Trup Nuriego VI

Nuri przebudził się i zobaczył otwarte drzwi balkonowe. Zasłona falowała od lekkich powiewów wiatru, światło szarzejącego nieba wdzierało się do pokoju. Spojrzał na zegar parowy stojący na półce. Spał niespełna pół godziny. Z jednej strony miał dużo energii, lecz z drugiej wydawało mu się, że jego organizm jest wycieńczony, prawdopodobnie w efekcie „goblina”. Odwrócił się w stronę Nidrii, jednak jej nie było. Odczuł jakiś silny niepokój w sercu, jakby miało się coś wydarzyć. Przerażony błyskawicznie odwrócił się w stronę balkonu i rzucił się do niego biegiem. Pierwszą rzecza jaką zobaczył: to krągłe pośladki, kształtne plecy i burzę skołtunionych, blond włosów.

– Uwielbiam zapach poranka – powiedziała dziewczyna.

– Jesteś… naga – stwierdził zakłopotany. Nie chodziło o to, że onieśmielało go jej ciało, chociaż w sumie tak było. Kruk chciał podkreślić tym, że wdzięki jego ukochanej mogło teraz zobaczyć setki ludzi.

– Lubię być naga na powietrzu. Szczególnie w taki dzień jak dziś. Ten chłód i delikatny wiatr jest… miły. – Mówiła jak natchniona.

– Mimo wszystko teraz każdy może cię zobaczyć – próbował przekonywać Nuri.

– Powiedziałabym, że powinieneś spróbować, ale właśnie tego próbujesz. – Kontynuowała nie odwracając się w jego stronę.

Chłopak zdał sobie sprawę z tego, że nie ma sobie żadnego ubrania.

– Ale masz rację. Chodźmy do środka. – Dodała.

Nuri jak na zawołanie ruszył za nią. Wystarczyło mu kilkanaście sekund, by stwierdził, że jest mu przeraźliwie zimno. Zrobił kilka kroków, a dziewczyna pchnęła go na łóżko.
– Zgadnij na co nadszedł czas? – wyszeptała, drapieżnie pocierając swoimi nagimi lędźwiami o jego.

Nie musiał zgadywać. Przewidywał prawdopodobnie, że blondynka nie odwzajemniała jego uczuć, na tyle silnie jak on. Młody mężczyzna gdzieś w myślach, w odległej przyszłości planował już, jak dadzą na imię swojemu pierwszemu synowi.

***

Obiad zjedli w niedalekiej jadłodajni. Właściwie to tylko dla zasady. Narkotyki uśmierzały głód. Potem ruszyli na spacer do ojczyzny studenckiej imprezy – tajemniczego lasku przy internatach. Minęli gmach KRK. Nie zastanawiali się nad przyszłością, a przynajmniej Nuri o tym nie myślał… Zdawał sobie sprawę z tego, że ojciec pewnie już go szuka, ale nie zaprzątał sobie teraz głowy tą myślą. Do chwili, kiedy zauważył wpatrującą się w niego postać, stojącą przy białym gmachu głównym, Królewskiej Szkoły Rycerskiej. Odruchowo zacisnął rękę. Zaraz usłyszał syk Nidrii.

– Jesteś moją dziewczyną, przedstaw się ładnie. Zobaczył nas mój ojciec. Dobra? – wyszeptał prawie niezrozumiale i tak szybko, że wszystko zdawało się zlewać w jedno słowo.

– Co? – spytała blondynka odruchowo. Ułamek sekundy później kiwnęła potakująco.

– Słyszałaś, czy nie? – upewnił się

– Tak.

Pomimo delikatnie rozmazanego „goblinem” obrazu, chłopak dostrzegł wyraźnie ojca, który najpierw zlustrował go wzrokiem, a następnie towarzyszkę. Kilka kroków dalej, Serik skręcił gwałtownie i ruszył w stronę budynku. Było jasne, że starał się wyglądać jakby ich nie zauważył. Wyszło mu to jednak bardzo sztucznie. Początkowo zdziwiony Kruk w końcu doszedł do wniosku, że ojciec nie był tak głupi jak się wydawało, i rozumiał odwieczny konflikt pokoleń – nie zamierzał spłoszyć partnerki syna.

– To na pewno on? – spytała Nidria, kiedy zniknął za drzwiami bocznego wejścia do gmachu.

– Tak… – odpowiedział.

– Widział nas?

– Tak…

– Dlaczego nie podszedł?

– Nie mam pojęcia.

Trzymając się za ręce, skierowali kroki w stronę gąszczu zieleni, alejek oraz pijanych studentów.

***

Kolejne popołudnie z piękną Nidrią w krzakach, i tajemniczym proszkiem w organizmie spowodowało, że w głowie Nuriego zaczynały pojawiać się pytania. Zastanawiał się, kiedy wróci z tej oazy szczęścia do swojego nudnego i szarego życia. Opuścił dwa dni zajęć. Nie widział się też w tym czasie ze swoim ojcem, co mogło być ich najdłuższą rozłąką. Nie mógł przyznać się sam przed sobą, że nie chciał siedzieć w swoim pokoju w internacie i kontynuować roli szkolnego popychadła. Czuł gdzieś wewnątrz, wszystko bardzo szybko stanie się takie jak kiedyś. Nie opuszczało go wrażenie, że przygoda skończy się tak dynamicznie, jak tylko zaczęła, a jego najbliższa przyjaciółka – śmierć, da o sobie znać w najmniej spodziewanym momencie.

Ścisnął mocniej dłoń dziewczyny, kiedy paniczny strach zaatakował jego skołatany umysł.

– Auć! – syknęła

– Przepraszam – bąknął jedynie pod nosem i zamyślił się, patrząc przed siebie. Jak żeglarz obserwujący ciemniejące burzowe chmury na horyzoncie, choć pogoda była piękna.

Powoli zachodziło słońce. Ostatkiem sił przebijajało się pomiędzy konarami, na których ledwo trzymały się resztki suchych, brązowych liści. Wszyscy dookoła zdawali się rozkoszować ostatnimi ciepłymi dniami przed nadchodzącymi śniegami pory demona. Wydawało się, że cały internat opustoszał a ludzie kręcili się bez celu po kampusie poszukując ciepła. Nuri i Nidria mieli jednak wyznaczony kierunek – szli do apartamentu pięknej kochanki. Prawdopodobnie jedynej prawdziwej miłości chłopaka. Mijali spacerowym krokiem gmachy KRK, ale tym razem chłopak już się nie rozglądał w poszukiwaniu Serika. Nie bał się, że go spotka. Zresztą i tak prawdopodobnie ojciec był gdzieś w Xyranalu, gdzie wraz z innymi mistrzami lubił raczyć się piwem w miejscowych oberżach.

Kiedy po spokojnym spacerze dotarli prawie na miejsce, na niebie tkwił już Naer – biały księżyc. Gwar uliczny przerodził się z jednostajnego hałasu, w przyciszony, skryty szum. Przerywany od czasu do czasu głośniejszymi okrzykami dobiegającymi z wnętrza szynków. W powietrzu dało się wyczuć zapach nadchodzącego przymrozka. Kilkadziesiąt schodów później znajdowali się już w mieszkaniu. Ona – do połowy naga, on – gorączkowo rozbierający się.

***

Nuri obserwował jak ujeżdżająca go, krzycząca Nidria, się ponetnie wyprostowała, a jej pełne piersi zawadiacko podskakiwały. Kręgosłup lekko odchylał się w tył, napinając skórę i ukazując linię żeber. Poczuł jak ekstatyczna fala przyjemności opada na jego ciało, a od nagłej ekstazy przymykają mu się oczy.

Chwilę później dziewczyna wstaje i narzuca na siebie szlafrok. Przez moment jakby się zawahała. Potem kiedy ich wzrok się spotkał, uśmiechnęła się. A był to najpiękniejszy uśmiech jaki widział w życiu. Wydawał się tak szczery, szczęśliwy i radosny, jednocześnie pozbawiony trosk. Nuri widząc to piękne zjawisko, miał wrażenie jakby wszystkie wcześniejsze kłopoty zbladły i zniknęły. Po raz kolejny w jego głowie narodziła się jakaś nadzieja, że może ta kobieta będzie kiedyś matką jego dzieci. Przez sekundę widział ich razem – starych, bawiących się z wnukami. Pomyślał o tych wszystkich przygodach i trudach, które będą wspólnie dzielić. Choć to wszystko trwało jedynie chwilę, była to jedna z tych chwil, która pozostają w duszy na zawsze.

Dziewczyna podeszła do stolika nocnego.

– Mam coś dla ciebie – powiedziała, otwierając dolną szufladę. – Znalazłam to kiedyś w domu i od razu mi się spodobało, ale wolałabym żebyś miał to ty.

„Ethnu, co to piękne stworzenie we mnie widzi?” – spytał w myślach sam siebie, a potem dostrzegł w jej dłoni srebrną klamrę do płaszcza w kształcie kruka.

– Dziękuję – powiedział. – To… naprawdę piękne, ale… ja nic dla ciebie nie mam.

– Może kiedyś będzie miał. – Znów uśmiechnęła się, po czym wyciągnęła woreczek z „goblinem” i zapytała – Chcesz?

– Małą kreseczkę – odpowiedział z uśmiechem.

Odłożył sprzączkę na stolik nocny. Mimochodem zaczął obserwować, jak blondynka nożem do kopert dzieli narkotyk w odpowiedni sposób. Potem zwija leżący na stole kawałek papieru i wciąga go nosem. Odchyliła głowę do tyłu i wyciągnęła rękę do chłopaka. Gdy ten przejął „rurkę”, powolnym krokiem ruszyła w stronę balkonu. Nuri zerwał się z łóżka, podszedł do stołu. Po chwili w jego nosie zniknęło to, co przygotowała mu jego ukochana „na kolację”. Ostry, gorzki smak podrażnił śluzówkę. Wziął duży łyk wina z wypitej do połowy butelki, po czym ruszył za Orethówną.

Dziewczyna usłyszała jego kroki, odwróciła się i przytuliła bez słowa. Zrelaksowany i szczęśliwy Nuri, niespodziewanie poczuł szarpnięcie. Nidria zesztywniała. Zaczęła wydawać z siebie dźwięki jakby się dusiła. Puścił ją i zaczął obserwować jak z obu dziurek w nosie spłynęła krew. Młody Quankos zamarł. Niespodziewanie blondynka wychyliła się i bezgłośnie wypadła za niską, kamienną balustradę. Nuri wychylił się jedynie po to, żeby w słabym świetle ulicznych latarni dostrzec piękne, okryte niedbale szlafrokiem ciało, leżące z czaszką rozbitą o bruk.

W sekundzie jego tchórzliwe serce podpowiedziało mu co robić. Ubrał się, chwycił klamrę i pobiegł do internatu.

***

Nałożył na siebie płaszcz z szerokiem kapturem i wyszedł. W kieszeni leżała klamra. Dziękował Ethnu, że jej nie zapomniał. Ruszył w stronę centrum Xyranalu. Stamtąd udał się na północ ulicą Aerusa Xynthii, a potem skręcił na północny zachód w „Bohaterów Nur”. Kilkadziesiąt metrów dalej zobaczył bielejące pentagramy cmentarza. Urna z prochem znajdowała się już na honorowym miejscu. Dookoła zebrali się ludzie, których nie znał. Zarzucił szeroki kaptur na głowę i przysłuchiwał się odmawianej mszy. Był to standardowy pogrzeb kościoła Ethnu. Nigdy tak żarliwie się nie modlił. Mimo wszystko, chciał w tej chwili pozostać niezauważony. Omiótł wzrokiem tłum. Coś zwróciło jego uwagę. Dostrzegł pewną postać, która przez chwilę wydała mu się jego ojcem, lecz szybko zniknęła gdzieś w tłumie. Patrzył przez łzy, obraz się rozmazywał. Uznał to jednak za absurd, i już nie podnosił głowy oddając się żałobie. Nikt z zebranych nie zwracał uwagi na nieznajomego.

***

Zielona mgła rozprzestrzenia się we wszystkich kierunkach. „Co ja robię na pustyni?” – pyta sam siebie Nuri. Jego stopy grzęzną w piachu. Jest nagi na środku niczego. Jedyne, co widzi to nadchodzącą biel, która zbliża się w błyskawicznym tempie. Zatrzymuje się, spiętrza, jakby gęstnieje. Nie da się ocenić odległości. Czasem jest tuż przed nim, a czasem dzielą ich kilometry. Niespodziewanie tuż przed nosem Kruka, wyłania się z niej ręka, a po chwili druga. Staje nad nim ogromny rycerz, w pełnej zbroi płytowej. Trzyma w ręku miecz, który wydaje się nie mieć końca, a zielona zawiesina, ciągnie się za potworną postacią, niczym szkaradny cień. Na piersi woja widnieje wymalowane błękitne oko, które wykrzywia się w demoniczne oblicze, przybiera przerażające kształty.

– Kim jesteś? – pyta Nuri.

– Śmierć… – Słyszy szept, jak szum liści. Wydaje się jakby dobiegał z oddali.

– Gdzie jestem?

– Śmieeerć – sapie zjawa. Brzmi to jak ostatnie tchnienie człowieka z przebitymi płucami.

– Co się tutaj dzieje?! – krzyczy Nuri.

– Śmierć nadchodzi! – rozbrzmiewa niski, diabelski głos. Miażdży swoim basem psychikę młodego Quankosa. Od otaczającej ich niezidentyfikowanej, nienaturalnej pustki odbija się echo, które wzmaga się zamiast cichnąć.

– Kim jesteś?! – krzyczy chłopak, cofając się na wpółleżąco.

– Zdrajca! – rozbrzmiewa szept. Do niego dołącza inny zza pleców Nuriego, a następnie kolejne. Mówiące na przemian „śmierć” i „zdrajca”. W końcu zlewają się w jeden plugawy, jednostajny jazgot.

– Śmieeeerć… Nadchodzi! – wybija się ponad demoniczny chór głos spod hełmu upiora, brzmi jak mroczny dzwon z nekropolis, a Nuri błaga w myślach, żeby ten koszmar się skończył.

– Śmierć! Nadchodzi! – ryczy zjawa, przerywając co chwilę; wydaje się, że nie może złapać oddechu.

– Z twojej ręki! – ostatnie zdanie przeradza się w trupi skrzek. Rycerz zdejmuje hełm i schyla się. Nuri patrzy na bladą, martwą twarz swojego ojca.

– Oni wszyscy! Zginęli! Z twojej ręki! Jesteś! Zdrajcą! Ludzkości! – dyszy Serik, a jego oczy zdają się zbliżać. Wyglądają, jakby były ogromnymi dziurami w całej multisferze. Swoją pustką zasysają chłopaka do środka. Ten w tych koszmarnych źrenicach, będących uosobieniem śmierci, widzi jedynie tysiące trupów. Armie kościanych golemów. W swoim odrażającym kroku po tej bezmyślnej, pozbawionej ducha drodze sługi. Wtem martwa machina staje, wpatruje się dymiącymi, zwęglonymi oczyma. Salutuje, kłania się i rozpada.

***

Nuri budzi się z ogromnym bólem głowy. Początkowo nie poznaje miejsca, lecz po chwili odnajduje się we własnym namiocie. Wspomnienia poprzedniego wieczoru napawają go niepokojem. Dziwi łatwość z jaką rozmawiał z osobą nie posiadającą twarzy. Konwersacja z kimś, o takim wyglądzie wydaje mu się potworna, ale nie może ukryć przed sobą, że polubił lisza. Powoli wstaje z łóżka, w chwili kiedy wbiega doń królewski posłaniec.

– Lordzie Quankosie! Król pragnie oficjalnie zaprosić waszą lordowską mość na wieczorne spotkanie. – Mówi oficjalnym tonem goniec.

– Dziękuję, a gdzie? – pyta Kruk.

– Lordzie, przyjdzie po pana królewski wysłannik. – Odpowiada tak, jakby było to oczywiste. Nuri nie wie, że Ereitan III, robił tak zawsze. Podobnie, jak cały jego dwór i wszyscy bogatsi arystokraci. Jeszcze pół roku wcześniej był zwykłym, szarym studentem KRK.

– Rozumiem, a o której? – dopytuje.

– Spotkanie odbędzie się około dwudziestej. Około szesnastej przybędzie wysłannik, który pomoże się przebrać w wyjściową zbroję jego lordowskiej mości.

– Nie mam – stwierdza krótko. Etykieta nakazuje na wszelkie oficjalne uroczystości wkładać zbroje wyjściowe. Były one dość wygodne, dzięki użyciu magicznych stopów, ale nie nadawały się do walki. Dodatkowo kosztowały mniej więcej tyle, co dwa domy Quankosów wraz z ziemią.

– Rozumiem, królewski wysłannik przyniesie odpowiednią dla lorda. – Kontynuuje oficjalnym tonem.

– Dziękuję – mówi automatycznie Kruk. – W czymś jeszcze mogę pomóc?

– Jego ekscelencja przekazuje lordowi Quankosowi, żeby zgłosił się do królewskich stajni. – Oświadcza i wychodzi

Młody Quankos, lekko zdziwiony przygotowuje się do wyjścia. Myje się, a następnie ubiera. W momencie kiedy już ma opuszczać swoje prowizoryczne mieszkanie, jego wzrok pada na płaszcz leżący na ziemi. Chwilę się waha, po czym zakłada go na siebie, spinając pod szyją klamrą w kształcie kruka – jedyną pamiątką po miłości i prawdziwym szczęściu.

Wychodzi z namiotu, światło dzienne lekko go oślepia, szybko się przyzwyczaja. Po głowie wciąż chodzi mu ten dziwny sen, z którego pamięta jedynie, że był przerażający. Rozgląda się na boki, szukając stajni. Jednak w morzu namiotów nie może jej odnaleźć. Rusza wzdłuż głównej drogi, biegnącej przez obóz, stamtąd już bez problemu widzi swój cel.

– Tak? – Odzywa się stajenny. Nie było to raczej pytanie. Coś na zasadzie nieudanej próby zadania pytania.

– Nuri Quankos.

– Dyroni.

– Ja jestem Nuri Quankos… – Zaczyna, ale po chwili zawiesza się, czuje zbity z tropu. – Król wysłał mnie, po coś tutaj… tylko nie powiedział po co… panie… eee Dyroni. – jąka się młody lord.

– Dyroni to imię lordowskiego wija – odpowiada spokojnie mężczyzna, po czym znika w drzwiach prowizorycznej budowli.

Po chwili otwierają się wielkie odrzwia, a w nich ukazuje się czysta, demoniczna, istota czarna jak noc. Nuri wpatruje się w osłupieniu. Rozbłyskują żółte ślepia, a potężny gad zwija swoje skrzydła wielkości domu i opada na ziemię.

– To jest Dyroni – stwierdza stajenny. – Król kazał ją przekazać tobie panie. Co prawda lepiej, żeby nocowała tutaj. W sumie jeśli lord chce, może się na niej przelecieć?

Nuriemu głupio jest odmówić, ale podejrzewa, że jest jedynym wysoko urodzonym, który nigdy nie siedział na wiju. Ostatecznie decyduje się spróbować. Po krótkiej lekcji pilotażu, wsiada i rusza. Ludzie potem opowiadali, że cały obóz był w wymiocinach.

***

– Nuri Quankos – Kruk słyszy głos króla. – Lordzie Quankosie proszę podejść.

Nigdy nie był tak zestresowany jak teraz. Przechodzą go po plecach ciarki. Musi przejść przez czerwony dywan, wśród najwybitniejszych osobistości Xynthialu do prowizorycznego tronu, na którym siedzi Ereitan III. Potem musi uklęknąć i wbić swój miecz w drewniany podest, który jest częścią podłogi w ogromnym namiocie narad.

Nuriemu wydaje się, że dywan ciągnie się w nieskończoność, a wszyscy wytykają go palcami i się z niego śmieją. Zastanawia się, czy nie wygląda komicznie w świeżo sprezentowanej przez króla reprezentacyjnej zbroi. Wewnątrz ogarnia go panika, jedna z tych przy której człowiekowi wydaje się, że zapomina jak się chodzi.

Kiedy już pada na kolano przed władcą, ten się do niego odzywa.

– Za swoją wierną służbę, szlachetną walkę, przełamanie południowego frontu oraz oficjalne zdobycie miasta, ja król przekazuje rodowi Quankos, którego najstarszym żyjącym mężczyzną jest Nuri Quankos: willę, ziemię niedaleko Xyranalu, wija z królewskiej stajni i pięcioletnią pensję wysokości dwustu dukatów.

– Dziękuję panie, to zaszczyt móc ci służyć. – Nuri mamrocze pod nosem formułkę poprzednika.

– Obyś zawsze wiernie służył królowi i ojczyźnie – odpowiada monarcha.

– Fortan ger Nerok! – krzyczy król. – Lordzie Neroku, proszę podejść!

„I już” – myśli sobie Nuri. Ta myśl go uspokaja. Bardzo nie lubi być w centrum uwagi. Szybko wchodzi w zgromadzony tłum lordów. Gdzie oczekują na niego gratulacje poszczególnych autorytetów. Nagle zaczyna sobie zdawać sprawę, że zaczyna lubić bycie w centrum uwagi.

***

Nuri usilnie, przez resztkę wina, próbuje dostrzec dno pozłacanego kielicha. Wydaje mu się to jedyną ciekawą rzeczą, jaką może robić podczas dłużącej się narady.

Początkowo nawet trochę słuchał. Król mówił coś o zdobyciu Deriolu. Pochwalił kilka osób – w tym jego. Wytknął parę błędów, a potem temat przeszedł na oblężenie Istrolu, które tak udane nie było, ponieważ miasto nadal jest w trakcie działań wojennych. Rozmawiano o dalszych planach, kierunkach ofensywy i tego typu sprawach.

Kruk jest wdzięczny wszystkim za to, że nikt nie pyta go o zdanie. W sumie i tak nie wiedziałby co powiedzieć. Właściwie to taka nieformalna narada. To tylko burza mózgów, a właściwie sprawdzeniem czy któryś z „młodych” (czyli takich jak Nuri) lordów, wpadnie na jakiś interesujący i godny uwagi pomysł. Wszystko i tak zostanie ustalone na tajnym spotkaniu, które odbędzie się gdzieś i kiedyś. Tego się mogli jedynie domyślać.

– Myślę, że już wszystko ustalone – głos Ereitana III dobiega do uszu młodego Quankosa. – Czas przejść do istotniejszych spraw.

Król wstaje, wszyscy z zainteresowaniem skupiają na nim wzrok.

– Wóda i dziwki! – krzyczy król tak niespodziewanie, że Nuri aż podskakuje.

Zgromadzeni zaczynają bić brawo, a chłopak w oszołomieniu rozgląda się na boki. Zza kotary wychodzą nagie dziewczęta, każda niosąca duży, kryształowy kielich wypełniony po brzegi przezroczystym płynem. Patrzy na naczynia, ale nie może odgadnąć co jest w środku. Władca wspomniał o wódce, ale kielichy wyglądają na około półlitrowe. Kiedy w końcu naczynie zostaje mu wciśnięte do ręki, i pochyla się nad nim uśmiechająca naga brunetka, o pełnych piersiach i smukłej talii, szkło prawie wypada mu z dłoni. Z przerażeniem patrzy na zgromadzonych: lordów, nauczycieli, dowódców czy magów, często starszych mężczyzn. Dostrzega klepnięcia po tyłkach, czy przytulania. Zdezorientowany zerka na króla, który wykrzykuje: „Za zwycięstwo panowie, dziś świętujemy! Do dna!”. Trzema haustami wypija zawartość i rozbija o drewniany podest misternie rżnięte, szklane arcydzieło. Nuri kilka miesięcy wcześniej ukończył KRK i nie spodziewał się, że podczas narady wojennej, z całą powagą i królewskim majestatem, na jego oczach będzie ogrywała się samobójcza, alkoholowa orgia. Sam zapach tego trunku go odrzucał. Jednak ostatecznie zatyka palcami nos i rozpoczyna mozolną próbę wychylenia zawartości do gardła. W tym samym czasie do jego uszu dochodzi brzęk rozbitego szkła, śmiech dziewczyn i ożywione rozmowy. Kiedy wreszcie opróżnia szkło, dławiąc się wódką, rozbija je o podest. Patrzy w błękitne oczy usłużnie stojącej przed nim brunetki W końcu ta odzywa się do niego uwodzicielkim tonem:

– Słyszałam, że jesteś bohaterem? Może pomóc ci zdjąć zbroję? – Nuri nie słyszy. W jego umyśle kołacze tylko myśl: „Za trzy minuty skończy się dla mnie ta impreza”.

Dziewczyna prawdopodobnie uznaje, że milczenie jest potwierdzeniem. Przystępuje więc do rozbierania chłopaka. Kruk nagle wpada w panikę, ale szybko dochodzi do siebie rozgladając sie nerwowo. Ku swojej uldze dostrzega, że reprezentacyjnych zbroi pozbywają się wszyscy. Rozluźniony wygodniej mości się na krześle. I to jest jedna z ostatnich rzeczy jakie pamięta z tego wieczoru.

***

Patrzy na przykrytą szerokim kapturem, nagą czaszkę. Z oczodołów której „wypływają” kolorowe płomienie.

– Dlaczego… dlaczego jesteś taki? – Pytał Nuri otumaniony pijackim zwidem.

– Martwy? – Pyta Veyrix, po czym wlewa w siebie duży łyk fosforyzującego seledynem napoju. Kruk nie ma pojęcia co on pije, bo co może upijać trupy?

– Dokładnie – odpowiada z trudem chłopak.

– Umarłem. – Stwierdza lisz.

– Aha – Potwierdza, ale zajmuje mu to chwilę, żeby przetrawić wszelkie informacje. – Ale dlaczego żyjesz?

– Przecież nie żyję.

Nuri wpada w konsternację. Jego otumaniony alkoholem umysł wie, że w tej rozmowie wszystko się zgadza, ale jakoś jego prywatne meritum zostało pominięte.

– Żartuję oczywiście. – Dodaje po chwili prawa ręka króla. Nuriemu przychodzi do głowy, że „martwa ręka” pasowałaby bardziej. – Widzisz, lisze są potężnymi magami, którzy w obawie przed śmiercią przeprowadzili potężne rytuały. Ich ciała uległy rozkładowi, nigdy jednak nie obumierają, wspierane magią zamkniętą w duszy, która nie ulatuje przed obliczę Ethnu. Jak już mówiłem ciało jeszcze żyje, przynajmniej hipotetycznie.

– Mądre – kwituje. Chociaż nie rozumie ani słowa, ogólny sens wydaje się mu jasny. Po chwili dopytuje dalej.

– Warto było? Jak długo tak już żyjesz? Ile masz w ogóle lat?

– Żyje już dobre sto trzydzieści pięć lat, w takiej formie siedemdziesiąt. Czy warto było? Z perspektywy wszystkich lat, które już egzystuję, okropności które widziałem, zawodów których doświadczyłem, porażek które mnie dotknęły – to tak. – Stwierdza.

Nuri mysli, że Veyrix uśmiechnąłby się teraz, gdyby tylko miał usta.

– Słuchaj, a jak można się nauczyć tego tam… wiesz. – Bełkocze Nuri

– Wiesz co Nuri? Lubię cię, dlatego powiem ci, że jest pewna księga. – Chłopak zdaje sobie sprawę, że lisz jest już podpity. Nuri miał wcześniej problemy z zauważeniem tego, ponieważ jego towarzysz było bardzo blady.

– Jaka księga?

– Czarna.

– Czarna księga?

– Tak.

– A gdzie znajdę tę księgę.

– No i tu jest problem. Została zamknięta przez valandriolskich arcymagów w piwnicach Wielkiej Biblioteki Królewskiej w Vironolu. Nie oddadzą jej za nic, dlatego niestety – umrzesz. Jest jeszcze inna droga, można czytać przekłady wielkich mistrzów, lecz są one często niebezpieczne albo też nieskuteczne.

Po tym zdaniu czerń znów wlewa się w pamięć Nuriego, pozbawiając go części wspomnień z tegoż wieczoru. Cała rozmowa wydaje mu się jedynie wysepką w morzu alkoholowego upojenia.

***

Nuri budzi się po „naradzie wojennej” z koszmarnym bólem głowy. Jedna myśl zrywa go ze snu o wschodzie słońca, coś co nie daje mu spać. Dość szybko, jak na skacowany mózg, identyfikuje problem i zdaje sobie sprawę, że chodzi o jedną z niewielu rzeczy jakie pamiętał z ostatniego wieczoru – rozmowę o „Czarnej Księdze”. Coś niepowstrzymanie ciągnie go w jej stronę. Może to jego własne tchórzostwo i pragnienie nieśmiertelności? Może to przyjemne wrażenia z poznania nieumarłego? A może odwieczna fascynacja jego najbliższą i jedyną przyjaciółką, która przez całe jego życie, wciąż niespodziewanie je zmieniając, pojawiała się i znikała – śmiercią?

***

Kruk kracze. Siedzi na nagiej skale. Dziobie dwukrotnie suchy kamień i kracze znów. Wzlatuje tuż nad oceanem. Z głębin wyrywają się wiecznie głodne szczęki rozpruwając powierzchnię wody, o milimetry tylko mijając ptaka.

Nuri leci nad nieskończonym morzem, zalewającym całą planetę. Nie wie jak długi czas spędził już w tej sferze. Zdaje mu się, że czas nie płynie. Oprócz pieniących się co jakiś czas pod nim mikrofal, nic nie ulega tu zmianie. Nieliczne, suche skały wystające ponad powierzchnię wody, zawsze są w tym samym kształcie. Powierzchnia wody jest prawie zawsze idealnie gładka. Odbijające wszystko w swojej niezmierzonej toni jak w zwierciadle. Jedynie, gdy stwory wynurzają się z głębin, tafla tylko drga. Nigdy nie pojawiają się żadne chmury czy deszcz. Temperatura nie ulega zmianie, a słońce zawsze wisi wysoko, dokładnie nad nim, i nie opuszcza go ani na krok. Czasem dostrzega w oddali zarysy innych osób, ptactwa czy mistycznych stworzeń. Jednak nie potrafi stwierdzić czy to inni potępieni, miraż czy wytwór jego oszalałego z samotności, pragnienia umysłu.

Chce mu się pić. Niewyobrażalnie. Ileokroć zbliża się do położonej pod nim wody, potworne szczęki wyłaniają się, starając go chwycić. Zetknięcie z nimi to niewyobrażalny ból, taki który żywych ludzi zwykle popycha do samobójstwa.

Nuri zastanawia się czy „oprawcy”, jak ich nazywa, (choć nigdy nie miał pewności, że jest więcej niż jeden) są rzeczywiście jego katami, a nie jedynie uwięzionymi po drugiej stronie piekła, wiecznie głodnymi potępieńcami. Ethnu miał poczucie humoru, zamykając go w ciele kruka, w tym piekle.

Niespodziewanie robi się ciemno, a po chwili ptak zaczyna widzieć więcej. Przypomina mu to czas, kiedy jeszcze jako człowiek gasił światło, a oczy miarowo przyzwyczajały się do mroku, wychwytując coraz to więcej szczegółów. Kiedy to było? – Nie pamięta, ale koszmarnie dawno. Teraz natomiast widzi setki do złudzenia przypominających wpatrzone oczy płomieni, świecących setkami kolorów. Zauważa jednak od razu, że coś się zmieniło. Widzi jakby więcej ma też wrażenie że czuje swoje ręce i dłonie, ale i jednocześnie skrzydła. Czy Ethnu wymyślił mu nową potworną, obłąkaną karę? Na co mógł wpaść umysł tak nieskończenie bystry i obszerny jak jego? Patrzy przez chwilę na swoje dłonie, wydają mu się jakimiś potwornymi kończynami, kamiennymi szponami. Ogląda swoje skrzydła wyglądające jak poskładane z drewnianych belek, szkaradne i pełne okropieństwa, niczym nie przypominające jego poprzednich, pięknie opierzonych i lśniących.

Wtem coś dostrzega, spogląda w dół i zauważa dwa płomienie „wpatrzone” w niego. Widzi po chwili upiorny, trupi zarys, dwukrotnie mniejszy od niego. Spogląda w oczy osobie, która wydaje się być jego pierwszym towarzyszem, od czasu upiornej wieczności, jakiej doświadczał. Uderzenie zwala go z nóg i pozbawia świadomości. Niewyobrażalny ból jakiego doświadczał przy dotknięciu potwornych szczęk oceanu piekła, powraca. Makabrycznym szponami łapie się za swoją kościstą głowę i wyje. Napawa go to obrzydzeniem. Potworny dźwięk dochodzi z jego gardła. Dookoła niego fioletowe barwy błyskają oślepiającym światłem. Groteskwoe szkielety otaczają go ze wszystkich stron. Stara się tego nie dostrzegać. Chce znów być krukiem, nie zasłużył na to. Cokolwiek robił w poprzednim życiu. Na to nie zasłużył. Czerwień zalewa wszystko. Czuje pewną zmianę. Otrzymuje coś na wzór wolności. Jego kąt widzenia zmniejsza się i zapada prawie całkowita ciemność. Znów jest ptakiem. Odlatuje z tego beznadziejnego wybryku Ethnowej rządzy sprawiedliwości. Kiedy już jest kilka metrów nad ziemią, jego duszę przechodzi przenikliwy ból… już wie wszystko. Macha dwa razy skrzydłem, obserwując tysiące płomyków świecących pod nim. Schodzi niżej i znów zmienia się w gigantnyczne obrzydlistwo, złożone z kości i magii. Obserwuje chwilę swoje ręce i patrzy w dół. Dostrzega teraz wyraźnie płomienie w oczach i wszystko pamięta.

– Witaj panie – rozczytuje z feeri barw w magicznym płomieniu.

– Naer… – szepcze, choć nie wierzy, żeby z jego skamieniałej czaszki dochodzi dźwięk.

– Oczekiwaliśmy ciebie, witaj w swoim królestwie. – Oświadcza jego namiestnik, a Kruk znów czuje się Nurim. Teraz nabiera pewności siebie, to miejsce wydaje mu się domem, którego nigdy nie miał. Trafił z piekła wprost do swojego własnego raju.