Sen


PROLOG

Słońce przebijało się przez koronę drzew zalewając ścieżkę złotawymi plamami. Lasy, na południu Nevriyanu, były dzikie i nieczęsto odwiedzane przez mieszkańców. Nie przypominały tych pedantycznie uporządkowanych i ułożonych, znajdujących się bliżej stolicy królestwa – Eyerilyanu.

Magister Rillyin, prowadzący wycieczkę nie dziwił się zaskoczeniu swoich uczniów. Wychowani w miastach, zieleń kojarzyli z odwiedzanymi parkami, w których położenie każdego źdźbła trawy szczegółowo rozplanowano. Tu wszystko rosło, żyło i umierało samo, tutaj natura pokazywała swoje prawdziwe oblicze.

Rillyin starał się nie myśleć o tym z jakimi problemami boryka się królestwo elfów. Jednak obecność wnuczki legendarnego „Strażnika”, młodej i pięknej Aryeh Neyiri naprowadzała jego myśli w kierunku identyfikacji własnej rasy jako „żałosnych kreatur”. Oprócz druidytifiki wykładał również historię, więc znał dobrze losy swojej rasy. Elfy przez tysiące lat pokoju oduczyły się agresji. Kiedy Eri Neyiri – legendarny dziadek jego uczennicy stał się Strażnikiem ludzie dopiero zaczynali przybywać do Nevriyanu. Wtedy wydawało się, że ludzie mogą wiele nauczyć się od elfów, dziś nadal się w to wierzy, ale z mniejszym entuzjazmem. Okazało się, że barbarzyńscy mieszkańcy północy nie potrafili egzystować z krajanami Rillyina. Początkowo imperator Fenyrial VII zarządził, aby do królestwa wpuszczać każdego chętnego. Nie było zresztą komu, ludzi, zatrzymywać. Nie dało się przewidzieć choroby, syndromu Nevryianu. Przybysze, dosłownie wpadali w szał po dekarze, dwóch, porze czy roku. W końcu chwytali za swą odrażającą, północną broń, którą tak hołubili i mordowali autochtonów tak długo, aż nie umierali z wycieńczenia. Potem pojawił się on, Strażnik, Eri Neyiri, bohater. W jednej z jatek pomścił swoich rodziców i zamordowała ich oprawcę. Po tym czynie sam imperator mianował go Strażnikiem i generałem Nevriyanu. Generałem jednoosobowej armii. Choć jego postać otaczało wiele kontrowersji, po jego śmierci nie nadszedł następca.

Nie tylko widok młodziutkiej Aryeh przypominał mu o tej sytuacji. Jemu, jak każdemu elfowi, przypominało też o tym samo niebo. Jego nienaturalny, szafirowy kolor spowodowany był otaczającą ich magiczną bańkę pola siłowego.

Kiedy po śmierci Eriego, Valandriol, północne państewko ludzi odkryło jak bezbronny jest Nevryian zaczęło to wykorzystywać. Elfy nie umiały walczyć, nie umiały nawet się bronić. Początkowo wpływy ludzi zatrzymywało złoto, ogromne ilości łapówek dawanych królom, lecz mądry imperator, Fenyrial VIII, miał już plan w zanadrzu.

Teraz, do Nevryianu można było dostać się tylko w jeden sposób, przez portal na wyspie Maerled, prowadzący do serca Eyerilyianu. Wejście od pokoleń pilnują potężni wojownicy z Grithianu, którzy poprzysięgli nigdy nie atakować elfów. Ich słowo było jedynym co pozwalało całej rasie przetrwać.

– Źle się czuję – powiedziała niespodziewanie Griya Tyiovi przerywając przemyślenia nauczyciela. Szóstka jego podopiecznych stanowiła paczkę najlepszych przyjaciółek. Ta dziewczyna już na pierwszy rzut oka wyglądała na czarną owcę.

– Wolałabym stąd iść.

– Spokojnie skarbie, nic dziwnego. Ten las wygląda jak inny świat. Nie martw się, nic złego ci się tu nie stanie. Zobacz, magister Rillyin niczym się nie przejmuje – odpowiedziała Halfyin, jej najlepsza przyjaciółka.

– Hayn, ja naprawdę źle się czuję, boli mnie głowa – dodała Griya.

Rillyinowi się to nie podobało, nie lubił problemów.
Spokojnie, pomyślał, nic się złego nie dzieje, dziewczyna jest po prostu zagubiona, nowe miejsce, inny świat. Po prostu trzeba odwrócić jej uwagę, a wszystko jej zaraz minie.

– Aha, Eriwau Qeyeir! – powiedział pokazując na drzewo, zerwał trochę kory, ścisnął w lewej ręce, a prawą uniósł nad nią. Skoncentrował się i poczuł jak moc płynie strugami wzdłuż jego ciała. Na zamknięte, w dłoni, liść użył energii i nadał mu moc zwalczania przewlekłego zapalenia dróg moczowych. Nie miało to żadnego znaczenia, ale chciał wywrzeć wrażenie psychologiczne. Liczył na efekt placebo.

Roztarł trawę w rękach i dmuchnął jej w twarz. 

Dziewczyna, rzeczywiście, rozpogodziła się po paru chwilach. Przyjaciółki objęły Griyę, wyglądało na to, że kryzys został zażegnany, choć miał zgoła inne wrażenie. Czuł, że jest coś w lesie, coś wszechpotężnego, coś ich właśnie obserwuje, i nadchodzi. Pomimo wyraźnego poczucia zagrożenia, nie potrafił tego zdefiniować, mylił to przeczucie ze zwykłym zamartwianiem się o podopieczną.

Nagle znów usłyszał płowowłosą Griyę.

– Nie pójdę dalej, źle się czuję, wydaje mi się, że… – Elfka próbowała wstać. Dostała jednak silnego zawrotu głowy i padła z powrotem na ziemię. – Tam coś jest… Woła mnie, ale się boję. Jest… złe, ja…

– Co się z nią dzieje? – zapytał magister Rillyin. – Czy coś takiego zdarzyło się wcześniej?

– W sumie… jesteśmy pierwszy raz poza Eyerilyan, więc ciężko nam powiedzieć – powiedziała szybko Halfyin, w jej oczach widać było zaniepokojenie z lekką nutką strachu.

– Pierwszy raz widzę taki atak paniki. Lepiej zabierzemy ją z powrotem – odrzekł magister odwracając się.

Jego ręce zapłonęły zielenią. Oczy nauczyciela zajarzyły się malachitem, a duża lipa, początkowo drgnęła, lecz już po chwili wyrwała z ziemi swoje korzenie i ruszyła w stronę elfki. Magister przesunął się, żeby zrobić ożywionemu drzewu miejsce.

Niespodziewanie oczy Gri zaczęły emanować złotym światłem. Drzewo zgięło swój pień, żeby ją chwycić, ale gdy tylko jeden listek musnął jej wyciągnięty palec, wszystko zapłonęły, a po chwili z ożywieńca został jedynie popiół.

– Uczennico Griyo Tyiovi, elfom nie wolno używać magii ofensywnej! Jest to wbrew zasadom moralnym! – krzyknął magister. Zdał sobie sprawę, że jego głos brzmi bardzo niepewnie. Jeszcze nie wiedział co się dzieje, ale już czuł, że coś potężnego weszło w ciało uczennicy i przejęło nad nią kontrolę.

– Milcz śmiertelniku! – Rozległo się jakby zewsząd. Ptaki nerwowo poderwały się do lotu. Wiatr przestał wiać, a cały las zdawał się zamrzeć. Wszyscy umilkli. Jego myśli zdominowała chęć ucieczki. Niespodziewanie światło w oczach elfki zgasło.

– Za mną! – powiedziała dziwnie radosnym głosem, po czym podniosła się i pobiegła w knieje. Magister znieruchomiał, jednak po chwili poczucie obowiązku wzięło górę – w końcu był odpowiedzialny za swoich studentów. Popędził za uczennicą, a za nim cała reszta.

Dziewczyna zniknęła w krzakach, Rillyin przyspieszył, rzucił się za nią. Jego zaniepokojenie wzbudziło skrzypienie zakończone głośnym trzaskiem, po których nastąpiło uczucie braku gruntu pod nogami.  W ciągu sekundy znalazł się na dnie jednego z szybów starych kopalni, które kiedyś drążono w tych rejonach. Przez chwilę leżał na plecach i dziwił się, jak udało mu się nic nie złamać.

– Witaj – odezwał się głos. Ten sam, który wydobywał się z ust dziewczyny, kiedy jej oczy nabrały intensywnie złotego koloru.

– Wolę ciebie – powiedziała nagle Griya wychodząc z cienia, brzmiała normalnie, ale nauczyciel czuł, że nie ona to mówi.

– Kim jesteś? – zapytał Rillyin. Nie zadawał pytania uczennicy, a temu czemuś co zawładnęło jej ciałem. Zdawało się, że ta potężna istota mówi do niego telekinetycznie, bezpośrednio, jako swój awatar, jednocześnie mówiąc oczami dziewczyny.

– Zostałam wezwana – odezwało się.

– Przez płacz tysięcy – dokończyła dziewczyna z uśmiechem. Po czym przygryzła dolną wargę i spojrzała na nauczyciela w wyzywający sposób.

Magister przez chwilę nie mógł poznać dziewczyny o urodzie „szarej myszki”. W jakiś niewyobrażalny sposób stała się ona zabójczo piękna, chociaż przed nim nadal tkwiła płowa Gri. Powoli, nie odrywając od niego wzroku, zaczęła zdejmować suknię. Ponętnie i z gracją, jakby znając sztuki uwodzenia lepiej niż doświadczona kurtyzana. Widział, w jej oczach, gdzieś głęboko, że prawdziwa Gri jest gdzieś tam uwięziona, ale ta gracja hamowała go, otumaniała. Poczuł, że jedyne czego teraz pragnie, to ta stojąca przed nim postać. Wszystko inne przestało się liczyć. Nie słyszał nawet krzyków dobiegających z góry. Zahipnotyzowany patrzył na uwodzicielskie, idealnie kształtne piersi uwalniające się spod przykrywającego je materiału. Obserwował w zdenerwowaniu i niepewności, jak suknia lekko zsuwa się, odsłaniając coraz większe fragmenty ciała. Wtedy zrozumiał wszystko. Stała przed nim legendarna Noctiferi, bogini wieczora, matka elfów. Wiedział też, że został wybrańcem, którego według legend raz na tysiąc lat nawiedza bosko piękna istotna.

Przestał się bać. Poczuł ulgę i zaczął obserwować to, co bóstwo chce mu pokazać. W jej ręku nagle pojawił się nóż. Ostrze rozcięło skórę i żyły na pięknych przedramionach dziewczyny. Krew zaczęła kapać na ziemię nietkniętą od setek lat elfią stopą. Złoty blask na chwilę rozbłysł z ciała uczennicy rozrywając ciemność i oślepiając Rillyina. Chwilę później Gri padła na ziemię. Magister zauważył, że nie było śladów skaleczeń, dziewczyna była ubrana, to wszystko to tylko iluzja.

Nad nią unosiła się utkana złotym światłem, kobieca postać. Naga, kobieca postać zdawała się w niego wpatrywać. W tej chwili do szybu dostali się pozostali uczniowie. Podczas gdy wszyscy rzucili się do leżącej koleżanki, Aryeh Neyiri podeszła do nauczyciela i zapytała, czy dobrze się czuje. Nikt nie zdawał się dostrzegać postaci, która wyraźnie nakazywała mu czekać.

– Aryeh, muszę tutaj zostać. Nie mogę ci tego wytłumaczyć. Zabierzcie Gri i powiedzcie, że uciekłem na południe, albo gdziekolwiek. Niech mnie nikt nie szuka. Powiedzcie, że groziłem wam magią ognia czy czymkolwiek. Dobrze? – Starał się mówić składnie i prosto, choć podejrzewał, że może to akurat tak nie zabrzmieć. Sam nie był do końca pewien tego, co widział.

– Jesteś pewien, magistrze? – zapytała tylko, trzeźwo patrząc mu w oczy. Widział po niej, że i ona coś wyczuwa. Przemawiał przez nią rzadki talent. Choć była młoda i niedoświadczona podejrzewała, że cokolwiek się tu dzieje to nie ona powinna podejmować decyzję.

– Tak – odpowiedział.

– Zabierajmy Gri i uciekajmy, magister Rillyin zostaje na własne życzenie. Wytłumaczę wam w drodze – powiedziała autorytarnie.

Tyle wystarczyło.

– Żegnaj, magistrze – powiedziała, kiedy konary zaczęły się unosić.

– Jeszcze się zobaczymy, Aryeh – rzekł nie odrywając wzroku od postaci stojącej cierpliwie przed nim.

– Zanim cię wybiorę – odezwał się ten sam głos, jednak teraz zdawał się milszy i cieplejszy, bardziej kobiecy. – Musisz udowodnić swojej wartości. Postać podpłynęła do niego. Patrzyła mu w oczy wzrokiem, od którego nie można uciec. Wtedy magister poczuł ostry ból w płucach. Zaczął się dusić. Kaszlnął krwią.

– Za mną – powiedziała radosnym głosem należącym do Gri i ruszyła w głąb tunelu, a jej złota poświata spowodowała, że stało się tak jasno, jak w dzień. Rillyin, uciskając ranę w klatce piersiowej, ruszył za boginią. Początkowo szedł szybko, lecz coraz wolniej. Zwalniał i zwalniał, aż padł na czworaka i zaczął czołgać się za znikającym w ciemności złotym blaskiem.

***

 

Magister starał się nadążyć za swoją panią, jednak ta tylko się oddalała. Nie potrafił skoncentrować wzroku, bladł, starał się wstać, co rusz upadał. Kiedy poczuł, że nieubłaganie nadchodziło jego ostatnie tchnienie, a jaźń ginęła w ciemności, coś się wydarzyło. Zaczął budzić się do życia, jednak nie w szybie opuszczonej kopalni.

Pod sobą czuł miękką trawę zamiast twardej skały, a światło słoneczne rozlewało się po otoczeniu oślepiając go. Wszystko jednak wydawało się w jakiś sposób nierealne. Gdy rozglądał się dookoła widział spacerujące elfy, złote budynki, jednak architektura przypominała mu te z epoki antycznej, kiedy jeszcze pośród jego braci zdarzały się rozlewy krwi. Nie tylko to wzbudziło jego niepokój. Wzrok zdawał się nie sięgać do pewnych miejsc. Zupełnie jakby coś blokowało mu do nich dostęp. Nie mógł tego zrozumieć, wszystko wyglądało trochę jak we śnie. Nic nie zasłaniało mu widoku, jednak pewne bariery zdawały się nie do przebrnięcia. Nie potrafił się na nich skupić, choć nie rzucały się w oczy i wydawały się, w jakiś sposób, naturalne. Wtem poczuł na swoim barku dłoń. Odwrócił się na plecy i zobaczył przed sobą niesamowicie piękną, znajomo wyglądającą, postać. Choć nie od razu poznał ją z pomników stojących w rodzinnym Eyerilyanie. Była w niej nutka czegoś znajomego, jakby znał tę osobę od dawna. Złapał za wyciągniętą dłoń i odpłynął w ekstazie. Jego świadomość prawie zanikła, tliła się gdzieś na granicy życia i śmierci. Potworny ból w płucach uzmysłowił mu, że coś go niesie. Możliwe, że to z powodu cierpienia, jakiego doświadczał, ale nie potrafił powiedzieć kto, lub co, to robi. Kiedy obudził się w ciepłym łóżku, opatrzony, nie opuszczało go uczucie pustki. Spróbował wstać, jednak paraliżujący ból spowodował, że opadł z powrotem na poduszkę. Jak na zawołanie pojawiła się boska piękność.

– Kim jesteś? – zapytał.

– Jestem Noctiferi, bogini wieczora, matka elfów, opiekunka – odrzekła spokojnie patrząc mu w oczy. Rillyin czekał na dalszy ciąg, jednak go nie było. Czuł się tak słaby i zniszczony. Nie mógł się nawet skoncentrować.

– Gdzie jestem? – dopytywał.

– Musisz sam znaleźć odpowiedź na to pytanie – odpowiedziała – Musisz leżeć i odpoczywać. – Dlaczego czuję się tak dziwnie? – spytał, próbując ponownie spojrzeć w jej oczy, jednak coś mu w tym natarczywie przeszkadzało i nie mógł zrozumieć co.

– Jak? Ranny? – odparła.

– Nie… inny.

– Niestety, nie wiem o czym mówisz.

– Jak ja się tu w ogóle znalazłem?

– Poszedłeś za mną.

Po tych słowach zniknęła, rozpłynęła się w powietrzu. Nie mógł zrozumieć, czy zasnął zanim ona wyszła, czy po prostu „wyparowała”. Jednak kiedy znów spojrzał w miejsce, w którym ją widział, nie było jej. Nie było też bólu. Pojawiło się dziwne uczucie pustki, jakby był ułamkiem samego siebie. Nie rozumiał tego, był zdezorientowany, zmieniony i w jakiś dziwny sposób znieczulony. Rozejrzał się po pokoju. Stało tam jedynie łóżko, a w oczy kuła biel ścian. Nad łóżkiem znajdowało się okno, przez które agresywnie wlewało się słoneczne światło.

Z trudem, wyszedł z pokoju i trafił na korytarz, który prowadził do kilku pomieszczeń. Pokój na lewo od niego stanowił idealny klon tego, w którym się obudził. Nie zwrócił nawet uwagi na to, że patrząc w okno w tym pomieszczeniu również widział słońce, choć wychodziły one w zupełnie innym kierunku. Drzwi „obcego” pokoju sąsiadowały z dębowymi, dwuskrzydłowymi wrotami prowadzącymi, jak się okazało, do biblioteki.

Już z progu zobaczył piękność leżącą na szerokim, miękkim, przypominającym szezlong łóżku, z książką w ręku. Bogini zdawała się nie dostrzegać go, a tytuł czytanej przez nią pozycji był aż nadto wyraźny. Na białej okładce czarne litery układały się w słowo „Neyighitee”. Kiedy jednak elf rzucił okiem na resztę dzieł, nie mógł dojrzeć ich nazw. Wydawały się jakieś rozmazane, nieczytelne lub napisane obcym mu alfabetem. Zerknął na Noctiferi i prawie podskoczył ze strachu, gdyż teraz jej oczy wpatrywały się w niego. – Jak się czujesz? – spytała. Wystraszył się tonu jej głosu. Wszystko co robiła zdawało się gwałtowne i nieprzewidywalne.

– Cieleśnie lepiej, duchowo… nadal inaczej – odpowiedział.

– Zawsze taki byłeś – stwierdziła.

– Kiedyś byłem inny – zanegował.

– Zawsze taki byłeś – powtórzyła dokładnie tym samym tonem, zabrzmiało to dziwacznie, nienaturalnie.

– Coś się zmieniło.

– Może ty się zmieniłeś? – zapytała. Wydawało mu się to w jakiś stopniu możliwe.

– Czuję się pusty – usłyszał ze zdziwieniem swój głos. Nie powiedział tego zdania świadomie, a i sam nie zdawał sobie sprawy z wewnętrznej pustki, aż do tego momentu.

– Zawsze byłeś pusty – odpowiedziała spokojnie zatapiając swoje hipnotyzujące spojrzenie w tekście. W jej głosie można było wyczuć pewien żal i pogardę.

– A co jeśli popełniłam błąd ufając ci – zapytała, i nie czekając na odpowiedź, dodała – Chodźmy na spacer.

Wstała, zamknęła książkę i odłożyła na stolik stojący na środku biblioteki. Rillyin znów zwrócił uwagę na tajemniczy tytuł. Wydawał mu się dziwnie znajomy, choć przysiągłby, że nigdy się z nim nie spotkał.

– Spacer? – zapytał z lekkim niedowierzaniem, jakby już dawno zapomniał znaczenia tego słowa.

– Dokąd?

– Na słońce – odrzekła.

Kobieta otworzyła drzwi naprzeciw wejścia do biblioteki i ich oczom ukazała się świetlista polana, która kilkadziesiąt metrów dalej zmieniała się w gęsty, mroczny las. Noctiferi stanęła na trawie i zrobiła bosymi stopami kilka kroków po miękkich, zielonych źdźbłach. Rillyin patrzył na nią przez chwilę zbity z tropu. Nie mógł się skupić i ogarnąć myśli, ale czuł, że powinien starać się za wszelką cenę. Widział, że to wszystko zdaje się jakieś nierealne. Kolory były zbyt nasycone, chociaż miały odcień szarej barwy. Wszystko wydawało mu się zbyt realne i świadome, jakby wszystko co było przedtem, całe jego życie, było jedynie snem.

Zrobił krok i zamknął za sobą drzwi. Dom Noctiferi, nie typowy złoty, idealny prostopadłościan w jakiś sposób go nie dziwił.

– Idziesz, czy nie? – krzyknęła stojąc w połowie drogi do stawu, który dopiero zauważył Rillyin.

– Idę – odpowiedział tylko i ruszył wpatrując się w trawę. Wyraźnie dostrzegł pośród równo przyciętego trawnika gęste kępy trawy o kształcie elfich stóp. Gdy podszedł bliżej zauważył, że ziemia, na której stanęła bogini, natychmiast się zazieleniała.

– Usiądziemy na pomoście? – powiedziała rzucając mu przelotne spojrzenie.

– Mam ochotę pomoczyć nogi. Lekkim i zwiewnym krokiem podeszła do kładki. Zwrócił uwagę na to, jak delikatnie się poruszała. Patrzył na każdy stawiany przez nią krok. Wydawało się, że mogłaby stanąć nawet na powietrzu. Oparła się i usadowiła wygodnie na kładce opuszczając zgrabne stopy do wody.

– Usiądź przy mnie – rzekła spoglądając na niego. Jej niesamowite piękno i boskość onieśmielały go. W milczeniu podszedł do niej i usiadł obok.

– Usiądź bliżej – powiedziała. Zanim jeszcze zdążył się zgodzić, zadała pytanie – Chciałbyś być bogiem w Eestirii? Marzyłeś o tym kiedyś?

Rillyin wpatrywał się w nią przez chwilę, po czym się przysunął. Zatopił swoje nogi do kostek w wodzie. Przynosiła ulgę. Zaczął zastanawiać się nad odpowiedzią. Wbił źrenice w taflę i zasępił się. Powoli przeniósł oczy na trawę. Obserwował jak źdźbła delikatnie gną się na wietrze i poczuł jak jego włosy zmierzwił lekki podmuch. Przyłożył rękę do głowy, żeby się podrapać, ale jego palce napotkały jedynie idealną łysinę. Zwrócił wzrok na towarzyszkę, a ta jedynie uśmiechnęła się oczyma. Wpatrywał się głębiej w zieleń roślin i poczuł jak jego jego zmysły zaczynają szaleć. Początkowo zaczął odczuwać jedynie mdłości, potem miał wrażenie, że się rozpada, z oddali dobiegł wyraźny szept: „poddaj się, puść”. Rozluźnił się i wtedy uderzyła w niego gwałtowna, ciężka do wytłumaczenia zmiana. Poczuł się w pewien sposób nagi, ale zarazem i wolny. Jedynie w pewnym stopniu jego świadomość się nie zmieniła – Rillyin rozumiał, że to jego dusza. Wszystko pozostałe to jedynie ciało, ze swoimi zmysłami i doświadczeniem.

Ogarnęła go ekstatyczna błogość. Zdał sobie sprawę, że jest… trawą. Dostosowywał się jeszcze chwilę do nowej formy. Korzenia, liści. Upił trochę wody przez korzenie, poczuł jak płyn przelewa mu się przez nowe ciało ku liściom, gdzie poczuł słodki smak cukru. Mrugnął i na powrót był w swoim ciele. Jego ciało zdawało się przez ten czas „wyłączone”, otwarte oczy zaczęły piec. Zamknął je, a po jego policzkach pociekły łzy pieszczone wiatrem. „Wiatr?” pomyślał.

– Nie! – krzyknęła, ale dźwięk jej głosu ugrzązł gdzieś w przestrzeni.

Poczuł jednocześnie ból i pieszczotę. Odezwały się w nim sprzeczne emocje. Radość i gniew zawrzały. Horyzonty rozszerzyły się do obszaru, którego zwyczajna dusza nie potrafiła ogarnąć. Widział cały świat jednocześnie oraz to, jak go otacza, jak przewiewa pomiędzy bezlistnymi gałęziami drzew, czując rozrywający ból. Doświadczał, jak delikatnie łaskoczą go mijane liście, i jak rozrywa budynki i burzy furią drzewa.

Trzask! Obudził się leżąc na pomoście, a nad nim stała piękna bogini. Chwilę patrzył w boskie oczy, potem zerknął na jej zgrabne nogi, które tak pragnąłby dotknąć, a które dzieliło od jego rąk zaledwie kilka centymetrów. Wtedy narodziła się w jego głowie nadzieja, która zaowocowała ogromnym pożądaniem.

– Myślisz, że nie potrafię czytać ci w myślach? – zapytała uśmiechając się lekko, pomimo tego jej oczy niewiele zdradzały, ciężko było odgadnąć co bogini myśli. Przerażenie pomieszało mu w głowie. Starał się przestać myśleć o tym, jak chętnie ległby w ramionach Noctiferi, jednak nie mógł.

– Zaimponowałeś mi – powiedziała spokojnym tonem. – Byłam pewna, że śmiertelnym wystarczy ułamek sekundy w ciele wiatru, żeby oszaleli. Ty jesteś inny. Może jednak dobrze się stało, że ciebie wybrałam. Ruszyła w stronę domu.

– Chodź, musisz się jeszcze wiele nauczyć – rzekła.

Podniesienie się przyszło mu z niemałym trudem, jednak już po chwili szedł za swoją panią. Czuł się niesamowicie ze świadomością pozyskania takiej umiejętności. Odniósł wrażenie jakby stawał się kimś bardziej boskim, a jego wewnętrzna pustka zdawała się zmniejszać. Teraz jednak marzył tylko o jednym, o tym, by choć raz dotknąć matkę elfów. Uśmiechnął się do siebie, kiedy do głowy przyszedł mu pewien plan. Postanowił zamienić się w trawę, żeby dotknąć choć stopy opiekunki. Znów ogarnęło go to samo uczucie, świadomość posiadania korzenia i liści. Chwilę grzał się w świetle gorącego słońca, gdy nagle zapadła ciemność, po to by sekundę później, w kontakcie z jej skórą, odczuć ekstatyczną rozkosz. Niespodziewanie wrócił do swojego ciała. Przeszły go potężne dreszcze po czym osunął się na ziemię.

Kiedy otworzył oczy znów leżał w swoim łóżku. Wstał, wyszedł z pokoju i dojrzał, że pomieszczenie po lewej stronie jest puste. Minął biblioteczne wrota, żeby spojrzeć na nią, czytającą książkę o zagadkowym tytule „Neyighitee”.

– Co to znaczy? – zapytał.

– Nas – odpowiedziała spokojnie.

Zajrzał jej z uwagą w oczy, jednak ten wzrok zdawał się być zbyt boski, by Rillyin dał radę go wytrzymać. Mrugnął po to, by oderwać się od tego piękna. Wpatrywał się w łóżko, na którym leżała. Pragnął poczuć jak to jest być tą rzeczą. Przeszły go dreszcze przeszywające jego tkaninę. Elf czuł drewnianą ramę w środku, i podłogę, na której stał. Całym sobą koncentrował się tylko na miejscu, które dotyka naga skóra Noctiferi.

– „Naga?” – zapytał sam siebie ze zdziwieniem. Wtedy zdał sobie sprawę z tego, że oboje są nadzy, cały czas. Ogarnęło go zawstydzenie, ale nie chciał dać tego po sobie poznać.

– Urodziłeś się śmiertelnikiem. Lecz twoja dusza jest boska, nie wiem, czy to dzięki sile determinacji, czy czemuś zgoła innemu – oznajmiła nie odrywając wzroku od książki. – W każdej chwili stajesz się coraz mniej zaślepiony moją boskością, a coraz bardziej postrzegasz mnie jak śmiertelniczkę, nawet kiedy tego nie chcę. Dobrze, że wybrałam ciebie. Już wiesz po co?

– Jestem bytem. Świadomością. Nie ma we mnie nic, co mogłabyś opisać jako „elf”. Ale nie jestem sam. Jest nas dwoje. Dwa byty. Dwie świadomości. Jesteśmy. Trwamy. Nie mieliśmy wiary, ale teraz mamy. Istniejemy. Mężczyzna i kobieta. Nazwij to jak chcesz. Żeby powstał kolejny byt – najpierw dwa inne muszą tego chcieć. Muszą się ze sobą zetrzeć. My jesteśmy Neyighitee. Noctiferi wstała, zmierzyła go wzrokiem. Po czym rzuciła na łóżko i skoczyła na niego.

– Jesteś gotów – wyszeptała mu do ucha. A dźwięk jej głosu był jak ciepło rozlewające się po ciele. Każdy dotyk rozpalonej bogini był pozawymiarowym szczęściem. Dopiero teraz spojrzał na jej krągłe, idealne piersi i zrozumiał, że jego podświadome marzenie się spełnia. Ścisnął więc pośladki Noctiferi z taką siłą, aż ta jęknęła.

– Dobrze – szepnęła cicho uśmiechając się. – A teraz spójrz mi w oczy.

Oparła się swoimi lędźwiami o Rillyina. Na granicy słyszalności, dobiegł go głos: „Mój drogi Rillyinie”. Głębia jej oczu okraszona nagim, boskim ciałem otumaniała go, działała jak wszystkie narkotyki świata. „Jesteśmy teraz jednym bytem” – kontynuowała głośniej.  Sycił wzrok jej widokiem.  „Zakochałam się w tobie, pierwszym śmiertelniku w moim życiu” – mówiła w jego głowie. Ścisnął ją mocniej, aż jęknęła swoim dźwięcznym głosem.  „Choć już nim nie jesteś, poświęciłam się dla mojego ludu i dla ciebie” – Poczuł falę gorąca, która ogarnęła jego ciało. „Teraz jesteś bogiem, obudź elfy i broń je, a ja czekać będę na ciebie w sferze duchów” – usłyszał i obudził się na ziemi w szybie kopalni.

EPILOG

 

Wielu śmiertelników przysięgłoby, że postać stojąca w cieniu drzew i obserwująca ze wzgórza rzeź elfiej, nadgranicznej wsi, jest ślepa. Nie miała ani źrenic, ani tęczówek. Jednak Neyighitee widział wszystko, a nawet więcej.

– Zostawcie to miejsce w spokoju – powiedział jakby do siebie, jednak jego głos rozbrzmiewał nad doliną wprowadzając chwilowy zamęt. Rzeź momentalnie ustała. Ludzie zamarli z niepokojem rozglądając się dookoła. Dowódca zaczął krzyczeć, wydając rozkazy, żeby jego oddziału przypadkiem nie ogarnął chaos. Ktoś wskazał mu postać stojącą na wzgórzu. Ogarnął go lęk, jednak ambicja wzięła górę. Wyciągnął miecz i pobiegł w stronę intruza. Żołnierze patrzą w zaciekawieniu na swojego przełożonego, który wspina się na wzniesienie, obserwują ślepca, który w bezruchu czeka na nadejście mordercy. „W końcu to elf” myślą sobie. „Niektóre nawet nie uciekają przed śmiercią”. Kiedy dowódca zmniejszył dystans, wziął zamach. – Zarozumiali idioci – rozbrzmiał potworny głos w chwili, kiedy mężczyzna z mieczem implodował, pozostawiając po sobie jedynie krwawą zawiesinę. – Wszyscy zginiecie! Wszyscy! Las otaczający wieś ze wszystkich stron zdawał się ożywiać. Setki drzew ruszyło w stronę ludzi, których część zmarła w wyniku samej paniki. Neyighitee przyglądał się temu, jak pnącza wiążą uciekających, a drzewa rozrywają ich swoimi gałęziami. Uśmiechnął się do siebie. Czuł, że Noctiferi, obserwująca go ze sfery duchów, jest dumna.

Czas zacząć wojnę.