Dobranocka XII

Haillka.

Stoisz. Widzisz przed sobą jedynie nieprzeniknioną ciemność. Słyszysz dobiegający z góry szum deszczu. Może jakiegoś dalekiego wodospadu? Kto wie, jak daleko od realnego świata się znajdujesz?
Grzmot i chwila oślepiającej jasności.

Nie była to zwykła błyskawica. Zdawała się taka sztuczna, plastikowa, jakby była jedynie w Twojej wyobraźni. Jednak ból oczu był prawdziwy, podobnie jak chwilowe oślepienie.
Po sekundzie odzyskujesz zdolność widzenia, a przed sobą widzisz parę ognistych ślepiów. Z nozdrzy gadziego pyska wydobywa się gorące, parzące Twoją twarz powietrze. Kły wielkości ludzkiej ręki szczerzą się tuż przed Twoimi oczyma. Słyszysz bulgotanie w wiecznie płonącym wnętrzu smoczych trzewi. Nie to Cię jednak zajmuje.

Smok fosforyzujący nienaturalną bielą, stoi tuż przed Tobą, w idealnej ciemności, niczym ogromny posąg z kości słoniowej. Chociaż w Twoim lochu nie ma żadnego światła, widzisz, że stoi widoczny, jak za dnia, wyraźny. Odsuwa od Ciebie pysk i przechodzi powoli dookoła Ciebie. Starasz się śledzić go wzrokiem, ale nie możesz się ruszyć. Dopiero teraz to zauważasz. Paraliż ogarnął Twoje zawieszone w próżni, bezładne ciało. Smok obchodzi Cię, znika z pola widzenia. Czujesz jego gorący oddech na swoich plecach. W każdej chwili spodziewasz się śmierci. Czy nadejdzie?

Słyszysz jak gad oddycha. Wpatrujesz się w ciemność, czekasz na śmierć. Czy to będzie teraz? A może teraz? Każde uderzenie serca wydaje Ci się ostatnim.
Organ w Twojej klatce bije coraz mocniej, do granic wytrzymałości, zaraz eksploduje. W tym bólu jest coś dziwnego, wydaje Ci się, że tętno powinno być bardzo szybkie, ale słyszysz powolne, chaotyczne uderzenia. Jakby czas zwolnił.

Słyszysz delikatny mruk za plecami… Powoli modlisz się o szybką śmierć, poddajesz się. Ona jednak nie nadchodzi. Błagasz, ale dalej nic.

Głośny świst, prawie huk dociera do Twych uszu i przez moment wydaje Ci się, że widzisz bestię nad swoją głową, jednak to tylko przewidzenia.

Zapada cisza. Dociera do Ciebie szum wody przerywany powolnymi, mocnymi uderzeniami serca. Próbujesz oddychać, ale nie możesz.

Smok materializuje się przed Tobą. Wiesz, że właśnie wylądował, Twoje oczy widziały, jak opadały jego skrzydła, jednak umysł niczego nie zarejestrował. Zdaje się, że gad jest szybszy od dźwięku, który za nim nie nadąża. Ogarnia Cię nowy wymiar niewypowiedzianej grozy.

Jest dwa metry przed Tobą, wyciąga swój pysk w Twoją stronę, wydaje krótki ryk i zmienia się w białą ciecz.

Rozpływa się jak mleko. Nie rozumiesz tego, co widzisz. Ale pozostałości zdają się posiadać ten sam, niezależny od światła, kolor.

Patrzysz na to chwilę i odruchowo odwracasz wzrok. To, co początkowo bierzesz za płyn jest milionem tłamszących się i wijących chaotycznie robali. Dopada Cię obrzydzenie, chcesz wymiotować, ale nadal nie możesz się ruszyć. Walczysz z falującym żołądkiem, wiesz, że jeśli zwymiotujesz udusisz się własnymi treściami żołądkowymi, które utknął w gardle i dotrą do płuc.

Robale poruszają się jakby wolniej, i wolniej. Zdaje się, że giną albo schną, aż w końcu zamierają.

Cisza.

Jedno uderzenie Twojego serca budzi je z letargu i z jakiegoś nieznanego Ci powodu zaczynają się wić w Twoją stronę. Przyśpieszają i zachowują się jak jeden organizm, wszystkie ich ruchy zdają się zgrane i usystematyzowane, patrzysz na nie, gdy podchodzą do Twoich nagich stóp i wiją się między palcami.

Zbiera Ci się na wymioty.

Czujesz piekący ból w stopach, setki wijących się pasożytów wchodzących Ci pod skórę i zjadających Twoje ciało od środka.

Wymiotujesz. Przez moment czujesz kwaśny smak. Starasz się wyrwać, uciec, a treść żołądkowa spływa i zalewa Twój układ oddechowy. Potworne, wijące się stado wchodzi coraz wyżej i wyżej. Czujesz, że to koniec, prawdziwy koniec. Ból jest nie do zniesienia, śmierć jest coraz bliżej…

Dobranoc