Dobranocka XI

Haillka, ciemności!

Leżysz na łóżku, patrzysz w sufit. Twój wzrok stara się przebić przez zasłonę cienia, jednak te próby nie przynoszą efektu.

Czujesz, że coś patrzy. Przez szparę w szafie i szufladach, przez szybę w drzwiach, dziurkę od klucza. Ilekroć gaśnie światło, czujesz palący wzrok. Gdziekolwiek się ruszysz, czymkolwiek się zasłonisz, idzie tam, gdzie Ty i nie spuszcza z Ciebie oka. Prawdziwy Myśliwy.

Starasz się to dostrzec, starasz się bronić, ale… może to tylko paranoja? Może to nie istnieje, a już na pewno nie jest głodne Twojej duszy? Może to wszystko tylko sen?

Szare światło wlewa się przez okno, a Ty wiercisz się i starasz zasnąć. Tylko ten palący, głodny wzrok.

Nagle dostrzegasz za oknem jakiś cień. Coś się poruszyło, wyraźnie. Może to Myśliwy? Może właśnie rusza do ataku, może śmierć postanowiła wpaść z zapowiedzianą przy urodzeniu wizytą?

Gwałtownie wstajesz i patrzysz w okno. Kręci Ci się w głowie. Widzisz swoje odbicie w szybie. Przez chwilę patrzysz w nie, ale dopiero po chwili dochodzi do Ciebie, że nie tak działa fizyka, przecież nie możesz widzieć swojego odbicia.

Równolegle dochodzi do Ciebie, że twarz jest w negatywie. Utkana z ciemności skóra, połyskujące czernią białka oczu, przeszywające śnieżnobiałe źrenice.

Twoje alter ego, prywatna śmierć. Myśliwy, wreszcie się ukazał.

Uśmiechnął się.

Zamiast zębów miał kilkunastocentymetrowe onyksowe kły. Szybkim ruchem przepłynął przez szybę i rzucił Ci się w twarz.

Zniknął.

Czy nadal się bawi? Prawdopodobnie tak, ale ogarnia Cię dziwne, jeszcze gorsze uczucie – nie czujesz wzroku.

Ogarnia Cię powolny, przejmujący chłód, już masz chować się pod kołdrą, gdy dostrzegasz stojący na ulicy samochód. Światła są włączone, silnik odpalony.

Czy na kogoś czeka? Może obserwuje? Kładziesz się, opatulasz, starasz się zasnąć zasnąć, przewracasz się z boku na bok, byle doczekać świtu.

Patrzysz na zegarek. Leżysz od zaledwie kilku minut, a minęło jakby kilka godzin.

Zegar stoi.

Wszystkie stoją.

Czas stanął.

Wiesz już, że to nie sen. To jest prawda, to jest piekło, które ma się nigdy nie skończyć. Nawet za miliard lat nie przeminie ułamek procenta czasu, który musisz przeczekać. Nigdy nie dotrwasz do ułamka procentu. On nigdy nie nadejdzie.

Patrzysz przez okno i jednak coś się zmieniło, horyzont się przybliżył i z każdą chwilą staje się coraz bliższy.

Co, jak już nadejdzie? Wizja unicestwienia wydaje się kusząca. Wszystko wydaje się bardziej kuszące od samotnej, zimnej wieczności.

Kreska zbliża się powoli i jakby dostojnie. Najpierw znika ten dziwny budynek w oddali, potem ulica, następnie kościół i ten samochód, który już nigdy nie pojedzie. Przynajmniej w Twoim świecie.

W końcu nadeszła chwila końca koszmaru, horyzont był coraz bliżej. Zjadał Twoje ściany, podłogę, sufit, wreszcie łóżko.

Wolności, przybywam!

Lecz wolność nie nadchodzi. Za linią jest tylko nieprzenikniona ciemność, zimno i samotność.

Dobranoc, kolorowych snów.

I pamiętaj, nie szukaj Myśliwego, Ty jesteś Myśliwym.