Gort Anakur V

– Witaj, panie! Wzywałeś mnie przed swoje oblicze – rzekł Gort, kłaniając się Ereitanowi III Xynthii w jego sali tronowej. Wysokie i smukłe kolumny tworzyły złudzenie pomieszczenia bez sufitu. Dodatkowym zamysłem było oświetlanie tylko dolnych części ogromnej komnaty w taki sposób, aby było wystarczająco jasno na poziomie, na którym poruszają się ludzie, natomiast kilkanaście lub nawet kilkadziesiąt metrów wyżej panowała ciemność. „Sufit ciemności”, jak to określił kat. Bardzo podobała mu się ta nazwa. Zastanawiał się tylko, kto właściwie wpadł na taki pomysł, kiedy i po co. Starożytne miasta, jak Xyranal czy Deriol, istniały już od setek lat, dłużej niż ludzka cywilizacja. Elfickie księgi zdecydowanie zaprzeczały takiej budowie, w dodatku architektura nie zgadzała się z kochającą słońce i złoto kulturą elfów. Może stworzyły je smoki, a może demony…

– Wykryto kolejnego szpiega, drogi Anakurze – powiedział król. Widać było, że próbuje ukryć obrzydzenie na widok kata, jednak słabo mu to wychodziło.

– Nie rozumiem w takim razie, dlaczego ja jestem tu, a nie on jest u mnie, wasza wysokość – odpowiedział z nieukrywanym zdziwieniem Gort.

– Widzisz… sytuacja jest bardzo delikatna, dlatego postanowiłem porozmawiać z tobą osobiście… Otóż mamy ewidentne dowody… Szpieg zbierał informacje na temat pewnych ludzi. Głównie na twojego przyjaciela Neriva Arestoga – rzekł król. Anakur miał wrażenie, że władca z trudem ubierał myśli w słowa. Ereitan urwał w takim momencie, jakby chciał jeszcze coś dodać, jednak postanowił w ostatniej chwili zakończyć zdanie.

– W takim razie chętnie wydobędę z niego wszystko, co powinienem – odparł Gort. Zupełnie nie rozumiał, dlaczego król prowadzi rozmowę w takim stylu.

– Przywołałem cię tu, gdyż… jesteś naszym najlepszym katem i masz renomę osoby, która wyciągnie wszystko z każdego. Jednak sytuacja jest delikatna z powodów natury osobistej… twojej.

– Wasza wysokość, czy sądzisz, że z powodu powiązania między mną a lordem Arestogiem mogę zachować się nieprofesjonalnie? – zapytał wciąż zdezorientowany Gort. Nie miał pojęcia, do czego dąży król i w jakim celu.

– Nie. Chodzi o to, że ten szpieg to Fergis Anakur, twój brat – powiedział Ereitan i widać było, że wyrzucenie z siebie tej informacji przyniosło mu ulgę. Po tych słowach zapadła niezręczna cisza. Ereitan, zwykle pewny siebie wśród dyplomatów obcych państw, przedstawicieli różnych stowarzyszeń, cechów i przedsiębiorstw, stracił kontrolę przed swoim sługą. Jednak po chwili wziął głęboki wdech i dodał: – Rozumiesz chyba, że w obliczu zdrady nie mogę dać prawa łaski ze względu na koneksje rodzinne. Nie powinieneś mnie prosić o oszczędzenie mu życia.

– Rozumiem – odpowiedział Gort. Po czym znów zapadła cisza. Kat zastanawiał się chwilę nad tym, co powinien zrobić normalny człowiek, a co z kolei podpowiada mu jego spaczone serce. Jednak po chwili zdał sobie sprawę, że z racji prowadzenia konkretnego zawodu nie wymaga się od niego podejmowania normalnych decyzji. Wykonywał nienormalny zawód, gdyż był nienormalnym człowiekiem. Liczyło się tylko to, co podpowiadało mu serce. – Czego mam się od niego dowiedzieć?

Ofiara siedziała przywiązana do krzesła, w samej bieliźnie, z czarnym workiem na głowie. Gortowi serce waliło jak młotem. To była chwila, która niosła wiele niepewności i wyrzutów, ale czuł, jakby czekał na nią od lat. Nie spiesząc się, wstał od biurka i podszedł do brata. Powoli zdjął worek z jego głowy. Szybkim ruchem schylił się i popatrzył mu w oczy z odległości kilku centymetrów.

– Witaj, braciszku – powiedział Gort.

– Co się…? – zająknął się Fergis, widząc słynną pracownię kata, którą dane mu było ujrzeć po raz pierwszy. – Co się dzieje? Wypuść mnie!

– Nie mogę, braciszku – stwierdził kat. – Wysłał cię tu sam król, oskarżając o zdradę.

– Tkniesz własnego brata? – zapytał z oburzeniem Fergis.

– Jeżeli będę musiał… – odpowiedział Gort, spokojnie sięgając po skalpel.

– Jak śmiesz?! Wypuść mnie! – krzyknął więzień. Kat rozciął liny, a gdy ofiara miała już wstać, przyłożył jej środek nasenny do nosa. Fergis upadł na podłogę.

Gort spokojnie przewiązał brata, po czym usiadł przy swoim ulubionym biurku. Zamyślił się.

– Czy powinienem mieć wyrzuty sumienia, kiedy go zabiję? Przecież z jednej strony jest moim bratem, mieliśmy wspólnych rodziców i płynie w nas ta sama krew. Ale z drugiej strony jest skończonym idiotą; zawsze tak twierdziłem. Karczmarz! No cóż, jakoś nie wierzę, żeby przez jego śmierć świat stracił możliwość otwierania portali międzywymiarowych czy skończenia głodu w Eestirii… Wątpię też, żeby jakoś przyczynił się do zakończenia wojen i ogólnego polepszenia stanu rzeczy. Niby był moim przyjacielem przez dłuższy czas, ale – będąc również przyjacielem Neriva – potrafił sprzedać informacje o nim. Jeżeli kiedykolwiek miałbym wybrać pomiędzy swoim bratem a Arestogiem, to na pewno nie wybrałbym Fergisa. Ta zdrada nie była tylko zdradą państwa, ale także mnie i mojego najlepszego przyjaciela, mojej najbliższej rodziny… Dlatego jako honorowy człowiek powinienem raczej bronić swojej familii. Czyli zabić brata. Prosty wybór. I tak nie lubię tego człowieka.
Fergis obudził się ze związanymi rękami, przywiązany do haka, wisząc na środku słabo oświetlonej sali pełnej tajemniczych, lecz morderczych sprzętów. Miał obwiązane i przytwierdzone do ziemi nogi, jednak nie dotykał nimi podłogi.

– Co chcesz mi zrobić? – spytał.

– To, co będę musiał – odpowiedział Gort spokojnym głosem. – A teraz powiedz mi wszystko. Dlaczego wydałeś Neriva? Kogo jeszcze sprzedałeś? Komu i po co?

– Nikogo nie wydałem! – krzyknął Fergis. – Dlaczego miałbym wydać kogokolwiek, a szczególnie Neriva?

Gortowi chwilę zajęło przemyślenie słów brata. W sumie to dlaczego miałby to zrobić? Przecież posiadał wszystko, czego zapragnął. Kochanki mu nie sprezentują, kupił sobie wymarzoną karczmę – czego więcej takie zwierzę jak on może chcieć od życia?

– Skąd miałeś pieniądze na karczmę? – spytał kat.

– Daj spokój… – odpowiedział łagodnym tonem wiszący.

– Odpowiadaj!

– Ukradłem, dobra? Ukradłem! Okradłem przejeżdżającego kupca! Rozumiesz? Napadłem na niego jak zbój! – krzyknął Fergis, a Gortowi krew napłynęła do twarzy.

– Jesteś zbyt wielkim tchórzem! Kogo jeszcze wydałeś?! – krzyknął na całe gardło.

Zapadła cisza. Kat podszedł do drewnianej korby wmontowanej do kołowrotka, do którego przytwierdzone były liny przytrzymujące Fergisa. Powoli obracając dźwignią, opuścił brata na tyle nisko, by ten mógł stanąć na ziemi. Gort poszedł do stołu, na którym leżały przygotowane narzędzia, i podniósł z niego skórzany worek. Uklęknął przed związanym i unieszkodliwionym bliźniakiem i wyjął kilka małych, metalowych haczyków. Podniósł wzrok i spojrzał więźniowi w oczy, po czym wbił pierwszy haczyk w jego łydkę, potem kolejny i następny.

– Aaa! Co robisz? Mówię, że nikogo nie wydałem! Nie miałem po co tego robić! – Samo wbicie haczyka nie sprawiało ogromnego bólu, jednak przerażenie wywołane świadomością talentu kata wzięło górę.

– Nie wierzę ci – odpowiedział spokojnie Gort, nie przerywając czynności .

Kiedy już wszystkie tkwiły w ciele, Gort rozciął linę, która ściągała Fergisa do ziemi. Następnie odszedł i zaczął kręcić korbą. Linki powoli się naciągały, a szpieg zdał sobie sprawę z tego, co zamierzał kat. Ciało torturowanego unosiło się do góry, a haczyki, przez które przeciągnięto stalowe linki coraz głębiej osadzały się w nogach. Anakur przestał na chwilę, podszedł do wiszącego i ciął skalpelem powyżej łydki na obu nogach, po czym ponownie podszedł do korby i zaczął nią kręcić. Tym razem ból niemal osiągał apogeum. Fergis zaczął krzyczeć. Skóra rozciągnęła się i rozerwała wzdłuż nogi. Krew ciekła po odsłoniętych mięśniach. Wrzask torturowanego nagle ucichł i ciało zawisło bezwładnie.

– Zemdlał w odpowiednim momencie – Gort mruknął do siebie, jednak zauważył, że głos mu się łamał.

Kat podbiegł szybko do biurka, złapał stojące na nim lusterko i zobaczył w nim swoje zaczerwienione oczy oraz napuchnięte powieki. Pociągnął nosem. Płakał! Pierwszy raz w życiu płakał! Jego serce waliło i było mu smutno, naprawdę czuł się źle. Nie mógł w to uwierzyć. To było cudowne. Natychmiast zakochał się w tym uczuciu. Chwilę jeszcze patrzył na łzy płynące po policzku, po czym wstał i zaczął zszywać brata tylko po to, żeby ciąć go tym razem nieco wyżej. Podszedł do swojego biurka, gdy nagle mocno zakręciło mu się w głowie. Wszystko się rozmazało, mięśnie poddały się i kat zaczął tracić równowagę. Złapał się stojącej obok gilotyny i oparł o nią. Przyłożył głowę do drewna, a przez jego ciało zaczęły przechodzić konwulsje. Osunął się na kolana i oparł głową o zimną, wilgotną podłogę z kamienia. Po chwili jednak zerwał się i zaczął wymiotować do stojącego obok wiadra. Chwilę jeszcze patrzył na treści swojego żołądka, analizując pobieżnie w myślach zjedzone potrawy. „Co ja jadłem? Czy to truskawka?”, przemknęło mu przez myśl. Wstał i podszedł do leżącego brata. Wspiął się na palcach, żeby pocałować go w czoło, a następnie uderzył w twarz. Plask odbił się echem wśród kamiennych ścian.

– Nie jestem szpiegiem… Wypuść mnie… – jęknął Fergis. – Braciszku! Tyle czasu razem spędziliśmy, nie pamiętasz? Niczego nie pamiętasz? Jak chodziliśmy razem na dziewczyny, jak mi doradzałeś? Pamiętasz, jak piliśmy razem w tawernie i zakładaliśmy się, kto zleje więcej bezdomnych elfów? Kiedyś byliśmy przyjaciółmi!

– Jeszcze wczoraj – powiedział beznamiętnym tonem Gort. – Ale już nie jesteśmy. Ani przyjaciółmi, ani braćmi.

Kat stanął za wiszącym i zrobił kilka długich cięć na plecach. Następnie kolejne na brzuchu. Nie reagował na krzyki brata inaczej niż łzami, które jedna po drugiej spływały mu po policzkach. Podszedł do korby i zaczął nią kręcić. Słuchając krzyków bliźniaka, patrzył, jak pod wpływem jego morderczego geniuszu rozcięcia na ciele pękają, rozszerzają się i łączą ze sobą. Gort zdzierał skórę własnemu bratu.

– Gort! Wypuść mnie, błagam! Kocham cię braciszku, nigdy nie zrobiłbym tobie czegoś tak okrutnego! – Fergis krzyczał coraz mniej zrozumiale. Słowa powoli przechodziły w bełkotliwy wrzask.

Jednak po chwili krzyk cichł, a wiszący stawał się coraz bledszy. Fergis zemdlał. Kat przestał kręcić korbą, podszedł do wiadra i zwymiotował. Usiadł ciężko przy swoim biurku i głęboko odetchnął. Wilgotne, chłodne powietrze, pachnące zwykle pleśnią i krwią, teraz cuchnęło wymiocinami. Gort żałował, że jego sala była usytuowana tak nisko i nie miał tutaj okna. Spojrzał w lustro i zauważył, że jest w euforycznym stanie zakochania w emocjach, których teraz doświadczał. Ostentacyjnie wytarł łzy. Pierwszy raz wycierał łzy smutku. Zwykle leciały tylko przy krojeniu cebuli. Uśmiechnął się do siebie.

– Czy naprawdę jestem potworem? Widać nie jestem przynajmniej bezduszny, bo mam uczucia. Bardzo schowane, ale mam. Może się zakocham? Smutek… jakie to uczucie. Tak piękne, romantyczne, pokrzepiające. Trochę zniechęcające, ale naprawdę głębokie i wzruszające. Dlaczego Ethnu nie dał mi duszy? To jego wina, że zabijam jego dzieci.

Gort podszedł do brata, odwiązał mu ręce i nogi. Powyjmował wszystkie haczyki i nawet zszył mu plecy.

– Co by tu z nim zrobić? – zapytał samego siebie. – Gilotyna? Bez sensu. Walec? Zmiękczacz? Krzesło? Hm… Co będzie najlepsze? A może…

Położył brata na specjalnym krześle i odpowiednio ułożył jego ręce i nogi, dokładnie zamykając zatrzaski. Po chwili zastanowienia wziął strzykawkę i wstrzyknął zielony płyn do żył Fergisa. Kiedy miał go budzić, poczuł nieprzyjemny skurcz w żołądku. Podbiegł do wiadra i znowu zwymiotował. Ból brzucha stawał się coraz bardziej natarczywy, zawroty głowy nasilały się z każdą chwilą. W połowie drogi od wiadra do omdlałego brata padł na kolana, ale wstał. Pewnym, silnym krokiem podszedł i wymierzył mocny cios w nieobecną twarz Fergisa.

– Witaj, braciszku – powiedział Gort. Chciał zabrzmieć szyderczo i ironicznie, jednak głos załamał mu się w połowie. – Pytam ostatni raz. Dlaczego? Komu? Kogo? Po co? – Jego ton w każdym kolejnym pytaniu zmieniał się na coraz bardziej szorstki i wściekły, tak że ostatnie dwa miały właściwie oznajmiający wydźwięk.

– Nikogo nie wydałem! – krzyknął Fergis. Gort nie wiedział, skąd wziął się tak ogromny upór. Widocznie zdrajca bał się kata. Bał się przyznać do czynów, które popełnił… było mu po prostu wstyd przed bratem. Dodatkowo, gdyby udało mu się zaprzeczyć jakoby współpracował z zagranicznym wywiadem, Gort powinien mieć wyrzuty sumienia. – Aaaaaaaaaaaaaaaaaaa!

– Trucizna zaczęła działać. Teraz powiedz wszystko ładnie albo złamię ci rękę.

Zarówno Ereitan III, jak i sam Gort byli pewni, że zachowa profesjonalizm, jednak okazało się, że cała akcja niespodziewanie wyzwoliła w mężczyźnie wiele absorbujących emocji. Nie podchodził tak lekko do Fergisa, jak do innych. Jego zabawa różnymi tonami zawodziła. Delikatne podejście w rozmowie nie zdawało egzaminu. Emocje uwolniły prawdziwą naturę we wszystkich aspektach. Był zdeterminowany, pusty wewnętrznie i słaby. Stał tak, zieleniejąc coraz bardziej, i patrzył, jak brat trzęsie się i kaszle czarną krwią. Swoją drogą wstrzyknięty płyn nie był groźny na dłuższą metę, jednak palił wewnątrz każdej tętnicy i tętniczki, żyły i żyłki. I zmieniał kolor krwi na czarny… dla lepszego efektu.

Kat przesunął dźwignię. Oparcie pod rękę, do którego było przytwierdzone paskami ramię Fergisa, złożyło się jak scyzoryk – w drugą stronę niż zginał się łokieć. Krzyk szpiega był idealnym tłem dla myśli Gorta, który otarł łzy i przesunął kolejną dźwignię. Trzask oznaczał pęknięcie kości, które następnie przebiły skórę i wyszły na wierzch, powodując potok czarnej juchy. Ofiara po raz kolejny straciła przytomność. Kat wziął sznurek i zawiązał powyżej łokcia, odcinając dopływ krwi do otwartego złamania. Wyjął z kieszeni sole trzeźwiące i przysunął bratu pod nos. Związany kaszlnął, a krople czarnej cieczy zabrudziły rękaw oprawcy. Znów rozległ się nieustający krzyk.

Złamanie otwarte niewątpliwie bardzo boli, a widok własnej krwi, zwłaszcza tak nienaturalnie ciemnej, zwiększa doznania. Na dodatek gdyby Fergis nie był teraz unieruchomiony, zerwałby z siebie skórę. To naprawdę paliło. Zdrajca wił się i podskakiwał na krześle. Próbował się uwolnić, jednak w jego ruchach nie było żadnej konsekwencji.

Gort obserwował tylko nieskoordynowane podrygiwania brata, po czym… tradycyjnie zwymiotował do wiadra. Ze swojego stołu pełnego morderczych narzędzi zdjął ogromne szczypce. Chwycił mocno wystającą kość Fergisa i zaczął z całej siły ciągnąć. Ból musiał być niewyobrażalny, ale mimo usilnych prób kości nie udało się wyciągnąć. Kat pomyślał więc chwilę, wziął linę i przywiązał ją do zaciśniętych obcęgów, a następnie do haka, na którym wcześniej wisiał szarpiący się w panice brat. Kolejne obroty korby unosiły hak do góry, a kość zaczęła trzaskać. Mina oprawcy wyrażała maksymalne skupienie, a twarz wyglądała jak marmurowa maska. Gort nie potrzebował uśmiechu. Tonął we własnym smutku i w rozpaczy, odczuwając przy tym euforyczną przyjemność. Ogrom doznań zdawał się go wypełniać, wręcz pochłaniać. Miłość do brata, strach, wyrzuty sumienia wypełniały jego duszę i zaczynały doprowadzać do obłędu. Każda sekunda, jaką spędzał, słysząc krzyki ukochanego brata, sprawiała, że wszystko w nim wzbierało. Sumienie krzyczało coraz głośniej, miłość rosła bardziej i bardziej. Coraz więcej uczuć nawiedzało jego serce. Delektował się tą chwilą, pławiąc się w radości. Odpływał w obłęd i fascynację bólem, który trawił jego wnętrze. Postanowił, że nie pozwoli Fergisowi żywemu opuścić tej sali. Nagle jakaś kość przefrunęła przed jego oczami, wraz z kawałkiem nadgarstka i… drugą kością. Któraś z nich to była promieniowa. Nie pamiętał już książek medycznych, które kiedyś czytał. Wtem z zamyślenia wyrwało go jedno słowo:

– Powiem! Wszystko powiem! To prawda! Zdradziłem ciebie! Zdradziłbym jeszcze raz! Spójrz na siebie, jesteś bezdusznym potworem, który potrafi takie rzeczy robić swojemu bratu… obcym ludziom. Ty nie masz uczuć! Nigdy nie będziesz miał! Nie jesteś człowiekiem! Nie masz duszy! Pamiętasz mojego psa?! Żałowałbym go bardziej niż ciebie! Ha ha! Jemu było bliżej do człowieka niż tobie! Ty powinieneś tu trafić, nie ja! To ty powinieneś być świadom cierpienia, jakie wyrządziłeś! Tylu ludziom! Ty powinieneś siedzieć tutaj i cierpieć, a nie ja! Ty… – Fergis nie dokończył, nagle zbladł i stracił przytomność.

Gort początkowo tylko uśmiechnął się cynicznie, jednak po chwili zaczęło do niego docierać wszystko, co dotychczas usłyszał. Jego brat uważał go za potwora. Jego własny brat! Czy to znaczy, że nie ma nikogo na tym świecie, kto może uważać go za człowieka? Co najgorsze, Fergis miał rację. Jednak teraz cały czas wszystko się zmieniało, teraz wreszcie serce Gorta przyspieszało w stresie. Teraz czuł… wstyd. Zaczęły go ogarniać czarne macki nienawiści i pogardy do samego siebie, jednak musiał skończyć rytuał, który zaczął. Nie mógł przestać katować swojego brata. Ogarniał go smutek, a ten był powodowany jedynie litością nad Fergisem. To oznaczało, że kat naprawdę go kochał. Im mocniej Fergis krwawił, tym więcej jego duszy przelewało się w Gorta. Dwa bliźniaki otrzymały od Ethnu jedną duszę przy urodzeniu, teraz Gort odzyskiwał to, co należało mu się od dawna. Torturował brata i planował go zabić bez zmrużenia oka. Jednak nie dlatego, że był bezdusznym potworem, a dlatego, że nie chciał nim być. Podszedł do bliźniaka i uderzył go w twarz. Dźwięk odbił się echem wśród pustych ścian. Nie poskutkowało. Sole trzeźwiące pomogły. Fergis ciężko odetchnął. Już nie krzyczał.

– Valandriol się boi. Panujący są przerażeni potęgą Xynthialu… wiedzą, że nie mają szans pokonać nas w otwartej walce. Wiedzą, że Ereitan nie ustąpi i będzie napierał dalej, niszcząc coraz to nowe ziemie, mordując coraz więcej ludzi i niewoląc ich dusze. Chcą nas ubiec, złamać xynthialskie serca. Wysłać zabójców, którzy wybiją bankierów, generałów i bohaterów. To już się zaczęło. Słyszałeś o śmierci Deixy Nerictsh? Monida Fayri? Nisdewa Nexeri Nuaqa? No właśnie.

– To ty ich wydałeś? – zapytał Gort.

– Nie! Ja nawet nie rozumiem, na czym polega pojęcie zdrady w tym momencie. Mają wielu szpiegów, nie do końca dlatego, że Xynthial to państwo zdrajców. Wiadomo, że jest zbyt dobrze, ale kto nie powiedziałby, gdzie mieszkają lordowie? Zwłaszcza, że w obrębie własnego miasta każdy o nich wie. Jeżeli za to płacą? Szpiegów jest setki, celów tysiące. Nie znam żadnego innego, rozmawiano ze mną tylko listownie. Nie wiem, z kim pisałem. Zostawiałem listy z informacjami, a oni dawali mi za to pieniądze. Znajdowałem je po prostu w domu i tyle. Wiedziałem, że jestem obserwowany. Ich wywiad od ostatniej wojny bardzo się rozwinął, nie chcą powtórki z Deriolu. Widzą wszystkich. – Fergis ciężko dyszał. Każde słowo sprawiało mu ogromny ból. Każda sekunda, każdy oddech, każde uderzenie serca… Jednak mówił spokojnie, patrząc bratu w oczy. – Chciałem im ciebie wydać. Wyobrażasz sobie, że nikt nie chciał? Nie wiem, czy się ciebie boją, czy może ich nie interesujesz, a może sprzedał cię już kto inny. Zapytali o Neriva. Kto nie wie, gdzie mieszka Neriv?

– O co pytali? – Pierwszą reakcją Gorta na te słowa były tak naprawdę szok i ból rozchodzący się przez żyły, tak jakby sam sobie wstrzyknął toksynę. „Dlaczego tak mnie nienawidzisz braciszku? I od jak dawna?” – chciał zapytać. Powstrzymał się, musiał być profesjonalistą.

– Gdzie mieszka, czym się zajmuje, czy mieszka sam, ile ma straży, gdzie ma komnatę, czy ma jakieś stałe nawyki. To wszystko.

– Tylko Neriv? – zapytał kat.

– Tylko – odpowiedział katowany. – Jak już powiedziałem, ciebie nikt zabić nie chciał.

Gort przesunął dźwignię. Rozległo się głuche pęknięcie, a następnie krzyk. Kat wyjął z kieszeni sznurek i zawiązał na ramieniu brata, powyżej otwartego złamania.

– Dlaczego?! – krzyknął Fergis. – Powiedziałem wszystko!

– Nie zawsze płaczę, kiedy torturuję – odpowiedział spokojnie Gort, patrząc na cierpienie brata. – Masz rację. Jestem potworem, ale twoja śmierć odda mi moją duszę.

– Aaaaaaa! Co ty bredzisz? – krzyczał przywiązany.

– Wreszcie czuję się jak człowiek. Wreszcie cierpię. Chcę tego więcej – powiedział kat, wycierając łzę. Zaczął płakać jak dziecko, a jego głos kompletnie się załamał. – Wreszcie chcę miłości i nienawiści. Chcę być normalny! Nie chcę już cierpieć w tej pustce! Nie chcę! Już nigdy!

Obaj upadli. Fergis zemdlał. Gort padł na ziemię w konwulsjach, zalewając się łzami. Z wielkim wysiłkiem próbował wstać, każdy ruch sprawiał mu ból. Coś w nim krzyczało, ale on wiedział, że musi skończyć rytuał. Doszedł do swojego biurka. Spojrzał na biblioteczkę pełną książek i usiadł na krześle z jasnego drewna. Wziął głęboki wdech. Wśród odoru wymiocin jego nos wychwycił zapach krwi, niegdyś jego ulubiony, teraz stający się nie do zniesienia. Zerwał się tylko po to, żeby biegiem zdążyć do wiadra pełnego przetrawionego jedzenia. Nie miał już czego zwracać, z żołądka poleciała sama woda. Ogromne ciśnienie w klatce piersiowej nie dawało mu żyć. Postanowił skończyć z tym jak najszybciej. Niewątpliwie potrzebował odpoczynku. Podszedł do swojego omdlałego brata i podłożył mu sole trzeźwiące pod nos.

– Czego jeszcze ode mnie chcesz? – wyjęczał Fergis.

– Twojej śmierci… w cierpieniach – odpowiedział Gort, patrząc smutnymi oczami. Śmierć sama w sobie nie jest zła, kiedy jest szybka i bezbolesna. Kat zamierzał własnemu bratu zrobić coś, co nie pozwoli mu zasnąć już nigdy. Przerażone oczy wpatrywały się w siebie. Człowiek obawiający się przyszłości z własnym sumieniem, z samym sobą, patrzył w oczy człowiekowi bez przyszłości. Fergis wiedział, że piekło dopiero się rozpoczyna.

Urywane krzyki dochodziły z lochów jeszcze godzinami. Nikt nie chciał wiedzieć, co się tam dzieje. Takich rzeczy po prostu lepiej nie wiedzieć. Gort szybkim ruchem wbił w prawe oko Fergisa rozżarzoną igłę. Oko eksplodowało. W kolejne wstrzyknął nieznaną toksynę. Skalpelem przeciął brzuch. Kiedy wyrywał bratu ramię, katowany dla „ulżenia” sobie w bólu trzymał w zębach własne jelita. Woń płonącej skóry rozchodziła się po lochach, zabijając skutecznie wszystkie inne zapachy.
Dusza zawsze rodzi się w bólu.

Kiedy rankiem strażnicy ośmielili się wejść do lochów Gorta, w twarz rzucił im się zapach palonej skóry, trucizn i wymiocin. Kat leżał na podłodze oblepiony rzygowinami, a obok walała się bezkształtna krwawa masa, która kiedyś mogła być człowiekiem. Co się wydarzyło i dlaczego, na zawsze pozostało tajemnicą.