Gort Anakur VI

– Czego chciałeś ode mnie, drogi kacie? – spytał Ereitan, jednak już widział, że Gort bardzo zmienił się od ich ostatniego spotkania. Na twarzy przystojnego bruneta pojawiło się jakby więcej zmarszczek, a włosy nieco zszarzały. Sylwetka pewnego siebie pana śmierci odrobinę się zgarbiła. Ale największa zmiana dotyczyła jego szmaragdowych oczu. Już nie emanowały tą pustą siłą, teraz były pełne żalu i smutku. Król nie mógł uwierzyć, że z tą samą osobą rozmawiał kilka dni wcześniej.

– Panie, chciałem bezpośrednio tobie złożyć raport z tego, co wyciągnąłem od szpiega – powiedział spokojnym, pewnym tonem Gort. Jego ciało osłabło, ale nie dusza. Teraz czuł w sobie moc, której nie spodziewał się nigdy dotąd.

– Tak więc słucham.

– Valandriol szykuje masakrę bohaterów wojennych, bankierów, generałów i lordów. Masa twoich poddanych to zdrajcy, którzy w zamian za pieniądze wydają miejsca zamieszkania oraz więcej dokładniejszych informacji o danych osobach. Królu, na pewno wiesz o pewnych osobistościach, które zginęły ostatnio w dziwnych okolicznościach. Jest to zmasowany atak valandriolskiego wywiadu. Korona boi się, że będzie przegrywać następne wojny, a kolejni jej obywatele będą masakrowani. Wierzy, że pozbawienie nas morale i głównych dowodzących pomoże im nas złamać. Szpieg Fergis Anakur wydał jedynie Neriva Arestoga. Ze szpiegami komuninkowano się listownie, byli wciąż obserwowani, a pieniądze dostarczano bezpośrednio do ich domów pod osłoną nocy.

– Rozumiem… – zamyślił się Xynthia. – Czy masz coś jeszcze do dodania?

– Fergis Anakur nie żyje – stwierdził kat, a Ereitan nerwowo się poruszył.

– Dobrze, dziękuję ci za twoje informacje. Faktycznie wiele to wnosi do mojej wiedzy, postaram się tym odpowiednio zająć. Czeka cię dodatkowo premia adekwatna do twoich usług. Tymczasem możesz odejść – powiedział Ereitan, a mimo że moment zawahania trwał bardzo krótko, był wystarczająco odczuwalny. Chciał już pozbyć się tego plugastwa sprzed swoich oczu.

– Jeszcze jedno, wasza wysokość… odchodzę – powiedział Gort.

Król trwał chwilę w bezruchu, jakby informacja bardzo długo do niego dochodziła.

– Słucham? – zapytał wreszcie.

– Odchodzę. Nie chcę już być katem. Mam dość – stwierdził Anakur.

***

– Tak więc wydał mnie – stwierdził Neriv z zainteresowaniem. – To ciekawe, kiedy mogę się spodziewać gości?

– Mam pomysł à propos tego. Widzisz, to mój brat, czuję się za niego odpowiedzialny – stwierdził Gort.

– Jaki pomysł?

– I tak nie mam co ze sobą zrobić, a nikt nie wie o śmierci Fergisa… – zaczął Anakur, ale widać było, że nie może wyrazić tego, o czym myślał.

– Przejmiesz karczmę? – dokończył Arestog. – Może to i dobry pomysł. A co później?

– Nie mam pojęcia. Póki co wiem, że może mi się to przydać do stabilizacji. Na razie na pewno zmylę potencjalnych zabójców i wprowadzimy ich w pułapkę. A później? Później się zobaczy. Ty również chyba masz jakieś plany. Nie chcesz przecież skończyć w Irnikralu, prawda?

– Nie wiadomo. Ostatnio poznałem wspaniałą dziewczynę. Możliwe, że moje podłe życie pełne krwi i nienawiści wreszcie nabierze pozytywnych barw – powiedział Neriv.

– Zastanawiałeś się nad odszukaniem Anriony? – zapytał Gort.

– Prawdopodobnie przemłóciliśmy ją na kościanego golema.

– Mam sporą sumę. Mógłbym zamieszkać u ciebie, gdy to wszystko już się skończy? – zapytał kat.

– Jasne, mam nadzieję, że teraz ułożysz sobie życie. Wiesz, jeśli stałoby się tak, że ja odejdę bezdzietnie, to chcę, żebyś ty przejął Irnikral. Myślałem o tym już wcześniej. Zaczynam wierzyć w to, że mógłbym po Anrionie ułożyć sobie życie. Tak samo jak i ty, teraz, po przemianie. Wszystko może się teraz udać, Gorcie.

Anakur nigdy nie zapomniał tej rozmowy. Rok później, idąc przez dziki kontynent Ghnti, zwiedzając wielopoziomowe lasy i latające oceany, zdawał sobie sprawę, że ich losy zostały związane na zawsze. Droga zmierzała na południe, wijąc się wśród pagórków, a płynące nad ich głowami wieloryby wyły wesoło.

– Czuję moc niedaleko – odezwał się nagle Neriv. Już dawno odeszły z niego wszystkie emocje. Nie mówił tak jak kiedyś, to wszystko go zmieniło. Tak jak Gort odbudował swoją duszę, mordując brata, tak Eesitira wyżarła duszę Nerivowi. Były kat już dawno nie widział, żeby Arestog się uśmiechał. Wszystkie wymawiane przez niego zdania brzmiały sucho i informacyjnie. Jeszcze rok temu był pełen życia i nadziei, teraz zamienił się maszynę do zabijania, która szuka tylko zemsty. Neriv już dawno nie wyszedł na światło bez hełmu, jednak Gortowi to nie przeszkadzało. Wiedział, że nie poznałby go i na próżno szukałby w oczach Neriva dawnego przyjaciela.

– Idziemy w dobrym kierunku? – zapytał Anakur.

– Tak, niedaleko. To chyba tamten namiot – powiedział Arestog.

Pagórkowaty teren był skąpo porśnięty trawą, a w promieniu kilkunastu kilometrów nie było widać żadnej ochrony przed cieniem. Słońce ich paliło. To prawdopobnie przez tę wodę nad nimi, myślał Gort, spoglądając na niespotykany świat. Jednak Neriv w pełnej zbroi zdawał się tego nie zauważać. Rycerz poszedł pierwszy i odciągnął płachtę. Wyglądało na to, że zupełnie nie zauważał nietaktu wynikającego z wchodzenia do czyjegoś „domu” bez pukania. Gort, podążając za nim, zobaczył siedzącego wewnątrz elfa. Postać była ubrana w grubą skórę mimo wysokiej temperatury, która panowała w namiocie. Gospodarz wyglądał jakby nie zdawał sobie sprawy z wejścia intruzów. Patrzył w ognisko, które płonęło w namiocie. Już po chwili spostrzegawczy Anakur zorientował się, co jest nie tak z tym ogniem – nie było dymu. Po chwili kat spostrzegł, że oczy elfa wyglądają jak dwa diamenty. Świeciły białym, jednostajnym blaskiem.

– Nie mam go – powiedział elf, a jego głos brzmiał, jakby to mówiła cała ziemia. Przerażający dźwięk milionów głosów, zarówno tych głośnych, jak i cichych, słyszanych z daleka i z bliska, niektórych brzmiących jakby spod ziemi, a niektórych od samego elfa. – Nie mam i nie miałem, ale wiem, gdzie jest.

– Witaj… elfie – zaczął Neriv. – Wiesz, czego szukamy, tak?

– Jestem mostem pomiędzy światami. Żyją we mnie duchy z zaświatów i demony ognia i mieszkańcy mroku, bywałem poza wymiarami i widziałem sferoidy. Nie widzę jak wy i nie słyszę jak wy. Za to słyszę wasze myśli i widzę waszą przyszłość i przeszłość. Bądźcie pozdrowieni przez Neyighitee. Jestem tym, którego boją się smoki. Stworzony przez elfią boginię Noctiferi, jestem dziurą między światami.

– Witaj… jestem Neriv Arestog. Ze mną jest Gort Anakur… – Neriv zupełnie nie wiedział, co ma powiedzieć. Na czym miałaby polegać rozmowa z kimś, kto wie wszystko? To, co mógłby powiedzieć człowiek, było nieistotne.

– Nie powiem ci, gdzie jest ostrze, ale zdradzę, jakie jest twoje przeznaczenie i gdzie powinieneś się udać, aby zbliżyć się do swojego celu. – powiedział Neyighitee. – Jednak muszę cię ostrzec, Nerivie. Umrzesz, nie osiągając go. Natomiast ty, Gorcie, swojego celu nigdy nie odnajdziesz. Morderstwo twojego brata było jedną z ciekawszych sytuacji na tym świecie. Zmieniło los i przeznaczenie. Wpłynęło na setki. Scenariusz tego świata trzeba było napisać ponownie. Nadchodzą ciężkie czasy, smoki nie brały udziału w pisaniu, ale nie jest to wasze zmartwienie. Gorcie, ściągnąłeś na ten świat płomień, który ucieszył mieszkańców wymiaru wiecznego ognia. Po śmierci powitają cię jako ich zbawcę. Byłeś potworem w oczach innych, byłeś bestią w oczach swoich, a po śmierci zostaniesz demonem. Krew tych, których przelałeś. Ból ich krzyku dał tyle pożywienia panom spoza wymiarów, ile regularna bitwa. Są ci wdzięczni i oferują drugie życie – skończył Neyighitee, po czym wziął wdech. Miliardy głosów powodowały u wędrowców dreszcze, a samemu Gortowi przypominały walkę z xaetrem. – Nerivie, ty również masz popleczników wśród postaci spoza tego wymiaru, jednak są nimi mieszkańcy ciemności. Nie mogę powiedzieć ci nic więcej. W ostatecznej bitwie cienie przyjdą na twoje wezwanie. Idź do złotej góry, tam odnajdziesz swoje przeznaczenie, które nie jest zapisane, a ty zadecydujesz, czy przyjdzie po ciebie śmierć, czy ty nią będziesz.

Elf wsadził rękę do ogniska i wyjął z niego płonący kawałek węgla, następnie wyciągnął rękę w stronę rycerza.

– Połknij to Nerivie, w ten sposób otrzymasz ostateczne pojednanie ze swoimi braćmi i siostrami mroku. Oni pomogą ci w walce z Theronem Ath’Ion, jednak to nie on jest twoim najgorszym wrogiem. Natomiast co do ciebie Gorcie, mogę cię najwyżej ostrzec, swojego losu już nie zmienisz. Twoja śmierć będzie miała ptasie skrzydła, nie zmienisz swojego losu. Możecie wyjść.

Neriv podniósł hełm, wziął do ręki płonący kawałek węgla i bez zastanowienia połknął go. Gort popatrzył na Neyighitee, potem na rycerza, a następnie wyszedł przed namiot. Po chwili dołączył do niego Neriv.

– Po pierwsze… wziąłeś od obcego coś, co miałeś zjeść bez żadnego zastanawiania się? Rodzice niczego cię nie uczyli? Poza tym, kto to w ogóle był? Nigdy o nim nie słyszałem, a wyglądał, jakby to on stworzył ten świat.

– Jedno jest pewne. To coś nie kłamie. Nie mam pojęcia, kto to był, ale możliwe, że widział Ethnu osobiście. Kiedy wziąłem do ręki węgiel, zmienił się w kawałek chleba. Tak jakby on istniał w innym wymiarze. Intrygująca osoba… ciekawe, co miał na myśli, mówiąc, że nie zmienisz już swojego losu.

– Nie mam pojęcia, może jednak się dopytam… – powiedział Gort i już chciał wrócić, jednak gdy się odwrócił, przez moment miał wizję.

Stojąc nad brzegiem przepaści, patrzył w dół na miliony kilometrów ognia, krainę demonów, potężne zamki zbudowane z ludzkich ciał, hektolitry krwi, tonące w lawie dusze. Rozrywane na kawałki przez miliardy lat, bez końca. Dalej zobaczył chmury i dym otaczające ciemność. Wyglądało to wszystko jak odsłonięta grota, pełna duchów, utraconych żyć. Osób, które zostały skazane na życie bez słońca i tułaczkę. Widział miliony dusz zebranych magów i wojowników, niewolników i królów zamkniętych w wiecznej ślepocie i strachu. Patrzył na sferę pełną światła i złota, w której pierwotne ogrody rosły coraz bujniej, by utrzymać swoich mieszkańców od miliardów lat. Obserwował, jak wielki wąż oplatał pustynne piekło dla wiecznie nienasyconych. Widział krainę wody, gdzie upadłe dusze nieustannie tonęły. Spoglądał na kulę pełną ciemności. Miliardy sfer wykształciło się przed jego oczami. Oglądał też resztę wszechświata owianego w mgłę i dym. Spomiędzy chmur wyzierające światy, stare i nowe. Nagle chmury zniknęły i spod nich, pomiędzy kulistymi sferami światów wyłonił się Ethnu. Prastary stwórca, który otaczał swoimi mackami cały wszechświat. Widział, jak miliardy oczu umieszczonych w jego półprzezroczystym, szarym, amebowym ciele patrzą na niego. On był mazią, która wypełnia pustkę pomiędzy światami i szczelinami sfer. Jego oczy wyzierały spod półprzezroczystej mazi, a ze środka patrzyły uwięzione istoty. Nagle z oddali Gort usłyszał śmiech przerażających, pełnych oczu i kłów istot. Spomiędzy światów wychyliło się urwisko, a na nim stał on sam. Wpatrywał się w siebie jak w lustro. Coś zwróciło jego uwagę – do jego odbicia bardzo szybko zbliżyła się postać z wielkimi skrzydłami ptaka. Były kat zdawał sobie sprawę, że to on sam, wyglądający jak anioł z kapłańskich ksiąg. Patrzył w oczy własnego odbicia. Wysłannik Ethnu wylądował tuż za nim, a po chwili jego miecz przebił ciało Gorta. Skrzydlaty patrzył, jak jego ciało upada, zalewając się krwią. Nagle wszystko się odsunęło. Przed Gortem stał dąb, z którego opadały ostatnie liście. Drzewo zalśniło złotym blaskiem, a niebo nagle ściemniało. Przerażająca wizja wstrząsnęła katem. Rzucił się na ziemię, a kiedy wstał, wszystko wróciło do normy. W miejscu namiotu stała brzoza.

– Widziałeś to? – zapytał Gort.

– Nie wiem, co ty widziałeś, ale Neyighitee zniknął przed nami na zawsze – odpowiedział spokojnie Neriv, patrząc na stare drzewo. – Chodźmy do tej cholernej góry. Mam ochotę odbudować moją twierdzę i moje życie na zwłokach tego smoka.

Kolejne trzy dni wyprawy minęły w pozytywnym nastawieniu, chociaż były pełne błądzenia. W końcu udało się znaleźć jakieś cywilizowane osiedla nieznanych nikomu stworzeń, które mimo podejrzliwego podejścia do obcych wyjawiły przybliżone umiejscowienie złotej góry. Był to najwyższy szczyt Ghnti, piętrzący się od tysięcy lat w samym centrum południowego kontynentu, na zachód od elfickich osiedli. Droga nie była zbyt daleka i w ciągu kilku dni obaj Xynthialczycy powinni być już na szczycie.

***

Erishnaoth otworzył z trzaskiem duże dębowe drzwi. Wiedział, że te drzwi to tylko interpretacja. Ethnu, zaczynając tworzenie, nie miał o niczym pojęcia, ale ostatnie sfery wykreował już na podstawie tych pierwszych. Drzwi i wyłożona kamieniem biblioteka nie istniały fizycznie, jednak reliastycznie otaczały tego, który był w środku. Erishnaoth wiedział o tym. Asystował przy tworzeniu tego wszystkiego. Jako archanioł inteligencji był jednym z pierwszych, których „to dziecko” stworzyło. Czuł, że się nie porusza, tylko pomieszczenie zmienia swoją pozycję wraz z jego krokami. Podszedł do grubej księgi zatytułowanej Gort Anakur i położył ją na specjalnie do tego stworzonym piedestale. Sama księga była tylko metaforą „dziennika” duszy istoty. Otworzył ją, a z wnętrza wyskoczyły światła, układając się w konkretne wzory i instalacje. Metaforyczna szpula rozwijała przed nim nić, która zwijała się na drugą szpulę. Z pudełeczka przy piedestale Erishnaoth wyciągnął mały nożyk, po czym szybkim machnięciem przeciął nić.

***

Czwartego wieczoru od spotkania z tajemniczym elfem Neriv i Gort byli w coraz bardziej optymistycznych nastrojach. Za kilka dni mieli być już na szczycie, a wszystko wskazywało na to, że w końcu przestanie padać. W obliczu nowego nieba obaj Xynthialczycy musieli wziąć niewielkie korepetycje z zakresu przewidywania pogody pod oceanem.

– Muszę ci coś powiedzieć – zaczął nagle Gort. – Jesteś moim przyjacielem i właściwie jedyną bliską mi osobą.

– Wiem o tym – odpowiedział Neriv.

– Znalazłem Anrionę – po tych słowach zapadła krótka cisza.

– Gdzie? Kiedy? Jak? – zapytał Arestog beznamiętnym głosem.

– Wysłałem xynthialskich szpiegów, żeby wytropili dziewczynę. Znaleźli ją w Vironolu cztery lata temu.

– Po co mi to mówisz?

– Porozmawiałem sobie z nią spokojnie w sali tortur.

– Co zrobiłeś?

– Zadbałem o nią tak, żeby do końca życia żałowała tego, jaka była. Postarałem się też o to, żeby trwało to jak najdłużej. Możliwe, że nadal żyje, nie mogąc w jakikolwiek sposób powiedzieć, kto odciął jej ręce i nogi.

– Dlaczego mi to mówisz?

– Po tym, co powiedział Neyighitee, mam wrażenie, że moje życie niedługo się skończy. Jesteś moim przyjacielem i zrobiłem to dla ciebie – powiedział Gort spokojnie.

Zapadła cisza. Każdy przez chwilę tępo wpatrywał się w ognisko.

– Wiesz… może już dość krwi… – zaczął nagle Neriv.

– Słucham?

– Może już dość krwi przelaliśmy obaj w naszym życiu. Może… może już czas skończyć moją krucjatę przeciwko wszystkim. Ten smok zasłużył na śmierć, ale czy naprawdę ja zasłużyłem na to, żeby go zabić?

– Co masz na myśli, tak mówiąc? – spytał Gort. – Co masz na myśli, pytając „czy zasłużyłem, żeby go zabić”?

– Tyle głupich rzeczy zrobiłem z nienawiści i chęci zemsty… Tyle krwi noszę na rękach. Gort, jak myślisz, co powinienem zrobić?

– Powiedziałbym, kieruj się głosem serca – uśmiechnął się były kat – ale sam zbyt krótko rozumiem, co to znaczy.

– Nie rozumiem.

– Kochałeś ją czy nie? – Gort spojrzał Nerivowi w oczy.

– Veirnye? Nie wiem – ten wzruszył ramionami.

– Czułeś się lepiej z nią czy bez niej?

– Oczywiście, że z nią!

– A teraz wracając do ciebie samego, ty i tak nie rozpoczniesz nowego rozdziału życia, nie kończąc poprzedniego. Nerivie przyjaźnimy się już wystarczająco długo, żebym wiedział, że ta sprawa nigdy nie da ci spokoju i choćbyś miał umrzeć, zabijając strażnika, to odejdziesz z satysfakcją tego, że twoje sprawy zostały załatwione – powiedział Gort.

– Możliwe, możliwe – odpowiedział Arestog z zadumą.

– Erishnaoth! – powiedział nagle ze strachem Anakur, patrząc w oczy przyjacielowi. Jego źrenice się zmniejszyły i kaszlnął. Krew poleciała w ogień, a były kat odchylił się do tyłu i już się nie podniósł.

– Gort? Wszystko dobrze? – zapytał Neriv, a nie słysząc odpowiedzi, wstał i podszedł do przyjaciela. – Gort? Co się…

Rycerz zrozumiał, co się stało. Próbował magicznych zaklęć, ale te nie pomagały. Anakur nie żył. Neriv spojrzał na jego ciało i zalał się łzami. Jego ryk nie miał końca, bo teraz na całym świecie już został sam. Nie miał z kim rozmawiać, nie miał już żadnej alternatywy i nadziei, żadnego pozytywnego akcentu. Pozostała mu tylko zemsta.

***

Valandriolczycy zabezpieczyli dzienniki Gorta Anakura w celach naukowych. Tak przynajmniej powiedzieli Xynthialowi, chociaż każdy dobrze wiedział, do czego to ma posłużyć. Pokój, niegdyś specjalnie przygotowany dla kata, teraz był pełen kurzu. Zdawało się jednak, że nawet myszy bały się ruszać potwornych zapisków najbardziej nieludzkiego potwora ze wszystkich ludzi. Najstarsze notatki zaintrygowały jednego z zakonników Ethnu. Mnich zdziwił się, widząc puste kartki obok interesujących i innowacyjnych intrukcji budowy i działania machin tortur oraz opisów ludzkiej psychologii. Mnóstwo pustych kartek. „W końcu dostałem ostatni tom, przecież to logiczne, że nie skończył go pisać”, pomyślał. Ostatnia karta zmieniła jego zdanie. Najbardziej brutalny kat w historii skończył pisać swój pamiętnik słowami:

Całe swoje życie byłem potworem. Błagam Cię, Ethnu, żebyś chociaż pozwolił mi umrzeć jako człowiek.

***

Czerwień płomieni rzuciła Gorta na ziemię. Paraliżował go niezidentyfikowany i niesprecyzowany ból, którego nie potrafił umiejscowić. Nie mógł się ruszyć i czuł się trochę inaczej, jakby nie był w swoim ciele. Wydawało mu się, że widzi, ale nie oczami, słyszy, ale nie uszami, i czuje, ale nie skórą. W dodatku nie potrafił powiedzieć, gdzie jest. Obawiał się najgorszego. Z przeczytanych ksiąg i obejrzanych rycin wnioskował, że był w domenie ognia. Poczuł w sobie bardzo realny strach. Nagle jego uwagę przyciągnęło światło, które biło tuż obok niego – świetlista, różnobarwna kula połyskująca bielą, seledynem, jasnym błękitem i złotem. Zza niej wynurzyła się jakaś postać. Kat próbował uciec, jednak nie potrafił. Potężne, czarne, parujące gęstą, szarą mgłą łapy złapały kolorową kulę świecącą obok niego, jednocześnie on sam poczuł palący dotyk. Zdał sobie sprawę z dwóch rzeczy. Po pierwsze, wraz z demoniczną postacią zauważył również inne. Po drugie, cały czas patrzył w lustro, a tą kulą był on sam.

– Wyrwij Fergisa z Gorta i wyrzuć do otchłani porzuconych. Trochę demoniej krwi i będzie jak nowy – rozbrzmiał dziwny, bardzo niski dźwięk, cudem tylko układający się w słowa. – Witaj wśród nas, Gorcie. Oczekiwaliśmy ciebie.