Cum Mortuis

Kiedy „Głodny Marynarz”, na którym służył Naraal – anielski wybraniec, dobił do Aranolu, w porcie było tłoczno. Załoga, jeszcze z morza dostrzegała tłumy, w tym nadmorskim mieście należącym do Korony Valandriolu. Początkowo myśleli, że to zamieszki, ale na lądzie dowiedzieli się, co tak poruszyło mieszkańców. Xynthial – ojczyzna Naraala, został najechany przez dzikie ludy z Grithianu.

Naraal czuł, że jest to misja zlecona mu przez Feyviti, tam, w sferze światła. Podjął decyzję o opuszczeniu statku, pożegnał się z resztą załogi, a sam kapitan, który widocznie go polubił, nie dość, że opłacił go z nawiązką to jeszcze oddał mu swoją starą, skórzaną zbroję. Pieniędzy starczyło nawet na taniego konia. Naraal o świcie wyruszył na południe.

Na trakcie spotykał wędrowców, od których docierały do niego wieści z wojny. Zanim dotarł do granicy Istrolu, upadło już jedno z większych miast – Ferqual.

Grithian był ogromnym, choć nieucywilizowanym państwem. Opierał się na luźno powiązanych ze sobą klanach, które wybierały sobie króla na czas podboju. Od wędrowców Naraal dowiedział się, że tę wojnę zaczął Meymuss IV Grinf, który swoją pozycję zawdzięczał wyłącznie sławie potężnego przodka. Arestog czytał o jego podbojach w „Pamiętniku Podróżnika Vaa”, wiedział, że dziadek władcy – Meymuss II Grinf zjednoczył Grithian. Wyglądało jednak na to, że po jego śmierci kraj decentralizował się, a watażkowie wzmacniali swoje wpływy.

Naraal czytał również o powstaniu swojej ojczyzny – Xynthialu. To państwo narodziło się ze zmieszania dawnych Grithianczyków, porzuconych elfów i uchodźców z Nur, a wszystko dzięki trójce założycieli: Aerusowi Xynthii, Aryeh Neryiri i Ewiry Qire, którzy przewodzili tym ludom. Xynthial jednak budowano prawie od zera, łącząc trzy różne ludy, często dochodziło do zamieszek, szczególnie w obliczu biedy. Trójca twierdziła, że należy brać przykład z Valandriolu, wprowadzając podobny system prawny i gospodarczy. Ściągano z północy artystów, prawników i filozofów, po to, by stworzyć nowy naród, który złączy trzy odrębne kultury. Trójca wierzyła w to, że morale społeczeństwa są ważniejsze od odpowiedniego zaplecza gospodarczego i militarnego, bo te przyjdą wraz z poczuciem wspólnoty. Xynthial nadal, po sześćdziesięciu latach, był zbyt słaby, a Grithian miał wielokrotnie większą armię. Istniała jednak nadzieja – dzikie, zachodnie ludy bały się magii.

Arestog prawie nie spał, starał się podróżować jak najszybciej. Nie ułatwiali mu tego uchodźcy, których spotykał w coraz większych liczbach. To od nich dowiedział się, na granicy Valandriolu i Xynthialu, o upadku Neyiralu – kolejnej metropolii. Mówiono, że Grithian nie daje żadnych szans. Naraal jednak nie poddawał się, wiedział, że jest w stanie odwrócić losy wojny, przepowiedziano mu to, nakazano. Parę dni później, ponad dekar po wyruszeniu z Istrolu, kiedy mijał Irnifal, do jego uszu dobiegły odgłosy walki. Poczuł, że to tam miał wykonać swoją misję.

Bitwa wyglądała jak rzeź. On – wędrowiec z nożem i skórzaną zbroją, którą dostał od szalonego kapitana, był lepiej uzbrojony niż większość żołdaków, którzy pochodzili z jego ojczyzny. Widział ogromny kontrast w stosunku do wojów Grithianu. Ich grube, płytowe zbroje poozdabiane były czarnymi futrami zwierząt, natomiast Xynthialczycy oznaczali się symbolem „X” wymalowanym farbą na torsie. Tylko ten jednolity, charakterystyczny znak powodował, że w ogóle można było pomyśleć o nich jak o armii. O ile szlachta i magowie mieli własne, zabójcze wyposażenie, o tyle słabo zaopatrzone i nieprzygotowane na rozwój wypadków kuźnie królewskie nie potrafiły uzbroić chłopów nawet we włócznie lub też, co gorsza, zagwarantować im jakiegokolwiek pancerza. Większość miała jedynie garbowane skóry zwierząt i to, co mieli pod ręką w swoich domostwach. Wielka armia Xynthialu szła więc, dzierżąc w rękach drzewce wideł, kos, a nawet motyk. Po drugiej stronie stali uzbrojeni i wyszkoleni barbarzyńcy Grithianu.

Linia frontu początkowo zdawała się kształtować jeszcze na przedmurzu, które miało wstrzymać grithianskie machiny oblężnicze. Jednak prawdopodobnie lordowie i stratedzy nie docenili zarówno wyszkolenia, jak i uzbrojenia napastników. Rzeź szybko przesuwała się pod same mury.

Naraal ponaglił swojego konia i zwrócił uwagę na szokujący widok. Młoda kobieta, odziana raptem w same szmaty, jedynie z widłami w ręku, ruszyła z impetem na grithianskiego woja. Kontruderzenie zmiażdżyło akcesorium ogrodnicze wraz z rękami, które powyginały się w nienaturalny sposób. Siła ciosu odrzuciła ją na plecy.

W jakimś odruchu chłopak rzucił się w kierunku barbarzyńcy, który szykował się do ostatecznego ciosu. Widział wyraźnie ostrze przeciwnika. W akcie heroicznej desperacji zasłonił kobietę jedynym, co posiadał – prezentem od Feyviti. Sztylet zalśnił intensywnym seledynem, a Naraal w tym samym jeszcze momencie zaczął żałować, że to zrobił. Zdał sobie sprawę, że nie ma szans na przeżycie. Zamknął oczy i czekał aż siła uderzenia zmiecie go. Zdziwił się kiedy jedyne, co poczuł to pęd odciętego ostrza grithianskiego miecza przelatującego nad jego barkiem. Do uszu dotarł krótki krzyk powalonej za nim kobiety. Spojrzał ze zdziwieniem na woja, który również wpatrywał się w niego zaskoczony. Nie minęło jedno uderzenie serca, kiedy Naraal usłyszał chrupnięcie, dopiero potem poczuł siłę ciosu. Potężna, płytowa rękawica prawie wybiła mu szczękę, rzucając go jednak na ziemię. Tylko to, że nie wypuścił ostrza z ręki, uratowało go przed śmiercią. Przetoczył się bokiem, zerwał na nogi i dźgnął na oślep.

Poczuł na dłoni miękkość futra. Seledynowy prezent ze sfery światła przebił stal, skórę, mięśnie i kości tak łatwo, jakby przecinał jedynie powietrze. Magiczna broń zdawała się nieskończenie ostra.

Krótkie kaszlnięcie wojownika obryzgało twarz zaskoczonego Naraala czerwienią, dopiero jęk leżącej chłopki wyrwał go z szoku. Kiedy odwrócił się, zobaczył jej ciało przybite do ziemi uciętym ostrzem.

Wiedział, że nie może już jej pomóc. Odwrócił wzrok i spojrzał z fascynacją na swój sztylet. Poczuł się niepowstrzymany. Byłby w stanie, w minutę, przebić się przez dziesięciometrowy mur. Był lżej opancerzony, dzięki czemu ruszał się szybciej od grithianskiej piechoty, a anielskie szkolenie jakie otrzymał, czyniło go praktycznie nietykalnym. Rzucił się w wir walki, przeskakując między kolejnymi grithianskimi wojami, jednocześnie tnąc ich zamaszyście.

Kilkadziesiąt uderzeń serca i kilka grithianskich trupów później, przed jego nosem przeleciała pierwsza strzała. Niepokojący świst kolejnej zmusił go do ucieczki. Złapał szybko ciało poległego i zasłonił się nim. Usłyszał charakterystyczny dźwięk grotów strzał uderzających w stalową zbroję swojej ,,tarczy”. Po czwartym dźwięku strzały wchodzącej w ciało, zaniepokoił się. Wojowie zaczynali go otaczać. On nie mógł nic zrobić, cały czas będąc celem łuczników. Widział zbliżających się mieczników i czuł, że pułapka się zaciśnie i niedługo nie będzie miał już drogi ucieczki. Naraal wiedział, że nie może tak w nieskończoność – albo będzie musiał pozbyć się swojej „tarczy” i zginąć przeszyty strzałami, albo nie zostawi ciała i zostanie zarżnięty. Musiał postawić wszystko na jedną kartę.

W akcie desperacji rzucił swój sztylet w kierunku jednego z łuczników i co sił w nogach pobiegł za nim. Z fascynacją spostrzegł pojawiającą się w torsie grithianczyka dziurę o długości przeszło pół metra. Szybko ogarnął go lęk. Stracił z oczu swoją anielską broń, a miał jeszcze spory dystans do miejsca, gdzie widział ją po raz ostatni. Przyspieszył, sytuacja wydawała mu się coraz mniej zabawna. Kiedy dzieliło go zaledwie kilka kroków od miejsca, w którym upadło ciało, Naraal poczuł uderzenie w dłoń. Początkowo myślał, że była to jedna z wycelowanych w niego strzał, jednak w ręku spoczywał sztylet.

Poczuł kolejną falę euforii, zdawało mu się, że sam może wybić całą armię. Do ziemi sprowadziło go uczucie, że złapanie oddechu staje się coraz trudniejsze, a ból w mięśniach dotkliwszy. Wiedział, że nie może tak walczyć w nieskończoność. Potrzebował takiego celu. Rozejrzał się i ruszył wzdłuż linii frontu ku środkowi, gdzie kumulowały się na niebie latające oddziały xynthialskiej arystokracji.

Z oddali dobiegały do Naraala potworne skrzeki potężnych wijów, wydawane za każdym razem kiedy nurkowały.. Mówiło się, że rycerz dobrze zgrany ze swoim wierzchowcem potrafi przy jednym nurze zabić nawet czwórkę żołnierzy. Jeździec ciął mieczem i dźgał lancą jednocześnie, podczas gdy jego wij chwytał w zęby i miażdżył ogonem. Opowiadano też o ludziach, którzy potrafili na swoją lancę nabić nawet trójkę przeciwników. Magowie bywali często jeszcze bardziej skuteczni. Niektórzy z nich posługiwali się mocami rodzącymi potężne eksplozje raniące wielu wrogów.

Kilkadziesiąt metrów od epicentrum, do którego właśnie docierał Naraal dźwięki wybuchów niemal nie milkły. Ziemia była tam poznaczona magicznymi wyładowaniami. W niektórych miejscach sterczały sztuczne klify, po innych zostały jedynie puste doły wypełnione krwawą, błotnistą papką. Gdzieniegdzie ziemia i trupy tworzyły jednolitą maź, gdzie indziej echa uwolnionej energii ożywały i żyły własnym życiem, atakując walczących poza jakąkolwiek kontrolą.

Spomiędzy huku kolejnych zaklęć, potworny, wijowy skrzek rozniósł się nad frontem walczących. Siła dźwięku niemal rzuciła młodego Arestoga na kolana. Przerażony spojrzał w niebo tylko po to, żeby dostrzec, jak jeden ze szlacheckich węży, trafiony kolejną, celną strzałą wydał z siebie ,,łabędzi śpiew”. Wierzchowiec tracił siły i schodził coraz niżej, a kiedy kolejna strzała przebiła jego łuski, zaryczał jeszcze głośniej. Patrzył z dołu jak czerwony, latający gad walczy jeszcze, by uratować swojego jeźdźca przed impetem zderzenia z ziemią. Anielski wybraniec nie wiedział pod wpływem jakich emocji nabiegły mu do oczu łzy, ale widział w tym coś wzruszającego. Potwór po raz ostatni spróbował uderzyć błoniastymi skrzydłami, jednak udało mu się tylko jednym. Rozerwana błona i zesztywniały ogon zakręciły nim. Wij runął na plecy zaledwie kilkanaście metrów od Naraala.

Chłopak pobiegł do leżącego gada. Pierwsze, co dostrzegł to złotą zbroję wystającą spod skrzydła. Zdawało się, że wierzchowiec w akcie oddania swojemu panu objął go skrzydłem, żeby zamortyzować uderzenie o ziemię.

Naraal zaczął wyciągać nieznanego mu rycerza spod truchła gada. Po insygniach na zbroi i jej wykończeniu zaczął domyślać się, że był to ktoś naprawdę ważny, możliwe, że nawet sam król. Podstarzały już mężczyzna powoli odzyskiwał przytomność, choć na pierwszy rzut oka widać było, że nie utrzyma się na nogach.

Naraal w mgnieniu oka odkrył, że nie tylko jego celem był „upadły”. Wokół nich zaroiło się od dzikich Grithianczyków. Widząc ich, jedynie uśmiechnął się do siebie. Teraz miał wrażenie, że jego przeznaczenie się spełnia, czuł, że musi bronić ledwo oddychającego, powalonego rycerza. Emocje kotłowały się w nim, wiedział, że nadeszła jego chwila.

Usłyszał świst nadlatującej strzały, opuścił głowę. Wyrzucił ostrze w kierunku, z którego wypuszczono pocisk. Biegiem ruszył w tę samą stronę. Drogę zastąpił mu ogromny woj, który błyskawicznym cięciem chciał obalić chłystka stojącego mu na drodze do rannego. Arestog zrobił błyskawiczny unik i przyłożył prawą dłoń do zbroi wroga. Przez bardzo krótką chwilę bał się, że źle obliczył czas, ale gdy tylko dotknął pancerza, od razu poczuł w palcach rękojeść wracającego sztyletu, który wyrżnął sobie drogę do właściciela przez ciało Grithianczyka. Ciął półobrotem, skracając miecze nachodzących go od tyłu dwóch wrogów, zrobił krok do przodu i kontynuował obrót, tnąc ich ukosem. Przez rozpadające się w powietrzu ciała, dostrzegł zbliżających się do powalonego rycerza kolejnych napastników. Wyskoczył w ich kierunku, łapiąc sztylet tak, żeby był przedłużeniem ręki i pchnął mocno, aż jego palce weszły w głąb ciepłych wnętrzności. Potem znów ciął półobrotem, rozbrajając okrążających go wojów, a po kolejnym kroku robił obrót.

Kaszlnął i poczuł tak rwący ból w płucach, że obraz rozmazał mu się przed oczami.

Za szybko zaczęło dziać się to, czego paladyn Feyviti obawiał się już wcześniej. Refleks zanikał, a mięśnie wiotczały, liczba najeźdźców zdawała się nie maleć. Dookoła niego zaczynał układać się wał ze zwłok, ale on czuł się coraz mniej zdatny do walki. W jego uszach zaczął narastać dziwaczny, niski dźwięk, jakby ciśnienie krwi chciało rozerwać tętnice i dostać się do mózgu. Czuł, że umiera.

Zamarł na jeden oddech i zdał sobie sprawę, że nie tylko on słyszy ten dźwięk. Podniósł głowę do góry, wypatrując tego, co obserwowali wszyscy dokoła. Nad jego głową, leniwie wachlując skrzydłami, unosiły się trzy wielkie wije. Z postaci dojeżdżających je lordów zdawały się unosić charakterystyczne, wielobarwne strugi potężnej energii.. Spomiędzy ułożonych rąk wyrastał gruby, płonący łańcuch, który łączył ich, formując trójkąt. Niski dźwięk wciąż narastał, aż w kulminacyjnym momencie, na jedno uderzenie serca, zapadła cisza. Czas jakby się zatrzymał, a z unoszącego się, magicznego trójkąta wyfrunęła fioletowa, ledwo widoczna kuleczka. Kulista emanacja magicznej energii pofrunęła błyskawicznie, zostawiając za sobą delikatną smugę i zniknęła w ziemi kilkadziesiąt metrów przed Naraalem.

Najpierw poczuł ciepło na całej skórze, potem ogłuszający dźwięk i siłę rozrywającej eksplozji. Ziemię, na której stali Grithianczycy po prostu rozerwało. Wybuch porozrzucał ciała w promieniu kilkudziesięciu metrów, często we fragmentach. Anielski wybraniec spojrzał na dymiący krater. Dwóch jeźdźców podleciało do niego i zaczęło znacząco machać rękoma, ich usta poruszały się, jakby próbowali mówić, ale on niestety nie słyszał nic, oprócz przenikliwego pisku. Obaj mężczyźni byli bardzo młodzi, wyglądali na jego rówieśników, jednak ich wzrok wydawał się przenikliwy. Był to wzrok prawdziwych, doświadczonych żołnierzy.

– Połóż króla na mojego wija, szybko! I wskakuj do Kirifona – usłyszał w końcu przytłumiony krzyk. Postać wskazała na towarzysza.

Nie zastanawiając się, podniósł rannego. Jakież było jego zdziwienie, gdy pomimo płytowej, grubej zbroi okazało się, że mężczyzna nie ważył zbyt dużo. Pancerz był bardzo lekki. Złapał „upadłego” pod pachami, podbiegł truchtem i przełożył przez grzbiet ogromnego gada. Ciężko dysząc, wskoczył za jeźdźca zwanego Kirifonem. Mimochodem usłyszał tylko:

– Proszę się trzymać, Wasza Wysokość.

– Trzymaj się, chłopcze – powiedział jeździec, z którym miał lecieć Arestog. Pokazał na element uprzęży i dodał – zapnij pasy, ruszamy. Jestem Kirifon ger Nerok, a ten obok to Fortan ger Nuriad – krzyczał. – A jak ty się nazywasz, chłopcze?

– Naraal Arestog – odpowiedział.

– To nie jest szlacheckie nazwisko, prawda? – ponownie zakrzyknął Kirifon, kiedy już wznieśli się poza zasięg łuczników Grithianu.

– Nie – odrzekł.

– Musimy odwieźć króla do zamku. Nadszarpnięte morale mogą się źle skończyć dla Xynthialu – oznajmił ger Nerok, ale Naraal widział już wszystko jak przez mgłę. Chwilę później zemdlał.

***

– Ratujcie króla! – otrzeźwił go krzyk Fortana, zanim jeszcze wylądowali.

Chłopak właściwie nie był pewien, czy leżał bez przytomności, czy spał. Rozejrzał się. Był na dziedzińcu zamku. Oprócz stojących nieopodal stołów i beczek oraz czwórki gwardzistów, plac był pusty, choć przez uchylone, dębowe wrota prowadzące do wysokiego zamku dostrzegał jakichś ludzi.

Obok nich lądował jeszcze jeden jeździec. Choć zbroja, którą nosił zasłaniała praktycznie całe jego ciało widział, że pod nią kryje się ktoś dużo młodszy, a może nawet w jego wieku. Emblematy, identyczne z królewskimi, sugerowały, że był to – Ereitan II Xynthia, królewski syn.

– Król ranny! – ryknął Kirifon.

Postać w zbroi przywołała gwardzistów, a ci przybiegli bez wahania.

– Co się stało? – zapytał rycerz, który wybiegł na dziedziniec.

– Wij królewskiej mości został zestrzelony – nie zastanawiając, się oznajmił Naraal. – Spadł z dużej wysokości. Bestia próbowała go uratować, ale…

– To jest bohater, który chronił jego królewską mość przed barbarzyńskimi hordami! Zabił kilkunastu wojów! Walczy lepiej niż niejeden z nas! Walczy jak prawdziwy rycerz… i Xynthialczyk, lordzie – dodał szybko ger Nerok.

– Pomyślimy nad tym, tymczasem ratujmy mojego ojca – odpowiedział królewski syn. Dopiero teraz, gdy otrzeźwiał, zdał sobie sprawę z tego, jak wielki zaszczyt go dotknął. Czuł, że jest na swojej ścieżce przeznaczenia przepowiedzianej przez anielicę.

Gwardziści przynieśli prowizoryczne nosze, ostrożnie umieścili na nich swojego władcę, po czym wbiegli do zamku przez potężne drzwi. Arestog, podążając za Fortanem ger Nuriadem i Kirifonem ger Nerokiem, wszedł do wnętrza pałacu. Zobaczył, że strażnicy położyli rannego monarchę na ogromnym stole. Na jego oczach delikatnie zdjęli mu hełm.

Chłopak rozejrzał się, była to prawdopodobnie sala tronowa lorda namiestnika. Na środku stał ogromny stół mogący pomieścić kilkudziesięciu gości, a na samym końcu podłużnego pomieszczenia znajdował się namiestnikowski tron. Dookoła było kilkoro potężnych drzwi. Zapewne prowadziły do prywatnych kwater najwyższych dostojników. Front i tył pomieszczenia zdobiły wysokie, kolorowe witraże. Oprócz niego przy stole stało kilkunastu ludzi, wszyscy wyglądali na generałów, rycerzy lub magów.

Pośród tłumu możnych, ktoś zwrócił jego uwagę, a była to postać w pięknej płytowej zbroi. Chłopak nie widział zbyt wiele arystokracji w swoim życiu, ale pierwszy raz zobaczył kobiecy pancerz, szczególnie tak kunsztowny. Ta zbroja była prawdziwym dziełem sztuki przedstawiającym piękne, kobiece ciało. Wzmacniana magicznie stal uformowana była w taki sposób, aby zwężenie w talii i delikatnie zarysowane mięśnie brzucha nadawały smukłości. Nieco wyżej znajdowały się dwie wypukłości o kształcie krągłych piersi. Naraal nie musiał patrzeć na twarz, żeby wiedzieć, że to elfka. Wiedział kim ona jest i choć czytał o jej urodzie, nie spodziewał się takiego piękna. Aryeh Neyiri – ostatnia żyjąca z trójki i matka króla, miała ponad osiemdziesiąt lat, ale nie wyglądała na więcej niż trzydzieści. Było to normalne, elfy starzały się dużo wolniej. Stała dumnie z ręką opartą o głowicę legendarnej złotej szabli z rubinem zamkniętym w rękojeści. W jej oczach nie było łez, za to czuć było przejmujący smutek. Naraal wiedział z „Pamiętnika Podróżnika Vaa”, że choć lady Aryeh, jak była nazywana, nigdy nie urodziła, to Ereitan był tak samo jej dzieckiem, jak i reszty z nieżyjącej już trójcy.

– Nie wyjdzie z tego – oświadczył starszy mężczyzna w czarnej szacie. Naraal w lot pojął, że był to medyk. – Król odchodzi.

– Jesteś pewien? – zapytał książę, jakby próbował oszukać rzeczywistość.

Naraal nie mógł oderwać wzroku od smutnych oczu lady Aryeh wbitych w umierającego króla.

– Jako arcymag znam się na tym – odparł, patrząc po zebranych. – Wiele kości ma połamanych, dodatkowo rany wewnętrzne. W jego wieku jest to śmiertelne, nawet jego elficka krew go nie uratuje.

– Dziękuję ci, mój aniele – wyszeptał król, z wysiłkiem przechylając głowę w stronę Naraala. – Nie udało ci się mnie uratować, ale dzięki tobie umrę przy rodzinie.

Dla wszystkich był to znak, żeby się oddalić. Lady Aryeh podeszła do niego i ucałowała go w czoło, po czym odwróciła się i oddaliła. Dla obserwującego ich chłopaka było to dziwne i obce zachowanie. Matka, która nie opłakiwała syna.

Syn został przy królu, pomimo trwającej bitwy. Każdy ojciec powinien móc pożegnać się ze swoim dzieckiem. Arestog obserwował jak rozmawiali, jednak chwilę później chrapliwy oddech, który wydawał z siebie król ucichł. Stało się oczywiste, że monarcha właśnie zmarł.

– Król odszedł – powiedział po chwili książę.

– Panie! Panie! – krzyczał mężczyzna wbiegający z dziedzińca. – Meymuss rzucił do szturmu odwód! Północna brama padła, walki trwają na murach i niższym dziedzińcu! Nie wytrzymamy dzisiejszego dnia!

– Jako pierworodny syn monarchy, po jego śmierci, obejmujesz dowództwo – powiedział mężczyzna w czarnej szacie. – Na mocy nadanego mi prawa, jako arcymag królewski Xynthialu, nadaję ci tytuł królewski Ereitanie II Xynthio, synu Ereitana I Xynthii, króla Xynthialu – mówił to takim głosem, jakby chciał się pozbyć odpowiedzialności za ewentualną klęskę.

Naraalowi wydawało się, że jest nie w tej bajce. Był chłopem, wieśniakiem. Jego przygoda w innej sferze, była wyjątkowa, ale obserwując z boku najwyższe sfery swojej ojczyzny, czuł się nieswojo.

– Mamy jakieś szanse? – zapytał Ereitan II tłum królewskich doradców.

– Wątpię, panie – odpowiedział ktoś, kto wyglądał na wysoko postawioną osobę. Chłopak nie mógł się połapać, kto jest kim na dworze.

– Może… – wtrącił nagle Naraal.

– Kim jesteś, żeby zabierać głos, obszarpańcze? – krzyknął królewski arcymag.

– Cisza! – krzyknął niespodziewanie Ereitan II. – Osłaniał króla, pozwolił mojemu ojcu wrócić do nas. Powinniśmy go wysłuchać i tak nie mamy innej możliwości!

– Myślę, że nadszedł czas, abym dał to tobie, królu – powiedział Arestog, wyjmując zwój, który znalazł na swojej szafce nocnej tuż obok sztyletu Feyviti.

– Mamy mnóstwo magicznych zaklęć – zakpił arcymag, jednak kiedy król przekazał mu zapisany pergamin, zamilkł. Na kilka sekund zapadła cisza przerywana jedynie wybuchami i krzykami dochodzącymi przez otwarte wrota. Mag zbladł, po czym dodał – to… to jest potężne… potężne zaklęcie! Skąd je masz, chłopcze?

– Znalazłem… – odpowiedział zachowując zimną krew, ale urwał. Nie wiedział co miałby mówić dalej.

– Co to jest? – spytał nowy król.

– Każdy martwy, który padł na tej ziemi, powstanie na nasze wezwanie – oznajmił arcymag. Wydawał się zahipnotyzowany tym, na co właśnie patrzył.

– Czy to bezpieczne? – spytał król.

– Bezpieczne tak, ale czy etyczne? – spytał mężczyzna w czerni. – W końcu to nasi żołnierze, ludzie, przyjaciele i rodacy. Ludzie, którzy oddali życie za kraj.

Ereitan II zawiesił wzrok na kamiennej posadzce. Przeszedł kilka kroków w przód, a następnie zawrócił i spojrzał magowi w oczy.

– Oddali życie za kraj, oddali wszystko, prawda?

– Tak, królu.

– Więc oddaliby więcej, gdyby mieli. Martwi nie są kosztem, którym powinniśmy się martwić, są nim żywi – stwierdził monarcha, po czym krzyknął – za Xynthial!

Zebrani, którzy przypatrywali się tej wymianie zdań, po chwili unieśli miecze w górę i zakrzyknęli:

– Za Xynthial!

Echo ich głosów odbiło się od pustych ścian wielkiej sali, po czym zapadła wymowna cisza. Wzrok wszystkich padł na postać w czarnej szacie.

– A… tak! Zbiorę gildię! Tutaj, na irnifalskiej ziemi, zgnieciemy Grithian raz na zawsze, mocą śmierci – po czym dodał pod nosem – będę potrzebował kryształów, dużo kryształów…

Postać w czarnej szacie, ściskając zwój, jakby był najcenniejszą rzeczą jaką kiedykolwiek trzymała, truchtem pobiegła do drzwi, prawdopodobnie prowadzących do wieży magów. Wszyscy odprowadzili arcymaga wzrokiem. Naraal spojrzał na Ereitana. Młody król wyglądał na niewiele starszego od niego. Choć widać było, że stara się ukryć to, że jest zagubiony. Zmarł jego ojciec, królestwo chyliło się ku upadkowi, on sam został władcą i musiał podjąć decyzję, która prawdopodobnie zmieni oblicze świata. Zdawał się usprawiedliwiać przed sobą, że podjął taką decyzję, którą musiał podjąć, jednak nadal zastanawiał się, czy była ona dobra.

Naraalowi, obserwującemu swojego rówieśnika przeszło przez myśl, że przecież może zająć się tym ktoś inny, na przykład jego babcia, która wychowała już dwóch władców. Spojrzał na nią i widząc zacięte, smutne oczy obserwujące przez uchylone okno witrażu bitwę, zrozumiał jaką funkcję pełni elfka. Nie brała żadnej odpowiedzialności, służyła radą tylko, kiedy ją o to poproszono, nie chciała wpływać na swojego wnuka. Władza zdawała się jej nie interesować.

– Dziękuję ci – odezwała się niespodziewanie lady Aryeh. Naraal zdał sobie sprawę, że po raz pierwszy słyszy jej głos, był spokojny, zmysłowy, głęboki i jakby martwy, smutny.

Spojrzała na niego oczyma koloru morza, a on zamarł. Zbliżała się i musnęła jego policzek swoimi wargami, po czym odwróciła się i wyszła na dziedziniec.

– Nie obchodzi mnie, skąd to masz – odezwał się głos. Naraal odwrócił się i zobaczył króla Ereitana II Xynthię patrzącego na niego tymi samymi, co babcia, morskimi oczyma. – Jednak jeśli to zadziała, Korona, jak i całe królestwo, będzie ci dozgonnie wdzięczna. Otrzymasz tytuł szlachecki, posiadłość, pieniądze i…

Tutaj król przerwał i podszedł do okna. Purpurowe światło zdominowało naturalny, słoneczny odblask, a pola zaczynały się poruszać. Potem oczom obserwujących ukazały się wstające, martwe ciała, rozrywające swoją skórę i mięśnie. Dziedziniec zaczął czerwienieć od krwi i ludzkiego mięsa, a chwilę później bieleć od idealnie czystych, lekko zabarwionych magiczną czernią kości. Naraal również podbiegł do okna i zobaczył, że w oddali tysiące kościotrupów powstawało, rozrzucając kawałki swoich ciał wokół i idąc w stronę zachodu.

– Jeśli to wygramy, nigdy ci tego nie zapomnę, chłopcze – dodał po chwili Ereitan II.

Sen

PROLOG

Przez koronę drzew przebijało się słońce rzucając złotawe plamy światła na leśną ścieżkę. Lasy w południowym królestwie elfów, Nevriyanie, były dzikie i nieczęsto odwiedzane przez mieszkańców. Nie przypominały tych ułożonych i wygładzonych na północy, znajdujących się bliżej stolicy królestwa – Eyerilyanu.

Magister Rillyin, prowadzący wycieczkę nawykł już do zdziwienia, jakie obserwował wśród swoich studentów druidytyfiki. Wychowanych w miastach lub parkach, gdzie położenie każdego źdźbła trawy szczegółowo rozplanowano. Tu wszystko rosło, żyło i umierało samo, tutaj natura pokazywała swoje prawdziwe oblicze.

Rillyin starał się nie myśleć o tym z jakimi problemami boryka się królestwo elfów. Jednak obecność wśród uczniów wnuczki legendarnego „Strażnika”, młodej i pięknej Aryeh Neyiri naprowadzała jego myśli w kierunku identyfikacji własnej rasy jako „żałosnych kreatur”. Elfy przez tysiące lat pokoju oduczyły się agresji. Kiedy Ari Neyiri – legendarny dziadek jego uczennicy stał się Strażnikiem ludzie dopiero zaczynali przybywać do Nevriyanu. Czytał, że wtedy wydawało się, że ludzie mogą wiele nauczyć się od elfów. Szybko jednak okazało się, że barbarzyńscy mieszkańcy północy nie potrafili egzystować z krajanami Rillyina. Początkowo imperator Fenyrial VII zarządził, aby wpuszczać każdego, zresztą nawet nie było nikogo, kto mógłby kogolwiek zatrzymać. Szybko jednak okazało się, że goście szaleli. Dosłownie wpadali w szał po dekarze, dwóch, sezonie czy roku. W końcu chwytali za swą odrażającą, północną broń, którą tak hołubili i mordowali elfy tak długo, aż nie umierali z wycieńczenia. Potem pojawił się on, Strażnik, Ari Neyiri, bohater, którego elfy potrzebowały. Zamordował oprawcę, który w jednej z jatek zabił jego rodziców, a potem został mianowany generałem Nevriyanu. Generałem jednoosobowej armii. Kiedy umarł nie nadszedł jego następca, na co liczył imperator. Przedsięwzięcie założenia szkoły strażników umarła wraz z nim. Problem stawał się coraz poważniejszy, młodziutkie królestwo północny – Valandriol zauważyło, że skoro Nevriyan nie potrafi poradzić sobie z jednostkami to co dopiero z całą armią. Imperator musiał kupić pokój płacąc ludziom regularny trybut w złocie. Sam pomysł miał dość wyraźne wady, ludzie żądali coraz więcej, a elfy, choć nadal bajecznie bogate, niedługo mogły zbankrutować, okazać się niewartymi utrzymania przy życiu. Problem ten występował, aż do śmierci Fenyriala VII i przejęcia władzy przez jaśnie panującego imperatora Fenyriala VIII. Wymyślił on, że najlepsi elficcy magowie mogą wytworzyć nad całym królestwem magiczne pole siłowe, które ochroni kraj. Na zewnątrz prowadzić miała jedynie jedna droga, magiczny portal prowadzący do malutkiej, skalistej wyspy, która będzie potężnym, ufortyfikowanym portem chronionym przez zaufanych ludzi. To założenie sprawdzało się bardzo długo, ale każdy wiedział, że to rozwiązanie chwilowe, dużo rzeczy mogło pójść nie tak. Valandriolczycy mogli „złamać barierę”, bariera mogła zapaść się sama z powodu wad konstrukcyjnych lub nawet sami Grithianczycy pilnujący jedynego wyjścia z elfiej krainy mogli najechać Nevriyan i spalić Eyerilyan. Plan jednak okazywał się działać od całych dekad, a elfy mogły nadal cieszyć się swoją kulturą i sztuką, wiarą, że poddaństwo Noctiferi to jedyna, prawdziwa droga. Myślą, że świat polega tylko na odrzucaniu agresji i nienawiści w stosunku do innych. Jedno należało jednak oddać imperatorowi, starał się ze wszystkich sił, aby zagwarantować swoim poddanym bezpieczeństwo.

– Źle się czuję – powiedziała niespodziewanie Griya Tyiovi przerywając przemyślenia nauczyciela.

Szóstka jego podopiecznych stanowiła paczkę najlepszych przyjaciółek. Ta dziewczyna już na pierwszy rzut oka wyglądała na czarną owcę.

– Wolałabym stąd iść.

– Spokojnie skarbie, nic dziwnego. Ten las wygląda jak inny świat. Nie martw się, nic złego ci się tu nie stanie. Zobacz, magister Rillyin niczym się nie przejmuje – odpowiedziała Halfyin, jej najlepsza przyjaciółka.

– Hayn, ja naprawdę źle się czuję, boli mnie głowa – dodała Griya.

Rillyin nie chciał się wtrącać. Miał nadzieję, że problem sam się rozwiąże. Faktycznie dziewczyna uspokoiła się, jednak grymas bólu nie schodził z jej twarzy. Nie przeszli nawet stu kroków kiedy dziewczyna upadła. Kiedy magister postanowił zainterweniować, dziewczyna się odezwała.

– Nie pójdę dalej, źle się czuję, wydaje mi się, że… – Elfka próbowała wstać. Dostała jednak silnego zawrotu głowy i padła z powrotem na ziemię.

– Tam coś jest… Woła mnie, ale się boję. Jest… złe, ja…

– Co się z nią dzieje? – zapytał magister Rillyin. – Czy coś takiego zdarzyło się wcześniej?

– W sumie… jesteśmy pierwszy raz poza Eyerilyan, więc ciężko nam powiedzieć – powiedziała szybko Halfyin, w jej oczach widać było zaniepokojenie z lekką nutką strachu.

– Pierwszy raz widzę taki atak paniki. Lepiej zabierzemy ją z powrotem – odrzekł magister odwracając się. Jego ręce zapłonęły zielenią.

Oczy nauczyciela zajarzyły się malachitem, a duża lipa rosnąca nieopodal… drgnęła, po czym jej gałęzie poruszyły się. Drzewo wyrwało korzenie spod ziemi i ruszyło w stronę grupy elfów. Magister przesunął się, żeby zrobić ożywionemu drzewu miejsce. Niespodziewanie oczy Gri zaczęły emanować niezbadanym, złotym światłem. Drzewo zgięło swój pień, żeby chwycić jej ciało, wystarczyło jednak, że jeden liść musnął jej skórę, a całe zaczęło się rozpadać, w kilka sekund zamieniając się w pył.

– Uczennico Griyo Tyiovi, elfom nie wolno używać magii ofensywnej! Jest to wbrew zasadom moralnym! – krzyknął magister. Jego głos brzmiał trochę niepewnie, wyczuwał dziwną atmosferę, jaka zaczynała panować w lesie.

– Milcz śmiertelniku! – Rozległo się jakby zewsząd. Ptaki nerwowo poderwały się do lotu. Wiatr przestał wiać, a cały las zdawał się zamrzeć. Wszyscy umilkli. Ich myśli zdominowała chęć ucieczki. Niespodziewanie światło w oczach elfki zgasło.

– Za mną! – powiedziała radosnym głosem, po czym podniosła się i pobiegła w knieje.

Magister znieruchomiał, jednak po chwili poczucie obowiązku wzięło górę – w końcu był odpowiedzialny za swoich studentów. Popędził za uczennicą, a za nim cała reszta.
Dziewczyna zniknęła w krzakach, co sprowokowało Rillyina do jeszcze szybszego i bardziej niebezpiecznego slalomu przez leśne ostępy. Nagle coś wzbudziło jego zaniepokojenie. Może było to skrzypienie, zamieniające się w głośny trzask spróchniałych desek pod jego stopą. Może to brak gruntu pod stopami. W ciągu sekundy znalazł się na dnie jednego z szybów starych kopalni, które kiedyś drążono w tych rejonach. Przez chwilę leżał na plecach i dziwił się, jak udało mu się nic nie złamać.

– Witaj – odezwał się głos. Ten sam, który wydobywał się z ust dziewczyny, kiedy jej oczy nabrały intensywnie złotego koloru.

– Wolę ciebie – powiedziała nagle Griya wychodząc z cienia, brzmiała normalnie, ale nauczyciel czuł, że nie ona to mówi.

– Kim jesteś? – zapytał Rillyin. Nie zadawał pytania uczennicy, a temu czemuś co zawładnęło jej ciałem. Nie opuszczało go wrażenie, że te dwa głosy, dziewczyny i nieznanej mu istoty, były tą samą osobą, ale prawdopodobnie znajdującą się w dwóch różnych ciałach. To coś zdawało się być gdzieś niedaleko i wszystko obserwować, mówiąc jednocześnie swoim głosem jak i zdominowaną przez siebie uczennicą.

– Zostałam wezwana – odezwało się.

– Przez płacz tysięcy – powiedziała dziewczyna z uśmiechem. Po czym przygryzła dolną wargę i spojrzała na nauczyciela z podnieceniem w oczach.

Magister przez chwilę nie mógł poznać dziewczyny o urodzie „szarej myszki”. W jakiś niewyobrażalny sposób stała się ona zabójczo piękna, chociaż przed nim nadal tkwiła płowa Gri. Powoli, nie odrywając od niego wzroku, zaczęła zdejmować suknię. Ponętnie i z gracją, jakby znając sztuki uwodzenia lepiej niż doświadczona kurtyzana. Lecz w jej oczach dostrzegał, że to nie jest ona. Przedzierało się przez nią coś obcego, niezidentyfikowanego. Coś, co siedziało w ciele biednego dziewczęcia. Przez chwilę chciał spróbować to z niej wypędzić, ale jej uroda hamowała go, otumaniała. Poczuł, że jedyne czego teraz pragnie, to ta stojąca przed nim postać. Wszystko inne przestało się liczyć. Nie słyszał nawet krzyków dobiegających z góry. Zahipnotyzowany patrzył na uwodzicielskie, idealnie kształtne piersi uwalniające się spod przykrywającego je materiału. Obserwował w zdenerwowaniu i niepewności, jak suknia lekko zsuwa się, odsłaniając coraz większe fragmenty ciała.

Wtedy zrozumiał wszystko. Stała przed nim legendarna Noctiferi, bogini wieczora, matka elfów. Wiedział też, że został wybrańcem, którego według legend raz na tysiąc lat nawiedza bosko piękna istotna. Przestał się bać. Poczuł ulgę i zaczął obserwować to, co bóstwo chce mu pokazać. W jej ręku nagle pojawił się nóż. Ostrze rozcięło skórę i żyły na pięknych przedramionach dziewczyny. Krew zaczęła kapać na ziemię nietkniętą od setek lat elfią stopą. Złoty blask na chwilę rozbłysł z ciała uczennicy rozrywając ciemność i oślepiając Rillyina. Chwilę później Gri padła na ziemię. Magister zauważył, że nie ma śladów skaleczeń i jest ubrana, lecz nad nią unosiła się utkana złotym światłem, kobieca postać. Naga, kobieca postać zdawała się w niego wpatrywać.
W tej chwili do szybu dostali się pozostali uczniowie. Podczas gdy wszyscy rzucili się do leżącej koleżanki, Aryeh Neyiri podeszła do nauczyciela i zapytała, czy dobrze się czuje. Nikt nie zdawał się dostrzegać postaci, która wyraźnie nakazywała mu czekać.

– Aryeh, muszę tutaj zostać. Nie mogę ci tego wytłumaczyć. Zabierzcie Gri i powiedzcie, że uciekłem na południe, albo gdziekolwiek. Niech mnie nikt nie szuka. Powiedzcie, że groziłem wam magią ognia czy czymkolwiek. Dobrze? – Starał się mówić składnie i prosto, choć podejrzewał, że może to akurat tak nie zabrzmieć. Sam nie był do końca pewien tego, co widział.

– Jesteś pewien, magistrze? – zapytała tylko, trzeźwo patrząc mu w oczy. Widział po niej, że i ona coś wyczuwa. Przemawiał przez nią rzadki talent. Choć była młoda i niedoświadczona podejrzewała, że cokolwiek się tu dzieje to nie ona powinna podejmować decyzję.

– Tak – odpowiedział.

– Zabierajmy Gri i uciekajmy, magister Rillyin zostaje na własne życzenie. Wytłumaczę wam w drodze – powiedziała autorytarnie. Wystarczyło tylko, że przyjaciółki zobaczyły jej wzrok, żeby zrozumiały powagę sytuacji.

Hayn podeszła do drzewa schylonego nad szybem, którym dostały się do środka i magicznie ożywiła je. Gałęzie zaczęły układać się w prowizoryczne nosze, w tym czasie pozostała trójka dziewczyn przyniosła przyjaciółkę. Kiedy ułożyły ją na liściach, Aryeh dołączyła do nich.

– Żegnaj, magistrze – powiedziała, kiedy konary zaczęły się unosić.

– Jeszcze się zobaczymy, Aryeh – rzekł nie odrywając wzroku od postaci stojącej cierpliwie przed nim.

– Zanim cię wybiorę – odezwał się ten sam głos, jednak teraz zdawał się milszy i cieplejszy, bardziej kobiecy. – Musisz udowodnić swojej wartości.

Postać podpłynęła do niego. Patrzyła mu w oczy wzrokiem, od którego nie można uciec. Wtedy magister poczuł ostry ból w płucach. Zaczął się dusić. Kaszlnął krwią.

– Za mną – powiedziała radosnym głosem należącym do Gri i ruszyła w głąb tunelu, a jej złota poświata spowodowała, że stało się tak jasno, jak w dzień.

Rillyin, uciskając ranę w klatce piersiowej, ruszył za boginią. Początkowo szedł szybko, potem natarczywy kaszel zmusił go do zwolnienia tempa. Po chwili. padł na czworaka i zaczął czołgać się za znikającym w ciemności złotym blaskiem.

***

Młody elf starał się nadążyć za swoją panią, jednak ta tylko się oddalała. Nie potrafił skoncentrować wzroku, bladł, starał się wstać, co rusz upadał. Kiedy poczuł, że nieubłaganie nadchodziło jego ostatnie tchnienie, a jaźń ginęła w ciemności, coś się wydarzyło. Powoli budził się do życia, jednak nie w szybie opuszczonej kopalni. Pod sobą czuł miękką trawę zamiast twardej skały, a światło słoneczne rozlewało się po otoczeniu oślepiając go. Wszystko jednak wydawało się w jakiś sposób nierealne. Gdy rozglądał się dookoła widział spacerujące elfy, złote budynki, jednak architektura przypominała mu tę z epoki antycznej, kiedy jeszcze pośród jego braci zdarzały się rozlewy krwi. Nie tylko to wzbudziło jego niepokój. Wzrok zdawał się nie sięgać do pewnych miejsc. Zupełnie jakby coś blokowało mu do nich dostęp. Nie mógł tego zrozumieć, wszystko wyglądało trochę jak we śnie. Nic nie zasłaniało mu widoku, jednak pewne bariery zdawały się nie do przebrnięcia. Nie potrafił się na nich skupić, choć nie rzucały się w oczy i wydawały się naturalne. Wtem poczuł na swoim barku dłoń. Odwrócił się na plecy i zobaczył przed sobą niesamowicie piękną, znajomo wyglądającą postać. Choć nie od razu poznał ją z pomników stojących w rodzinnym Eyerilyanie. Była w niej nutka czegoś znajomego, jakby znał tę osobę od dawna. Złapał postać za dłoń i odpłynął w ekstazie. Jego świadomość prawie zanikła, tliła się gdzieś na granicy życia i śmierci. Potworny ból w płucach uzmysłowił mu, że coś go niesie. Możliwe, że to z powodu cierpienia, jakiego doświadczał, ale nie potrafił powiedzieć kto, lub co, to robi.

Kiedy obudził się w ciepłym łóżku, opatrzony, nie opuszczało go uczucie pustki. Spróbował wstać, jednak paraliżujący ból spowodował, że opadł z powrotem na poduszkę. Jak na zawołanie pojawiła się boska piękność.

– Kim jesteś? – zapytał.

– Jestem Noctiferi, bogini wieczora, matka elfów, opiekunka – odrzekła spokojnie patrząc mu w oczy.

Rillyin czekał na dalszy ciąg, jednak go nie było. Czuł się tak słaby i zniszczony. Nie mógł się nawet skoncentrować.

– Gdzie jestem? – dopytywał.

– Musisz sam znaleźć odpowiedź na to pytanie – odpowiedziała. – Musisz leżeć i odpoczywać.

– Dlaczego czuję się tak dziwnie? – spytał, próbując ponownie spojrzeć w jej oczy, jednak coś mu w tym natarczywie przeszkadzało i nie mógł zrozumieć co.

– Jak? Ranny? – odparła.

– Nie… inny.

– Niestety, nie wiem o czym mówisz.

– Jak ja się tu w ogóle znalazłem?

– Poszedłeś za mną.

Opiekunka zniknęła. Nie mógł zrozumieć, czy zasnął zanim ona wyszła, czy po prostu „wyparowała”. Jednak kiedy znów spojrzał w miejsce, w którym ją widział, nie było jej. Nie było też bólu. Czuł się jak ułamek samego siebie, nie potrafił tego opisać, był zdezorientowany, zmieniony i w jakiś dziwny sposób znieczulony. Rozejrzał się po pokoju.. Stało tam jedynie łóżko, a w oczy kłuła biel ścian. Nad łóżkiem znajdowało się okno, przez które agresywnie wlewało się słoneczne światło. Wyszedł z pokoju i trafił na korytarz, który prowadził do kilku pomieszczeń. Pokój na lewo od niego stanowił idealny klon tego, w którym się obudził. Nie zwrócił nawet uwagi na to, że patrząc w okno w tym pomieszczeniu również widział słońce, choć wychodziły one w zupełnie innym kierunku. Drzwi „obcego” pokoju sąsiadowały z dębowymi, dwuskrzydłowymi wrotami prowadzącymi, jak się okazało, do biblioteki. Rillyin przekroczył jej próg i zobaczył piękność leżącą na szerokim, miękkim, przypominającym szezlong łóżku, z książką w ręku. Bogini zdawała się nie dostrzegać go, a tytuł czytanej przez nią pozycji był aż nadto wyraźny. Na białej okładce czarne litery układały się w słowo „Neyighitee”. Kiedy jednak elf rzucił okiem na resztę dzieł, nie mógł dojrzeć ich nazw. Wydawały się jakieś rozmazane, nieczytelne lub napisane obcym mu alfabetem. Zerknął na Noctiferi i prawie podskoczył ze strachu, gdyż teraz jej oczy wpatrywały się w niego.

– Jak się czujesz? – spytała. Wystraszył się tonu jej głosu. Wszystko co robiła zdawało się gwałtowne i nieprzewidywalne.

– Cieleśnie lepiej, duchowo… nadal inaczej – odpowiedział.

– Zawsze taki byłeś – stwierdziła.

– Kiedyś byłem inny – zanegował.

– Zawsze taki byłeś – powtórzyła dokładnie tym samym tonem, zabrzmiało to dziwacznie, nienaturalnie.

– Coś się zmieniło.

– Może ty się zmieniłeś? – zapytała. Wydawało mu się to w jakiś stopniu możliwe.

– Czuję się pusty – usłyszał ze zdziwieniem swój głos. Nie powiedział tego zdania świadomie, a i sam nie zdawał sobie sprawy z wewnętrznej pustki, aż do tego momentu.

– Zawsze byłeś pusty – odpowiedziała spokojnie zatapiając swoje hipnotyzujące spojrzenie w tekście. W jej głosie można było wyczuć pewien żal i pogardę. – A co jeśli popełniłam błąd ufając ci – zapytała, i nie czekając na odpowiedź, dodała – Chodźmy na spacer.

Wstała, zamknęła książkę i odłożyła na stolik stojący na środku biblioteki. Rillyin znów zwrócił uwagę na tajemniczy tytuł. Wydawał mu się dziwnie znajomy, choć przysiągłby, że nigdy nie spotkał się z tym obco brzmiącym wyrazem.

– Spacer? – zapytał z lekkim niedowierzaniem, jakby już dawno zapomniał znaczenia tego słowa.

– Dokąd?

– Na słońce – odrzekła.

Kobieta otworzyła drzwi naprzeciw wejścia do biblioteki i ich oczom ukazała się świetlista polana, która kilkadziesiąt metrów dalej zmieniała się w gęsty, mroczny las. Noctiferi stanęła na trawie i zrobiła bosymi stopami kilka kroków po miękkich, zielonych źdźbłach. Rillyin patrzył na nią przez chwilę zbity z tropu. Nie mógł się skupić i ogarnąć myśli, ale czuł, że powinien starać się za wszelką cenę. Widział, że to wszystko zdaje się jakieś nierealne. Kolory były zbyt nasycone, chociaż miały odcień szarej barwy. Przypomniało mu się to uczucie kiedy pewnego razu, będąc jeszcze małym elfem, wsypał soli do herbaty. Mimo dużej ilości cukru, którego potem dodał, sól była wyczuwalna. Tak, teraz widział, wszystko wydawało mu się zbyt realne i świadome, a jednocześnie nie niwelowało się.

Zrobił krok i zamknął za sobą drzwi. Budynek, który opuścił był najdziwniejszym jaki widział. Z zewnątrz zdobiły go cegły przypominające złoto, a ściany zaś zbudowano idealnie płaskie. Zdawało się, że dach również jest płaski. Dom bogini wydawał się doskonałym prostopadłościanem położonym na środku polany. Elf nigdy nie spotkał się z taką architekturą.

– Idziesz, czy nie? – krzyknęła stojąc w połowie drogi do stawu, który dopiero zauważył Rillyin.

– Idę – odpowiedział tylko i ruszył wpatrując się w trawę. Wyraźnie dostrzegł pośród równo przyciętego trawnika gęste kępy trawy o kształcie elfich stóp. Gdy podszedł bliżej zauważył, że ziemia, na której stanęła bogini, natychmiast się zazieleniała.

– Usiądziemy na pomoście? – powiedziała rzucając mu przelotne spojrzenie. – Mam ochotę pomoczyć nogi.

Lekkim i zwiewnym krokiem podeszła do kładki. Zwrócił uwagę na to, jak delikatnie się poruszała. Patrzył na każdy stawiany przez nią krok. Wydawało się, że mogłaby stanąć nawet na powietrzu. Oparła się i usadowiła wygodnie na kładce opuszczając zgrabne stopy do wody.

– Usiądź przy mnie – rzekła spoglądając na niego.

Jej niesamowite piękno i boskość onieśmielały go. W milczeniu podszedł do niej i usiadł obok.

– Usiądź bliżej – powiedziała. Zanim jeszcze zdążył się zgodzić, zadała pytanie – Chciałbyś być bogiem w Eestirii? Marzyłeś o tym kiedyś?

Rillyin wpatrywał się w nią przez chwilę, po czym się przysunął. Zatopił swoje nogi do kostek w wodzie. Przynosiła ulgę. Zaczął zastanawiać się nad odpowiedzią. Wbił źrenice w taflę i zasępił się.

Powoli przeniósł oczy na trawę. Obserwował jak źdźbła delikatnie gną się na wietrze i poczuł jak jego włosy zmierzwił lekki podmuch. Przyłożył rękę do głowy, żeby się podrapać, ale jego palce napotkały jedynie idealną łysinę. Zwrócił wzrok na towarzyszkę, a ta jedynie uśmiechnęła się oczyma. Wpatrywał się głębiej w zieleń roślin, a jego zmysły zdawały się szaleć. Początkowo zaczął odczuwać mdłości. Miał wrażenie, że się rozpada i słyszy w oddali wyraźny szept: „poddaj się, puść”. Rozluźnił się i wtedy uderzyła w niego gwałtowna, ciężka do wytłumaczenia zmiana. Poczuł się w pewien sposób nagi, ale zarazem i wolny. Jedynie w pewnym stopniu jego świadomość się nie zmieniła – Rillyin rozumiał, że to jego dusza. Wszystko pozostałe to jedynie ciało, ze swoimi zmysłami i doświadczeniem. Ogarnęła go ekstatyczna błogość. Zdał sobie sprawę, że jest… trawą. Dostosowywał się jeszcze chwilę do nowej formy. Korzenia, liści. Upił trochę wody przez korzenie, poczuł jak płyn przelewa mu się przez nowe ciało ku liściom, gdzie poczuł słodki smak cukru.
Mrugnął i na powrót był w swoim ciele. Jego ciało zdawało się przez ten czas „wyłączone”, otwarte oczy zaczęły piec. Zamknął je, a po jego policzkach pociekły łzy pieszczone wiatrem.
„Wiatr?” pomyślał.

– Nie! – krzyknęła, ale dźwięk jej głosu ugrzązł gdzieś w przestrzeni.

Poczuł jednocześnie ból i pieszczotę. Odezwały się w nim sprzeczne emocje. Radość i gniew zawrzały. Horyzonty rozszerzyły się do obszaru, którego zwyczajna dusza nie potrafiła ogarnąć. Widział cały świat jednocześnie oraz to, jak go otacza, jak przewiewa pomiędzy bezlistnymi gałęziami drzew, czując rozrywający ból. Doświadczał, jak delikatnie łaskoczą go mijane liście, i jak rozrywa budynki i drzewa furią burzy.

Trzask!

Obudził się leżąc na pomoście, a nad nim stała piękna bogini. Chwilę patrzył w boskie oczy, potem zerknął na jej zgrabne nogi, które tak pragnąłby dotknąć, a które dzieliło od jego rąk zaledwie kilka centymetrów. Wtedy narodziła się w jego głowie nadzieja, która zaowocowała ogromnym pożądaniem.

– Myślisz, że nie potrafię czytać ci w myślach? – zapytała uśmiechając się lekko, pomimo tego jej oczy niewiele zdradzały, ciężko było odgadnąć co bogini myśli.
Przerażenie pomieszało mu w głowie. Starał się przestać myśleć o tym, jak chętnie ległby w ramionach Noctiferi, jednak nie mógł.

– Zaimponowałeś mi – powiedziała spokojnym tonem. – Byłam pewna, że śmiertelnym wystarczy ułamek sekundy w ciele wiatru, żeby oszaleli. Ty jesteś inny. Może jednak dobrze się stało, że ciebie wybrałam.

Ruszyła w stronę domu.

– Chodź, musisz się jeszcze wiele nauczyć – rzekła.

Podniesienie się przyszło mu z niemałym trudem, jednak już po chwili szedł za swoją panią. Czuł się niesamowicie ze świadomością pozyskania takiej umiejętności. Odniósł wrażenie jakby stawał się kimś bardziej boskim, a jego wewnętrzna pustka zdawała się zmniejszać. Teraz jednak marzył tylko o jednym, o tym, by choć raz dotknąć matkę elfów. Uśmiechnął się do siebie, kiedy do głowy przyszedł mu pewien plan. Postanowił zamienić się w trawę, żeby dotknąć choć stopy opiekunki. Znów ogarnęło go to samo uczucie, świadomość posiadania korzenia i liści. Chwilę grzał się w świetle gorącego słońca, gdy nagle zapadła ciemność, po to by sekundę później, w kontakcie z jej skórą, odczuć ekstatyczną rozkosz. Niespodziewanie wrócił do swojego ciała. Przeszły go potężne dreszcze po czym osunął się na ziemię.

Kiedy otworzył oczy znów leżał w swoim łóżku. Nie wiedział, czy może to wszystko było snem, czy może ona zaniosła go do posłania. Miał nadzieję, że to drugie. Wstał, wyszedł z pokoju i dojrzał, że pomieszczenie po lewej stronie jest puste. Minął biblioteczne wrota, żeby spojrzeć na nią, czytającą książkę o zagadkowym tytule „Neyighitee”.

– Co to znaczy? – zapytał.

– Nas – odpowiedziała spokojnie.

Zajrzał jej z uwagą w oczy, jednak ten wzrok zdawał się być zbyt boski, by Rillyin dał radę go wytrzymać. Mrugnął po to, by oderwać się od tego piękna. Wpatrywał się w łóżko, na którym leżała. Pragnął poczuć jak to jest być tą rzeczą. Przeszły go dreszcze przeszywające jego tkaninę. Elf czuł drewnianą ramę w środku, i podłogę, na której stał. Całym sobą koncentrował się tylko na miejscu, które dotyka naga skóra Noctiferi.

– „Naga?” – zapytał sam siebie ze zdziwieniem.

Wtedy zdał sobie sprawę z tego, że oboje są nadzy. Cały czas byli. Ogarnęło go zawstydzenie, ale nie chciał dać tego po sobie poznać.

– Urodziłeś się śmiertelnikiem. Lecz twoja dusza jest boska, nie wiem, czy to dzięki sile determinacji, czy czemuś zgoła innemu – oznajmiła nie odrywając wzroku od książki. – W każdej chwili stajesz się coraz mniej zaślepiony moją boskością, a coraz bardziej postrzegasz mnie jak śmiertelniczkę, nawet kiedy tego nie chcę. Dobrze, że wybrałam ciebie. Już wiesz po co?

– Jestem bytem. Świadomością. Nie ma we mnie nic, co mogłabyś opisać jako „elf”. Ale nie jestem sam. Jest nas dwoje. Dwa byty. Dwie świadomości. Jesteśmy. Trwamy. Nie mieliśmy wiary, ale teraz mamy. Istniejemy. Mężczyzna i kobieta. Nazwij to jak chcesz. Żeby powstał kolejny byt – najpierw dwa inne muszą tego chcieć. Muszą się ze sobą zetrzeć. My jesteśmy Neyighitee.
Noctiferi wstała, zmierzyła go wzrokiem. Po czym rzuciła na łóżko i skoczyła na niego.

– Jesteś gotów – wyszeptała mu do ucha. A dźwięk jej głosu był jak ciepło rozlewające się po ciele.

Każdy dotyk rozpalonej bogini był pozawymiarowym szczęściem. Dopiero teraz spojrzał na jej krągłe, idealne piersi i zrozumiał, że jego podświadome marzenie się spełnia. Ścisnął więc pośladki Noctiferi z taką siłą, aż ta jęknęła.

– Dobrze – szepnęła cicho uśmiechając się. – A teraz spójrz mi w oczy.

Kiedy opierała się swoimi lędźwiami o Rillyina, ten wpadł w jakiś seksualny szał. Gdzieś w głowie, na granicy słyszalności, dobiegł go głos: „Mój drogi Rillyinie”. Bogini drapała go po klatce piersiowej, ujeżdżając go i krzycząc z podniecenia. „Jesteśmy teraz jednym bytem” – kontynuował głośniej głos. Patrzył w jej wypełnione rozkoszą boskie oczy, wpatrzone w niego. „Zakochałam się w tobie, pierwszym śmiertelniku w moim życiu” – mówiła w jego głowie. Ściskał jej podskakujące piersi i patrzył, jak jego opiekunce oczy błyszczą jeszcze bardziej. „Choć już nim nie jesteś, poświęciłam się dla mojego ludu i dla ciebie” – głos rozbrzmiewał już dość głośno. Nagle poczuł falę gorąca, która ogarnęła jego ciało. „Teraz jesteś bogiem, obudź elfy i broń je, a ja czekać będę na ciebie w sferze duchów” – usłyszał i obudził się na ziemi w szybie kopalni.

***

EPILOG

Wielu śmiertelników przysięgłoby, że postać stojąca w cieniu drzew i obserwująca ze wzgórza rzeź elfiej, nadgranicznej wsi, jest ślepa. Nie miała ani źrenic, ani tęczówek. Jednak Neyighitee widział wszystko, a nawet więcej.

– Zostawcie to miejsce w spokoju – powiedział jakby do siebie, jednak jego głos rozbrzmiewał nad doliną wprowadzając chwilowy zamęt.

Rzeź momentalnie ustała. Ludzie zamarli z niepokojem rozglądając się dookoła. Dowódca zaczął krzyczeć, wydając rozkazy, żeby jego oddziału przypadkiem nie ogarnął chaos.
Ktoś wskazał mu postać stojącą na wzgórzu. Ogarnia go lęk, jednak ambicja wzięła górę. Wyciągnął miecz i pobiegł w stronę intruza. Żołnierze patrzą w zaciekawieniu na swojego przełożonego, który wspina się na wzniesienie, obserwują ślepca, który w bezruchu czeka na nadejście mordercy. „W końcu to elf” myślą sobie. „Niektóre nawet nie uciekają przed śmiercią”.
Kiedy dowódca zmniejszył dystans, wziął zamach.

– Zarozumiali idioci – rozbrzmiał potworny głos w chwili, kiedy mężczyzna z mieczem implodował, pozostawiając po sobie jedynie krwawą zawiesinę.

– Wszyscy zginiecie! Wszyscy!

Las otaczający wieś ze wszystkich stron zdawał się ożywiać. Setki drzew ruszyło w stronę ludzi, których część zmarła w wyniku samej paniki. Neyighitee przyglądał się temu, jak pnącza wiążą uciekających, a drzewa rozrywają ich swoimi gałęziami.

Uśmiechnął się do siebie. Czuł, że Noctiferi, obserwująca go ze sfery duchów, jest dumna. szczęśliwa.