Cortus

Pięść uderzyła Neriva w twarz tak, że aż przewrócił się na plecy. Siedemnastoletni, młody Arestog przeczuwał, że jego o trzy lata starszy i dużo większy przeciwnik spodziewa się kontrnatarcia. Leżąc, krzyknął, a purpurowe strugi energii błyskawicznie popłynęły w stronę rywala. Pomimo tego, że starszy zdążył w ostatniej chwili okryć się polem siłowym to i tak siła zaklęcia zmusiła go do cofnięcia się o kilka kroków. Neriv zaatakował magicznym atakiem jedynie po to, aby zdekoncentrować przeciwnika, a kiedy tarcza znikła czekał już przy nim. Kopnął go w kolano, a następnie zaatakował serią ciosów w twarz. Tłukł rywala, jakby zamierzał zmusić go do poddania się lub czekać aż straci przytomność. Starszy był jednak sprytny i zamiast podnieść gardę, po kolejnym ciosie, uchylił się jedynie i uderzył na oślep. Neriv to przewidział, był na to przygotowany, uskoczył w bok i jeszcze w powietrzu wyprostował nogę, zaraz na uszkodzonym kolanie przeciwnika. Kończyna starszego nienaturalnie zgięła się do wewnątrz. Młodszy odbił się od ziemi i drugim kolanem uderzył w nos, otumaniając przeciwnika. Lord magister postanowił przerwać pojedynek. Przeciwnik Neriva nie miał szans.

Chłopak posiadał niesamowite zdolności zarówno w walce wręcz, jak i magii. Zwycięstwa młodego Arestoga z kilka lat starszymi adeptami Królewskiej Szkoły Rycerskiej w Xyranalu nie stanowiły już sensacji. Neriv wygrywał z każdym. Inni uczniowie podziwiali go. Niektórzy pytali nawet, skąd ma w sobie taką siłę i determinację, ale on sam tego nie wiedział. Choć może jedynie bał się odpowiedzi.

Ciężko było przyznać mu się nawet przed samym sobą, że kiedy czuł, że przegrywa wyobrażał sobie, że walczy ze swoim ojcem – Naraalem. Młody Arestog nie przyjmował do wiadomości tego, że w swojej głowie to właśnie ojcu zmiażdżył nos i połamał kolano. Nie potrafił zrozumieć, skąd w nim tyle niezrozumiałej złości do kogoś tak bliskiego. Cały czas toczył wewnętrzny bój o to, czy go kochał, czy zwyczajnie nienawidził.

Możliwe, że to przez brak matki, którą ojciec nie zawsze potrafił zastąpić. Możliwe, że trudno było mu dorastać w cieniu człowieka, który ze zwykłego chłopa stał się jedną z największych osób w królestwie, jako syn bohatera, którego pomniki stoją w każdym mieście Xynthialu.

– Gratulacje! – odezwał się triumfalnie lord Quankos. Stał jak zwykle w zbroi, pełen dumy. Ogromne, niebieskie oko zajmowało całą jego pierś. Mimo ciepłych słów, w głosie nauczyciela słyszalna była łatwa do wychwycenia gorycz. – Jesteś zwolniony z reszty zajęć, idź odpocząć.

Naraal, nadal otumaniony walką, opuścił salę i ruszył w stronę swojego lokum.

Przyczyna, łatwo dostrzegalnego w głosie lorda magistra, żalu była Nerivowi znana. Nauczyciel walki pochodził z bardzo starego, jeszcze grithianskiego rodu znanego z wojowniczości. Sam był jednym z najbardziej hardych i honorowych wojowników, problemem był niestety jego syn – Nuri. Najmłodszy Quankos był chuderlakiem i tchórzem. Ojciec wywierał na nim dość dużą presję, ale nigdy nie miało to odpowiedniego skutku. Nerivowi często zaprzątało to myśli, bo widział, że Serik wolałby, żeby Neriv był jego synem, natomiast Nuri wolałby umrzeć niż zawieść swego ojca. Neriv czuł, że ofiara losu, jaką był potomek nauczyciela go nienawidzi, podczas gdy jemu było go po prostu żal.

Szczęk obracanego w zamku klucza i otwierające się drzwi przynosiły spokój. Neriv lubił moment, kiedy po dobrej walce wracał do swojego ,,sanktuarium”. Nigdy nie miewał wtedy problemów z zaśnięciem. Satysfakcja przechodziła przez jego ciało, kojąc ból z odniesionych ran i urazów. Kąpiel w gorącej wodzie traktował jako preludium błogiego snu.

Kiedy przepasany ręcznikiem wyszedł z łaźni do pokoju, zobaczył leżący na stole list ostemplowany Czarnym Okiem. Zapalił kryształ nad swoim łóżkiem. Położył się, rozerwał kopertę i zaczął czytać list od rodzica.

Zrozumiał z tekstu, że ojciec zachorował i chciałby się z nim zobaczyć. Posłusznie, już następnego ranka, wyruszył do Irnikralu – dumy jego ojca. Naraal chwalił się krainą nie dlatego, że dostał ją od samego króla za wyjątkowe zasługi, ale dlatego, że otrzymał ruinę i głodującą wieś, a pod jego opieką odrestaurowano zamek, a chłopi żyli dostatnie. Wszystko dzięki odpowiedniej organizacji i sile pracy kościanych golemów.

Droga lądowa ze stolicy do Irnikralu mogła zająć nawet parę dni, jeśli akurat wielkie jezioro irnifalskie zalewało okoliczne bagna, jednak Neriv wylatując do nauki otrzymał Vexyrana – czerwonołuskiego wija. Droga zajmowała mu zaledwie parę godzin. Skrzydlate węże stały się dość popularne w Xynthialu, choć nadal stać na nie było jedynie bogatych.

Neriv martwił się po drodze i nawet zapierający dech w piersiach widok rozciągającej się pod nim błękitnej tafli go nie uspokajał. Jego ojciec miał skłonności do hipochondrii i wmawiania sobie chorób, jednak wykształcenie syna było dla niego priorytetem. Sam pochodził z rodziny niepiśmiennych chłopów, więc ukończenie Królewskiej Szkoły Rycerskiej było dla niego bardzo ważne, nie odrywałby go od uczelni bez powodu.

Po paru godzinach lotu chłopak zobaczył wreszcie twierdzę i obniżył lot, przygotowując się do lądowania. Przy stajni oddał Vexynara po czym szybkim krokiem ruszył przez kamienny dziedziniec w stronę apartamentów lorda. Strażnicy, widząc go, w milczeniu zasalutowali i otworzyli przed nim wysokie, drewniane wrota. Ku jego zaskoczeniu w korytarzu przywitał go ojciec.

– Dobrze, że przyleciałeś, synku – powiedział, zanim Neriv zdążył otworzyć usta, po czym uściskał go serdecznie.

– Myślałem, że jesteś chory – zdziwił się.

– Gdyby nie choroba, nie odwiedziłbyś własnego ojca? – zapytał retorycznie. – Źle się czułem, ale dzisiaj już jest mi lepiej.

Neriv spojrzał podejrzliwie na ojca. Coś w jego zachowaniu wyraźnie mu nie odpowiadało. Na pierwszy rzut oka był to Naraal, jednak przypatrując się bliżej, odnosił wrażenie, że coś wyraźnie jest nie tak.

– Byłeś u maga lub medyka? – zapytał.

– Skoro już mi lepiej to chyba nie ma sensu, prawda? Wyszedłem naprzeciw tylko się z tobą przywitać i zaraz wracam do pracy – odrzekł, po czym zaczął niespiesznie wspinać się po schodach, odwrócił się i dodał:

– Porozmawiamy przy kolacji, dobrze?

– Tak – odpowiedział chłopak.

Neriv patrzył jak ojciec znika za rogiem, jednak niepokój nie mijał, coś wyraźnie było inaczej niż zwykle. Naraal wydawał się na swój sposób inną osobą. To uczucie było subtelne, ale chłopak zaczynał się martwić.

Niepokój nie mijał aż do wieczerzy, ale tam uspokajający trzask ognia w kominku oraz domowe jedzenie wpływały kojąco. Po posiłku zabrali po bukłaku słabego wina i tradycyjnie przeszli się po oświetlonych alejkach otaczających twierdzę. Słodki, specyficzny zapach ciepłego powietrza środkowych dekarów irnikralijskiej pory drzewa uspokajał. Był to zapach dzieciństwa Neriva, a w połączeniu z działaniem trunku spowodował, że niepokój opuścił go całkowicie. Naraal powiedział, że choć miło jest się zobaczyć, to syn powinien wracać do swoich obowiązków już następnego popołudnia.

Kiedy Neriv zjawił się na śniadaniu, okazało się, że ojciec wyleciał o świcie i wróci dopiero wieczorem, co skłoniło go do zmiany planów i wylotu wprost po jedzeniu. Pomimo tego, że zaledwie parę godzin po południu był już w swoim sanktuarium, jeszcze przez jakiś czas nie opuszczało go uczucie, że coś jest nie tak. Dopiero następnego ranka przestał się tym martwić.

Niestety, dekar później, chłopak znalazł kolejną kopertę opieczętowaną Czarnym Okiem, leżącą na stole.

Wyruszył od razu i zaledwie po paru godzinach patrzył już na promienie zachodzącego słońca malujące mury Irnikralu na złoto. Neriv kochał twierdzę, jej zapach, kolor, kształt, umeblowanie, dosłownie wszystko. Wychował się w niej, znał każdy kamień i drzewo. Pamiętał miejsca zabaw z innymi chłopakami, skrytki i kryjówki. Wiele wspomnień wiązało się ze zwykłymi ścieżkami, którymi chodził i polanami, na których ćwiczył szermierkę. Teraz jednak, po raz pierwszy, spojrzał na mury jako na całość, jako na spuściznę, dom. Twierdza kojarzyła mu się z całym dobrem jakiego doświadczył na tym świecie, również z ojcem.

Wszak czego uczymy się od rodziców, jeśli nie dobroci? – zadał sobie pytanie, choć nie miał pojęcia, skąd przyszło mu to do głowy.

Spadł deszcz.

Cień ciągnący się za murami powiększał się, aż wreszcie zlał się z mrokiem. Twierdza tonęła w ciszy podkreślanej monotonnym szumem, przerywanym jedynie niskim dźwiękiem wydawanym przez wachlującego skrzydłami wija. Kiedy skrzydlaty wąż wylądował, Neriv zeskoczył na ziemię i nie czekając na stajennego, odprowadził gada do stajni. Schowani pod daszkiem, w budce przy bramie, strażnicy grali w karty i nawet nie zauważyli postaci w płóciennym płaszczu wchodzącej do twierdzy.

Nikt go nie przywitał.

Przeszedł korytarzem. Na podłodze wił się długi, czerwony dywan, ściany wyłożone były beżowymi cegłami piaskowca, kryształowe żyrandole zwisały z wyłożonego ciemnobrązowymi płytkami sufitu. Otworzył drzwi z ciemnego drewna prowadzące do apartamentu ojca. Zastał go leżącego w łóżku.

– Witaj, ojcze.

– Witaj, synu – odpowiedział mu słaby głos wydobywający się spod pościeli.

Neriva od razu ogarnął niepokój. Miał wrażenie, że z Naraalem jest coś nie tak, w ten sam sposób, jaki czuł przeszło dekar wcześniej. Zgadywał, że miało to coś wspólnego z jego wysławianiem się.

– Jak się czujesz? – spytał. – Co ci właściwie jest?

– Wiesz, ostatnio… słabo się czuję. Coś jest nie tak. Boli mnie głowa, drętwieją nogi. Niby nic, ale czuję, że coś jest nie tak.

Chłopak wiedział, o czym mówi ojciec, choć pewnie odczuwali to w inny sposób.

– Wołałeś jakiegoś medyka? Maga? Kogokolwiek? – spytał syn.

– Niedługo mi przejdzie, Neri – odpowiedział cicho. – Muszę tylko odpocząć.

– Po co mnie wzywasz? – spytał Neriv, ale poczuł, że wzbiera się w nim gniew. – Wezwij jakiegoś maga, niedaleko jest Irnifal! Niech ktoś cię obejrzy! Napisz do kogoś, kto może ci pomóc! Niech cię chociaż zbada! – krzyczał, bo wiedział, że ma rację. – Zamierzasz leżeć i użalać się nad sobą? Skoro widzisz, że coś jest nie tak powinieneś coś z tym zrobić.

Naraal milczał. Szum deszczu wdzierał się do pokoju przez niedomknięte okno. Neriv rozejrzał się po apartamencie. Złość z niego zeszła i teraz nie wiedział, co ma powiedzieć. Cisza szybko stała się nieznośna, więc aby ją przerwać zapytał:

– Chcesz jakąś książkę do poczytania?

– Nie, i tak nie mogę czytać – rzekł słabym głosem Naraal. – Nie widzę liter.

Chłopak zacisnął pięści, aż zbielały mu kostki. Furia wróciła ze zdwojoną siłą, ale nie mógł być na niego zły, przede wszystkim się martwił. Wychował się bez matki, nie chciał stracić też ojca. Odwrócił się i zamierzał wyjść do swojego apartamentu, ale stojąc już w drzwiach przystanął, zawahał się, odwrócił do ojca i zapytał:

– Jak było na tej wyprawie, którą odbyłeś kilka dekarów temu? Nie rozmawialiśmy jeszcze o twoim wyjeździe do Andaronu.

– Dobrze, nawet kupiłem ci pamiątkę… ale rozpadła się – powiedział. – Porozmawiamy kiedy indziej, dobrze?

– Dobranoc, tato – powiedział. Nie do końca zrozumiał informację, którą otrzymał od ojca, dlatego postanowił ją zignorować. Wyszedł i zamknął za sobą drzwi. Usłyszał tylko ciche dobranoc przebijające się przez grube drewno. Neriv obiecał sobie, że następnego dnia sam wezwie maga.

Z samego rana wybiegł na dziedziniec, po czym swoje kroki skierował w stronę stajni. Wyprowadził Vexynara i poleciał w stronę metropolii rodzinnej twierdzy – miasta Irnifal. Niecałą godzinę później szedł już wybrukowanymi uliczkami. Następnie skręcił w stronę najwyższej wieży widocznej nawet z rodowego Irnikralu. Gildia magów Irnifalu, tam przebywał przyjaciel ojca – Ewen Anstre. Neriv świetnie go znał, choć nie widział go od miesięcy. Kiedyś często przylatywał do twierdzy. Wtedy rozmawiali z ojcem całymi nocami i grali do rana w karty, popijając wino i paląc cygara.

Neriv nie musiał go namawiać. Wystarczyło, że powiedział, że ojciec go potrzebuje, a mag niezwłocznie zaczął przygotowywać się do przyjazdu. Miał przybyć jeszcze tego samego dnia, wieczorem.

Parę godzin później, kiedy słońce powoli chyliło się ku zachodowi Neriv wyszedł na dziedziniec, aby przywitać nadlatującego Ewena. Po zgrabnym lądowaniu mag bezzwłocznie ruszył w kierunku dobrze mu znanych apartamentów lorda.

– Czuję tu… dziwność.

– Słucham? – spytał Neriv, trzymając potężne drzwi prowadzące do kwater Irnikralu.

– Nie czujesz? – stwierdził mag. – Dziwna aura, jakby spoza tego świata.

– To źle, prawda? – chłopak odezwał się po chwili zastanowienia.

Ewen jedynie spojrzał na niego i przytaknął, wydawał się smutny. Minęli grube drzwi z ciemnego drewna.

– Witaj Ewenie! Co cię sprowadza? – Naraal starał się udawać pełnego sił i wesołego, jednak głos jaki z siebie dobył przypominał jedynie żałosny szept.

– Młody mnie wezwał, twierdzi, że chorujesz – uśmiechnął się mag.

– Trochę pobolewam, ale żeby od razu ciągnąć cię aż z Irnifalu? – zażartował lord. Wyraźnie zmuszał się do uśmiechu. Neriv zastanawiał się, czy Ewen również zauważył tę charakterystyczną zmianę w ojcu.

– Do rzeczy. Jak się czujesz? – zainteresował się mag.

Stanął nad chorym i przyjrzał mu się dokładnie.

– Bóle głowy, drętwienie nóg, problemy ze wzrokiem. Tylko nie takie normalne, jakieś inne. Zdaje mi się jakby… jakby… – urwał.

Widać było, że próbuje skoncentrować się na tym, co mówi. Neriv odnosił wrażenie, że ojciec nie może przypomnieć sobie konkretnego słowa. Obaj patrzyli na niego, czekając na kontynuacje wypowiedzi.

– No… wiesz… odcina mi jakby. Tak! Odcina mi jakby pole wzroku.

– Jak długo to trwa?

– Pierwszy raz może cztery dekary temu. Potem wszystko ustało, no i jakiś dekar temu miałem kolejny, można powiedzieć… nawrót.

– Ciekawe… zbadam cię – powiedział mag.

Rzucił znaczące spojrzenie każące chłopakowi wyjść. Neriv od razu ruszył ku drzwiom, ale nie odszedł daleko. Patrzył przez uchylone drzwi, jak pokój zaczyna mienić się setkami różnych kolorów: zieleń i błękit odbijały się na suficie. Róż przez sekundę nawet go oślepił, lecz zaraz po nim pomieszczenie zalał łagodny fiolet. Chłopak normalnie podziwiałby feerię milionów barw, rzucających widma po półkach wypełnionych książkami, ale czuł zbyt wielki niepokój. Wciąż myślał o tym, co mówił Ewen, o dziwacznej aurze nie z tego świata oraz o tym dziwnym poczuciu, że ojciec w jakiś sposób jest inny. Po kilkudziesięciu minutach nagle wszystko ustało.

– Interesujące – dobiegł go głos maga.

– Czy już wiesz, co mi jest? – spytał, słabym głosem Naraal.

– Tak! – odpowiedział Anstre. – Wszystko w porządku. Jesteś trochę zmęczony. Teraz tylko wykonam parę operacji. Dzięki nim powinieneś odpocząć. Nie możesz się przemęczać.

Neriv, przytulony do ściany, odetchnął z ulgą. Cicho ruszył w stronę schodów na dół, na spacer. Przeszedł przez wyłożony kamieniem dziedziniec i kiedy minął wielką bramę wejściową, zobaczył nocny krajobraz. Wciągnął do płuc powietrze i poczuł charakterystyczny zapach, czuć było nadchodzącą porę demona, kiedy śnieg przykryje ziemię. Głęboko oddychał, jakby chciał złapać jak najwięcej charakterystycznego słodkiego zapachu irnikralijskiej pory drzewa. Spojrzał na górującą na nieboskłonie Tyryię, czerwony księżyc, Naer, biały, zbliżał się już ku zachodowi. Za niecałe dwa dni zniknie za horyzontem.

W oddali, tuż poniżej linii drzew, dostrzegał domy miejscowych rzemieślników. Z daleka słychać było chrzęst kości pracujących golemów. Neriv kopnął kamień, który podskoczył parę razy, po czym odbił się od wystającego kawałka bruku i wyskoczył wysoko, po to tylko, by po chwili zniknąć w trawie. Spacer i chłodne powietrze rozjaśniły mu umysł i orzeźwiły go. Mógł już wracać do ojca.

– … no i widzisz, ona mi na to, że ja już jestem za stary – z daleka było słychać wesoły głos maga.

– Ha! Ha! Ha! Ha! – zaśmiał się Naraal. Był to taki sam śmiech, jaki chłopak zapamiętał. – Wiesz co? Dzięki tym twoim magicznym sztuczkom, czuję się już dużo lepiej!

– Mam nadzieję! Właściwie to musisz! – odrzekł wesoło. – A póki co, to ja wracam do Irnifalu, ale odwiedzę cię jeszcze. Dziś mam sporo roboty.

– Skoro musisz – powiedział ojciec. – Wiesz… mógłbyś zostać… napilibyśmy się wina albo bourbonu.

– To wykluczone, nie możesz. Zabraniam ci! Musisz wyzdrowieć – skarcił go.

– Ech… – westchnął.

– Jutro wyjeżdżam – oznajmił mag. – Zdrowiej!

Neriv czekał przed drzwiami. Kiedy Ewen wyszedł, złapał młodego za rękę i pociągnął za sobą, zupełnie jakby wiedział, że chłopak tam się znajduje.

– Musimy porozmawiać – stwierdził mag, a kiedy odeszli na parę kroków kontynuował cicho. – Nie wiem, co dolega twojemu ojcu. Nie wygląda mi to na zwyczajną chorobę. Odnoszę wrażenie, że dotyka ona nie tylko ciała, lecz także duszy. Wydaje mi się, że Naraal został dotknięty bardzo potężną klątwą. Wyczuwam w tym czerń, demoniczną moc.

– To znaczy, że mój ojciec umrze? – zmartwił się Neriv. Poczuł, że jego ciało ogarnia panika, miał wrażenie, że czuje jej lodowaty ucisk na swojej szyi. Niemal fizyczny ból zaczął rwać jego ciało, a świat zawirował mu przed oczami. Wszystko się zmieniło. Modlił się o prostą odpowiedź, bo bał się, że skomplikowanej mógłby nie zrozumieć.

– Poproszę arcymaga Irnifalu i spróbuję dostać się jakoś do jego odpowiednika w Xyranalu, ale jeśli nie uda im się to… obawiam się, że jest taka możliwość – powiedział. Naraal był jego przyjacielem, było to trudne również dla niego. – Jesteś już prawie dorosły chłopcze. Niestety.

Nerivowi zdawało się, że ojciec i Ewen śmiali się jak za starych, dobrych czasów, ale tylko jeden z nich śmiał się szczerze. Drugi w myślach właśnie żegnał przyjaciela.

Mag ruszył do kwatery, która zawsze była mu przydzielana, właściwie to była jego pokojem. Neriv został na korytarzu sam. Patrzył w ścianę w apatii, nie wiedząc, co ma ze sobą zrobić. Miał dopiero siedemnaście lat, a już miał się usamodzielnić? Miał zostać sierotą? Wziął głęboki wdech i pomyślał, że na pewno wszystko będzie dobrze. Ostatecznie: zawsze było.

Spróbował wejść do ojca, ale drogę zastąpiła mu niemoc. Zdawało mu się, że nie może zrobić kroku, bo przygnębienie sparaliżowało go, oplatając całe ciało mackami żalu. Najgorszy był ten pierwszy krok. Kiedy już udało mu się go postawić, wziął kilka głębokich wdechów i wyprostowany wszedł do pokoju. Uśmiechnął się do niego, starał się, żeby ten uśmiech nie wyszedł sztucznie, trupio. Usiadł obok łoża i zapytał:

– Jak się czujesz?

– Dobrze synku, ale chcę spać – odrzekł Naraal, nawet się nie odwracając.

– Dobranoc, tato – pozdrowił go.

Wstał, sięgnął ręką po kryształ i przekręcił go, wyłączając poblask. Wychodząc, starał się cicho zamknąć drzwi. Poszedł do swojego pokoju i zaczął szukać odpowiednich atrybutów. Wziął pióro, najpiękniejszy papier, jaki znalazł i zaczął pisać do Ereitana II Xynthii. Naraal był przecież bohaterem, król znał go osobiście, monarcha musiał im pomóc.

Tej nocy sen nie chciał nadejść, a kiedy wreszcie udało mu się zasnąć, męczyły go koszmary. Śniły mu się dziwaczne, szarawe potwory o mazistym, bezbarwnym cielsku i milionach oczu. Stały nad leżącym w swoim łóżku Naraalem i co chwilę wbijały w niego dziwaczne odnogi. Zdawało się, że karmią się jego życiem, ojciec krzyczał z bólu, ale nie mógł się ruszyć. Najbardziej przerażające w tych demonicznych stworzeniach były ich oczy. Miliardy pustych, wiecznie wpatrzonych i wszystko obserwujących oczu, które nieustannie znikały w amebicznym cielsku tylko po to, aby pojawić się gdzie indziej.

Neriv obudził się z krzykiem i wszechogarniającym lękiem. Ta jedna z najgorszych nocy w całym jego dotychczasowym życiu była jedynie zwiastunem tego, co miało nastąpić.

Od koszmaru minął dekar, Tyryia chyliła się ku zachodowi, a lord Naraal zdawał się wbrew wszystkiemu odzyskiwać siły. Początkowo zaczynał wstawać, ale już po paru dniach siadał przy biurku i pracował. Widząc to, pełen optymizmu Neriv, przypomniał sobie, co zawsze było dla jego ojca najważniejsze – edukacja syna. Wysłał list do lorda rektora, gdzie starał się wyjaśnić swoją absencję oraz poprosić o specjalne traktowanie.

Dzień po zajściu Tyryi – czerwonego księżyca, z Irnifalu powrócił Ewen, tym razem z gościem.

– Vanor ger Delmen, lord arcymag Gildii Magów Irnifalu – oznajmił staruszek, po czym ruszył w stronę drzwi wejściowych, ignorując młodego. Neriv po krótkiej chwili ruszył za przygarbioną postacią.

– Przybyłem z odsieczą – powiedział Ewen, doganiając chłopaka. – Zaprowadźmy Lorda ger Delmena do twojego ojca.

Służba odebrała od maga lejce od wijów, po czym obaj ruszyli za arcymagiem w stronę kwater. Dogonili starca dopiero na korytarzu, ale Ewen wszedł jako pierwszy do kwatery Naraala.

– Witaj Naraalu, jak się czujesz?

– Witaj Ewenie, przyleciałeś w odwiedziny?

– Tak, nie jestem pewien wyników swoich badań.

– Co? Przyprowadziłeś tu jakiegoś szarlatana? – powiedział Naraal, patrząc na wchodzącego, starszego mężczyznę.

– Ekhm… – odchrząknął nerwowo mag. – To mój przełożony, arcymag Irnifalu.

– Przepraszam, lordzie arcymagu – speszył się lord Irnikralu.

– Przybyłem, aby cię przebadać, lordzie. Lord Anstre martwi się o twój stan zdrowia, dlatego też prosił mnie o nieco bardziej szczegółowe zdiagnozowanie – odrzekł staruszek, po czym wyciągnął bardzo powoli lekko drżącą rękę i dodał – Vanor ger Delmen.

– Skoro to takie interesujące, to oczywiście.

– Obiecuję, że jak tylko lord się położy wygodnie, ja rzucę kilka czarów, których nawet nie poczuje, po czym opuszczę komnaty najszybciej jak to możliwe. Proszę się nie martwić.

– Oczywiście. Przejdźmy więc do rzeczy – powiedział Naraal z poważną miną.

– Potrzebujesz pomocnika, lordzie? – zainteresował się Ewen.

– Nie. Chcę być sam na sam z badanym.

Wyszli. Neriv czekał pod drzwiami, nerwowo chodząc w kółko. Zaprzyjaźniony mag oparł się o ścianę i patrzył pod nogi. Milczeli. Rytuały przeprowadzane przez lorda arcymaga wydawały się bardzo potężne, niektóre rozbłyski magicznej energii zdawały się przebijać przez ściany, powodując kolorowe wykwity na beżowej cegle. Ewen tłumaczył, że diagnostyka to odłam magii wymagający wiele precyzji i delikatności. Mówił, że po samych błyskach można było ocenić, jak potężny jest ger Delmen, ale Neriv prawie nie słuchał. Wywołane żalem otępienie, trzymało go w swojej garści tak mocno, że nie mógł się skupić. Kiedy w końcu usiadł, patrzył jak zahipnotyzowany w ścianę dzielącą ich od pokoju ojca. Samo badanie wydawało się ciągnąć tak długo, że smutek wprowadził w końcu chłopaka w swoisty letarg. Nawet nie zauważył, kiedy syczące dźwięki umilkły, unoszące się feerie barw znikły, a w drzwiach ukazał się znajomy starzec.

– Miałeś rację, to wyjątkowo potężna klątwa, sądzę, że spoza tej sfery. Możliwym jest, że to nawet przekleństwo z samej czarnej sfery. Nie myliłeś się – powiedział, kierując słowa w stronę lorda Anstre.

– Potrafisz coś z tym zrobić? – usłyszał swój głoś Neriv. Arcymag obdarzył go krótkim, zdegustowanym spojrzeniem, po czym powrócił do Ewena.

– Niestety, nie potrafię dokładnie zidentyfikować zaklęcia, a co dopiero go pokonać. Nie potrafię nic z tym zrobić, ale przyjrzę się starym zapiskom legendarnego mistrza Aeiritiusa z Błogosławionego Imperium, słyszałeś o nim? – zadał pytanie, patrząc na chłopaka tak jakby oczekiwał odpowiedzi, jednak od razu odwrócił się, ruszył w stronę bramy wyjściowej, na nikogo nie zwracając uwagi. – On mógł coś o tym wiedzieć. Czas goni – mamrotał jeszcze pod nosem, a kiedy już znikał za rogiem, z jego ust wyrwało się krótkie – żegnam.

Ewen patrzył chwilę na czerwony dywan, na którym jeszcze chwilę wcześniej stał jego przełożony, wziął głęboki wdech, po czym wszedł do pokoju lorda.

– Arcymag nic nie znalazł. Wygląda na to, że jesteś zdrowy! – mówił, bardzo dobrze udając uśmiech.

– Mówiłem ci, że czuję się lepiej. To ty wbrew mnie postanowiłeś wzywać jakichś szarlatanów – westchnął ciężko Naraal, uśmiechając się z lekka.

– Dobrze, że nic ci nie jest – dodał Neriv, który właśnie pojawił się przy jego łożu. Złapał ojca za rękę.

Ewen miał wrócić do Irnifalu dopiero następnego ranka, więc cała trójka spędziła resztę wieczoru i całą noc na długich rozmowach. Kiedy wyszli z pokoju, słońce już ukazywało się na horyzoncie, oświetlając pokryty ciemnością bezksiężycowych nocy las widoczny z okna twierdzy. Jeszcze przed pójściem spać, nad ranem, Ewen odprowadził Neriva do komnaty i powiedział:

– Nie trać nadziei, odezwę się jeszcze do arcymagów Nerokralu i Xyranalu – uśmiechnął się blado, ale to mu nie wyszło, był wyraźnie zmęczony.

– Może ojciec sam wyzdrowieje? Przecież czuje się coraz lepiej – powiedział Neriv, stojąc przy drzwiach z ciemnego drewna.

– Zawsze możemy mieć taką nadzieję, na to powinniśmy liczyć, ale… – urwał na chwilę, jakby chciał ponownie przemyśleć, co chce powiedzieć – …myślę, że powinieneś przygotowywać się na najgorsze.

– Napisałem list do króla – westchnął Neriv, ziewnął niedbale, zakrywając usta pięścią i dodał – nawet w podręczniku przeczytałem, że Trupia Korona nigdy nie odpłaci się ojcu.

– Mądrze, dobry pomysł, popieram. W tym momencie, jeśli nawet arcymag Xyranalu nie będzie w stanie pomóc twojemu ojcu, to Ereitan powinien się tym zainteresować. Myślę, że jest wtedy dużo większa szansa na powodzenie, a póki co, chodźmy spać.

– Dobranoc – powiedział Neriv, nacisnął klamkę i zniknął za drzwiami.

Szybko zasnął, ale spał źle. Śnił o czarnej postaci, która się do niego zbliżała. Zakapturzona persona, dzierżąca w ręku kosę – Przewodnik. Poruszała się śmiertelnie powoli, zmierzając niechybnie w jego stronę. Miała dokładnie zasłoniętą twarz, ale widział jej oczy. Były to jego oczy, jego i matki. Przewodnik zdawał się jednak go nie zauważać, przeszedł przez niego, jakby ten nigdy nie istniał. Neriv odwrócił się i zobaczył leżącego na ziemi ojca. Naraal jeszcze oddychał, choć był blady i wydawał się bardzo stary. Z jego ciała wyrastały dziwne macki znikające w ciele bezkształtnego i bezbarwnego potwora o milionie oczu. Znowu obudził się ze łzami w oczach.

Ewen wyleciał do domu z samego rana, kiedy Neriv jeszcze spał. Naraal zdawał się jednak czuć znacznie lepiej. Do tego stopnia, że chłopak poczuł się niepotrzebny. Tuż przed dekarem drugiej ciemności, wyleciał do Xyranalu, kontynuować naukę.

Powrót do szkoły KSR nie dawał ukojenia. Nie mógł się skoncentrować na nauce w żaden sposób. Pożerał go żal, zaczął nawet przegrywać walki. Może nie mógł czerpać swojej siły ze specyficznej zawiści do ojca? Przynajmniej nie teraz, kiedy ten był chory.

Dwa dni przed wzejściem Eferi – zielonego księżyca i rozpoczęciem pory demona na stole znów znalazł kopertę. Papier i atrament był ten sam, co zwykle, lecz charakter pisma jakiś inny. Litery stawiane przez ojca zdawały się jakieś krzywe, drżące. Niektóre z nich były pomieszane. Od samych znaków Neriv czuł nietypową grozę. Poleciał do domu.

Naraal krzyczał. Nie był to bitewny okrzyk ani podirytowany głos. Był to krzyk człowieka ogarniętego bólem. Przewodnik zbliżał się, postukując drewnianym trzonkiem kosy z każdym powolnym krokiem. Neriv próbował stanąć na jego drodze, ale czarna postać przeniknęła bez przeszkód przez ciało chłopaka. Śmierć w ogóle go nie zauważała. Próbował rzucić czar, ale jego moc nie była mu posłuszna. Niespodziewanie poczuł uderzenie.

Kilka metrów pod sobą zobaczył nieprzeniknioną toń jeziora. Musiał zasnąć i zsunąć się z wija, szczęśliwie Vexynar był mocno zżyty z chłopakiem i złapał go w powietrzu. Neriv pochwycił lejce i skorygował lot bestii, tym razem zapiął pasy. Pogłaskał skrzydlatego węża po pysku. Głupio byłoby umrzeć w drodze, tak blisko domu, kiedy był potrzebny swojemu ojcu, na samym początku przygody.

– Witaj synku, dobrze cię widzieć – odrzekł lord, leżąc w łóżku.

Neriv poczuł przygnębienie od razu, kiedy wyłapał ten specyficzny ton rozmowy.

– Witaj ojcze. Co się dzieje? Wzywałeś Ewena? – denerwował się.

– Tak, jutro był, rozmawialiśmy trochę – odpowiedział.

– Chyba wczoraj? – poprawił go syn.

– Tak, tak. Wczoraj… Wiesz… Mieszają mi się słowa. A i czeka na ciebie… – tutaj Naraal zrobił przerwę. Widać było, że stara się przypomnieć sobie odpowiednie wyrażenie. Trwało to parę, bolesnych dla obu, uderzeń serca. – Koperta.

– List?

– Tak, tak! List. Czeka na ciebie, tam, na stole – przez jego głos przebijało zmęczenie.

– Dobrze, potem przeczytam.

– Idź. Co będziesz siedział ze starym. Potem do mnie przyjdziesz. Najważniejsze, że tutaj jesteś – powiedział lord, starając się uśmiechnąć.

Do końca życie Neriv zastanawiał się, czy ojciec nie prosił go wtedy, żeby z nim został.

List był od samego Ereitana II Xynthii. Koperta nie była ruszona, widać nawet Naraal nie chciał czytać wiadomości od króla, a może po prostu nie mógł? Ereitan pisał, że przed wzejściem Naeru do twierdzy przybędzie arcymag Xyranalu i niezwłocznie przebada chorego.

Młody Arestog postanowił czekać w Irnikralu na pojawienie się białego księżyca wspomnianego przez króla. Większość dnia siedział przy ojcu, przynosił mu herbatę i jedzenie. Starał się dużo z nim przebywać, choć nieustannie walczył z ogarniającym go przerażeniem. Sam widok chorego budził żal w chłopaku, ale ilekroć ojciec się odzywał jego syn bladł. Naraalowi bardzo często myliły się słowa lub w ogóle nie mógł ich sobie przypomnieć. Przestał być błyskotliwy, stracił poczucie humoru i denerwował się z każdego powodu. Zdawało się, że przerasta to ich obu.

Świadomość tego, że własne ciało odmawia posłuszeństwa jest czymś strasznym, ale lord na własnych oczach przestawał być sobą i choćby nie wiadomo, jak bardzo próbował, nie miał wpływu na to, co się działo z jego duszą. Neriv nie potrafił wyobrazić sobie koszmaru swojego ojca.

Kiedy Eferi, zielony księżyc, był już wysoko, spadł pierwszy śnieg. Neriv przeniósł ojca na fotel skierowany na okno i zgasił światło. Kominek w komnacie rozświetlał blado pokój, trzaskając wesoło. Obaj spędzili wieczór, wpatrując się w bielący się świat i pijąc gorący czaj. Zdawało mu się, że rozmawia ze swoim ojcem po raz pierwszy. Nie była to zwykła, jałowa konwersacja rodzica z dzieckiem. Wydawało mu się, że dyskutowali jak prawdziwi przyjaciele, ludzie, którzy doskonale się znają, ale od lat nie mieli okazji się spotkać. Neriv pierwszy raz opowiadał z pasją o swoim życiu i mówił to, co naprawdę było dla niego ważne. Mówił o swoich przyjaciołach, marzeniach, miłościach oraz życiowych planach. O tym, co się dzieje w jego życiu, jak dobrze sobie radzi z nauką i jak inni mu zazdroszczą. Pierwszy raz otworzył się przed ojcem. Wspominał mu nawet o Quankosach, ambitnym Seriku i jego tchórzliwym synu – Nurim. Naraal patrzył na syna z dumą, którą ten dopiero teraz poczuł wyraźnie, ojciec mu doradzał, a chłopak chyba pierwszy raz wiedział, że ma w nim oparcie. Pierwszy raz miał wrażenie, że odbył rozmowę, która była coś warta. Wydawało się, że obaj uświadomili sobie wtedy, jak naprawdę są dla siebie ważni.

Neriv postrzegał swojego ojca jako wiecznie zapracowanego lub czytającego książki, zawsze nieobecnego w jego życiu. Podczas gdy ten zawsze był mu najbliższym człowiekiem. Zadawał sobie pytanie, czy inni też tak mają? Czy dla każdego rodzina jest głównie pustym frazesem? Może właśnie dlatego, tak się na niego wściekał? Czytał o tym, jak wspaniały jest jego ojciec i nigdy się o tym nie przekonał. Może po prostu tego nie zauważał? Ojciec nie opowiadał mu o swojej młodości, ale z drugiej strony, Neriv nigdy o nią nie pytał. Przyłapał się na tym, że nigdy nie traktował go jako autorytet, jako kogoś, kto ma jakąś wiedzę i doświadczenie. Nigdy nie widział w nim po prostu człowieka. Kogoś, kto ma własne przemyślenia, filozofię życiową, czy choćby marzenia.

Chłopak z trwogą nagle coś pojął – to, że bywały chwile, w których Naraal nie miał dla niego czasu, nie znaczyło, że kiedykolwiek przestał być dla niego najważniejszy.

W końcu zaczęło świtać, Naraal powiedział, że jest już zmęczony czym zasugerował, że czas już iść spać. Kiedy Neriv mijał drzwi, ojciec na odchodne, tym swoim nienormalnym, schorowanym tonem powiedział:

– Strasznie dopadła mnie ta choroba.

– Spokojnie tato, będzie dobrze – odpowiedział Neriv, gładząc ojca po policzku.

– Tak? Może i tak, tylko wiesz… miło byłoby jeszcze pożyć.

Neriv długo nie mógł zasnąć po tym zdaniu. Wiedział, że zapamięta je do końca życia. Leżąc w swoim łóżku, myślał jeszcze o ojcu. Wstydził się samego siebie, ponieważ nigdy go nie doceniał, ani tego jak wiele dla niego znaczy. Ojciec opiekował się nim i majątkiem, oprócz paru wyjazdów czy kilku wieczorów rocznie spędzonych wspólnie ze znajomymi, mało robił wyłącznie dla siebie. Neriv zrozumiał, że popełnił wiele błędów, nie powinien obwiniać ojca za to, że wypełniał swoje obowiązki. Może i Naraal za mało go inspirował do tego, żeby Neriv chciał spędzać z nim czas, uczyć się od niego, rozmawiać z nim. Chłopak zarzucał sobie, że źle traktował ojca, że tak surowo go osądzał.

Cieszył się z tych rozważań. Cieszył się, że w końcu go docenił i udało mu się spojrzeć na to wszystko z boku. Uśmiechał się w duchu, dziękując Ethnu za to, że zorientował się w tym wszystkim zanim było za późno, zanim lord Naraal Arestog nie stał się tylko wspomnieniem, kolejną kartką w podręczniku do historii świata, Nur’estiri’gh.

Nazajutrz ojciec czuł się dużo lepiej, a w czasie kolejnych dni, kiedy Neriv karmił go i opiekował się nim, widział, że Naraal odzyskuje siły. Nadal źle widział i miał problemy z mówieniem, ale znów wstawał z łóżka. Bolało go, gdy widział ojca, utykającego i stawiającego stopy tak ostrożnie, jakby były ze szkła. Nie opuszczał go nerwowy ból w klatce piersiowej, kiedy patrzył na dawnego, potężnego lorda. Kiedy myślał o ojcu, przypominał sobie mężczyznę pełnego sił witalnych, przy którym czuł się bezpiecznie. Tliła się jednak iskierka nadziei, wbrew wszystkiemu Naraal wracał do siebie.

Następnego dnia przybył gość.

– Aerqi Vestra, arcymag Xyranalu – powiedział dostojnym głosem. – Ty zapewne jesteś Nejw Arestog?

– Neriv – poprawił go chłopak, po czym wybąkał zmieszany – ale tak, ogólnie to tak.

– Dobrze… A więc, gdzie chory? – spytał, a jego wzrok wydawał się zupełnie nieobecny.

– Za mną – odparł, po czym ruszył w stronę wrót.

Przez chwilę poczuł się jak prawdziwy gospodarz Irnikralu, potem z żalem pomyślał, że możliwe, że już niedługo zawsze będzie się tak czuł.

– A i mam jedną prośbę. Nawet jeżeli ojciec umiera to ja proszę, żeby mu o tym nie mówić, powie pan to tylko mi.

– Dobrze… – przytaknął gość nieobecnym tonem.

Neriv rzucił tylko okiem czy jego stajenny zajął się należycie wijem gościa i wprowadził lorda arcymaga do kwater. Wydawało mu się, że im bliżej byli Naraala, tym bardziej przybysz ze stolicy się denerwował. Kiedy weszli do apartamentu, Neriv mógłby przysiąc, że widział jak drgnął, jakby czując złą aurę. To wydawało się jednocześnie dobrym i złym znakiem.

– Proszę zostawić mnie sam na sam z chorym – powiedział gość, ale chłopak był już do tego przyzwyczajony, pozostawił jedynie niedomknięte drzwi i stanął przy ścianie. – Aerqi Vestra, arcymag Xyranalu. Wysłał mnie do lorda król Ereitan II Xynthia.

– Ereitan? – zapytał chory, podnosząc się na łóżku. – Widać nie zapomniał o mnie.

– Dobrze… a teraz, lorda, zbadam – powiedział arcymag, kompletnie ignorując ostatnią wypowiedź.

Neriv znów spędził godziny, stojąc przed drzwiami i czekając. Odprawiany rytuał wydawał się równie potężny, co poprzedni. Czasem nawet podłoga drżała pod stopami Neriva, a barwne przebłyski przez ściany i drzwi niejednokrotnie były tak silne, że aż go oślepiały. Musiało minąć wiele godzin, bo w tym oczekiwaniu Nerivowi udało się zasnąć pod drzwiami z ciemnego drewna. Obudziło go postukiwanie obcasów arcymaga.

– Dobrze… Twój ojciec śpi. Zbadałem go. Nie mam pojęcia, skąd ma tę klątwę, nie jest ona z tego świata. Nie wiem jak ją zdjąć. Mogę…

– Lordzie arcymagu – przerwał mu Ewen, który nagle pojawił się w holu. – Słyszałem, że lord jest tutaj, jestem Ewen Anstre mag drugiego kręgu gildii magów w Irnifalu i przyjaciel chorego.

Gość z Xyranalu patrzył w milczeniu na nowo przybyłego, po czym powiedział:

– Dobrze… Aerqi Vestra – przedstawił się, po czym odwrócił do Neriva i bez zmiany tonu dodał – jak mówiłem, nie spotkałem się nigdy z czymś takim. Nie potrafię zdjąć tej klątwy, ale mogę ją opóźnić, a nawet opóźniać. Istnieje pewien rytuał, który można odprawiać, ale działanie kolejnych jest coraz słabsze. Teraz lord Naraal Arestog odpoczywa po pierwszej sesji.

– Lordzie arcymagu! Skoro ty wrócisz do Xyranalu, a ja zostanę z chorym, mógłbyś nauczyć mnie tego rytuału – powiedział, lekko proszącym tonem, Ewen.

– Dobrze… – powiedział, przenikliwie patrząc w oczy magowi z Irnifalu, po czym spojrzał na chłopaka i stwierdził standardowym, nudnym tonem – póki co, proszę o przygotowanie mi komnaty i kolacji, wylatuję jutro rano.

Magowie spędzili wieczór na pracy nad nowym rytuałem, a rano, kiedy Neriv wstał, Aerqiego Vestry już nie było. Najważniejsze jednak, że Naraal czuł się dużo lepiej. Zaczynał płynniej mówić i chodzić, przestał skarżyć się na wzrok. Czytał nawet niektóre książki z większymi literami. Wtedy Neriv przypomniał sobie o szkole, której nadal był uczniem. Zaległości miał coraz większe, ale może mimo wszystko udałoby się zaliczyć egzaminy. Teraz, kiedy nad klątwą była jakaś kontrola, można było skupić się na tym, czego najbardziej wymagał chory od swojego syna.

Od wylotu Aerqiego Vestry minęły prawie dwa dekary. Tyryia, czerwony księżyc, była już wysoko nad horyzontem, Eferi, zielony księżyc, powoli chylił się ku zachodowi. Wraz z trzecim, białym – Naerem powodowały, że las widziany przez okno komnaty Naraala oświetlony był żółtym światłem. Śnieg odbijający światło sprawiał, że na zewnątrz wydawało się jasno jak w dzień.

– Jutro z samego rana wylatuję – powiedział syn, po czym przytulił rodzica. – Ewen będzie tu z tobą, jeśli coś się stanie to mnie poinformuje. Cieszę się, że czujesz się lepiej. Mam nadzieję, że jak wrócę będziesz już zdrowy.

Przez chwilę nawet sam w to wierzył.

– Dobrze synku, leć tam wszystko pozałatwiaj – powiedział Naraal. Neriva przeszły ciarki, gdy to usłyszał. Znowu zdawał się nie być sobą, mówiąc tym dziwnym, chorym tonem. Mimo wszystko, ojciec pogłaskał go czule po włosach.

Ostatnie zdanie, powiedziane z tym dziwacznym doborem słów i towarzyszącym chorobie tonem, nie dawało spokoju młodemu. Wystarczająco wyraźnie przypominały mu o chorobie sny, które go nawiedzały. Te o dziwnych potworach wysysających życie z ojca i śmierci z jego własnymi oczyma. Nie mógł skupić się na niczym, nauka przychodziła mu z trudem, a zwykle kończyła się łzawymi modlitwami do Ethnu. Mimo wszystko, starał się nadrobić zaległości z ostatnich dekarów. Nie poddawał się, uważał, że w tej sposób pomaga ojcu.

Po paru dekarach, pewnego ranka, tuż po zajęciach do sanktuarium, którym niegdyś wydawał się pokój Neriva dotarł list:

Drogi Nerivie,
ciało twojego ojca słabnie i traci ochotę do walki.
Wdają się kolejne choroby, które staram się zwalczyć medycznymi i magicznymi sposobami, jednakże ostatnio zaczęło się robić coraz gorzej, nie chcę Cię martwić, ale może to być ostatnia możliwość na zobaczenie ojca żywego.

Z wyrazami szacunku
Ewen Anstre

Wyleciał późnym wieczorem. Zastanawiał się, czy nie wylecieć następnego ranka, bo śnieżyca nie pomagała w locie, a bladokrwiste światło połączonego Naeru i Tyryi oślepiało. Postanowił jednak nie zwlekać. Nie zdziwił się, że oprócz strażników przy stajni nikt go nie powitał. W końcu było już długo po północy, lecz pomimo tak późnej godziny postanowił odwiedzić ojca od razu.

Chociaż przygotowywał się na najgorsze to, co zobaczył wprawiło go w przerażenie. Ewen uśpił ojca, aby ten nie cierpiał, a ciało odpoczywało. Przy pierwszym podejściu chłopakowi nie udało się wytrzymać z Naraalem w jednym pokoju, nie mógł na niego patrzeć i wybiegł z płaczem. Padł na kolana w korytarzu i łkał. Podejrzewał, że już nigdy nie porozmawia z ojcem.

Zebrał się jednak w sobie i wrócił do komnaty. Pierwszym jego skojarzeniem było to, że lord Arestog wygląda martwo. Wydawał się innym człowiekiem i choć minęło zaledwie kilka dekarów od rozpoczęcia choroby, wyglądał, jakby postarzał się o dwadzieścia lat.

Podszedł do łóżka i chwycił go za sztywną rękę. Poczuł jak palce zaciskają się na jego dłoni. Serce zabiło mu mocniej. Uśmiechnął się, choć wiedział już, że to jedyna aktywność życiowa jaką jego ojciec przejawi przed śmiercią.

– Powinieneś do niego mówić – powiedział Ewen, który znów, nie wiadomo kiedy, pojawił się w drzwiach. – Możliwe, że to słyszy, możliwe, że nawet będzie pamiętać.

Nerivowi chyba nie robiło to różnicy, ale chciał wierzyć w to, że go słyszy. Właściwie to chciał móc do niego mówić. Codziennie przesiadywał obok łoża i opowiadał o wszystkim, co go spotkało, mówił o swoich przemyśleniach i spostrzeżeniach. Czasem nawet siadał i po prostu czytał na głos książkę. Uspokajało go to, bo po raz pierwszy w życiu miał absolutną pewność, że robi to, co powinien. W jakiś sposób i jemu to pomagało, widział w Naraalu towarzysza swojego bólu, kompana w ostatniej, wspólnej wyprawie.

Czwartego wieczora od przybycia, kiedy komnatę Neriva oświetlała jedynie blada, czerwona poświata rzucana przez Tyryię, zastanawiał się, dlaczego akurat teraz Ethnu zabrał mu ojca, teraz, kiedy odkrył w nim tak wspaniałego człowieka. Od razu zdał sobie sprawę z tego, że zna odpowiedź. Przypomniał sobie jedną z wcześniejszych analiz, kiedy zrozumiał to jak dobrym człowiekiem i ojcem jest, a może – był – Naraal. Z pewną zgrozą, ale też i satysfakcją doszedł do wniosku, że możliwe, że nigdy nie odkryłby w nim wielkości, gdyby ten nie umierał. Kiedyś stałby się niedołężnym starcem, a wtedy wspomnienie jego dobroci i siły byłoby już tylko fantazją.

Wiedział, że ojcu nie da się już pomóc, Ewen leczył go jak mógł, służba też odpowiednio dbała o swojego lorda. Neriv znał wolę rodzica, nie musiał pytać go o zdanie. Wiedział na czym powinien się skupić. Zabrał się za naukę. Uczył się, kiedy tylko mógł, nawet w Irnikralu, twierdzy Arestogów, czytał książki ojcu. Neriv pojechał do Xyranalu dosłownie na parę dni, tylko po to, żeby zdać egzaminy. Może liczył na to, że jeśli mu to wyjdzie to ojciec obudzi się zdrowy? Nie obudził się.
Neriv wrócił wieczorem, kiedy księżyc Eferi oświetlał swoim spokojnym, zielonym blaskiem lasy Inikralii. Na drzewach zaczynały pojawiać się pąki, rozpoczęła się pora kwiatu, kiedy sfera Nur’estiri’gh budzi się do życia. Pora pokoju i nadziei, którą tak silnie odczuwał Neriv. Ścisnął ojca za rękę i zapłakał. We łzach powiedział, że zapamięta wszystko, co Naraal próbował mu przekazać przez całe życie. Lord Arestog, nadal w śpiączce, ścisnął mocno rękę syna, jakby próbując coś odpowiedzieć. Drżały mu powieki, a twarz niby się poruszyła i Neriv przez chwilę znów zobaczył swojego ojca takim, jakim go pamiętał. On jednak tylko głośno westchnął. To westchnienie było takie, jakie wydawał z siebie od zawsze, kiedy było mu ciężko. Było ono naturalne, prawdziwie naaralowe. Po nim przyszło już zaledwie parę wdechów.

Pogrzeb miał być skromny, ale taki nie wyszedł. Przybyło wielu dygnitarzy, nawet rodzina Naraala, której Neriv nigdy wcześniej nie widział. Przemawiał sam król Ereitan II Xynthia, wypowiadając się o lordzie Arestogu jak o bohaterze, swoim przyjacielu i jednym z twórców królestwa Xynthialu. Chłopak czuł żal, ale również dumę. Było to jakby zwieńczenie jakże pouczającej lekcji pokory danej mu przez Ethnu. Nigdy wcześniej nie czuł tak bardzo tego, jak wielkim wzorem do naśladowania jest dla niego Naraal.

Z tyłu twierdzy Irnikralu, na wzgórzu, gdzie wybudowano mauzoleum Arestogów, w którym leżała tylko dwójka: Teyrenae i Naraal. Tuż obok Piękno odchodzi zbyt szybko nad grobem matki, nad grobem ojca wyryto Nie czekajmy aż odejdą ci, których powinniśmy docenić teraz.

Abisalny Poemat

Patrzę na grube krople spadające z nieba, zastanawiając się, co się właściwie stało przez ostatnie kilkanaście minut.

Jeszcze wczoraj byłem normalnym człowiekiem z tymi swoimi banalnymi, śmiesznymi problemami. Któryś z moich kolegów „poetów”, powiedział coś o drugim. Co myśli o mnie moja żona po dziesięciu latach związku lub dlaczego muszę pracować, bo na poezji zarabia się raczej grosze. Dziś już wiem, że to wszystko jest nieistotne. Potworności, które zobaczyłem zmieniły mnie do reszty. Teraz już nawet życie straciło na znaczeniu.

Wszystko zaczęło się od wczorajszego, cotygodniowego spotkania w „Zapisanej kartce”. Tam zwróciłem uwagę na mojego wieloletniego znajomego – Rafała. Był blady i wyglądał zadziwiająco słabo. Zwykle rozmowny i pełen życia, teraz wydawał się wycofany i niepewny siebie. Zapytany o swój dziwny stan przy towarzystwie, starał się wykręcić, opowiadając o bólu brzucha i ogólnym niewyspaniu. Dopiero gdy w cztery oczy zapytałem go o samopoczucie, usłyszałem niewiarygodną historię.

– Piszę poemat – powiedział.

– To ma coś wspólnego z twoim wyglądem? – napomknąłem z niewiarą w głosie. On zawsze pisał jakiś poemat, jednak nigdy nie prezentował się tak źle.

– Przeczytałem satanistyczne traktaty… – Chciał coś dodać, ale się zawahał. Nastąpiła pauza, którą wykorzystałem.

– Biblię szatana? Tę książeczkę dla gimnazjalistów? – ironizowałem.

– Nie, te prawdziwe. Rzekomo mają dziesięć tysięcy lat.

– Kto ci naopowiadał takich bujd? Przecież wtedy nie istniało nawet pismo! – wyśmiałem go.

– Gdybyś je zobaczył… Gdybyś dotknął ich choć przez chwilę… poczułbyś… – tu głos mu się załamał. – Nie powinienem był. – Głos brzmiał jakby jego właściciela dopadł jakiś obłęd.

– Dobrze, rozumiem – uspokoiłem i postanowiłem przestać wyśmiewać. Teraz wiedziałem, że to naprawdę problem. – Ale diabły i te sprawy? Widły, rogi?

– Nie! Zupełnie nie! To nie czerwień! To nie siarka! To ocean, błękit. To demoniczny róż, symbol niezbadanego, niewyjaśnionego! – Wtedy nie rozumiałem co mój przyjaciel ma mi do powiedzenia. Wydawało mi się, że to bzdury. Patrzyłem jedynie na niego, a on jakby pomiarkował się. Nie mniej dał upust swojemu dziwacznemu szaleństwu.

– Piszę poemat – powiedział nagle takim tonem, jakbym dopiero zapytał go dlaczego jest tak blady. – Po przeczytaniu tych demonicznych kartek nie śpię. Koszmary zlewają się z rzeczywistością. Drzwi otwierają się wszędzie gdzie chcą. Pojawia się zło, którego próba choćby opisania wydaje się niemożliwa. „To” każe mi napisać poemat.

Patrzyłem na swojego przyjaciela z mieszanką strachu, współczucia i zażenowania. Nie wiedziałem, czy mogę mu jakoś pomóc, jednak moje dobre serce kazało mi spróbować.

– Myślisz, że zwariowałem, prawda? – wypalił nagle. – Wiesz… Ja też mam taką nadzieję, bo to co widzę przekracza granice logiki i pojęcia rzeczywistości. Udowodnię ci, choć w duszy modlę się o to, żeby mi się to nie udało. Przyjdź do mnie dziś wieczorem.

Tak to wszystko się zaczęło.

Pojawiłem się między siódmą a ósmą na progu domu mojego przyjaciela. Otworzył mi jedynie drzwi i poszedł do swojego gabinetu, gdzie na biurku stał komputer. Usiadł przed nim i kontynuował pisanie, a ja zauważyłem, że wygląda jeszcze gorzej niż rano – jak żywy trup. W kawiarni tego nie zauważyłem, ale teraz wydawało mi się, że schudł kilka kilogramów.

– Chcesz przeczytać? – zapytał nagle. Już nawet jego głos mnie przeraził, brzmiał słabo i pusto. Przyszło mi na myśl dziwne skojarzenie: jakby coś pożerało jego duszę.

Usiadłem na miejscu Rafała i zacząłem czytać, a moje ciało zdawało się czuć, że są to rzeczy, przed którymi należy uciekać. Jednak ja nie poddawałem się swojej biologicznej maszynie. Już pierwsze wersy wciągały, więc czytałem z zapartym tchem, a wszystko dookoła zdawało się jakby szarzeć. Ale to był tylko początek. Chwilę później dostrzegłem w pokoju jakiś ruch. Odwróciłem się. Ujrzałem niewyraźną twarz o kolorze i rysach, których zidentyfikować nie potrafiłem. Jednak było coś, co wydawało się ostrzejsze niż wszystko inne co w życiu widziałem. To były oczy, które wydawały się inkarnacją grozy i koszmaru. Patrzyłem przez chwilę w te makabryczne ślepia, które z jednej strony hipnotyzowały mnie nie pozwalając mi odwrócić wzroku, a z drugiej ich porażający, demoniczny wygląd powodował u mnie samobójcze myśli. Błagałem sam siebie, żeby w końcu ruszyć się, wyzwolić spod okowów tej katatonicznej mocy i udusić się kablem od myszki, albo otworzyć żyły znajdującym się obok nożem do masła. Oceaniczny błękit zaczynał mnie wciągać, gdzieś w swoje dno, którego barwy mógłbym się spodziewać, gdyby mój zamroczony trwogą umysł mógł wykonać jakąkolwiek aktywność. Chciałem wbić sobie w gardło długopis, który leżał obok na biurku, jednak kataleptyczna moc trzymała mnie w swoim żelaznym, nieustępliwym uścisku. Wiedziałem, że nie ruszyłem się z pokoju ani na krok, jednak czułem się jakbym pływał w bezdennym morzu, kilkaset metrów pod powierzchnią wody, otoczony przez krążące w nieprzeniknionej ciemności morskie potwory. Niespodziewanie w tunelu koszmarnej grozy pojawił się jasny, różowy punkt. Wolałem już, żeby ktoś zdzierał ze mnie skórę, niż żebym musiał tego doświadczać. Chciałem krzyczeć! Błagać! Prosić! Ale nie byłem nawet w stanie prosić o łaskę. Czułem, że moja dusza została wyrwana z ciała przez nieopisywalne, demoniczne, prastare zło! Głupi Rafał! Po co bawił się w tak idiotyczne rzeczy? Co go korciło do uwolnienia tej nieskończonej niegodziwości, karmiącej się przerażeniem? Co korciło mnie? Róż zmieszał się z błękitem, otaczając mnie i zamykając w jakiejś niewyobrażalnej, pozawymiarowej klatce. Wiedziałem, że nie jestem już na ziemi. To co mnie otaczało nie było widzialne dla ludzkich oczu, na to patrzyła moja dusza. To nie mogło być boskim stworzeniem. Te potworne, otaczające mnie kolory, których ziemia nigdy nie uświadczyła, zamknięte w samym jądrze piekła, oczekiwały jedynie aż jakiś dureń je wyswobodzi je po to, by później pochłonąć całą ludzkość swoim nienasyconym łaknieniem. Pragnąłem, żeby ktoś wbiegł do pokoju, gdzie na pewno jest moje ciało i strzelił mi w głowę, wtedy moja dusza musiałaby iść na sąd ostateczny. To mogłoby być moim wybawieniem. Tymczasem byłem zamknięty w tej klaustrofobicznej przestrzeni, której granic nawet nie byłem w stanie dostrzec. Barwy zdawały się coś utożsamiać i urzeczywistniać, były jakąś materią, której identyfikacja wydawała mi się niemożliwa. Była jednocześnie płynem, gazem i ciałem stałym. Wydawała się być daleko i jednocześnie blisko. Często zdawało mi się, że jestem uwięziony w sferze, czasem tunelu, że stoję we mgle, chociaż sama przestrzeń wydawała się nie zmieniać. Nagle złożone z ogromnych płyt otoczenie zaczęło ożywać. Dosłownie setki otaczających mnie potępionych barw, niespodziewanie zbliżało się do mnie. Kiedy już znajdowały się przy mnie, rozpoczęły ucztę. Pożerały moją duszę! Bólu nie dało się porównać z jakimkolwiek innym. Natomiast strach i obrzydzenie mi towarzyszące stały się zupełnie inną kwestią. Ogrom emocji zdominował mnie w niemożliwy do opisania sposób. Każde dotknięcie barwnej bestii wydawało mi się dotknięciem żywego ognia. Nieziemskie istoty w dotyku wydawały się przy tym bezgranicznie obrzydliwe, jak jakieś paranoidalne urzeczywistnienie koszmarów arachnofoba. Wydawały przy tym dźwięki tak nieludzkie, że wywołana przez nie groza była nie do opisania. Wolałbym już zostać przepiłowany na pół! Demoniczne barwy pochłaniały moją duszę, a ja tak nagle, jak zostałem porwany, ocknąłem się przed komputerem czytając ostatnią linijkę. Rozejrzałem się po pokoju i z niedowierzaniem dostrzegłem Rafała, a raczej coś, co z niego zostało. Jego tors, głowa i ręce wisiały powieszone na kablu komputerowej myszki, na długiej rurze od kaloryfera. Z rozciętych na nadgarstkach żył kapała jeszcze świeża krew. Na ziemi bezwładnie leżały obcięte, obdarte ze skóry nogi. Na biurku dostrzegłem zakrwawiony nóż do masła. Machinalnie wyjąłem z kieszeni pendrive’a i zgrałem sobie demoniczny poemat.

Nie jestem przerażony tym co spotkało Rafała, a nawet tym, że to samo spotka i mnie kiedy dokończę swój fragment poematu. Przerażało mnie jedynie to, że czułem w sobie pustkę. Wiedziałem już jak wygląda moja cała pośmiertna przyszłość, a malowała się niestety różowo.