na drewnianym trzonku, poznał znajomy przedmiot – siekierę. Złapał ją i uderzył z całej siły, jak się okazało – w rękę xaetra na wysokości oczu. Sala na moment wróciła do swojego naturalnego stanu. Potworne wycie tysięcy demonów w głowie Anakura nie cichło. Stawało się to nie do zniesienia, jednak kat wiedział, że nie może inaczej zmienić swojego losu, niż raniąc dalej. Stał na środku pustyni bez słońca, a ze wszystkich stron zbliżały się do niego odrażające stwory. Niektóre przypominały xaetry, inne zaś wyglądały jak te ze starych rycin z biblioteki w Vironolu. Potworne kształty pełne macek, zębów i oczu. Monstra wyglądające, jakby czyjś splugawiony umysł odczuwał przyjemność z tworzenia niewyobrażalnych koszmarów. Humanoidy bez twarzy. Poruszające się na miliardach malutkich nóżek robale krwawiące jadem; z ich pleców wyrastały miliony macek zakończonych oczami. Przez chwilę kat poczuł paniczny lęk, a chwilę potem miał wrażenie, że to wszystko już gdzieś widział, w końcu podjął decyzję, że to jednak złudzenie i musi zacząć działać, zanim kompletnie oszaleje. Starał się wyrwać siekierę z ręki xaetra, lecz ta utknęła na dobre. Rzucił się więc w stronę nadchodzących piekielnych stworów i trafiając po omacku na stół, złapał pierwszą lepszą strzykawkę. Na ślepo wstrzyknął zawartość więźniowi i obraz, który widział, zaczął się rozmywać, potęgując zatrważające kształty. Widocznie Giyrovish przesyłał mu swoją wyobraźnię, a wraz ze wstrzykniętym narkotykiem jego percepcja się zmieniła. Kat, wciąż patrząc na potworności rozciągające się w nieregularne kształty, sięgnął na oślep, łapiąc nóż i wciągarkę. Zatopił ostrze w piersi ofiary i sala odzyskała swój naturalny wygląd, tak jak się spodziewał. Kątem oka spostrzegł, że włosy pokrywające pysk xaetra przestają się ruszać. Wysnuł tezę, że to one umożliwiały tym istotom manipulowanie ludzkimi umysłami. Spiesząc się przed powrotem koncentracji potwora, wcisnął na jego palec automatyczną wciągarkę – półmagiczne urządzenie własnej konstrukcji, które po założeniu na palec, dzięki zamontowanym z dwóch stron taśmom z odłamkami żelaza i magicznemu zasilaniu, zdzierało skórę, a następnie mięśnie z ofiary. To zagranie dało mu trochę czasu. Odwrócił się, chwycił dwa wstrzykiwacze ogni i wcisnął je w oczy. Urządzenie rozciągnęło powieki i wepchnęło rozgrzaną do czerwoności końcówkę do środka. Gort skonstruował to dla śmiertelników, u których urządzenie z łatwością rozrywało skórę i mięśnie, a rozgrzany pręt dochodził do kości. Tym razem obawiał się zbyt mocnej tkanki u demonicznej rasy.

Nastała ciemność. Otępiające skrzeki dochodziły ze wszystkich stron, gasły powoli, by wreszcie całkiem ucichnąć. Gort poczuł, że spada w nieidentyfikowalną lodową otchłań. Zimno i mdłości były jednak niczym w porównaniu z bardzo realnym zderzeniem ze ścianą. Usłyszał brzęknięcie upadających narzędzi, dźwięk łamanego krzesła i zrywanych lin. Szybko wrócił do siebie i złapał tasak, który miał pod ręką. Zamachnął się na oślep, licząc na szczęśliwy traf, i uderzył Giyrovisha w pełen zębów pysk. Słyszał w głowie nieustające „Oślepił!”, „Zabije!”, „Śmierć…”, „Nienawidzę!”. Skrzeki dobywały się ze wszystkich stron, wprowadzając zamęt w głowie Gorta, lecz on był pewien jednego – przez te ułamki sekundy demon leżał u jego stóp. Kat schylił się po kij i z wyskoku uderzył w jedno z małych, zredukowanych skrzydeł. Po słowach demona wydawało mu się ono bardzo wrażliwym punktem. Po omacku złapał leżące pod zniszczonym stołem nożyce i jednym ruchem przyciął jak najwięcej włosów wyrastających z głowy potwora. Szybkim skokiem ofiara rzuciła się w stronę połamanego krzesła, do którego była wcześniej przywiązana, po czym znów nastąpiła nienaturalna ciemność. Gort nie widział niczego, więc z nożycami w jednej dłoni i kijem w drugiej stanął w kącie, próbując wyłapać odgłos kroków. Nagle poczuł, że ściana za nim znikła. Trybiki w jego głowie zaczęły poruszać się na najwyższych obrotach. Rozejrzał się i zobaczył gwiazdy. Było w nich coś niepokojącego, wydawały się być niewiarygodnie blisko. Odwrócił się i zaczął iść zieloną ścieżką. Zieloną jednolicie wśród złotej trawy, która porastała całą przestrzeń dookoła niego. Widział w oddali zjawy przypominające duchy. Poczuł, że przed nim stoi coś, czego się boi i przed czym powinien się bronić. Mimo że widział tylko ciemność, intuicyjnie odwrócił się i uderzył kijem.

Sala wróciła do swojego normalnego wyglądu, na ziemi leżał xaetr. Anakur, chcąc wykorzystać chwilową bezbronność demona, skoczył, złapał go za pysk i obciął mu resztę włosów wystających z głowy. Demon odepchnął go na ścianę. Kat rzucił się w stronę stołu, na której miał ułożone narzędzia. Złapał miecz i nóż. Przerażające halucynacje nie wróciły. Odwrócił się i zobaczył, że Giyrovish patrzy na niego i się nie porusza.

– Wygrałeś – powiedział demon. Xaetr nie miał w sobie ani wbitej siekiery, ani noża, w dodatku jego skóra była nietknięta. Z tą różnicą, że brakowało mu trzech oczu i wszystkich włosów. – Powiem wszystko.