Trup Nuriego V

– Gdzie ja, kurwa, jestem?! – krzyknęła nagle, budząc Nuriego. Ten zerwał się na równe nogi i przypomniał sobie wydarzenia z wczorajszego wieczoru. – Znam cię. Widziałam cię wczoraj na schodach. Co ja tutaj robię? Dlaczego jestem związana? Co mi zrobiłeś?!

– Po kolei… – zaczął uspokajająco. – Związałem cię dla twojego i swojego bezpieczeństwa. Nic ci nie zrobiłem… Co tutaj robisz? – powtórzył pytanie jakby do samego siebie. – Nie jestem pewien… Po prostu byłem świadkiem… niecodziennych wydarzeń. Widzisz… Wczoraj… zabiłaś człowieka.

Dziewczyna wpatrywała się chwilę w przestrzeń, a następnie spojrzała na Nuriego.

– Kogo? – zapytała wreszcie.

– Nie znam. Był na schodach, kiedy… – zaczerwienił się zawstydzony. – Kiedy spadałem ze… nieważne.

– Ach, to ten gnój, co cię popchnął?

– To on? Byłem pewien, że nikt młodszy nie ośmieli się na taki wybryk.

– Teraz na pewno nie. No, ale dlaczego leżę tu związana?

– Rzuciłaś się na mnie z nożem. Musiałem się bronić; ogłuszyłem cię i przyprowadziłem tutaj.

– A co z trupem? – spytała tak, jakby mordowanie studentów było dla niej czymś na porządku dziennym.

– Spaliłem go na popiół.

– Przykro mi, że ciebie zaatakowałam.

– Byłaś naćpana.

– Ten gnój i tak na to zasłużył. Pomijając nawet to, co zrobił tobie. Próbował mnie zgwałcić.

Nuriemu spadł kamień z serca, kiedy to usłyszał. Nie chciał, żeby dziewczyna, w której się zakochał, była jakąś walniętą psychopatką.

– Rozwiążesz mnie? – spytała nagle.

– Oczywiście. Bałem się, że obudzisz się w nocy i poderżniesz mi gardło – powiedział, po czym odwiązał jej jedną rękę. Aby uwolnić drugą, musiał zawisnąć nad dziewczyną.

– Tobie bym nigdy czegoś takiego nie zrobiła – powiedziała namiętnie, złapała go wolną dłonią za plecy i przycisnęła do siebie, wpijając się w jego usta.

***

Nuri poczuł przyjemny prąd, który przeszedł wzdłuż jego kręgosłupa. Chwilowo go zamroczyło, osłabł, a jego ciało zaczynało ogarniać pełne rozkoszy odrętwienie. Momentalnie cały się rozluźnił i opadł obok nagiej piękności.

– To był twój pierwszy raz? – zapytała.

– Tak… – wysapał z trudem.

– Nie było tak źle – powiedziała z uśmiechem na ustach. – Trochę popracuję nad tobą i będziesz idealnym kochankiem.

Zapadła cisza. Quankos zastanawiał się nad tym, co się właściwie dzieje. Jeszcze kilkanaście godzin temu całe jego życie było nudne i szare, bez perspektyw na poprawę. Potem zdarzył się dziwny wypadek, a następnie był świadkiem morderstwa. Zdał sobie sprawę, że owe dwa trupy przysłużyły się mu bardziej niż cokolwiek innego. Nie potrafił tego zrozumieć, postanowił więc ten fakt zaakceptować. Uznał w dodatku, że jest zakochany i nie powinien analizować takich rzeczy.

– Nidria – powiedziała nagle.

– Słucham?

– Nidria Oreth – powtórzyła. – Tak się nazywam.

– Ach… – zamyślił się. – Nuri… Nuri Quankos.

– Twój ojciec jest lordem magistrem?

– Tak.

Znów zapadła cisza. Tym razem chłopak podniósł się ciężko na ramieniu i popatrzył na piękność leżącą w jego łóżku. Nigdy nie widział nagiej dziewczyny. Nawet nie miał gdzie. Natomiast teraz jedna, o prawie idealnym ciele, leżała naga, związana, w jego łóżku i wykazywała co najmniej zainteresowanie jego osobą.

– Rozwiązałbyś mnie? – spytała retorycznie.

– Oczywiście! – odparł szybko Nuri. – Zapomniałem o tym.

Uwolnił jej kostki i ręce. Właściwie ze swojego pierwszego razu niewiele pamiętał. Dziewczyna rzuciła się na niego, kazała się najpierw rozwiązać, rozebrać, a potem znów związać i „pieprzyć”. Patrzył na jej zjawiskowe, nagie ciało, nie będąc w stanie oderwać wzroku. Nie mógł zrozumieć, jak to się stało, że zakochał się w dziewczynie i następnego dnia wylądował z nią w łóżku. Było to coś, co zawsze zdarzało się komuś innemu.

Patrzył urzeczony, jak się ubiera. Nawet nie chodziło już o to, że było to dla niego coś ekstremalnie podniecającego – chociaż było. Przyglądał się jej z ciekawością biologa, który obserwuje nieznany sobie gatunek zwierzęcia odprawiającego dziwny rytuał.

Nidria ubrała się szybko, wstała i podeszła do biurka. Wyjęła drewniane, ozdobne pudełeczko i wysypała z niego jakiś zielony proszek.

– Masz tu gdzieś jakąś kartkę papieru? – spytała.

– Po co ci?

– Weźmiemy po kresce.

– Co? Żebyś znów chciała mnie zabić?

– Nie! To nie to! Wczoraj wzięłam coś innego, eksperymentalnie. Tamtego gówna nigdy już nie zażyję.

Nuri czytał kiedyś broszurkę o narkotykach i ich zgubnym działaniu: o tym, jak niszczą człowiekowi życie, gdy zaczyna oszukiwać sam siebie, o tym jak trują i zabijają – jednak kompletnie ją zignorował. Głównie dlatego, że narkotyki były dla niego tym, czym dla większości ludzi – czymś, co gdzieś jest, ale nikt nie wie gdzie. Wiedział oczywiście, że studenci z KRK ćpają, ale nie wiedział co, ani kto. Natomiast teraz miał wreszcie okazję posmakować zakazanego owocu, który kojarzył mu się z ludźmi popychającymi słabszych, w tym jego. A jak każdy gnębiony człowiek – chciał gnębić.

– W szufladzie – powiedział, patrząc jej w oczy. Serce zaczęło mu kołatać. Stresował się. – Co po tym będzie?

– Będziesz czuł się lepiej, myślał jaśniej i szybciej, nic nie będzie cię boleć.

– Ciekawe – stwierdził krótko. – Jak się nazywa?

– Goblin – odparła krótko.

– Głupia nazwa – ocenił jak prawdziwy znawca. – Jest w ogóle taki wyraz?

– Teraz już jest – mówiła, rwąc kartkę i odpowiednio ją składając, by powoli uformować rurkę.

Usypała dwie kreski z zielonego proszku i do jednej z nich przyłożyła wetkniętą do nosa papierową rurkę. Po chwili połowa leżącego na stole Goblina zniknęła.

– Twoja kolej – powiedziała, podając zwitek Nuriemu. Zrobił to samo, naśladując dziewczynę.

***

Mimo, że był już na siódmym roku, dopiero teraz, pierwszy raz w życiu, opuścił zajęcia. Wiedział, że ojciec i tak się dowie, ale w tej chwili miał to gdzieś.

Leżeli razem nago, jakby nigdy nic, wpatrywali się sobie w oczy i rozmawiali. Patrzył na jej nagie piersi i na jej cudowną talię. Trzymał swoją dłoń na jej krągłym pośladku i opowiadali sobie nawzajem z nienaturalną szczerością całe życie. Nie wstydzili się niczego. Chłopak wspominał swoją przeszłość, oczekiwania ojca wobec niego czy ich wspólne wycieczki. Szczególnie tę pamiętną, w góry Irnifalii. Nidria natomiast opowiadała mu o swojej rodzinie, o tym, że uczy się magii w żeńskim oddziale KRK. Nadmieniła, że pochodzi z portowego Arxialu, a rodzice kupili jej mieszkanie w Xyranalu. Wszystko, co mówiła, wydawało mu się interesujące, a z drugiej strony chciał się podzielić wszystkim, co przychodziło mu na myśl. Rozmawiali tak, nie licząc godzin, które płynęły niezatrzymanie.

Nagle blondynka rzuciła propozycję, żeby udać się do niej, na co Nuri ochoczo przystał. Kiedy tak szli przez kampus KRK, trzymając się za ręce, napompowani mieszanką narkotyków i miłości, chłopak czuł niewyobrażalne wcześniej szczęście. Nie pamiętał żadnych trosk ani zmartwień, które nękały go jeszcze dobę wcześniej.

***

Kolejny akt miłosny wprowadził w osłupienie organizm Nuriego bardziej niż jego samego. Z jednej strony on – siedemnastoletni prawiczek, zawsze bez przyjaciół, zawsze samotny, pozbawiony osoby, która mogłaby go wesprzeć, z ojcem wymagającym rzeczy, które wraz z jego dorastaniem okazywały się niemożliwe do wykonania. Natomiast z drugiej ta piękna blondynka – o ponętnych kształtach, i jednocześnie ćpunka, która nie wiadomo dlaczego, wybrała akurat jego – dawała mu wszystko. Czuł, że ona rozumie go lepiej niż ktokolwiek inny kiedykolwiek, a przecież znali się ledwie kilkanaście godzin. I to zrozumienie nie wynikało z faktu, że była jego pierwszą kobietą, ale że akceptowała go takim, jakim jest.

– Nad czym tak myślisz? – spytała nagle. Siedział na krańcu łóżka i wpatrywał się w ścianę. Rozkoszował się tą sytuacją, chwilą, czymkolwiek, co wyrywało go z dna, za jakie uważał własne życie.

– Kocham cię.

Zachichotała i spojrzała mu w oczy, jakby czekając, aż się uśmiechnie. Jednak on nadal po prostu patrzył.

– Znamy się dość krótko.

– To nic zobowiązującego.

– Jak to?

– Po prostu twoje pojawienie się uświadomiło mi, jak bardzo moje życie jest beznadziejne. Nigdy nie miałem przyjaciół ani możliwości, by choć dotknąć kobiety. Zresztą, co ja gadam, chociaż z nią porozmawiać. Podzielić się emocjami. Kiedy tylko cię ujrzałem, tam na schodach do gmachu, pomyślałem sobie: „Zabiłbym się dla takiej dziewczyny”. Teraz kiedy ciebie widzę – najwspanialszą piękność, jaką kiedykolwiek cieszyły się moje oczy – wiem, że byłem głupi i słaby. Wiem, że teraz powinienem stwierdzić: „Zabiłbym dla takiej dziewczyny”. Moje życie to pasmo porażek i dopiero ty pomogłaś mi uświadomić sobie, że nie zawsze tak musi być. Dotarło do mnie, że może nadejść czas, kiedy to ja będę kreował środowisko dookoła mnie, a nie jedynie się do niego dostosowywał.

– Masz trochę racji – powiedziała z zamyśloną miną. Nuri obserwował jej oczy, choć tak naprawdę obserwował kątem oka kształtną pierś unoszącą się wraz z każdym oddechem. Cieszył się, że wreszcie znalazł osobę, która nie tylko go słucha i rozumie, ale z którą znalazł wspólny język.

– Walniemy kreskę? – zaproponowała nieoczekiwanie, jakby przypomniała sobie o czymś ważnym.

Nuri posmutniał, ale gdy spojrzał znów na jej nagie piersi, doszedł do wniosku, że w sumie nie jest tak źle.

***

– Nie żyje – dociera do uszu Nuriego.

Początkowo czuje dziwne, przyjemne odrętwienie, ale w momencie, gdy chce choćby dać znać swoim ciałem, że żyje, łapie go potworny ból.

Każdy jego mięsień zaczyna drgać, a setki informacji o uszkodzonych tkankach płyną połączeniami nerwowymi do mózgu.

– Porusza się – słyszy inny głos. – Oddycha! Żyje!

Nieskutecznie próbuje otworzyć oczy. Przez półotwarte powieki dostrzega tylko zarys dwóch postaci; po chwili w większej odległości pojawiają się inne. Paraliżujący ból przeszywa jego ciało.
– Niemożliwe, że to przeżył – mówi pierwszy głos, który teraz wydaje się jakiś dziwny, w pewien sposób martwy i kościsty.

– Quankosi zawsze przeżywają. Twardy ród. Może i mało liczny, ale od pokoleń niemożliwy do wybicia – mówi drugi. – Niewątpliwie to jego miecz tkwi w trzewiach namiestnika Deriolu.
Nuri, wyrywany przez ból i zmęczenie poza świadomość, podnosi rękę w stronę głosów.

– Ulecz go – kontynuuje drugi głos. Po kilku sekundach krzyczy, w jego tonie słychać osobę, która często wydaje rozkazy. – Ulecz go, durniu!

– Już! Oczywiście, panie! – odpowiada ten brzmiący martwo.

Błękitne światło przesłania Nuriemu i tak już zamazany i ledwo majaczący widok. Kilkanaście sekund później czuje ulgę, jednak nadal nie może na niczym skoncentrować wzroku.

– Gratulacje, chłopcze – zwraca się do niego głos. Chaos, jaki następuje w głowie chłopaka, uniemożliwia identyfikację. – Zostałeś bohaterem. Należy ci się nagroda.

– Zdejmij z niego zbroję – dodaje po chwili.

Kruk czuje szarpnięcie. Ból przechodzący przez ciało wzmaga się.

– Nie tak, durniu! Magią! – krzyczy znów ten sam głos.

Feeria barw ponownie go oślepia. Ogarnia go przyjemny chłód, a jedynie od czasu do czasu ma wrażenie ciepła we wszystkich członkach. Czuje, jak jego umęczone, skatowane ciało, w niektórych miejscach unieruchomione uszkodzoną zbroją, jest masowane magią delikatnie niczym podmuchem wiatru. Pomimo bólu powoli ogarnia go relaksująca senność. Odpływa w kojącą krainę nieprzytomności.

***

– Witaj, mój chłopcze – dobiega go dziwnie znajomy głos; ten sam, który zdawał się być jedynie nocną marą. Nuri otwiera powoli zaspane oczy i patrzy na stojącą nad nim postać. Identyfikuje ją jako Ereitana III Xynthię – króla Xynthialu.

– Królu? – pyta zaspanym głosem.

– Osobiście przyszedłem sprawdzić, jak się czujesz – mówi z uśmiechem władca.

– Wydaje mi się, że… dobrze. Właściwie, to zadziwiająco dobrze! – Chłopak zrywa się z łóżka i pyta zdezorientowany – Co się stało?

– Panie? – słyszy głos, drugi, jakby kościsty. Kruk nie traci wrażenia, że głos ten jest w pewien sposób martwy. Kiedy tylko postać wchodzi do namiotu, domyśla się dlaczego. Stoi przed nim lisz.

– Słucham cię, Veyrixie – król przemawia spokojnym tonem.

Lord Arestog prosi o jak najszybszą audiencję. Mówi, że jest to dla niego bardzo pilne i ważne.

– Naraal?

– Neriv. Lord Naraal nie żyje od pięciu lat.

– Gdzie jest?

– Przed królewskim namiotem.

– Dobrze, już do niego idę. Ty tymczasem odpowiedz na pytania lorda Quankosa.

Nuri początkowo nie jest pewien, czy rozmowa dotyczy jego czy ojca. Musi minąć ułamek sekundy, zanim odkrywa, że to o nim mowa. Momentalnie czuje dumę, że jest tytułowany przez samego króla lordem, a przecież liczy sobie ledwo osiemnaście lat.

– Veyrix Duren, prawa ręka jego królewskiej mości – mówi lisz, wyciągając w stronę chłopaka swoją pozbawioną skóry i mięśni dłoń. Ten waha się, ale ostatecznie ją ściska.

– Nuri Quankos – mamrocze nieśmiało. Widok postaci zbudowanej z kości połączonych magią, której oczy płoną dziwacznym, różnobarwnym światłem, jest krępujący. Zapada kilkusekundowa cisza, którą przerywa lisz:

– Tak więc może zacznę od przekazania przykrych wieści. Lord Serik Quankos wczorajszego dnia oddał swoje życie ku chwale ojczyzny. – Brzmi to dumnie, jednak w jego tonie nie ma ani krzty żałoby. Właściwie mówi to tak, jakby przekazywał: „Bezpiecznie wrócił do domu i jest szczęśliwy”. – Król powinien być tu osobiście, jednak z racji tego, że ma dziś setki spraw na głowie, musiał przysłać mnie. Lord Arestog to tylko wymówka, setki innych chce się z nim spotkać. Musisz mi, chłopcze, opowiedzieć wszystko, o tym, co wydarzyło się wczoraj.
Nuri w kilku zdaniach streszcza, jak to sforsował front przy południowej bramie, a następnie prowadząc biegnących za nim przypadkowych ludzi, wprowadził ich do samego Złotego Pałacu, gdzie w samobójczej misji udało mu się zabić lorda-namiestnika Deriolu. Następnie z trudem przypomina sobie uderzenie zaklęcia i moment, kiedy uniósł się w powietrzu, a wszystko finalizuje doznaniem czarnej luki w pamięci.

– Wpadłeś na drewnianą ścianę wieży kościoła ethnustów. Budynek pod wpływem wybuchu przechylił się, a ty zsunąłeś się i wylądowałeś w miękkim błocie. Wyczerpałeś już chyba swój limit szczęścia. Ethnu musi nad tobą czuwać – dopowiada lisz. – Ostatnie punkty oporu zostały złamane godzinę po zabiciu lorda-namiestnika, potem zaczęło się poszukiwanie rannych. Kiedy zameldowano królowi o mieczu rodziny Quankosów, nasz pan był pewien, że to twój ojciec tego dokonał, jednak znaleźli się świadkowie, którzy mówili, że zginął z rąk jakiegoś kowala, zanim jeszcze pierwsza fala dotarła do murów. Dlatego musieliśmy wypytać cię o okoliczności.

– Tak, to ja zabiłem lorda-namiestnika – stwierdza Nuri.

– Dlatego jesteś zaproszony jutro wieczorem na zebranie rady lordów. Zbroja i miecz dla ciebie będą gotowe rano i przyniesione tutaj.

Osiemnastoletni młody lord Quankos, słysząc te słowa, czuje jak serce bije mu szybciej. Do niedawna żył w przekonaniu, że przez następne lata będzie patrzeć w oczy swojego ojca, zażenowanego jego postawą, że nigdy mu nie dorówna ani umiejętnościami, ani zasługami. Zaproszenie na zebranie rady lordów samo w sobie stanowiło ogromne wyróżnienie, a to dopiero początek lawiny nagród i zaszczytów. Szkoda tylko, że ojciec nie dożył tej chwili, momentu chwały własnego syna.

Rozmawia jeszcze kilka godzin z Veyrixem. Początkowo dyskutują o bitwie i jej przebiegu oraz o dalszych planach ofensywy Xynthialu – teraz Nuri jest człowiekiem, przed którym, wedle prawa, nie trzeba ukrywać spraw państwowych. Kruk szybko oswaja się z obecnością nieumarłego, a sama rozmowa zaczyna go w niewyjaśniony sposób fascynować.