Trup Nuriego IV

Stanął jak wryty. Zbladł. Niewątpliwie ujrzał najpiękniejszą kobietę w swoim życiu. Wydawała się idealna: piękne oczy, miękkie, lekko pofalowane blond włosy. Patrzył jak zahipnotyzowany na jej długie, zgrabne nogi, których zarys przebijał się przez wąskie, tkane spodnie. Podziwiał jej obfite piersi wyeksponowane przez głęboki dekolt. Spojrzała na niego i obdarzyła przelotnym uśmiechem. Jej spojrzenie miało jakiś tajemniczy, uwodzicielski poblask, jakby oznajmiało: „kochasz mnie”. Poczuł fale ciepła rozchodzące się po ciele jak po mocnym alkoholu, który podkradł kiedyś z ojcowskiego barku.

I nagle… zobaczył schody z bliska. Promienisty ból u nasady nosa na chwilę go otępił. Leżał na schodach, a na białym marmurze zaczęły pojawiać się czerwone krople.

– Kra! Kra! Kra! – usłyszał za sobą prześmiewcze krzyki.

Banda gówniarzy z młodszych roczników biegała dookoła, kracząc i symulując machanie skrzydłami. Spojrzał na miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stała jego bogini, ale teraz było puste. Zażenowany wstał i ruszył szybkim krokiem w stronę internatu. Rzucił jeszcze okiem na stojącą na schodach hałastrę – gnojki mogły się z niego wyśmiewać, ale żaden nie odważyłby się go tknąć. Nie potrafił powiedzieć, któremu zawdzięcza upadek.

Przypomniał sobie Neriva Arestoga, który skończył szkołę dwa lata wcześniej. Jak on tego człowieka nienawidził! Był uosobieniem wszystkiego, czego Nuriemu brakowało. Nie dość, że walczył i czarował jak demon, to jeszcze imponował skromnością. Niewielu uczniów podczas tradycyjnej walki z mistrzem potrafi choćby dosięgnąć ciosem swojego nauczyciela. Młody Arestog to zrobił. I pokonał mentora. Potem zrobił krok dalej i rzucił wyzwanie: on przeciwko trzem mistrzom. Mówiono, że co prawda Neriv był zdolny, ale nikt w Xynthialu, a nawet i w Eestirii, nie podołałby temu zadaniu. Potem jednak wszyscy przecierali oczy, w zdumieniu patrząc, jak syn słynnego lorda, Naraala Arestoga, kładzie jednego mistrza po drugim. Pisano o tym w gazetach w całym Xynthialu.
Kolejnym powodem nienawiści Nuriego było powodzenie Neriva u dziewczyn. Nie dość, że przystojny i inteligentny, to jeszcze skromny; niewiele było dziewczyn w szkole, ale wszystkie się w nim kochały. Natomiast mężczyźni czuli do niego dziwną mieszankę szacunku i strachu. Tam gdzie pojawiała się owa „legenda”, zawsze znajdował się ktoś gotów zrobić dlań wszystko tylko po to, by choć przez chwilę pławić się w blasku bohatera.

Młody Arestog często ignorował takie adoracje. Wydawało się, że zawsze mówi to, co myśli, a mimo to sprawiał wrażenie człowieka w pewien sposób odizolowanego od innych. Zawsze też patrzył w oczy, kiedy z kimś rozmawiał, wpatrywał się swoimi unikalnymi, fioletowymi tęczówkami tak, jakby szukał czegoś w ludzkiej duszy. No i był ulubieńcem ojca Nuriego – Serika. Lord Quankos, gdy tylko odkrył talent Neriva do walki, został jego osobistym trenerem i często spędzał z nim więcej czasu niż z własnym synem. Nuri nienawidził za to zarówno ich obu, jak i samego siebie – widział, że ojciec wolałby mieć za syna właśnie młodego Arestoga, a nie jego, łamagę i tchórza.
Zawsze chciał być jak Neriv i teraz poczuł, że jeśli czegoś nie zrobi, to jego życie nigdy się nie poprawi. Stanął, obrócił się w miejscu, wskazał palcem na jednego z gówniarzy i krzyknął:

– Zapłacisz mi za to, gnojku!

Zapadło milczenie, wszyscy naraz obrócili się i spojrzeli w stronę młodego Quankosa. Zaraz potem ryknęli śmiechem. Nikt nie krył się z okazywaniem Nuriemu, za jakiego śmiecia jest uważany.

– I co mi zrobisz?! – krzyczał gnojek, rechocząc. – Zakraczesz mnie na…

Urwał nagle w połowie zdania. Śmiechy jeszcze chwilę trwały, ale dzieciak stał jak sparaliżowany. Złapał się za klatkę piersiową, otworzył szeroko usta, kaszlnął krwią i padł martwy na marmurowe schody prowadzące do głównego holu Królewskiej Szkoły Rycerskiej w Xyranalu.

***

– Jakiego użyłeś zaklęcia? – zapytał lord Aerlim, który był dyrektorem Królewskiej Szkoły Rycerskiej w Xyranalu.

– Żadnego.

– Ja właściwie nawet nie znam takiego zaklęcia – powiedział lord Parfi.

– Ja także nigdy o takim nie słyszałem – dodał lord Vyro. – Wygląda na to, że dzieciak padł na zawał i tyle. Miał słabe serce, pękło mu. No cóż… Zdarza się.

Nuri siedział przed komisją pedagogiczną podejrzany o zamordowanie jednego z uczniów. Sprawa wyglądała na wygraną. Nuriemu – według świadków – nie zapłonęły oczy, nie krzyknął żadnego dziwnie brzmiącego słowa ani nie robił jakichś unikalnych magicznych gestów. W dodatku nikt nie znał zaklęcia, które powodowałoby atak serca.

– Zdarza się? – zwrócił się Aerlim do Vyro – Ja nie pamiętam zbyt wielu przypadków, żeby trzynastoletni chłopak nagle zszedł na zawał, stojąc na schodach.

Z racji powiązań rodzinnych i możliwego nieobiektywnego podejścia do sprawy lord Serik Quankos został wykluczony z posiedzeń rady.

– Nie mówię, że często, ale bywają takie wypadki – tłumaczył się mistrz.

– Nie mogę wierzyć ci na słowo, chłopcze – dyrektor zwrócił się teraz bezpośrednio do Nuriego. – Jednak nie mogę uznać, że w jakikolwiek sposób przyczyniłeś się do śmierci chłopaka, ponieważ nie ma na to najmniejszego dowodu. Świadkowie zeznali, że nie znaleźli śladu użycia magii, tak więc nie możemy cię uznać za winnego śmierci… Jak mu tam?
Zapadła krótka cisza, mistrzowie popatrzyli sobie po kolei w oczy, ale żaden nie mógł sobie przypomnieć imienia ani nazwiska biednego chłopca.

– Eh… Tak czy siak, na zdarzenie niewątpliwie wpłynął słaby stan zdrowia ofiary – stwierdził Aerli, a jego wypowiedź brzmiała oficjalnie. – Proszę znaleźć mi imię i nazwisko tego biednego chłopaka, a tymczasem nadzwyczajne obrady komisji pedagogicznej uważam za zakończone.

***

Podczas krótkiej drogi z gmachu głównego KRK do swojego pokoju w internacie Nuri zauważył dziwną zmianę. Nikt teraz nie szeptał za jego plecami, nie słyszał też przytłumionych śmiechów. Początkowo tego nie zauważał, ale kiedy nie musiał obchodzić szerokim łukiem grupki młodszych uczniów – po prostu rozstąpili się przed nim – był zszokowany. Co prawda jeden chłopak wpadł na niego na korytarzu internatu, ale natychmiast zbladł i uciekł.

Kiedy wszedł do pokoju, zapalił świecący klejnot i w fioletowej poświacie spojrzał na swoje odbicie w lustrze. Uśmiechał się. Zaczynał rozumieć: ktoś puścił plotkę, że Nuri zabił chłopaka, wskazując na niego palcem i bez używania magii. Teraz ludzie podejrzewają, że ma jakieś zdolności parapsychiczne, więc boją się go. Poczuł się tak, jak Neriv musiał czuć się zawsze – dumny z siebie. Duma go wręcz rozpierała. Śmierć gnojka pomogła mu odzyskać szacunek do samego siebie i stać się bardziej pewnym siebie. Wreszcie zauważył w sobie człowieka. Wyprostował się i pierwszy raz od tygodni postanowił wieczorem wyjść z pokoju.

Nuri spojrzał na przebijający się przez chmury biały księżyc – Naer – i ruszył w kierunku sąsiadującego z kampusem KRK ogromnego, sztucznego parku. Miał on ciągnące się kilometrami, splątane alejki, na których nie trudno było się zgubić. Uczniowie często zapuszczali się na nieznane tereny tego parku, organizowali w nim imprezy i nielegalnie pili alkohol lub zażywali coś, co akurat było modne.

Po kilku krokach Nuri wciągnął do płuc powietrze: uwielbiał charakterystyczny zapach pierwszych dekarów pory demona. Po kilkunastu metrach skręcił z głównej ścieżki w prawo. Lekka mgła unosiła się nad trawą i robiło się coraz chłodniej. Mimo wszystko miał ochotę iść dalej – rześki wiaterek i to, że pierwszy raz od dłuższego czasu nie gnił w swoim pokoju, dawało mu siłę. Teraz kiedy miał ochotę spacerować po zielonym parku, chciał to wykorzystać, zamiast siedzieć w zamknięciu tych samych czterech ścian. Gdzieniegdzie słychać było imprezujących uczniów, którym prawdopodobnie spadająca temperatura nie robiła już różnicy. Wraz z gęstniejącą mgłą widoczność malała coraz bardziej, a młody Quankos zaczynał się powoli obawiać, że mógłby nie znaleźć drogi powrotnej do internatu.

Kiedy już miał zawracać, zobaczył zarys dwóch postaci. Usłyszał damski głos, który zdawał się krzyczeć. Odruchowo schował się za drzewo i z nieznanego sobie powodu obserwował przebieg wydarzeń. Wytężył wzrok i dostrzegł dziewczynę, która popchnęła stojącego obok chłopaka. Nie potrafił ich zidentyfikować, ale zdawało mu się, że oboje są z jego szkoły. Coś błysnęło w jej ręku, a druga postać złapała się za szyję i upadła. Pokierowany impulsem rzucił się w stronę rannej osoby. Nie potrafił zrozumieć, dlaczego to zrobił, ale kiedy się zbliżył, stanął jak sparaliżowany. Leżący na ziemi chłopak był jednym z tych gnojków, którzy stali rano na marmurowych schodach. Miał poderżnięte gardło.

Blondynka natychmiast się do niego odwróciła i Nuri zauważył od razu trzy rzeczy: z noża w jej dłoni kapała świeża jeszcze krew, zza rozszerzonych, dziewczęcych źrenic nie widać było tęczówek i była to ta sama piękność, w której zakochał się od pierwszego wejrzenia tuż przed porannymi wydarzeniami.

Przez chwilę patrzyli sobie w oczy, po czym dziewczyna skoczyła w jego kierunku z nożem. Nuri zrobił odruchowy unik i rzucił w nią zaklęcie uderzenia – jedno z najprostszych, mierząc w bok. Blondynka padła na ziemię, jednak wydawało się, że nic nie poczuła. Oniemiały patrzył chwilę na uśmiechającą się przerażająco napastniczkę podnoszącą się z ziemi. Zaczynał powoli przypominać sobie zaklęcia, w których ostatecznie nie był taki zły, po czym zebrał w sobie siłę i wyciągając rękę w stronę jej głowy, urzeczywistnił zaklęcie chwilowego pozbawienia przytomności. Blondynka nagle jakby zmiękła i padła na ziemię.

Nuri wpatrywał się przez sekundę, nie mogąc zrozumieć, co się wydarzyło. Miał swoje spokojne, nudne życie i nagle ktoś umiera na schodach, potem dziewczyna, w której właśnie się zakochuje, zabija kogoś w lesie, a on sam musi z nią walczyć o życie. Tego dnia widział więcej ciał niż w całym swoim dotychczasowym życiu. Co gorsze, zastanawiał się, co dalej. Postanowił wybrać najbardziej emocjonalne, głupie i niebezpieczne wyjście. Wyjął z ręki morderczyni nóż i położył go na martwym ciele chłopaka, którego z kolei podniósł i przeniósł kilkanaście metrów od ścieżki. Tam położył go w krzakach ukrywając pomiędzy drzewami. Przykląkł i zaczął medytować. Przeprowadzał rytuał, który miał zdecydowanie zwiększyć moc zaklęcia, którego chciał użyć. Nie miał talentu do magii, był po prostu przeciętny, ale nauka w KRK wiele go nauczyła. Czuł, jak energia zaczyna dookoła niego falować i wibrować, jak jej pozaziemskie cząsteczki wirują dookoła niego. Skupił zaklęcie ognia na nożu i patrzył jak szybko zaczyna on świecić, a po chwili rozpuszcza się na zwłokach chłopaka i w końcu je podpala. Pomimo męczącej medytacji przeprowadzanej w połączeniu z dość silnym jak na niego zaklęciem nie odpuszczał i utrzymywał koncentrację tak długo, aż po ciele, ubraniu i butach pozostał jedynie popiół.

Następnie wstał i wrócił do dziewczyny. Nie wiedział, co z nią zrobić – pozbawiona przytomności mogła w nocy zmarznąć, a nawet umrzeć. Gdy podjął decyzję, wziął ją pod ręce i powoli zaczął ją prowadzić w stronę uczelni. Po zaledwie kilkudziesięciu krokach lunął sążnisty deszcz. Nuri był przerażony i zszokowany, jednak szedł z piękną blondynką przez park. Nie wiedział, ile mu to zajęło czasu – poruszali się w ślimaczym tempie. W końcu ujrzał budynek.

Była już późna noc, więc w recepcji, jak zwykle o tej porze, nikogo nie było. W takiej sytuacji należało zadzwonić magicznym kryształem, aby po wylegitymowaniu się móc wejść. Kiedyś, na drugim roku, Nuri znalazł na ziemi klucz do głównych drzwi; wiedział, że kiedyś mu się przyda. Teraz był jego zbawieniem. Po cichu przemieszczali się przez korytarz, aż w końcu znaleźli się bezpiecznie w pokoju. Położył piękną blondynkę na swoim łóżku, na wszelki wypadek ją przywiązał, a następnie sam położył się na podłodze. Czego nie robi się dla miłości?

***

Nad miastem niespodziewanie pojawia się błękitna bańka. Pierwszy nieudany punkt ofensywy na Deriol. Mimo wszystko wszyscy prą naprzód. Ich zadaniem jest uderzyć na to valandriolskie miasto od południa. Zdjęcie potężnej magicznej bańki może wiązać się z opóźnieniem w ataku, lecz stworzenie wyłomu trwa czasami kilka minut, a czasem dni. Oni jednak poruszają się naprzód. Jeden z wyłomów w murach jest już widoczny; przelatujący w pierwszej fali wijów magowie zrobili go, żeby wojska idące z tyłu miały ułatwione zadanie. Taki był plan Ereitana III Xynthii – wysłać najpierw elitę głównie na wijach, rzadziej konno i utorować drogę. Magowie tego oddziału mają za zadanie w każdy możliwy sposób ułatwić walkę regularnym wojskom: stworzyć wyłomy w murach i zniszczyć strategiczne miejsca obronne, takie jak baszty czy zbrojownie. Natomiast wojownicy i rycerze mają ich bronić i zrobić wszystko, by tamci mogli wykonać swoje zadanie.

Młody Quankos idąc pośród oddziałów zmierzających do południowego wyłomu, obserwuje, jak zamknięta w błękitnym polu siłowym pierwsza fala dramatycznie walczy o życie. Nuri należał do drugiej fali czyli południowej dywizji głównych wojsk, które powoli podchodzą pod mury i czekają. On sam patrzy na północ, gdzie stoi główna armia. Arcymagowie zaczynają odprawiać tam swoje rytuały, które mają na celu zniszczenie bańki.

Wszyscy xynthialscy żołnierze patrzą ze zniecierpliwieniem, jak kilku kolejnych największych magów Kraju Trupów zawodzi, próbując zdjąć tę bańkę, natomiast po jej drugiej stronie kwiat xynthialskich żołnierzy pada jeden po drugim podczas zmasowanego kontrataku Valandriolu. W końcu pojawia się jeden mag, łysawy i ubrany w czarną togę, i odpycha arcymaga odprawiającego potężny rytuał. Robi kilka dziwnych gestów, jego oczy zaczynają płonąć błękitem, a z dłoni unoszą się delikatne opary magii widoczne jako połączenie mgły z iskrami. Przykłada ręce do bańki i pole siłowe bezdźwięcznie znika. Następuje cisza. Nuri odwraca wzrok i patrzy na mury obsadzone magami i rycerzami Deriolu.

Nagle ognista kula wbija paru Xynthialczyków w ziemię, a eksplozja rozrywa ciszę. Nuri słyszy wybuchy ze wszystkich stron: zarówno od północnej strony, niedaleko siebie, jak i przy murach obrońców. Obie strony wymieniają się magicznym ogniem, a wojownicy – głównie ci zamożniejsi z antymagicznymi amuletami – rzucają się do ataku. Czasem eksploduje pod nimi ziemia, innym razem obryzgują ich flaki tych, którzy przed chwilą stali obok. Ci, których stać na amulety, są niewrażliwi na magię – ich celem jest jedynie, żeby powstrzymać wojowników nadbiegających z naprzeciwka.

Potężny dźwięk szczęku metalu dochodzi do uszu Nuriego – to dwa fronty wojowników starły się ze sobą. Młody Quankos obserwuje, jak powoli zawalają się mury ze stojącymi na nich obrońcami. Xynthial ma zdecydowaną przewagę liczebną i lepiej wyszkolonych żołnierzy. Odkąd nikt nie musi pracować w polu, coraz więcej młodych mężczyzn lgnie do wojaczki. Kilka minut minęło od zniknięcia bańki, a już niektórzy napastnicy zaczynają wspinać się po gruzowisku powstałym z murów.

Nuri wyrywa się naprzód. Biegnie, ile sił w nogach, ponieważ stojąc na wolnej przestrzeniza bardzo naraża się na atak. Gdyby stał tam jeszcze kilka sekund, zostałby rozerwany przez wybuch, który starł z powierzchni ziemi stojących obok niego rycerzy. Wokół trwa szał eksplozji. Valandriolczycy zmieniają taktykę – niszczą wszystko. Nuri biegnie nieprzerwanie naprzód, a w końcu pada i zaczyna się czołgać. Ma jeden cel: chce udowodnić ojcu swoją wartość.

Pobliski wybuch pozbawia go przytomności.

***

Cegła z walących się murów Deriolu spada na Nuriego i odbija się od metalowego hełmu na głowie. Powietrze jest gęste od wyładowań magicznych. Nuri nie widzi żadnego sposobu, w jaki mógłby ujść z życiem z tej śmiertelnej pułapki. Wał, który utworzył się z gruzowiska, topnieje, a podniesienie głowy choćby o kilkanaście centymetrów wiąże się z nieuchronną śmiercią. Utknął. Jedyne co pozostaje, to skulenie się i liczenie na cud.

Wał niknie w oczach, a zaklęcia wydają się coraz bardziej niebezpieczne. Kolory mieszają się ze sobą, tworząc piękny, tętniący pełną paletą barw morderczy wir.

– Zabiją mnie tutaj… – szepcze do siebie skulony z przerażenia Nuri – Zabiją mnie…

Świadomość nadchodzącej śmierci sprawia, że zaczyna myśleć o ojcu, który wprawdzie gardzi nim ze wzajemnością, ale jest jedyną bliską mu osobą. Gdzie on teraz jest? Był w pierwszej fali, więc prawdopodobnie już nie żyje. Nuri dziwi się, jak bardzo jest mu to obojętne. Czy ojciec byłby z niego dumny? Czy śmierć podczas bitwy, gdy leży się skulonym gdzieś na wałach, modląc się o cud, jest śmiercią chwalebną? Czuje do siebie wstręt, ale po chwili ogarnia go furia. „Żyłeś, jak zwierzę i popychadło, chociaż zgiń jak człowiek!” – krzyczy do siebie w myślach. Jest już tak pewien własnego końca, że to czy przeżyje wydaje mu się obojętne W końcu świadomość śmierci i strach przed nią staje się nieznośny.. Wstaje z gruzowiska z zamkniętymi oczyma i rusza prosto w fale magicznego chaosu.

Cisza.

Nuri powoli otwiera oczy. Myślał, że ujrzy jakieś niebo, ewentualnie piekło dla tchórzy. Jednak widzi jedynie plecy magów w barwach Valandriolu, którzy odchodzą niespiesznym krokiem. „Dlaczego mnie nie zabili?” – zastanawia się Nuri. „No, dalej! Zabijcie mnie teraz, kiedy jestem gotowy!”. Oni jednak idą, nie odwracając się za siebie. Buzująca w ciele chłopaka adrenalina zaczyna zmieniać swoje ukierunkowanie. Podświadomość impulsywnie podpowiada Quankosowi, że ci oto magowie drwią z niego i nie chcą dać mu tego czego w tej chwili żąda – śmierci. Ogarnia go żądza krwi, wpada w furię, wyjmuje z pochwy miecz z wygrawerowanym błękitnym okiem i biegnie ile sił za swoimi niedoszłymi zabójcami. Wszystko widzi jak przez mgłę. Jednemu wbija miecz w plecy, wyszarpując go wraz z żebrem, innego tnie w szyję aż po kręgosłup. Magowie zaczynają reagować, ale Nuri robi unik i topi ostrze w kolejnym ciele.

Nagle zdaje sobie sprawę, że leży przy nim dziewięć trupów, a dookoła wiwatuje kilkudziesięcioosobowy tłum xynthialskich żołnierzy. Wiwatują na jego cześć. Dokonał niemożliwego – zabił kogoś w chwalebnej walce i przeżył. Czuje coś, czego nigdy nie doświadczył: mieszankę euforii i dumy, a nawet wrażenie własnej niezniszczalności. W głowie kiełkuje mu świadomość pewnej idei. Czegoś, co mógłby zrobić, żeby spełnić odwieczne marzenie Serika. Odwraca się w stronę legendarnego, złotego pałacu – zdobędzie miasto! Zabije lorda – namiestnika i tym samym zdobędzie miasto.

***

Chociaż płuca krzyczą o litość, Nuri nie zatrzymuje się i z uporem brnie przed siebie w stronę stromych schodów. Podąża za nim kilkunastu rycerzy, magów i wojowników; niektórzy należą do rozbitków z pierwszej fali, inni towarzyszyli chłopakowi u stóp zniszczonych murów. Wszyscy oni brali udział w szaleńczym maratonie za mężczyzną w zbroi z wymalowanym błękitnym okiem na piersi i plecach.

Nuri czytał już wcześniej o Złotym Pałacu Deriolu – legendarnej budowli, której twórcy nigdy nie zostali zidentyfikowani. Nie wiadomo nawet, kiedy powstała. Cały kompleks składał się z trzech kamiennych półpierścieni połączonych mostem z dużą, idealnie okrągłą platformą osadzoną na kilkunastometrowych filarach, na których wznosił się Złoty Pałac. Same półpierścienie od wewnętrznej strony były rozchodzącymi się na wszystkie strony schodami, natomiast od zewnętrznej łączyły się kładką z główną platformą. Sam twór intrygował wszystkich badaczy Eestirii, ponieważ był to jedyny taki obiekt, nie licząc Zamku Królewskiego w Xyranalu. To, co było najbardziej specyficzne i tajemnicze w tej budowli, to fakt, że była niezniszczalna. Nigdy nie udało się jej nawet zarysować. A ostatecznie wszystko to wyglądało jakby ktoś próbował sobie to jedynie wyobrazić. Oprócz pyłków naniesionego kurzu i drobnego piasku schody, półpierścienie i platforma były idealnie szare, sam pałac natomiast pozostawał jednolicie złoty. Jedyny wyjątek stanowiły rubinowe, szmaragdowe i turkusowe fragmenty udające szlachetne klejnoty. Całość sprawiała wrażenie ulepionej boskim, niewidocznym spoiwem, a fakt, że budowla nie rzucała cienia sprawiał, że stawała się ona tym bardziej tajemnicza.

Właśnie po tych niezniszczalnych, dziwacznie szarych schodach wspina się Nuri, prowadząc xynthialskie wojska na szczyt – do samego Złotego Pałacu. Euforia i chęć triumfu dodaje mu lekkości i pomimo dość ciężkiej zbroi, nie czuje zmęczenia. Przeskakuje ostatnie kilka schodów i staje jak wryty: na ogromnej platformie stoi zebrane wojsko. Któryś z valandriolskich magów szybko reaguje i pomarańczowy blask wżera się w źrenice Nuriego. Jakiś podświadomy odruch samoobronny powoduje, że rzuca się na ziemię. Zanim udaje mu się zrobić jakikolwiek ruch, dziesiątki sylwetek oddziela go od przybyłych za nim obrońców. Zaciska dłonie. Zmęczenie po morderczym biegu, jaki ma za sobą, daje mu znać o sobie bólem w płucach. Chłopak jednak się nie poddaje: tysiące myśli i idei o chwalebności męstwa i rozsławiania rodu, które wpajał mu ojciec, powoduje nagły przypływ motywacji. Najszybciej, jak jest to możliwe w sztywnej zbroi, podnosi się i staje na nogi. Słyszy potężny wybuch. Obok niego ląduje noga, do oczu dostaje się czyjaś krew. Przeciera je tylko skórą nabitą na płytowe rękawice, po czym podnosi leżący obok miecz. Czuje swąd palonego ciała i ten dziwny słodko-metaliczny zapach magii. Wyrywa się do przodu i toruje sobie drogę wprost do Złotego Pałacu. Następuje kolejna eksplozja, po której chłopak słyszy tylko pisk, a fala uderzeniowa zwala go z nóg i zmiata go na sam brzeg mostu. Młody Quankos przez chwilę patrzy wprost na dachy drewnianych domów znajdujących się pod nim. Xynthialscy wojownicy spadają z krzykiem, z hukiem uderzając o zadaszenia. Kolejne fale napastników nacierają przez schody, a Valandriolczycy, tłocząc się na ciasnej przestrzeni, odpierają atak przy Złotym Pałacu. Nuri wstaje i próbuje dopchać się do środka mostu. Nawet teraz, w destrukcyjnym szaleństwie, nie chciałby zginąć od upadku.

Drewniany ratusz zaczyna się powoli zawalać; połowa budynku jest już zniszczona, a druga, nadpalona, walczy o stabilną pozycję. Gołe, poziome belki wystające z chwiejącej się konstrukcji desperacko łapią równowagę. Nagle konstrukcja zaczyna się niebezpiecznie przechylać w stronę Złotego Pałacu.

Chłopak z niebieskim okiem na zbroi stoi jak wryty pośród wojennego ścisku i patrzy na walący się budynek. Dobiega go dźwięk pękającego drewna, a następnie grubych bali łamiących się na ciałach obrońców. Potem już tylko wrzask dziesiątek gardeł i kolejna eksplozja. Purpura i błękit rozbłyskują u wrót Złotego Pałacu, a zawalisko tuż przed nimi farbuje się na czerwono czymś, co przypomina zmielonego człowieka. Nuri, wyrwany z otępienia, skacze naprzód i wywraca się, potykając o gruby łańcuch służący do mocowania budynków. Widzi jedynie, jak kilka kolejnych postaci wbiega przez bramę, potem następuje seria wybuchów, a smród palonych zwłok rozprzestrzenia się w eterze. Quankos powoli się podnosi i zaczyna biec. Przeskakuje ponad zwalonymi belkami i uwięzionymi pod nimi trupami. Otwiera ciężką bramę i widzi dwójkę zakrwawionych ludzi. Jeden ma na sobie czarną togę z czerwono-złotym smokiem – herbem Valandriolu. Prawdopodobnie to arcymag Deriolu. Ten sam symbol wymalowany na zbroi posiada lord-namiestnik. Mózg Nuriego wykonuje kilkaset kalkulacji, jego ręce zaciskają się mocniej na jednoręcznym mieczu, odchylają się do tyłu i z całym impetem wyrzucają ostrze w stronę postaci w zbroi. Czas zamiera. Chłopak patrzy na obracający się w powietrzu miecz, który zmierza wprost ku lordowi-namiestnikowi. Klinga wbija się na wysokości mostka. Wzrok młodego Quankosa pada na drugą postać w momencie, kiedy z jej dłoni uwalnia się pomarańczowe światło. Nuriego ogarnia nienaturalna lekkość. Niespodziewanie widzi otwarte drzwi Złotego Pałacu i setki żołnierzy szturmujących bramę na wielkiej, okrągłej platformie. Wszystko zdaje się oddalać. Dostrzega domy znajdujące się pod legendarną budowlą i dziesiątki trupów dookoła. Czuje uderzenie w plecy, a do jego uszu dobiega dźwięk łamanego drewna. Staje się ciemniej, a on ląduje na podłodze w jakimś deriolskim domu. Choć wydaje mu się, że umiera, uśmiecha się, bo czuje, że jego ojciec, gdziekolwiek jest, jest z niego dumny.