Cortus

Pięść uderzyła Neriva w twarz tak, że aż przewrócił się na plecy. Siedemnastoletni, młody Arestog przeczuwał, że jego o trzy lata starszy i dużo większy przeciwnik spodziewa się kontrnatarcia. Leżąc, krzyknął, a purpurowe strugi energii błyskawicznie popłynęły w stronę rywala. Pomimo tego, że starszy zdążył w ostatniej chwili okryć się polem siłowym to i tak siła zaklęcia zmusiła go do cofnięcia się o kilka kroków. Neriv zaatakował magicznym atakiem jedynie po to, aby zdekoncentrować przeciwnika, a kiedy tarcza znikła czekał już przy nim. Kopnął go w kolano, a następnie zaatakował serią ciosów w twarz. Tłukł rywala, jakby zamierzał zmusić go do poddania się lub czekać aż straci przytomność. Starszy był jednak sprytny i zamiast podnieść gardę, po kolejnym ciosie, uchylił się jedynie i uderzył na oślep. Neriv to przewidział, był na to przygotowany, uskoczył w bok i jeszcze w powietrzu wyprostował nogę, zaraz na uszkodzonym kolanie przeciwnika. Kończyna starszego nienaturalnie zgięła się do wewnątrz. Młodszy odbił się od ziemi i drugim kolanem uderzył w nos, otumaniając przeciwnika. Lord magister postanowił przerwać pojedynek. Przeciwnik Neriva nie miał szans.

Chłopak posiadał niesamowite zdolności zarówno w walce wręcz, jak i magii. Zwycięstwa młodego Arestoga z kilka lat starszymi adeptami Królewskiej Szkoły Rycerskiej w Xyranalu nie stanowiły już sensacji. Neriv wygrywał z każdym. Inni uczniowie podziwiali go. Niektórzy pytali nawet, skąd ma w sobie taką siłę i determinację, ale on sam tego nie wiedział. Choć może jedynie bał się odpowiedzi.

Ciężko było przyznać mu się nawet przed samym sobą, że kiedy czuł, że przegrywa wyobrażał sobie, że walczy ze swoim ojcem – Naraalem. Młody Arestog nie przyjmował do wiadomości tego, że w swojej głowie to właśnie ojcu zmiażdżył nos i połamał kolano. Nie potrafił zrozumieć, skąd w nim tyle niezrozumiałej złości do kogoś tak bliskiego. Cały czas toczył wewnętrzny bój o to, czy go kochał, czy zwyczajnie nienawidził.

Możliwe, że to przez brak matki, którą ojciec nie zawsze potrafił zastąpić. Możliwe, że trudno było mu dorastać w cieniu człowieka, który ze zwykłego chłopa stał się jedną z największych osób w królestwie, jako syn bohatera, którego pomniki stoją w każdym mieście Xynthialu.

– Gratulacje! – odezwał się triumfalnie lord Quankos. Stał jak zwykle w zbroi, pełen dumy. Ogromne, niebieskie oko zajmowało całą jego pierś. Mimo ciepłych słów, w głosie nauczyciela słyszalna była łatwa do wychwycenia gorycz. – Jesteś zwolniony z reszty zajęć, idź odpocząć.

Naraal, nadal otumaniony walką, opuścił salę i ruszył w stronę swojego lokum.

Przyczyna, łatwo dostrzegalnego w głosie lorda magistra, żalu była Nerivowi znana. Nauczyciel walki pochodził z bardzo starego, jeszcze grithianskiego rodu znanego z wojowniczości. Sam był jednym z najbardziej hardych i honorowych wojowników, problemem był niestety jego syn – Nuri. Najmłodszy Quankos był chuderlakiem i tchórzem. Ojciec wywierał na nim dość dużą presję, ale nigdy nie miało to odpowiedniego skutku. Nerivowi często zaprzątało to myśli, bo widział, że Serik wolałby, żeby Neriv był jego synem, natomiast Nuri wolałby umrzeć niż zawieść swego ojca. Neriv czuł, że ofiara losu, jaką był potomek nauczyciela go nienawidzi, podczas gdy jemu było go po prostu żal.

Szczęk obracanego w zamku klucza i otwierające się drzwi przynosiły spokój. Neriv lubił moment, kiedy po dobrej walce wracał do swojego ,,sanktuarium”. Nigdy nie miewał wtedy problemów z zaśnięciem. Satysfakcja przechodziła przez jego ciało, kojąc ból z odniesionych ran i urazów. Kąpiel w gorącej wodzie traktował jako preludium błogiego snu.

Kiedy przepasany ręcznikiem wyszedł z łaźni do pokoju, zobaczył leżący na stole list ostemplowany Czarnym Okiem. Zapalił kryształ nad swoim łóżkiem. Położył się, rozerwał kopertę i zaczął czytać list od rodzica.

Zrozumiał z tekstu, że ojciec zachorował i chciałby się z nim zobaczyć. Posłusznie, już następnego ranka, wyruszył do Irnikralu – dumy jego ojca. Naraal chwalił się krainą nie dlatego, że dostał ją od samego króla za wyjątkowe zasługi, ale dlatego, że otrzymał ruinę i głodującą wieś, a pod jego opieką odrestaurowano zamek, a chłopi żyli dostatnie. Wszystko dzięki odpowiedniej organizacji i sile pracy kościanych golemów.

Droga lądowa ze stolicy do Irnikralu mogła zająć nawet parę dni, jeśli akurat wielkie jezioro irnifalskie zalewało okoliczne bagna, jednak Neriv wylatując do nauki otrzymał Vexyrana – czerwonołuskiego wija. Droga zajmowała mu zaledwie parę godzin. Skrzydlate węże stały się dość popularne w Xynthialu, choć nadal stać na nie było jedynie bogatych.

Neriv martwił się po drodze i nawet zapierający dech w piersiach widok rozciągającej się pod nim błękitnej tafli go nie uspokajał. Jego ojciec miał skłonności do hipochondrii i wmawiania sobie chorób, jednak wykształcenie syna było dla niego priorytetem. Sam pochodził z rodziny niepiśmiennych chłopów, więc ukończenie Królewskiej Szkoły Rycerskiej było dla niego bardzo ważne, nie odrywałby go od uczelni bez powodu.

Po paru godzinach lotu chłopak zobaczył wreszcie twierdzę i obniżył lot, przygotowując się do lądowania. Przy stajni oddał Vexynara po czym szybkim krokiem ruszył przez kamienny dziedziniec w stronę apartamentów lorda. Strażnicy, widząc go, w milczeniu zasalutowali i otworzyli przed nim wysokie, drewniane wrota. Ku jego zaskoczeniu w korytarzu przywitał go ojciec.

– Dobrze, że przyleciałeś, synku – powiedział, zanim Neriv zdążył otworzyć usta, po czym uściskał go serdecznie.

– Myślałem, że jesteś chory – zdziwił się.

– Gdyby nie choroba, nie odwiedziłbyś własnego ojca? – zapytał retorycznie. – Źle się czułem, ale dzisiaj już jest mi lepiej.

Neriv spojrzał podejrzliwie na ojca. Coś w jego zachowaniu wyraźnie mu nie odpowiadało. Na pierwszy rzut oka był to Naraal, jednak przypatrując się bliżej, odnosił wrażenie, że coś wyraźnie jest nie tak.

– Byłeś u maga lub medyka? – zapytał.

– Skoro już mi lepiej to chyba nie ma sensu, prawda? Wyszedłem naprzeciw tylko się z tobą przywitać i zaraz wracam do pracy – odrzekł, po czym zaczął niespiesznie wspinać się po schodach, odwrócił się i dodał:

– Porozmawiamy przy kolacji, dobrze?

– Tak – odpowiedział chłopak.

Neriv patrzył jak ojciec znika za rogiem, jednak niepokój nie mijał, coś wyraźnie było inaczej niż zwykle. Naraal wydawał się na swój sposób inną osobą. To uczucie było subtelne, ale chłopak zaczynał się martwić.

Niepokój nie mijał aż do wieczerzy, ale tam uspokajający trzask ognia w kominku oraz domowe jedzenie wpływały kojąco. Po posiłku zabrali po bukłaku słabego wina i tradycyjnie przeszli się po oświetlonych alejkach otaczających twierdzę. Słodki, specyficzny zapach ciepłego powietrza środkowych dekarów irnikralijskiej pory drzewa uspokajał. Był to zapach dzieciństwa Neriva, a w połączeniu z działaniem trunku spowodował, że niepokój opuścił go całkowicie. Naraal powiedział, że choć miło jest się zobaczyć, to syn powinien wracać do swoich obowiązków już następnego popołudnia.

Kiedy Neriv zjawił się na śniadaniu, okazało się, że ojciec wyleciał o świcie i wróci dopiero wieczorem, co skłoniło go do zmiany planów i wylotu wprost po jedzeniu. Pomimo tego, że zaledwie parę godzin po południu był już w swoim sanktuarium, jeszcze przez jakiś czas nie opuszczało go uczucie, że coś jest nie tak. Dopiero następnego ranka przestał się tym martwić.

Niestety, dekar później, chłopak znalazł kolejną kopertę opieczętowaną Czarnym Okiem, leżącą na stole.

Wyruszył od razu i zaledwie po paru godzinach patrzył już na promienie zachodzącego słońca malujące mury Irnikralu na złoto. Neriv kochał twierdzę, jej zapach, kolor, kształt, umeblowanie, dosłownie wszystko. Wychował się w niej, znał każdy kamień i drzewo. Pamiętał miejsca zabaw z innymi chłopakami, skrytki i kryjówki. Wiele wspomnień wiązało się ze zwykłymi ścieżkami, którymi chodził i polanami, na których ćwiczył szermierkę. Teraz jednak, po raz pierwszy, spojrzał na mury jako na całość, jako na spuściznę, dom. Twierdza kojarzyła mu się z całym dobrem jakiego doświadczył na tym świecie, również z ojcem.

Wszak czego uczymy się od rodziców, jeśli nie dobroci? – zadał sobie pytanie, choć nie miał pojęcia, skąd przyszło mu to do głowy.

Spadł deszcz.

Cień ciągnący się za murami powiększał się, aż wreszcie zlał się z mrokiem. Twierdza tonęła w ciszy podkreślanej monotonnym szumem, przerywanym jedynie niskim dźwiękiem wydawanym przez wachlującego skrzydłami wija. Kiedy skrzydlaty wąż wylądował, Neriv zeskoczył na ziemię i nie czekając na stajennego, odprowadził gada do stajni. Schowani pod daszkiem, w budce przy bramie, strażnicy grali w karty i nawet nie zauważyli postaci w płóciennym płaszczu wchodzącej do twierdzy.

Nikt go nie przywitał.

Przeszedł korytarzem. Na podłodze wił się długi, czerwony dywan, ściany wyłożone były beżowymi cegłami piaskowca, kryształowe żyrandole zwisały z wyłożonego ciemnobrązowymi płytkami sufitu. Otworzył drzwi z ciemnego drewna prowadzące do apartamentu ojca. Zastał go leżącego w łóżku.

– Witaj, ojcze.

– Witaj, synu – odpowiedział mu słaby głos wydobywający się spod pościeli.

Neriva od razu ogarnął niepokój. Miał wrażenie, że z Naraalem jest coś nie tak, w ten sam sposób, jaki czuł przeszło dekar wcześniej. Zgadywał, że miało to coś wspólnego z jego wysławianiem się.

– Jak się czujesz? – spytał. – Co ci właściwie jest?

– Wiesz, ostatnio… słabo się czuję. Coś jest nie tak. Boli mnie głowa, drętwieją nogi. Niby nic, ale czuję, że coś jest nie tak.

Chłopak wiedział, o czym mówi ojciec, choć pewnie odczuwali to w inny sposób.

– Wołałeś jakiegoś medyka? Maga? Kogokolwiek? – spytał syn.

– Niedługo mi przejdzie, Neri – odpowiedział cicho. – Muszę tylko odpocząć.

– Po co mnie wzywasz? – spytał Neriv, ale poczuł, że wzbiera się w nim gniew. – Wezwij jakiegoś maga, niedaleko jest Irnifal! Niech ktoś cię obejrzy! Napisz do kogoś, kto może ci pomóc! Niech cię chociaż zbada! – krzyczał, bo wiedział, że ma rację. – Zamierzasz leżeć i użalać się nad sobą? Skoro widzisz, że coś jest nie tak powinieneś coś z tym zrobić.

Naraal milczał. Szum deszczu wdzierał się do pokoju przez niedomknięte okno. Neriv rozejrzał się po apartamencie. Złość z niego zeszła i teraz nie wiedział, co ma powiedzieć. Cisza szybko stała się nieznośna, więc aby ją przerwać zapytał:

– Chcesz jakąś książkę do poczytania?

– Nie, i tak nie mogę czytać – rzekł słabym głosem Naraal. – Nie widzę liter.

Chłopak zacisnął pięści, aż zbielały mu kostki. Furia wróciła ze zdwojoną siłą, ale nie mógł być na niego zły, przede wszystkim się martwił. Wychował się bez matki, nie chciał stracić też ojca. Odwrócił się i zamierzał wyjść do swojego apartamentu, ale stojąc już w drzwiach przystanął, zawahał się, odwrócił do ojca i zapytał:

– Jak było na tej wyprawie, którą odbyłeś kilka dekarów temu? Nie rozmawialiśmy jeszcze o twoim wyjeździe do Andaronu.

– Dobrze, nawet kupiłem ci pamiątkę… ale rozpadła się – powiedział. – Porozmawiamy kiedy indziej, dobrze?

– Dobranoc, tato – powiedział. Nie do końca zrozumiał informację, którą otrzymał od ojca, dlatego postanowił ją zignorować. Wyszedł i zamknął za sobą drzwi. Usłyszał tylko ciche dobranoc przebijające się przez grube drewno. Neriv obiecał sobie, że następnego dnia sam wezwie maga.

Z samego rana wybiegł na dziedziniec, po czym swoje kroki skierował w stronę stajni. Wyprowadził Vexynara i poleciał w stronę metropolii rodzinnej twierdzy – miasta Irnifal. Niecałą godzinę później szedł już wybrukowanymi uliczkami. Następnie skręcił w stronę najwyższej wieży widocznej nawet z rodowego Irnikralu. Gildia magów Irnifalu, tam przebywał przyjaciel ojca – Ewen Anstre. Neriv świetnie go znał, choć nie widział go od miesięcy. Kiedyś często przylatywał do twierdzy. Wtedy rozmawiali z ojcem całymi nocami i grali do rana w karty, popijając wino i paląc cygara.

Neriv nie musiał go namawiać. Wystarczyło, że powiedział, że ojciec go potrzebuje, a mag niezwłocznie zaczął przygotowywać się do przyjazdu. Miał przybyć jeszcze tego samego dnia, wieczorem.

Parę godzin później, kiedy słońce powoli chyliło się ku zachodowi Neriv wyszedł na dziedziniec, aby przywitać nadlatującego Ewena. Po zgrabnym lądowaniu mag bezzwłocznie ruszył w kierunku dobrze mu znanych apartamentów lorda.

– Czuję tu… dziwność.

– Słucham? – spytał Neriv, trzymając potężne drzwi prowadzące do kwater Irnikralu.

– Nie czujesz? – stwierdził mag. – Dziwna aura, jakby spoza tego świata.

– To źle, prawda? – chłopak odezwał się po chwili zastanowienia.

Ewen jedynie spojrzał na niego i przytaknął, wydawał się smutny. Minęli grube drzwi z ciemnego drewna.

– Witaj Ewenie! Co cię sprowadza? – Naraal starał się udawać pełnego sił i wesołego, jednak głos jaki z siebie dobył przypominał jedynie żałosny szept.

– Młody mnie wezwał, twierdzi, że chorujesz – uśmiechnął się mag.

– Trochę pobolewam, ale żeby od razu ciągnąć cię aż z Irnifalu? – zażartował lord. Wyraźnie zmuszał się do uśmiechu. Neriv zastanawiał się, czy Ewen również zauważył tę charakterystyczną zmianę w ojcu.

– Do rzeczy. Jak się czujesz? – zainteresował się mag.

Stanął nad chorym i przyjrzał mu się dokładnie.

– Bóle głowy, drętwienie nóg, problemy ze wzrokiem. Tylko nie takie normalne, jakieś inne. Zdaje mi się jakby… jakby… – urwał.

Widać było, że próbuje skoncentrować się na tym, co mówi. Neriv odnosił wrażenie, że ojciec nie może przypomnieć sobie konkretnego słowa. Obaj patrzyli na niego, czekając na kontynuacje wypowiedzi.

– No… wiesz… odcina mi jakby. Tak! Odcina mi jakby pole wzroku.

– Jak długo to trwa?

– Pierwszy raz może cztery dekary temu. Potem wszystko ustało, no i jakiś dekar temu miałem kolejny, można powiedzieć… nawrót.

– Ciekawe… zbadam cię – powiedział mag.

Rzucił znaczące spojrzenie każące chłopakowi wyjść. Neriv od razu ruszył ku drzwiom, ale nie odszedł daleko. Patrzył przez uchylone drzwi, jak pokój zaczyna mienić się setkami różnych kolorów: zieleń i błękit odbijały się na suficie. Róż przez sekundę nawet go oślepił, lecz zaraz po nim pomieszczenie zalał łagodny fiolet. Chłopak normalnie podziwiałby feerię milionów barw, rzucających widma po półkach wypełnionych książkami, ale czuł zbyt wielki niepokój. Wciąż myślał o tym, co mówił Ewen, o dziwacznej aurze nie z tego świata oraz o tym dziwnym poczuciu, że ojciec w jakiś sposób jest inny. Po kilkudziesięciu minutach nagle wszystko ustało.

– Interesujące – dobiegł go głos maga.

– Czy już wiesz, co mi jest? – spytał, słabym głosem Naraal.

– Tak! – odpowiedział Anstre. – Wszystko w porządku. Jesteś trochę zmęczony. Teraz tylko wykonam parę operacji. Dzięki nim powinieneś odpocząć. Nie możesz się przemęczać.

Neriv, przytulony do ściany, odetchnął z ulgą. Cicho ruszył w stronę schodów na dół, na spacer. Przeszedł przez wyłożony kamieniem dziedziniec i kiedy minął wielką bramę wejściową, zobaczył nocny krajobraz. Wciągnął do płuc powietrze i poczuł charakterystyczny zapach, czuć było nadchodzącą porę demona, kiedy śnieg przykryje ziemię. Głęboko oddychał, jakby chciał złapać jak najwięcej charakterystycznego słodkiego zapachu irnikralijskiej pory drzewa. Spojrzał na górującą na nieboskłonie Tyryię, czerwony księżyc, Naer, biały, zbliżał się już ku zachodowi. Za niecałe dwa dni zniknie za horyzontem.

W oddali, tuż poniżej linii drzew, dostrzegał domy miejscowych rzemieślników. Z daleka słychać było chrzęst kości pracujących golemów. Neriv kopnął kamień, który podskoczył parę razy, po czym odbił się od wystającego kawałka bruku i wyskoczył wysoko, po to tylko, by po chwili zniknąć w trawie. Spacer i chłodne powietrze rozjaśniły mu umysł i orzeźwiły go. Mógł już wracać do ojca.

– … no i widzisz, ona mi na to, że ja już jestem za stary – z daleka było słychać wesoły głos maga.

– Ha! Ha! Ha! Ha! – zaśmiał się Naraal. Był to taki sam śmiech, jaki chłopak zapamiętał. – Wiesz co? Dzięki tym twoim magicznym sztuczkom, czuję się już dużo lepiej!

– Mam nadzieję! Właściwie to musisz! – odrzekł wesoło. – A póki co, to ja wracam do Irnifalu, ale odwiedzę cię jeszcze. Dziś mam sporo roboty.

– Skoro musisz – powiedział ojciec. – Wiesz… mógłbyś zostać… napilibyśmy się wina albo bourbonu.

– To wykluczone, nie możesz. Zabraniam ci! Musisz wyzdrowieć – skarcił go.

– Ech… – westchnął.

– Jutro wyjeżdżam – oznajmił mag. – Zdrowiej!

Neriv czekał przed drzwiami. Kiedy Ewen wyszedł, złapał młodego za rękę i pociągnął za sobą, zupełnie jakby wiedział, że chłopak tam się znajduje.

– Musimy porozmawiać – stwierdził mag, a kiedy odeszli na parę kroków kontynuował cicho. – Nie wiem, co dolega twojemu ojcu. Nie wygląda mi to na zwyczajną chorobę. Odnoszę wrażenie, że dotyka ona nie tylko ciała, lecz także duszy. Wydaje mi się, że Naraal został dotknięty bardzo potężną klątwą. Wyczuwam w tym czerń, demoniczną moc.

– To znaczy, że mój ojciec umrze? – zmartwił się Neriv. Poczuł, że jego ciało ogarnia panika, miał wrażenie, że czuje jej lodowaty ucisk na swojej szyi. Niemal fizyczny ból zaczął rwać jego ciało, a świat zawirował mu przed oczami. Wszystko się zmieniło. Modlił się o prostą odpowiedź, bo bał się, że skomplikowanej mógłby nie zrozumieć.

– Poproszę arcymaga Irnifalu i spróbuję dostać się jakoś do jego odpowiednika w Xyranalu, ale jeśli nie uda im się to… obawiam się, że jest taka możliwość – powiedział. Naraal był jego przyjacielem, było to trudne również dla niego. – Jesteś już prawie dorosły chłopcze. Niestety.

Nerivowi zdawało się, że ojciec i Ewen śmiali się jak za starych, dobrych czasów, ale tylko jeden z nich śmiał się szczerze. Drugi w myślach właśnie żegnał przyjaciela.

Mag ruszył do kwatery, która zawsze była mu przydzielana, właściwie to była jego pokojem. Neriv został na korytarzu sam. Patrzył w ścianę w apatii, nie wiedząc, co ma ze sobą zrobić. Miał dopiero siedemnaście lat, a już miał się usamodzielnić? Miał zostać sierotą? Wziął głęboki wdech i pomyślał, że na pewno wszystko będzie dobrze. Ostatecznie: zawsze było.

Spróbował wejść do ojca, ale drogę zastąpiła mu niemoc. Zdawało mu się, że nie może zrobić kroku, bo przygnębienie sparaliżowało go, oplatając całe ciało mackami żalu. Najgorszy był ten pierwszy krok. Kiedy już udało mu się go postawić, wziął kilka głębokich wdechów i wyprostowany wszedł do pokoju. Uśmiechnął się do niego, starał się, żeby ten uśmiech nie wyszedł sztucznie, trupio. Usiadł obok łoża i zapytał:

– Jak się czujesz?

– Dobrze synku, ale chcę spać – odrzekł Naraal, nawet się nie odwracając.

– Dobranoc, tato – pozdrowił go.

Wstał, sięgnął ręką po kryształ i przekręcił go, wyłączając poblask. Wychodząc, starał się cicho zamknąć drzwi. Poszedł do swojego pokoju i zaczął szukać odpowiednich atrybutów. Wziął pióro, najpiękniejszy papier, jaki znalazł i zaczął pisać do Ereitana II Xynthii. Naraal był przecież bohaterem, król znał go osobiście, monarcha musiał im pomóc.

Tej nocy sen nie chciał nadejść, a kiedy wreszcie udało mu się zasnąć, męczyły go koszmary. Śniły mu się dziwaczne, szarawe potwory o mazistym, bezbarwnym cielsku i milionach oczu. Stały nad leżącym w swoim łóżku Naraalem i co chwilę wbijały w niego dziwaczne odnogi. Zdawało się, że karmią się jego życiem, ojciec krzyczał z bólu, ale nie mógł się ruszyć. Najbardziej przerażające w tych demonicznych stworzeniach były ich oczy. Miliardy pustych, wiecznie wpatrzonych i wszystko obserwujących oczu, które nieustannie znikały w amebicznym cielsku tylko po to, aby pojawić się gdzie indziej.

Neriv obudził się z krzykiem i wszechogarniającym lękiem. Ta jedna z najgorszych nocy w całym jego dotychczasowym życiu była jedynie zwiastunem tego, co miało nastąpić.

Od koszmaru minął dekar, Tyryia chyliła się ku zachodowi, a lord Naraal zdawał się wbrew wszystkiemu odzyskiwać siły. Początkowo zaczynał wstawać, ale już po paru dniach siadał przy biurku i pracował. Widząc to, pełen optymizmu Neriv, przypomniał sobie, co zawsze było dla jego ojca najważniejsze – edukacja syna. Wysłał list do lorda rektora, gdzie starał się wyjaśnić swoją absencję oraz poprosić o specjalne traktowanie.

Dzień po zajściu Tyryi – czerwonego księżyca, z Irnifalu powrócił Ewen, tym razem z gościem.

– Vanor ger Delmen, lord arcymag Gildii Magów Irnifalu – oznajmił staruszek, po czym ruszył w stronę drzwi wejściowych, ignorując młodego. Neriv po krótkiej chwili ruszył za przygarbioną postacią.

– Przybyłem z odsieczą – powiedział Ewen, doganiając chłopaka. – Zaprowadźmy Lorda ger Delmena do twojego ojca.

Służba odebrała od maga lejce od wijów, po czym obaj ruszyli za arcymagiem w stronę kwater. Dogonili starca dopiero na korytarzu, ale Ewen wszedł jako pierwszy do kwatery Naraala.

– Witaj Naraalu, jak się czujesz?

– Witaj Ewenie, przyleciałeś w odwiedziny?

– Tak, nie jestem pewien wyników swoich badań.

– Co? Przyprowadziłeś tu jakiegoś szarlatana? – powiedział Naraal, patrząc na wchodzącego, starszego mężczyznę.

– Ekhm… – odchrząknął nerwowo mag. – To mój przełożony, arcymag Irnifalu.

– Przepraszam, lordzie arcymagu – speszył się lord Irnikralu.

– Przybyłem, aby cię przebadać, lordzie. Lord Anstre martwi się o twój stan zdrowia, dlatego też prosił mnie o nieco bardziej szczegółowe zdiagnozowanie – odrzekł staruszek, po czym wyciągnął bardzo powoli lekko drżącą rękę i dodał – Vanor ger Delmen.

– Skoro to takie interesujące, to oczywiście.

– Obiecuję, że jak tylko lord się położy wygodnie, ja rzucę kilka czarów, których nawet nie poczuje, po czym opuszczę komnaty najszybciej jak to możliwe. Proszę się nie martwić.

– Oczywiście. Przejdźmy więc do rzeczy – powiedział Naraal z poważną miną.

– Potrzebujesz pomocnika, lordzie? – zainteresował się Ewen.

– Nie. Chcę być sam na sam z badanym.

Wyszli. Neriv czekał pod drzwiami, nerwowo chodząc w kółko. Zaprzyjaźniony mag oparł się o ścianę i patrzył pod nogi. Milczeli. Rytuały przeprowadzane przez lorda arcymaga wydawały się bardzo potężne, niektóre rozbłyski magicznej energii zdawały się przebijać przez ściany, powodując kolorowe wykwity na beżowej cegle. Ewen tłumaczył, że diagnostyka to odłam magii wymagający wiele precyzji i delikatności. Mówił, że po samych błyskach można było ocenić, jak potężny jest ger Delmen, ale Neriv prawie nie słuchał. Wywołane żalem otępienie, trzymało go w swojej garści tak mocno, że nie mógł się skupić. Kiedy w końcu usiadł, patrzył jak zahipnotyzowany w ścianę dzielącą ich od pokoju ojca. Samo badanie wydawało się ciągnąć tak długo, że smutek wprowadził w końcu chłopaka w swoisty letarg. Nawet nie zauważył, kiedy syczące dźwięki umilkły, unoszące się feerie barw znikły, a w drzwiach ukazał się znajomy starzec.

– Miałeś rację, to wyjątkowo potężna klątwa, sądzę, że spoza tej sfery. Możliwym jest, że to nawet przekleństwo z samej czarnej sfery. Nie myliłeś się – powiedział, kierując słowa w stronę lorda Anstre.

– Potrafisz coś z tym zrobić? – usłyszał swój głoś Neriv. Arcymag obdarzył go krótkim, zdegustowanym spojrzeniem, po czym powrócił do Ewena.

– Niestety, nie potrafię dokładnie zidentyfikować zaklęcia, a co dopiero go pokonać. Nie potrafię nic z tym zrobić, ale przyjrzę się starym zapiskom legendarnego mistrza Aeiritiusa z Błogosławionego Imperium, słyszałeś o nim? – zadał pytanie, patrząc na chłopaka tak jakby oczekiwał odpowiedzi, jednak od razu odwrócił się, ruszył w stronę bramy wyjściowej, na nikogo nie zwracając uwagi. – On mógł coś o tym wiedzieć. Czas goni – mamrotał jeszcze pod nosem, a kiedy już znikał za rogiem, z jego ust wyrwało się krótkie – żegnam.

Ewen patrzył chwilę na czerwony dywan, na którym jeszcze chwilę wcześniej stał jego przełożony, wziął głęboki wdech, po czym wszedł do pokoju lorda.

– Arcymag nic nie znalazł. Wygląda na to, że jesteś zdrowy! – mówił, bardzo dobrze udając uśmiech.

– Mówiłem ci, że czuję się lepiej. To ty wbrew mnie postanowiłeś wzywać jakichś szarlatanów – westchnął ciężko Naraal, uśmiechając się z lekka.

– Dobrze, że nic ci nie jest – dodał Neriv, który właśnie pojawił się przy jego łożu. Złapał ojca za rękę.

Ewen miał wrócić do Irnifalu dopiero następnego ranka, więc cała trójka spędziła resztę wieczoru i całą noc na długich rozmowach. Kiedy wyszli z pokoju, słońce już ukazywało się na horyzoncie, oświetlając pokryty ciemnością bezksiężycowych nocy las widoczny z okna twierdzy. Jeszcze przed pójściem spać, nad ranem, Ewen odprowadził Neriva do komnaty i powiedział:

– Nie trać nadziei, odezwę się jeszcze do arcymagów Nerokralu i Xyranalu – uśmiechnął się blado, ale to mu nie wyszło, był wyraźnie zmęczony.

– Może ojciec sam wyzdrowieje? Przecież czuje się coraz lepiej – powiedział Neriv, stojąc przy drzwiach z ciemnego drewna.

– Zawsze możemy mieć taką nadzieję, na to powinniśmy liczyć, ale… – urwał na chwilę, jakby chciał ponownie przemyśleć, co chce powiedzieć – …myślę, że powinieneś przygotowywać się na najgorsze.

– Napisałem list do króla – westchnął Neriv, ziewnął niedbale, zakrywając usta pięścią i dodał – nawet w podręczniku przeczytałem, że Trupia Korona nigdy nie odpłaci się ojcu.

– Mądrze, dobry pomysł, popieram. W tym momencie, jeśli nawet arcymag Xyranalu nie będzie w stanie pomóc twojemu ojcu, to Ereitan powinien się tym zainteresować. Myślę, że jest wtedy dużo większa szansa na powodzenie, a póki co, chodźmy spać.

– Dobranoc – powiedział Neriv, nacisnął klamkę i zniknął za drzwiami.

Szybko zasnął, ale spał źle. Śnił o czarnej postaci, która się do niego zbliżała. Zakapturzona persona, dzierżąca w ręku kosę – Przewodnik. Poruszała się śmiertelnie powoli, zmierzając niechybnie w jego stronę. Miała dokładnie zasłoniętą twarz, ale widział jej oczy. Były to jego oczy, jego i matki. Przewodnik zdawał się jednak go nie zauważać, przeszedł przez niego, jakby ten nigdy nie istniał. Neriv odwrócił się i zobaczył leżącego na ziemi ojca. Naraal jeszcze oddychał, choć był blady i wydawał się bardzo stary. Z jego ciała wyrastały dziwne macki znikające w ciele bezkształtnego i bezbarwnego potwora o milionie oczu. Znowu obudził się ze łzami w oczach.

Ewen wyleciał do domu z samego rana, kiedy Neriv jeszcze spał. Naraal zdawał się jednak czuć znacznie lepiej. Do tego stopnia, że chłopak poczuł się niepotrzebny. Tuż przed dekarem drugiej ciemności, wyleciał do Xyranalu, kontynuować naukę.

Powrót do szkoły KSR nie dawał ukojenia. Nie mógł się skoncentrować na nauce w żaden sposób. Pożerał go żal, zaczął nawet przegrywać walki. Może nie mógł czerpać swojej siły ze specyficznej zawiści do ojca? Przynajmniej nie teraz, kiedy ten był chory.

Dwa dni przed wzejściem Eferi – zielonego księżyca i rozpoczęciem pory demona na stole znów znalazł kopertę. Papier i atrament był ten sam, co zwykle, lecz charakter pisma jakiś inny. Litery stawiane przez ojca zdawały się jakieś krzywe, drżące. Niektóre z nich były pomieszane. Od samych znaków Neriv czuł nietypową grozę. Poleciał do domu.

Naraal krzyczał. Nie był to bitewny okrzyk ani podirytowany głos. Był to krzyk człowieka ogarniętego bólem. Przewodnik zbliżał się, postukując drewnianym trzonkiem kosy z każdym powolnym krokiem. Neriv próbował stanąć na jego drodze, ale czarna postać przeniknęła bez przeszkód przez ciało chłopaka. Śmierć w ogóle go nie zauważała. Próbował rzucić czar, ale jego moc nie była mu posłuszna. Niespodziewanie poczuł uderzenie.

Kilka metrów pod sobą zobaczył nieprzeniknioną toń jeziora. Musiał zasnąć i zsunąć się z wija, szczęśliwie Vexynar był mocno zżyty z chłopakiem i złapał go w powietrzu. Neriv pochwycił lejce i skorygował lot bestii, tym razem zapiął pasy. Pogłaskał skrzydlatego węża po pysku. Głupio byłoby umrzeć w drodze, tak blisko domu, kiedy był potrzebny swojemu ojcu, na samym początku przygody.

– Witaj synku, dobrze cię widzieć – odrzekł lord, leżąc w łóżku.

Neriv poczuł przygnębienie od razu, kiedy wyłapał ten specyficzny ton rozmowy.

– Witaj ojcze. Co się dzieje? Wzywałeś Ewena? – denerwował się.

– Tak, jutro był, rozmawialiśmy trochę – odpowiedział.

– Chyba wczoraj? – poprawił go syn.

– Tak, tak. Wczoraj… Wiesz… Mieszają mi się słowa. A i czeka na ciebie… – tutaj Naraal zrobił przerwę. Widać było, że stara się przypomnieć sobie odpowiednie wyrażenie. Trwało to parę, bolesnych dla obu, uderzeń serca. – Koperta.

– List?

– Tak, tak! List. Czeka na ciebie, tam, na stole – przez jego głos przebijało zmęczenie.

– Dobrze, potem przeczytam.

– Idź. Co będziesz siedział ze starym. Potem do mnie przyjdziesz. Najważniejsze, że tutaj jesteś – powiedział lord, starając się uśmiechnąć.

Do końca życie Neriv zastanawiał się, czy ojciec nie prosił go wtedy, żeby z nim został.

List był od samego Ereitana II Xynthii. Koperta nie była ruszona, widać nawet Naraal nie chciał czytać wiadomości od króla, a może po prostu nie mógł? Ereitan pisał, że przed wzejściem Naeru do twierdzy przybędzie arcymag Xyranalu i niezwłocznie przebada chorego.

Młody Arestog postanowił czekać w Irnikralu na pojawienie się białego księżyca wspomnianego przez króla. Większość dnia siedział przy ojcu, przynosił mu herbatę i jedzenie. Starał się dużo z nim przebywać, choć nieustannie walczył z ogarniającym go przerażeniem. Sam widok chorego budził żal w chłopaku, ale ilekroć ojciec się odzywał jego syn bladł. Naraalowi bardzo często myliły się słowa lub w ogóle nie mógł ich sobie przypomnieć. Przestał być błyskotliwy, stracił poczucie humoru i denerwował się z każdego powodu. Zdawało się, że przerasta to ich obu.

Świadomość tego, że własne ciało odmawia posłuszeństwa jest czymś strasznym, ale lord na własnych oczach przestawał być sobą i choćby nie wiadomo, jak bardzo próbował, nie miał wpływu na to, co się działo z jego duszą. Neriv nie potrafił wyobrazić sobie koszmaru swojego ojca.

Kiedy Eferi, zielony księżyc, był już wysoko, spadł pierwszy śnieg. Neriv przeniósł ojca na fotel skierowany na okno i zgasił światło. Kominek w komnacie rozświetlał blado pokój, trzaskając wesoło. Obaj spędzili wieczór, wpatrując się w bielący się świat i pijąc gorący czaj. Zdawało mu się, że rozmawia ze swoim ojcem po raz pierwszy. Nie była to zwykła, jałowa konwersacja rodzica z dzieckiem. Wydawało mu się, że dyskutowali jak prawdziwi przyjaciele, ludzie, którzy doskonale się znają, ale od lat nie mieli okazji się spotkać. Neriv pierwszy raz opowiadał z pasją o swoim życiu i mówił to, co naprawdę było dla niego ważne. Mówił o swoich przyjaciołach, marzeniach, miłościach oraz życiowych planach. O tym, co się dzieje w jego życiu, jak dobrze sobie radzi z nauką i jak inni mu zazdroszczą. Pierwszy raz otworzył się przed ojcem. Wspominał mu nawet o Quankosach, ambitnym Seriku i jego tchórzliwym synu – Nurim. Naraal patrzył na syna z dumą, którą ten dopiero teraz poczuł wyraźnie, ojciec mu doradzał, a chłopak chyba pierwszy raz wiedział, że ma w nim oparcie. Pierwszy raz miał wrażenie, że odbył rozmowę, która była coś warta. Wydawało się, że obaj uświadomili sobie wtedy, jak naprawdę są dla siebie ważni.

Neriv postrzegał swojego ojca jako wiecznie zapracowanego lub czytającego książki, zawsze nieobecnego w jego życiu. Podczas gdy ten zawsze był mu najbliższym człowiekiem. Zadawał sobie pytanie, czy inni też tak mają? Czy dla każdego rodzina jest głównie pustym frazesem? Może właśnie dlatego, tak się na niego wściekał? Czytał o tym, jak wspaniały jest jego ojciec i nigdy się o tym nie przekonał. Może po prostu tego nie zauważał? Ojciec nie opowiadał mu o swojej młodości, ale z drugiej strony, Neriv nigdy o nią nie pytał. Przyłapał się na tym, że nigdy nie traktował go jako autorytet, jako kogoś, kto ma jakąś wiedzę i doświadczenie. Nigdy nie widział w nim po prostu człowieka. Kogoś, kto ma własne przemyślenia, filozofię życiową, czy choćby marzenia.

Chłopak z trwogą nagle coś pojął – to, że bywały chwile, w których Naraal nie miał dla niego czasu, nie znaczyło, że kiedykolwiek przestał być dla niego najważniejszy.

W końcu zaczęło świtać, Naraal powiedział, że jest już zmęczony czym zasugerował, że czas już iść spać. Kiedy Neriv mijał drzwi, ojciec na odchodne, tym swoim nienormalnym, schorowanym tonem powiedział:

– Strasznie dopadła mnie ta choroba.

– Spokojnie tato, będzie dobrze – odpowiedział Neriv, gładząc ojca po policzku.

– Tak? Może i tak, tylko wiesz… miło byłoby jeszcze pożyć.

Neriv długo nie mógł zasnąć po tym zdaniu. Wiedział, że zapamięta je do końca życia. Leżąc w swoim łóżku, myślał jeszcze o ojcu. Wstydził się samego siebie, ponieważ nigdy go nie doceniał, ani tego jak wiele dla niego znaczy. Ojciec opiekował się nim i majątkiem, oprócz paru wyjazdów czy kilku wieczorów rocznie spędzonych wspólnie ze znajomymi, mało robił wyłącznie dla siebie. Neriv zrozumiał, że popełnił wiele błędów, nie powinien obwiniać ojca za to, że wypełniał swoje obowiązki. Może i Naraal za mało go inspirował do tego, żeby Neriv chciał spędzać z nim czas, uczyć się od niego, rozmawiać z nim. Chłopak zarzucał sobie, że źle traktował ojca, że tak surowo go osądzał.

Cieszył się z tych rozważań. Cieszył się, że w końcu go docenił i udało mu się spojrzeć na to wszystko z boku. Uśmiechał się w duchu, dziękując Ethnu za to, że zorientował się w tym wszystkim zanim było za późno, zanim lord Naraal Arestog nie stał się tylko wspomnieniem, kolejną kartką w podręczniku do historii świata, Nur’estiri’gh.

Nazajutrz ojciec czuł się dużo lepiej, a w czasie kolejnych dni, kiedy Neriv karmił go i opiekował się nim, widział, że Naraal odzyskuje siły. Nadal źle widział i miał problemy z mówieniem, ale znów wstawał z łóżka. Bolało go, gdy widział ojca, utykającego i stawiającego stopy tak ostrożnie, jakby były ze szkła. Nie opuszczał go nerwowy ból w klatce piersiowej, kiedy patrzył na dawnego, potężnego lorda. Kiedy myślał o ojcu, przypominał sobie mężczyznę pełnego sił witalnych, przy którym czuł się bezpiecznie. Tliła się jednak iskierka nadziei, wbrew wszystkiemu Naraal wracał do siebie.

Następnego dnia przybył gość.

– Aerqi Vestra, arcymag Xyranalu – powiedział dostojnym głosem. – Ty zapewne jesteś Nejw Arestog?

– Neriv – poprawił go chłopak, po czym wybąkał zmieszany – ale tak, ogólnie to tak.

– Dobrze… A więc, gdzie chory? – spytał, a jego wzrok wydawał się zupełnie nieobecny.

– Za mną – odparł, po czym ruszył w stronę wrót.

Przez chwilę poczuł się jak prawdziwy gospodarz Irnikralu, potem z żalem pomyślał, że możliwe, że już niedługo zawsze będzie się tak czuł.

– A i mam jedną prośbę. Nawet jeżeli ojciec umiera to ja proszę, żeby mu o tym nie mówić, powie pan to tylko mi.

– Dobrze… – przytaknął gość nieobecnym tonem.

Neriv rzucił tylko okiem czy jego stajenny zajął się należycie wijem gościa i wprowadził lorda arcymaga do kwater. Wydawało mu się, że im bliżej byli Naraala, tym bardziej przybysz ze stolicy się denerwował. Kiedy weszli do apartamentu, Neriv mógłby przysiąc, że widział jak drgnął, jakby czując złą aurę. To wydawało się jednocześnie dobrym i złym znakiem.

– Proszę zostawić mnie sam na sam z chorym – powiedział gość, ale chłopak był już do tego przyzwyczajony, pozostawił jedynie niedomknięte drzwi i stanął przy ścianie. – Aerqi Vestra, arcymag Xyranalu. Wysłał mnie do lorda król Ereitan II Xynthia.

– Ereitan? – zapytał chory, podnosząc się na łóżku. – Widać nie zapomniał o mnie.

– Dobrze… a teraz, lorda, zbadam – powiedział arcymag, kompletnie ignorując ostatnią wypowiedź.

Neriv znów spędził godziny, stojąc przed drzwiami i czekając. Odprawiany rytuał wydawał się równie potężny, co poprzedni. Czasem nawet podłoga drżała pod stopami Neriva, a barwne przebłyski przez ściany i drzwi niejednokrotnie były tak silne, że aż go oślepiały. Musiało minąć wiele godzin, bo w tym oczekiwaniu Nerivowi udało się zasnąć pod drzwiami z ciemnego drewna. Obudziło go postukiwanie obcasów arcymaga.

– Dobrze… Twój ojciec śpi. Zbadałem go. Nie mam pojęcia, skąd ma tę klątwę, nie jest ona z tego świata. Nie wiem jak ją zdjąć. Mogę…

– Lordzie arcymagu – przerwał mu Ewen, który nagle pojawił się w holu. – Słyszałem, że lord jest tutaj, jestem Ewen Anstre mag drugiego kręgu gildii magów w Irnifalu i przyjaciel chorego.

Gość z Xyranalu patrzył w milczeniu na nowo przybyłego, po czym powiedział:

– Dobrze… Aerqi Vestra – przedstawił się, po czym odwrócił do Neriva i bez zmiany tonu dodał – jak mówiłem, nie spotkałem się nigdy z czymś takim. Nie potrafię zdjąć tej klątwy, ale mogę ją opóźnić, a nawet opóźniać. Istnieje pewien rytuał, który można odprawiać, ale działanie kolejnych jest coraz słabsze. Teraz lord Naraal Arestog odpoczywa po pierwszej sesji.

– Lordzie arcymagu! Skoro ty wrócisz do Xyranalu, a ja zostanę z chorym, mógłbyś nauczyć mnie tego rytuału – powiedział, lekko proszącym tonem, Ewen.

– Dobrze… – powiedział, przenikliwie patrząc w oczy magowi z Irnifalu, po czym spojrzał na chłopaka i stwierdził standardowym, nudnym tonem – póki co, proszę o przygotowanie mi komnaty i kolacji, wylatuję jutro rano.

Magowie spędzili wieczór na pracy nad nowym rytuałem, a rano, kiedy Neriv wstał, Aerqiego Vestry już nie było. Najważniejsze jednak, że Naraal czuł się dużo lepiej. Zaczynał płynniej mówić i chodzić, przestał skarżyć się na wzrok. Czytał nawet niektóre książki z większymi literami. Wtedy Neriv przypomniał sobie o szkole, której nadal był uczniem. Zaległości miał coraz większe, ale może mimo wszystko udałoby się zaliczyć egzaminy. Teraz, kiedy nad klątwą była jakaś kontrola, można było skupić się na tym, czego najbardziej wymagał chory od swojego syna.

Od wylotu Aerqiego Vestry minęły prawie dwa dekary. Tyryia, czerwony księżyc, była już wysoko nad horyzontem, Eferi, zielony księżyc, powoli chylił się ku zachodowi. Wraz z trzecim, białym – Naerem powodowały, że las widziany przez okno komnaty Naraala oświetlony był żółtym światłem. Śnieg odbijający światło sprawiał, że na zewnątrz wydawało się jasno jak w dzień.

– Jutro z samego rana wylatuję – powiedział syn, po czym przytulił rodzica. – Ewen będzie tu z tobą, jeśli coś się stanie to mnie poinformuje. Cieszę się, że czujesz się lepiej. Mam nadzieję, że jak wrócę będziesz już zdrowy.

Przez chwilę nawet sam w to wierzył.

– Dobrze synku, leć tam wszystko pozałatwiaj – powiedział Naraal. Neriva przeszły ciarki, gdy to usłyszał. Znowu zdawał się nie być sobą, mówiąc tym dziwnym, chorym tonem. Mimo wszystko, ojciec pogłaskał go czule po włosach.

Ostatnie zdanie, powiedziane z tym dziwacznym doborem słów i towarzyszącym chorobie tonem, nie dawało spokoju młodemu. Wystarczająco wyraźnie przypominały mu o chorobie sny, które go nawiedzały. Te o dziwnych potworach wysysających życie z ojca i śmierci z jego własnymi oczyma. Nie mógł skupić się na niczym, nauka przychodziła mu z trudem, a zwykle kończyła się łzawymi modlitwami do Ethnu. Mimo wszystko, starał się nadrobić zaległości z ostatnich dekarów. Nie poddawał się, uważał, że w tej sposób pomaga ojcu.

Po paru dekarach, pewnego ranka, tuż po zajęciach do sanktuarium, którym niegdyś wydawał się pokój Neriva dotarł list:

Drogi Nerivie,
ciało twojego ojca słabnie i traci ochotę do walki.
Wdają się kolejne choroby, które staram się zwalczyć medycznymi i magicznymi sposobami, jednakże ostatnio zaczęło się robić coraz gorzej, nie chcę Cię martwić, ale może to być ostatnia możliwość na zobaczenie ojca żywego.

Z wyrazami szacunku
Ewen Anstre

Wyleciał późnym wieczorem. Zastanawiał się, czy nie wylecieć następnego ranka, bo śnieżyca nie pomagała w locie, a bladokrwiste światło połączonego Naeru i Tyryi oślepiało. Postanowił jednak nie zwlekać. Nie zdziwił się, że oprócz strażników przy stajni nikt go nie powitał. W końcu było już długo po północy, lecz pomimo tak późnej godziny postanowił odwiedzić ojca od razu.

Chociaż przygotowywał się na najgorsze to, co zobaczył wprawiło go w przerażenie. Ewen uśpił ojca, aby ten nie cierpiał, a ciało odpoczywało. Przy pierwszym podejściu chłopakowi nie udało się wytrzymać z Naraalem w jednym pokoju, nie mógł na niego patrzeć i wybiegł z płaczem. Padł na kolana w korytarzu i łkał. Podejrzewał, że już nigdy nie porozmawia z ojcem.

Zebrał się jednak w sobie i wrócił do komnaty. Pierwszym jego skojarzeniem było to, że lord Arestog wygląda martwo. Wydawał się innym człowiekiem i choć minęło zaledwie kilka dekarów od rozpoczęcia choroby, wyglądał, jakby postarzał się o dwadzieścia lat.

Podszedł do łóżka i chwycił go za sztywną rękę. Poczuł jak palce zaciskają się na jego dłoni. Serce zabiło mu mocniej. Uśmiechnął się, choć wiedział już, że to jedyna aktywność życiowa jaką jego ojciec przejawi przed śmiercią.

– Powinieneś do niego mówić – powiedział Ewen, który znów, nie wiadomo kiedy, pojawił się w drzwiach. – Możliwe, że to słyszy, możliwe, że nawet będzie pamiętać.

Nerivowi chyba nie robiło to różnicy, ale chciał wierzyć w to, że go słyszy. Właściwie to chciał móc do niego mówić. Codziennie przesiadywał obok łoża i opowiadał o wszystkim, co go spotkało, mówił o swoich przemyśleniach i spostrzeżeniach. Czasem nawet siadał i po prostu czytał na głos książkę. Uspokajało go to, bo po raz pierwszy w życiu miał absolutną pewność, że robi to, co powinien. W jakiś sposób i jemu to pomagało, widział w Naraalu towarzysza swojego bólu, kompana w ostatniej, wspólnej wyprawie.

Czwartego wieczora od przybycia, kiedy komnatę Neriva oświetlała jedynie blada, czerwona poświata rzucana przez Tyryię, zastanawiał się, dlaczego akurat teraz Ethnu zabrał mu ojca, teraz, kiedy odkrył w nim tak wspaniałego człowieka. Od razu zdał sobie sprawę z tego, że zna odpowiedź. Przypomniał sobie jedną z wcześniejszych analiz, kiedy zrozumiał to jak dobrym człowiekiem i ojcem jest, a może – był – Naraal. Z pewną zgrozą, ale też i satysfakcją doszedł do wniosku, że możliwe, że nigdy nie odkryłby w nim wielkości, gdyby ten nie umierał. Kiedyś stałby się niedołężnym starcem, a wtedy wspomnienie jego dobroci i siły byłoby już tylko fantazją.

Wiedział, że ojcu nie da się już pomóc, Ewen leczył go jak mógł, służba też odpowiednio dbała o swojego lorda. Neriv znał wolę rodzica, nie musiał pytać go o zdanie. Wiedział na czym powinien się skupić. Zabrał się za naukę. Uczył się, kiedy tylko mógł, nawet w Irnikralu, twierdzy Arestogów, czytał książki ojcu. Neriv pojechał do Xyranalu dosłownie na parę dni, tylko po to, żeby zdać egzaminy. Może liczył na to, że jeśli mu to wyjdzie to ojciec obudzi się zdrowy? Nie obudził się.
Neriv wrócił wieczorem, kiedy księżyc Eferi oświetlał swoim spokojnym, zielonym blaskiem lasy Inikralii. Na drzewach zaczynały pojawiać się pąki, rozpoczęła się pora kwiatu, kiedy sfera Nur’estiri’gh budzi się do życia. Pora pokoju i nadziei, którą tak silnie odczuwał Neriv. Ścisnął ojca za rękę i zapłakał. We łzach powiedział, że zapamięta wszystko, co Naraal próbował mu przekazać przez całe życie. Lord Arestog, nadal w śpiączce, ścisnął mocno rękę syna, jakby próbując coś odpowiedzieć. Drżały mu powieki, a twarz niby się poruszyła i Neriv przez chwilę znów zobaczył swojego ojca takim, jakim go pamiętał. On jednak tylko głośno westchnął. To westchnienie było takie, jakie wydawał z siebie od zawsze, kiedy było mu ciężko. Było ono naturalne, prawdziwie naaralowe. Po nim przyszło już zaledwie parę wdechów.

Pogrzeb miał być skromny, ale taki nie wyszedł. Przybyło wielu dygnitarzy, nawet rodzina Naraala, której Neriv nigdy wcześniej nie widział. Przemawiał sam król Ereitan II Xynthia, wypowiadając się o lordzie Arestogu jak o bohaterze, swoim przyjacielu i jednym z twórców królestwa Xynthialu. Chłopak czuł żal, ale również dumę. Było to jakby zwieńczenie jakże pouczającej lekcji pokory danej mu przez Ethnu. Nigdy wcześniej nie czuł tak bardzo tego, jak wielkim wzorem do naśladowania jest dla niego Naraal.

Z tyłu twierdzy Irnikralu, na wzgórzu, gdzie wybudowano mauzoleum Arestogów, w którym leżała tylko dwójka: Teyrenae i Naraal. Tuż obok Piękno odchodzi zbyt szybko nad grobem matki, nad grobem ojca wyryto Nie czekajmy aż odejdą ci, których powinniśmy docenić teraz.

Iter

Ciężko było być niewidzialnym na trakcie, szczególnie z czarnym okiem na chorągwiach. Naraal siedział w powozie i wyglądał przez okno, starając się nie zauważyć ukłonów mijanych ludzi. Widząc powóz lorda Arestoga, wędrowcy reagowali różnie, niektórzy w ogóle, inni kiwali tylko głową i uśmiechali się, byli nawet tacy, którzy z oddaniem wręcz się kłaniali. Nie dało się jednak tego nie widzieć, ona też to widziała, czuł na sobie jej pytający wzrok. Co, jeśli ona nie jest anielicą? Co, jeśli Feyviti będzie zazdrosna? Co, jeśli mi ją odbierze? – pytał sam siebie.

– Kim jesteś, lordzie Arestogu? – zapytała, wpijając w niego swoje niesamowite jasnoróżowe tęczówki. – Jesteś dla mnie wielkim człowiekiem, bo mnie przygarnąłeś, ale widzę, że jesteś wielkim człowiekiem również dla tysięcy. W Andaronie nawet król jest rzadko traktowany z takim szacunkiem.

Naraal przypomniał sobie bitwę, teraz, dwadzieścia lat później wszystko wydawało się snem. Nawet to, że kiedyś był biednym chłopem, a i chłopcem, który uczył się czytać przy straganach. Wszystko widział jak przez mgłę. Wszystko oprócz Feyviti, pięknej anielicy. Spojrzał na swoją towarzyszkę i zdziwił się. Wyglądała dokładnie jak ona, kropka w kropkę, jednak zdawała się nią nie być. Nie pochodziła ze sfery światła, była zwykłą Andraonką z upadającego rodu, uciekającą do Xynthialu w poszukiwaniu lepszego życia. Uśmiechnął się do siebie – to on uczynił Xynthial miejscem do lepszego życia.

– Pani, to dość długa historia, miałem więcej szczęścia niż rozumu.

– Chciałabym ją znać! – powiedziała, a jej oczy rozbłysły w radosnym uśmiechu. Naraal wpatrywał się w nie jak zahipnotyzowany.

Wóz trzeszczał, a mężczyzna zastanawiał się, czy ma jej opowiedzieć. Nie lubił dzielić się tą historią, choć znał ją każdy Xynthialczyk. Wszyscy uważali go za bohatera, ale on wcale się nim nie czuł. Domyślał się, że to właśnie dlatego Ereitan II za nim nie przepadał. Miał ogromny powód, Naraal wydawał się od niego popularniejszy. Niemniej jednak podziwiał króla za to, że starał się wziąć na siebie całą odpowiedzialność za tamtą decyzję.

Nigdy nie zapomni jego miny, kiedy królewski ojciec – Ereitan I Xynthia, pod wpływem fioletu i czerni magii, wstał i zdjął z siebie zbroję. Obaj obserwowali, jak zrywa z siebie mięśnie i skórę, aż zostały z niego nagie kości, unoszące się w magicznej, czarnej mgle. Obaj wpatrywali się w pełne grozy i żalu spojrzenie jego lady Aryeh.

Naraal wiedział, że świeżo upieczony król nie mógł przewidzieć rozwoju wydarzeń. Po prostu nie brał pod uwagę takiej możliwości. Starał się, mimo wszystko, nie dawać po sobie niczego poznać. Nie obwiniał nikogo, oprócz siebie. Taka była cena za świadomość konsekwencji swoich czynów.

Pamiętał, jak kościotrup Ereitana uderzył czaszką w dębowe drzwi. Po pomieszczeniu rozeszło się głuche echo słyszalne, pomimo krzyków dobiegających zza murów wysokiego zamku. Ciało upadło, potem wstało i uderzyło znowu. Uderzało raz za razem, nie wierząc w ciężkie wrota, tak jak mucha uderzająca o szybę. Arcymag kazał mu iść, takie polecenie miały wszystkie trupy, on więc starał się to wykonać. Wtedy dowiedzieli się że, to zaklęcie nie wskrzeszało umarłych. Ono tylko budowało z ich kości konstrukty. Takie, jakie kiedyś Dawni budowali z gliny lub stali – nazywano je golemami. Dlatego dzieło Naraalowego zaklęcia nazwano kościanymi golemami. Czy król poczuł ulgę wiedząc, że w tej abominacji nie jest zamknięta dusza jego ojca? Na to wyglądało.

Grithianczycy wtedy uciekli, uciekali w popłochu, tratując się nawzajem. Bali się kościanego szkaradzieństwa bardziej niż śmierci. Bitwa się skończyła, wojna też, Meymuss skapitulował, Ereitan II podpisał traktat, ale wziął tylko symboliczny trybut. Chyba po prostu bał się, że król Gritihanu odkryje, że kościane golemy to tylko marionetki, żadni wojownicy. Nie chciał przedłużać układów.

– O czym myślisz? – zapytała go towarzyszka.

– O przeszłości – mruknął Naraal.

– Podziel się ze mną swoją przeszłością, lodzie Naraalu – kobieta namawiała go entuzjastycznie.

Chyba się w niej zakochał, od pierwszego wejrzenia. Nie potrafił tego wytłumaczyć, ale nie mógł się oprzeć jej urokowi, dlatego właśnie ją przygarnął. Miał swoje miłostki w życiu, ale żadna nie była podobna do tego uczucia. W niej widział radość i szczęście, więc tym bardziej bał się opowiadać jej o swojej przeszłości.

Jak na zawołanie wrócił myślami do tamtych czasów.

Ereitan zachował się trzeźwo i szybko znalazł zastosowanie dla kościanych golemów. Świetnie radziły sobie w polu, ścinały drzewo, rozładowywały statki. Król Xynthialu wziął ogromne pożyczki od Valandriolu, fundował edukację, uczył ludzi magii, żeby mogli zarządzać rosnącymi rzeszami kościanych szkieletów. Szybko zaczął karać śmiercią za próby nekromancji, która stawała się coraz bardziej popularna. Przywoływać umarłych mogła tylko korona Xynthialu, tylko podczas wojen lub za zdrady i morderstwa. Ereitan mówił, że jeśli ktoś zamorduje drugiego człowieka to powinien to odpokutować w czyśćcu ciężkiej pracy kościanego golema. Mówił to nie raz, nawet z uśmiechem. „Co z twoim ojcem?”, aż cisnęło się na usta, ale nikt nie zadał tego pytania. Wszyscy się uśmiechali i starali się, jak mogli ukryć strach przed tym, że mają w rękach machinę śmierci.

Czy Ereitan propagował kościane golemy, żeby zrzucić z siebie odpowiedzialność za ich stosowanie? Raczej nie, choć z tego trupiego interesu przychodziło wiele profitów. Xynthial wreszcie stał się tak bogaty i potężny, jak chciała tego trójca. Po tym nastąpiła rewolucja stanowa. Chłopstwo się przerzedziło, ,,magini’’ pojawiali się wszędzie. Tak nazywano tych, którzy opanowali magię tylko pod kątem obsługi i kontroli kościanych golemów. Każda wieś miała swojego magina, a państwo wzbogacało się szybciej niż ktokolwiek mógł to przewidzieć.

Bał się mówić Teyrenae o swojej historii, bo bał się, jak na niego spojrzy. Nie znał jej opinii w wielu sprawach, zaczynając od tego, że nie wiedział czy zaakceptuje jego chłopskie pochodzenie, czy uwierzy mu w to, że był w innej sferze. Niewielu w to wierzyło, a wielu twierdziło, że to niemożliwe, że wszystko było snem. Często sam w to wierzył, ale pytał: Skąd więc te wszystkie trupy? Nikt nigdy nie odpowiadał.

– Naprawdę chciałabym poznać twoją historię – zaczęła Teyrenae znowu. Jeszcze wtedy nie rozumiał, dlaczego tak bardzo jej na tym zależy.

– Jestem biednym chłopem, majtkiem, żołnierzem, podróżnikiem do sfer, zdrajcą ludzkości i śmiercią – wymamrotał Naraal tak nieświadomie, że dziwił się, słysząc swój głos.

To było zdecydowanie najgorsze, co mogłeś powiedzieć – pomyślał chwilę później.

– Czy chłopa i majtka stać w Xynthialu na orszak? – zapytała.

– Nie, ale byłem i chłopem, i majtkiem – odpowiedział. Poczuł ulgę, kiedy zadała to pytanie. Skoro powiedział jej same najgorsze rzeczy, a ona chciała wiedzieć więcej to mógł jej powiedzieć już tylko lepsze.

– Lordzie Arestogu, beznadziejnie się pan prezentuje, mówi pan to każdej dziewczynie? To jest pana sposób? – uśmiechnęła się szczerze i niewinnie.

– Nie, po prostu… – zaczął, ale urwał, bo nie wiedział, co powiedzieć.

– Przepraszam, nie chciałam… po prostu jestem ciekawa – nagle się zawstydziła. Opuściła wzrok i prawie szeptem dodała – jesteś moim bohaterem, nie mam dokąd pójść, nie mam pieniędzy, a ty przyjmujesz mnie do swego domu, nie oczekując niczego w zamian. Chciałabym po prostu wiedzieć, kim jest mój wybawca. Kim jest ten przystojny mężczyzna zdobiący swoją flagę czarnym okiem, dlaczego ludzie mu się kłaniają?

Milczał, wpatrując się w nią, potem odwrócił wzrok i spojrzał za okno. Kątem oka zobaczył, że jasnoróżowe tęczówki znów się w niego wpatrują. Na chwilę aż zaparło mu dech w piersiach. Teyrenae powiedziała:

– Kiedy będzie lepszy czas, żebyś wszystko mi o sobie opowiedział, lordzie? Kiedy, jeśli nie teraz?

W myślach przyznał jej całkowitą rację.

– Tak więc byłeś żołnierzem? – zapytała od niechcenia.

Naraal przypomniał sobie pasowanie na rycerza i nadanie tytułów, była przy tym cała arystokracja jeszcze w Irnifalu, dzień po bitwie. Pamiętał Kirifona ger Neroka i Fortana ger Nuriada, którzy go wtedy uratowali. Jego i króla, spod mieczy dzikich Grithianczyków. Uśmiechali się do niego, wydawali się być szczęśliwi jego szczęściem, choć ledwie go znali.

Ereitan II nie chciał zwlekać z pasowaniem, bo choć to on stanowił prawo, obyczaj mówił, że państwowe funkcje może obejmować jedynie szlachcic. Natomiast Arestog dostał zaproszenie do rady wojennej, miał być doradcą króla. Podczas pasowania Naraal miał łzy w oczach, parę dni wcześniej był jedynie podróżnikiem, parę dekarów wcześniej chłopem bez perspektyw. Teraz był doradcą króla, posiadał zamek – Irnikral, co prawda ruinę, ale zawsze. Wraz z przyległymi ziemiami był to jednak ogromny majątek, do tego nosił zbroję z wymalowanym czarnym okiem.

– Może nie tyle żołnierzem, co podróżnikiem, który dołączył do bitwy. Człowiekiem broniącym swojej ojczyzny przed dzikimi hordami z zachodu – odpowiedział.

– Zabiłeś kogoś, lordzie Arestogu? – zapytała go. Naraal widział w mowie jej ciała, że jest zainteresowana i podekscytowana, jednak oczy mówiły coś zgoła innego. Nie chciała wiedzieć czy kogoś zabił. Ucieszyło go to. Miał już dość śmierci.

Naraal przypomniał sobie minę zdziwionego Grithianczyka, którego zabił jako pierwszego.

– Tak – odpowiedział. – Można tak powiedzieć.

– Rozumiem – znów opuściła wzrok.

– Potem natomiast byłem doradcą króla – postanowił się pochwalić, odwrócić uwagę od tematu śmierci.

– Chłop doradcą króla? – zapytała z uśmiechem. Było widać, że ta kwestia się jej podobała. – Coś mi tu nie pasuje. Czy rzeczywiście byłeś chłopem?

– Ależ byłem, król pasował mnie dzień po bitwie, żebym mógł dostać się do rady wojennej. Dał mi przy okazji zamek – odpowiedział spokojnie Naraal.

– A nie byłeś nawet królewskim żołnierzem? Co zrobiłeś? – dopytywała się.

– Broniłem jego ojca przed hordą Grithianu przez kilkanaście minut – odpowiedział z dumą, jednak wiedział, że nie za to został pasowany.

– Przeżył? – zapytała z zaciekawieniem Teyrenae.

– Nie – uśmiechnął się Naraal, po czym dodał – ale ewakuowano go, mógł pożegnać się z synem.

– Jeśli król nie przeżył, to dlaczego naprawdę cię pasowano, lordzie Arestogu? – zapytała poważnie, a jej pozbawiony uśmiechu wzrok stał się potwornie przenikliwy i jakby znając już prawdę zapytała – Dlaczego nazwałeś się zdrajcą ludzkości i śmiercią?

Naraal zamilkł. Kiedy tak nazwał się po raz pierwszy? Chyba w Nerokranie, choć wtedy już Nerokralu. Meymuss miał szpiegów w Xynthialu, co akurat nikogo nie dziwiło, nawet samego Ereitana. Kiedy dowiedział się, że trupy były jedynie konstruktami, ogłosił się prorokiem Merita, ichniego bożka i wezwał do krucjaty przeciwko chodzącym potwornościom. Armia, która szła na wschód była potężniejsza niż w poprzedniej wojnie, zaledwie trzy lata wcześniej.

Xynthial jednak nie był już taki sam. Wszystko się zmieniło, ludzie się wzbogacali, a już nie setki, a dziesiątki tysięcy potrafiły posługiwać się magią. Nie było ludzi w szmatach i z motykami przeciwko wojom, a byli konni w magicznych zbrojach. Do tego dochodzili świeżo upieczeni adepci szkoły założonej przez Ereitana II Xynthię – Królewskiej Szkoły Rycerskiej w Xyranalu. Xynthial rozwinął się w niewyobrażalny wcześniej sposób. Xynthial na tę wojnę był gotowy.

Naraal nie miał zbyt wielkiego udziału w naradach wojennych. Wiedział, że jego rolą jest bycie bohaterem narodowym i podnoszenie morale. To wtedy odkrył, że sam król trochę zazdrości mu tej chwały, ale Ereitan podjął dobrą decyzję. Zaufał Naraalowi i bardzo często pokazywał się z nim publicznie. Kiedy Ereitan wykrzykiwał swoją mowę motywacyjną, to właśnie lord Arestog stał obok.

Wojska Meymussa IV zdobyły Ferwiskal – twierdzę niedaleko Ferqualu, na zachodniej granicy Xynthialu, ale potem zaczęły się problemy dzikusów. Ereitan II na bagnistych terenach odciął Grithianczyków od ich kraju, a następnie uskuteczniał wojnę podjazdową. Kiedy doszło do walnej bitwy, nawet najeźdźcy z zachodu wiedzieli, że jest przegrana.

Cena pokoju była ogromna. Meymuss został zmuszony do podpisania traktatu , wszyscy watażkowie, którzy przeżyli bitwę, musieli zrobić to samo pod groźbą śmierci. Na mocy dokumentu Nerokran wraz z otaczającą go Nerokranią miał stać się własnością korony, a najbliższe sto lat miało być wiekiem pokoju pomiędzy państwami. Dokument obarczony był klątwą, złamanie go kończyło się śmiercią. Do przeprowadzenia tak potężnego rytuału nad kartą, ściągnięto najpotężniejszych magów z całej Eestirii.

Grithianczycy wrócili do swoich domostw, a Nerokran przeszedł w ręce królestwa Xynthialu, stał się Nerokralem. Nie spodobało się to tamtejszym mieszczanom. Ereitan, a wraz z nim Naraal, wyruszył tam wprost z Ferqualu, gdzie podpisano pokój. Nerokrańczycy zbuntowali się, nie podobało im się zwierzchnictwo Xynthialu.

„Wyrżnijcie wszystkich, mieli wybór, mogli służyć Xynthialowi jako żywi, jeśli nie chcą – będą jako martwi” – powiedział wtedy król. Kiedy zdobyto mury, Naraal obserwował z Ereitanem II jak mężczyźni, kobiety i dzieci są mordowani, bez żadnej litości. Było to w jakiś sposób zwycięstwo, ale żaden z nich się z tego nie cieszył. Arestogowi wydawało się, że król patrzy na rzeź tylko dlatego, że chce się ukarać, poczuć odpowiedzialność za swoje rozkazy. Obaj wiedzieli, że to, co się dzieje ich przerasta, ale było to najlepsze wyjście. Naraal wiedział, że Ereitan nie ma już wyboru.

Naraal nazwał się zdrajcą ludzkości i śmiercią, bo gdyby nie przyniósł tego zwoju nigdy nie byłoby takich rzezi. Starał się brać na siebie odpowiedzialność za te śmierć. Czuł jednak, że nie tylko on próbuje to zrobić. Nigdy o tym nie rozmawiali, ale w królu Ereitanie II miał towarzysza w tej zgrozie.

– Widzisz, tam przy lesie jest tartak – powiedział nagle do Teyrenae. – Widzisz te białe postacie?

– Tak, miałam cię zapytać, czy wiesz co to jest – powiedziała, uśmiechając się do niego. – W Andraonie nigdy czegoś takiego nie widziałam. Początkowo myślałam, że to przewidzenie, ale widziałam tego coraz więc…

– To trupy – przerwał jej spokojnym tonem.

– Słucham?

– Trupy, martwe kości ożywione magią, kościane golemy – mówił szybko. – To ja je tu sprowadziłem, dlatego jestem bohaterem. Dlatego, że dałem Ereitanowi II Xynthii zwój z magicznym zaklęciem, dzięki któremu zwłoki wstają, zrywają z siebie ubranie, skórę i mięśnie, oblekają się dziwną, fioletową powłoką i w obłokach z czarnej, magicznej mgły wstają i czekają na rozkazy. Są ich dziesiątki, jeśli nie setki tysięcy. Wszyscy ci martwi ludzie to zdrajcy, mordercy, gwałciciele albo wrogowie ojczyzny. Są też może weterani bitwy pod Irnifalem, ale wtedy nie było czasu na odpowiedzialne decyzje.

Dziewczyna opuściła swoje jasnoróżowe tęczówki i wbiła spojrzenie w podłogę. Po czym zadała pytanie, którego Naraal się nie spodziewał, a które było najpiękniejszą rzeczą jaką usłyszał w dotychczasowym życiu.

– Czy one cierpią? – zapytała.

– Nie jestem magiem, nie znam się na tym, ale wydaje mi się, że… – urwał i poprawił się, to bardziej odpowiadało prawdzie – mam nadzieję, że to tylko kości.

– Rozumiem.

Ona również wydawała się usatysfakcjonowana odpowiedzią, choć nie prawdą. Wyjrzała przez okno, starając się dojrzeć magiczne kości.

– Skąd miałeś tak potężne zaklęcie?

Naraal długo patrzył w oczy dziewczyny, ale nie potrafił wytrzymać jej wzroku. Był spokojny i przeszywający, jednak z drugiej strony bezbronny i zrozpaczony. Fascynowały go te oczy. Dziewczyna wyglądała jak ta, która niemal dwadzieścia lat wcześniej dała mu ten zwój. Jak anielica z…? Właściwie skąd? Snu? Jawy? Ogrodów Ethnu? Nie wiedział, obudził się z magicznym sztyletem, listem i zwojem, ale czy naprawdę tam był, w sferze światła? Nie potrafił tego stwierdzić. Magowie mówili mu, że to niemożliwe, nawet w podręczniku do historii Królewskiej Szkoły Rycerskiej wspomina się, że pochodzenie zwoju jest „niejasne”.

Co miał odpowiedzieć swojej nowej przyjaciółce? Poczuł, że musiał odpowiedzieć prawdą. Czuł, że jest to wyjątkowa kobieta. Umówił się z nią, że przygarnia ją tylko na jakiś czas, ale czuł, a może miał nadzieję, że zostanie z nim do śmierci.

– Z innej sfery, ze sfery światła – powiedział spokojnie, próbując patrzeć jej w oczy.

– Naprawdę? – uśmiechnęła się. – Myślałam, że żartowałeś. Myślałam, że żartowałeś nazywając siebie śmiercią i zdrajcą ludzkości, że nie mówisz serio, mówiąc o sobie jako majtku i chłopie, ale wierzę ci. Wierzę w każde twoje słowo, bo nie starasz się pokazać siebie w jak najpiękniejszych barwach, gdybyś chciał to powiedziałbyś mi to na samym początku, od tego byś zaczął. Zacząłbyś od tego, że jesteś bohaterem i masz zamek. Powiedziałbyś mi to jeszcze w Xyranalu. Jesteś skromnym człowiekiem, lordzie Arestogu. Wierzę ci, bo widzę, że wstydzisz się swojej historii, bo nie wierzysz w to, że jesteś bohaterem, ale dla mnie jesteś i dla wielu też, więc może… może twoje zdanie się po prostu nie liczy? Może nie ma znaczenia, lordzie Arestogu?

Nie wiedział, co ma na to odpowiedzieć. Cieszył się, że mu wierzy i to bardzo, ale było w tym coś jeszcze. Zaimponowała mu, powiedziała coś, o czym nigdy nie myślał. Kościane golemy były bezsprzecznie profanacją życia, ale może powinien przestać się tym obwiniać. Nawet jeśli doprowadził do śmierci tysiące ludzi, to ilu uratował przed śmiercią pod Irnifalem? Tysiące? Dziesiątki tysięcy? Ilu dzięki niemu nie umarło z głodu? Ilu się narodziło?

– Co widziałeś w sferze światła? – zapytała, po czym z zachwytem dodała – to bardzo emocjonujące!

– Anielicę – odpowiedział spokojnie, po czym powtórzył i dodał: – anielicę, najpiękniejszą kobietę jaką widziałem.

– Piękniejszą ode mnie? – powiedziała i delikatnie na króciutką chwilę wystawiła kawałek języka, jakby podkreślając, że żartuje. Naraal, widząc to, z trudem powstrzymał jęk zachwytu. Była to najbardziej urocza rzecz, jaką widział w życiu. Dostrzegł też coś jeszcze, piękna Teyrenae nie żartuje, zobaczył w jej oczach, że i ona go pragnie tak mocno, jak on jej.

– Nie – powiedział całkiem serio. – Tak piękną jak ty.

Cum Mortuis

Kiedy „Głodny Marynarz”, na którym służył Naraal – anielski wybraniec, dobił do Aranolu, w porcie było tłoczno. Załoga, jeszcze z morza dostrzegała tłumy, w tym nadmorskim mieście należącym do Korony Valandriolu. Początkowo myśleli, że to zamieszki, ale na lądzie dowiedzieli się, co tak poruszyło mieszkańców. Xynthial – ojczyzna Naraala, został najechany przez dzikie ludy z Grithianu.

Naraal czuł, że jest to misja zlecona mu przez Feyviti, tam, w sferze światła. Podjął decyzję o opuszczeniu statku, pożegnał się z resztą załogi, a sam kapitan, który widocznie go polubił, nie dość, że opłacił go z nawiązką to jeszcze oddał mu swoją starą, skórzaną zbroję. Pieniędzy starczyło nawet na taniego konia. Naraal o świcie wyruszył na południe.

Na trakcie spotykał wędrowców, od których docierały do niego wieści z wojny. Zanim dotarł do granicy Istrolu, upadło już jedno z większych miast – Ferqual.

Grithian był ogromnym, choć nieucywilizowanym państwem. Opierał się na luźno powiązanych ze sobą klanach, które wybierały sobie króla na czas podboju. Od wędrowców Naraal dowiedział się, że tę wojnę zaczął Meymuss IV Grinf, który swoją pozycję zawdzięczał wyłącznie sławie potężnego przodka. Arestog czytał o jego podbojach w „Pamiętniku Podróżnika Vaa”, wiedział, że dziadek władcy – Meymuss II Grinf zjednoczył Grithian. Wyglądało jednak na to, że po jego śmierci kraj decentralizował się, a watażkowie wzmacniali swoje wpływy.

Naraal czytał również o powstaniu swojej ojczyzny – Xynthialu. To państwo narodziło się ze zmieszania dawnych Grithianczyków, porzuconych elfów i uchodźców z Nur, a wszystko dzięki trójce założycieli: Aerusowi Xynthii, Aryeh Neryiri i Ewiry Qire, którzy przewodzili tym ludom. Xynthial jednak budowano prawie od zera, łącząc trzy różne ludy, często dochodziło do zamieszek, szczególnie w obliczu biedy. Trójca twierdziła, że należy brać przykład z Valandriolu, wprowadzając podobny system prawny i gospodarczy. Ściągano z północy artystów, prawników i filozofów, po to, by stworzyć nowy naród, który złączy trzy odrębne kultury. Trójca wierzyła w to, że morale społeczeństwa są ważniejsze od odpowiedniego zaplecza gospodarczego i militarnego, bo te przyjdą wraz z poczuciem wspólnoty. Xynthial nadal, po sześćdziesięciu latach, był zbyt słaby, a Grithian miał wielokrotnie większą armię. Istniała jednak nadzieja – dzikie, zachodnie ludy bały się magii.

Arestog prawie nie spał, starał się podróżować jak najszybciej. Nie ułatwiali mu tego uchodźcy, których spotykał w coraz większych liczbach. To od nich dowiedział się, na granicy Valandriolu i Xynthialu, o upadku Neyiralu – kolejnej metropolii. Mówiono, że Grithian nie daje żadnych szans. Naraal jednak nie poddawał się, wiedział, że jest w stanie odwrócić losy wojny, przepowiedziano mu to, nakazano. Parę dni później, ponad dekar po wyruszeniu z Istrolu, kiedy mijał Irnifal, do jego uszu dobiegły odgłosy walki. Poczuł, że to tam miał wykonać swoją misję.

Bitwa wyglądała jak rzeź. On – wędrowiec z nożem i skórzaną zbroją, którą dostał od szalonego kapitana, był lepiej uzbrojony niż większość żołdaków, którzy pochodzili z jego ojczyzny. Widział ogromny kontrast w stosunku do wojów Grithianu. Ich grube, płytowe zbroje poozdabiane były czarnymi futrami zwierząt, natomiast Xynthialczycy oznaczali się symbolem „X” wymalowanym farbą na torsie. Tylko ten jednolity, charakterystyczny znak powodował, że w ogóle można było pomyśleć o nich jak o armii. O ile szlachta i magowie mieli własne, zabójcze wyposażenie, o tyle słabo zaopatrzone i nieprzygotowane na rozwój wypadków kuźnie królewskie nie potrafiły uzbroić chłopów nawet we włócznie lub też, co gorsza, zagwarantować im jakiegokolwiek pancerza. Większość miała jedynie garbowane skóry zwierząt i to, co mieli pod ręką w swoich domostwach. Wielka armia Xynthialu szła więc, dzierżąc w rękach drzewce wideł, kos, a nawet motyk. Po drugiej stronie stali uzbrojeni i wyszkoleni barbarzyńcy Grithianu.

Linia frontu początkowo zdawała się kształtować jeszcze na przedmurzu, które miało wstrzymać grithianskie machiny oblężnicze. Jednak prawdopodobnie lordowie i stratedzy nie docenili zarówno wyszkolenia, jak i uzbrojenia napastników. Rzeź szybko przesuwała się pod same mury.

Naraal ponaglił swojego konia i zwrócił uwagę na szokujący widok. Młoda kobieta, odziana raptem w same szmaty, jedynie z widłami w ręku, ruszyła z impetem na grithianskiego woja. Kontruderzenie zmiażdżyło akcesorium ogrodnicze wraz z rękami, które powyginały się w nienaturalny sposób. Siła ciosu odrzuciła ją na plecy.

W jakimś odruchu chłopak rzucił się w kierunku barbarzyńcy, który szykował się do ostatecznego ciosu. Widział wyraźnie ostrze przeciwnika. W akcie heroicznej desperacji zasłonił kobietę jedynym, co posiadał – prezentem od Feyviti. Sztylet zalśnił intensywnym seledynem, a Naraal w tym samym jeszcze momencie zaczął żałować, że to zrobił. Zdał sobie sprawę, że nie ma szans na przeżycie. Zamknął oczy i czekał aż siła uderzenia zmiecie go. Zdziwił się kiedy jedyne, co poczuł to pęd odciętego ostrza grithianskiego miecza przelatującego nad jego barkiem. Do uszu dotarł krótki krzyk powalonej za nim kobiety. Spojrzał ze zdziwieniem na woja, który również wpatrywał się w niego zaskoczony. Nie minęło jedno uderzenie serca, kiedy Naraal usłyszał chrupnięcie, dopiero potem poczuł siłę ciosu. Potężna, płytowa rękawica prawie wybiła mu szczękę, rzucając go jednak na ziemię. Tylko to, że nie wypuścił ostrza z ręki, uratowało go przed śmiercią. Przetoczył się bokiem, zerwał na nogi i dźgnął na oślep.

Poczuł na dłoni miękkość futra. Seledynowy prezent ze sfery światła przebił stal, skórę, mięśnie i kości tak łatwo, jakby przecinał jedynie powietrze. Magiczna broń zdawała się nieskończenie ostra.

Krótkie kaszlnięcie wojownika obryzgało twarz zaskoczonego Naraala czerwienią, dopiero jęk leżącej chłopki wyrwał go z szoku. Kiedy odwrócił się, zobaczył jej ciało przybite do ziemi uciętym ostrzem.

Wiedział, że nie może już jej pomóc. Odwrócił wzrok i spojrzał z fascynacją na swój sztylet. Poczuł się niepowstrzymany. Byłby w stanie, w minutę, przebić się przez dziesięciometrowy mur. Był lżej opancerzony, dzięki czemu ruszał się szybciej od grithianskiej piechoty, a anielskie szkolenie jakie otrzymał, czyniło go praktycznie nietykalnym. Rzucił się w wir walki, przeskakując między kolejnymi grithianskimi wojami, jednocześnie tnąc ich zamaszyście.

Kilkadziesiąt uderzeń serca i kilka grithianskich trupów później, przed jego nosem przeleciała pierwsza strzała. Niepokojący świst kolejnej zmusił go do ucieczki. Złapał szybko ciało poległego i zasłonił się nim. Usłyszał charakterystyczny dźwięk grotów strzał uderzających w stalową zbroję swojej ,,tarczy”. Po czwartym dźwięku strzały wchodzącej w ciało, zaniepokoił się. Wojowie zaczynali go otaczać. On nie mógł nic zrobić, cały czas będąc celem łuczników. Widział zbliżających się mieczników i czuł, że pułapka się zaciśnie i niedługo nie będzie miał już drogi ucieczki. Naraal wiedział, że nie może tak w nieskończoność – albo będzie musiał pozbyć się swojej „tarczy” i zginąć przeszyty strzałami, albo nie zostawi ciała i zostanie zarżnięty. Musiał postawić wszystko na jedną kartę.

W akcie desperacji rzucił swój sztylet w kierunku jednego z łuczników i co sił w nogach pobiegł za nim. Z fascynacją spostrzegł pojawiającą się w torsie grithianczyka dziurę o długości przeszło pół metra. Szybko ogarnął go lęk. Stracił z oczu swoją anielską broń, a miał jeszcze spory dystans do miejsca, gdzie widział ją po raz ostatni. Przyspieszył, sytuacja wydawała mu się coraz mniej zabawna. Kiedy dzieliło go zaledwie kilka kroków od miejsca, w którym upadło ciało, Naraal poczuł uderzenie w dłoń. Początkowo myślał, że była to jedna z wycelowanych w niego strzał, jednak w ręku spoczywał sztylet.

Poczuł kolejną falę euforii, zdawało mu się, że sam może wybić całą armię. Do ziemi sprowadziło go uczucie, że złapanie oddechu staje się coraz trudniejsze, a ból w mięśniach dotkliwszy. Wiedział, że nie może tak walczyć w nieskończoność. Potrzebował takiego celu. Rozejrzał się i ruszył wzdłuż linii frontu ku środkowi, gdzie kumulowały się na niebie latające oddziały xynthialskiej arystokracji.

Z oddali dobiegały do Naraala potworne skrzeki potężnych wijów, wydawane za każdym razem kiedy nurkowały.. Mówiło się, że rycerz dobrze zgrany ze swoim wierzchowcem potrafi przy jednym nurze zabić nawet czwórkę żołnierzy. Jeździec ciął mieczem i dźgał lancą jednocześnie, podczas gdy jego wij chwytał w zęby i miażdżył ogonem. Opowiadano też o ludziach, którzy potrafili na swoją lancę nabić nawet trójkę przeciwników. Magowie bywali często jeszcze bardziej skuteczni. Niektórzy z nich posługiwali się mocami rodzącymi potężne eksplozje raniące wielu wrogów.

Kilkadziesiąt metrów od epicentrum, do którego właśnie docierał Naraal dźwięki wybuchów niemal nie milkły. Ziemia była tam poznaczona magicznymi wyładowaniami. W niektórych miejscach sterczały sztuczne klify, po innych zostały jedynie puste doły wypełnione krwawą, błotnistą papką. Gdzieniegdzie ziemia i trupy tworzyły jednolitą maź, gdzie indziej echa uwolnionej energii ożywały i żyły własnym życiem, atakując walczących poza jakąkolwiek kontrolą.

Spomiędzy huku kolejnych zaklęć, potworny, wijowy skrzek rozniósł się nad frontem walczących. Siła dźwięku niemal rzuciła młodego Arestoga na kolana. Przerażony spojrzał w niebo tylko po to, żeby dostrzec, jak jeden ze szlacheckich węży, trafiony kolejną, celną strzałą wydał z siebie ,,łabędzi śpiew”. Wierzchowiec tracił siły i schodził coraz niżej, a kiedy kolejna strzała przebiła jego łuski, zaryczał jeszcze głośniej. Patrzył z dołu jak czerwony, latający gad walczy jeszcze, by uratować swojego jeźdźca przed impetem zderzenia z ziemią. Anielski wybraniec nie wiedział pod wpływem jakich emocji nabiegły mu do oczu łzy, ale widział w tym coś wzruszającego. Potwór po raz ostatni spróbował uderzyć błoniastymi skrzydłami, jednak udało mu się tylko jednym. Rozerwana błona i zesztywniały ogon zakręciły nim. Wij runął na plecy zaledwie kilkanaście metrów od Naraala.

Chłopak pobiegł do leżącego gada. Pierwsze, co dostrzegł to złotą zbroję wystającą spod skrzydła. Zdawało się, że wierzchowiec w akcie oddania swojemu panu objął go skrzydłem, żeby zamortyzować uderzenie o ziemię.

Naraal zaczął wyciągać nieznanego mu rycerza spod truchła gada. Po insygniach na zbroi i jej wykończeniu zaczął domyślać się, że był to ktoś naprawdę ważny, możliwe, że nawet sam król. Podstarzały już mężczyzna powoli odzyskiwał przytomność, choć na pierwszy rzut oka widać było, że nie utrzyma się na nogach.

Naraal w mgnieniu oka odkrył, że nie tylko jego celem był „upadły”. Wokół nich zaroiło się od dzikich Grithianczyków. Widząc ich, jedynie uśmiechnął się do siebie. Teraz miał wrażenie, że jego przeznaczenie się spełnia, czuł, że musi bronić ledwo oddychającego, powalonego rycerza. Emocje kotłowały się w nim, wiedział, że nadeszła jego chwila.

Usłyszał świst nadlatującej strzały, opuścił głowę. Wyrzucił ostrze w kierunku, z którego wypuszczono pocisk. Biegiem ruszył w tę samą stronę. Drogę zastąpił mu ogromny woj, który błyskawicznym cięciem chciał obalić chłystka stojącego mu na drodze do rannego. Arestog zrobił błyskawiczny unik i przyłożył prawą dłoń do zbroi wroga. Przez bardzo krótką chwilę bał się, że źle obliczył czas, ale gdy tylko dotknął pancerza, od razu poczuł w palcach rękojeść wracającego sztyletu, który wyrżnął sobie drogę do właściciela przez ciało Grithianczyka. Ciął półobrotem, skracając miecze nachodzących go od tyłu dwóch wrogów, zrobił krok do przodu i kontynuował obrót, tnąc ich ukosem. Przez rozpadające się w powietrzu ciała, dostrzegł zbliżających się do powalonego rycerza kolejnych napastników. Wyskoczył w ich kierunku, łapiąc sztylet tak, żeby był przedłużeniem ręki i pchnął mocno, aż jego palce weszły w głąb ciepłych wnętrzności. Potem znów ciął półobrotem, rozbrajając okrążających go wojów, a po kolejnym kroku robił obrót.

Kaszlnął i poczuł tak rwący ból w płucach, że obraz rozmazał mu się przed oczami.

Za szybko zaczęło dziać się to, czego paladyn Feyviti obawiał się już wcześniej. Refleks zanikał, a mięśnie wiotczały, liczba najeźdźców zdawała się nie maleć. Dookoła niego zaczynał układać się wał ze zwłok, ale on czuł się coraz mniej zdatny do walki. W jego uszach zaczął narastać dziwaczny, niski dźwięk, jakby ciśnienie krwi chciało rozerwać tętnice i dostać się do mózgu. Czuł, że umiera.

Zamarł na jeden oddech i zdał sobie sprawę, że nie tylko on słyszy ten dźwięk. Podniósł głowę do góry, wypatrując tego, co obserwowali wszyscy dokoła. Nad jego głową, leniwie wachlując skrzydłami, unosiły się trzy wielkie wije. Z postaci dojeżdżających je lordów zdawały się unosić charakterystyczne, wielobarwne strugi potężnej energii.. Spomiędzy ułożonych rąk wyrastał gruby, płonący łańcuch, który łączył ich, formując trójkąt. Niski dźwięk wciąż narastał, aż w kulminacyjnym momencie, na jedno uderzenie serca, zapadła cisza. Czas jakby się zatrzymał, a z unoszącego się, magicznego trójkąta wyfrunęła fioletowa, ledwo widoczna kuleczka. Kulista emanacja magicznej energii pofrunęła błyskawicznie, zostawiając za sobą delikatną smugę i zniknęła w ziemi kilkadziesiąt metrów przed Naraalem.

Najpierw poczuł ciepło na całej skórze, potem ogłuszający dźwięk i siłę rozrywającej eksplozji. Ziemię, na której stali Grithianczycy po prostu rozerwało. Wybuch porozrzucał ciała w promieniu kilkudziesięciu metrów, często we fragmentach. Anielski wybraniec spojrzał na dymiący krater. Dwóch jeźdźców podleciało do niego i zaczęło znacząco machać rękoma, ich usta poruszały się, jakby próbowali mówić, ale on niestety nie słyszał nic, oprócz przenikliwego pisku. Obaj mężczyźni byli bardzo młodzi, wyglądali na jego rówieśników, jednak ich wzrok wydawał się przenikliwy. Był to wzrok prawdziwych, doświadczonych żołnierzy.

– Połóż króla na mojego wija, szybko! I wskakuj do Kirifona – usłyszał w końcu przytłumiony krzyk. Postać wskazała na towarzysza.

Nie zastanawiając się, podniósł rannego. Jakież było jego zdziwienie, gdy pomimo płytowej, grubej zbroi okazało się, że mężczyzna nie ważył zbyt dużo. Pancerz był bardzo lekki. Złapał „upadłego” pod pachami, podbiegł truchtem i przełożył przez grzbiet ogromnego gada. Ciężko dysząc, wskoczył za jeźdźca zwanego Kirifonem. Mimochodem usłyszał tylko:

– Proszę się trzymać, Wasza Wysokość.

– Trzymaj się, chłopcze – powiedział jeździec, z którym miał lecieć Arestog. Pokazał na element uprzęży i dodał – zapnij pasy, ruszamy. Jestem Kirifon ger Nerok, a ten obok to Fortan ger Nuriad – krzyczał. – A jak ty się nazywasz, chłopcze?

– Naraal Arestog – odpowiedział.

– To nie jest szlacheckie nazwisko, prawda? – ponownie zakrzyknął Kirifon, kiedy już wznieśli się poza zasięg łuczników Grithianu.

– Nie – odrzekł.

– Musimy odwieźć króla do zamku. Nadszarpnięte morale mogą się źle skończyć dla Xynthialu – oznajmił ger Nerok, ale Naraal widział już wszystko jak przez mgłę. Chwilę później zemdlał.

***

– Ratujcie króla! – otrzeźwił go krzyk Fortana, zanim jeszcze wylądowali.

Chłopak właściwie nie był pewien, czy leżał bez przytomności, czy spał. Rozejrzał się. Był na dziedzińcu zamku. Oprócz stojących nieopodal stołów i beczek oraz czwórki gwardzistów, plac był pusty, choć przez uchylone, dębowe wrota prowadzące do wysokiego zamku dostrzegał jakichś ludzi.

Obok nich lądował jeszcze jeden jeździec. Choć zbroja, którą nosił zasłaniała praktycznie całe jego ciało widział, że pod nią kryje się ktoś dużo młodszy, a może nawet w jego wieku. Emblematy, identyczne z królewskimi, sugerowały, że był to – Ereitan II Xynthia, królewski syn.

– Król ranny! – ryknął Kirifon.

Postać w zbroi przywołała gwardzistów, a ci przybiegli bez wahania.

– Co się stało? – zapytał rycerz, który wybiegł na dziedziniec.

– Wij królewskiej mości został zestrzelony – nie zastanawiając, się oznajmił Naraal. – Spadł z dużej wysokości. Bestia próbowała go uratować, ale…

– To jest bohater, który chronił jego królewską mość przed barbarzyńskimi hordami! Zabił kilkunastu wojów! Walczy lepiej niż niejeden z nas! Walczy jak prawdziwy rycerz… i Xynthialczyk, lordzie – dodał szybko ger Nerok.

– Pomyślimy nad tym, tymczasem ratujmy mojego ojca – odpowiedział królewski syn. Dopiero teraz, gdy otrzeźwiał, zdał sobie sprawę z tego, jak wielki zaszczyt go dotknął. Czuł, że jest na swojej ścieżce przeznaczenia przepowiedzianej przez anielicę.

Gwardziści przynieśli prowizoryczne nosze, ostrożnie umieścili na nich swojego władcę, po czym wbiegli do zamku przez potężne drzwi. Arestog, podążając za Fortanem ger Nuriadem i Kirifonem ger Nerokiem, wszedł do wnętrza pałacu. Zobaczył, że strażnicy położyli rannego monarchę na ogromnym stole. Na jego oczach delikatnie zdjęli mu hełm.

Chłopak rozejrzał się, była to prawdopodobnie sala tronowa lorda namiestnika. Na środku stał ogromny stół mogący pomieścić kilkudziesięciu gości, a na samym końcu podłużnego pomieszczenia znajdował się namiestnikowski tron. Dookoła było kilkoro potężnych drzwi. Zapewne prowadziły do prywatnych kwater najwyższych dostojników. Front i tył pomieszczenia zdobiły wysokie, kolorowe witraże. Oprócz niego przy stole stało kilkunastu ludzi, wszyscy wyglądali na generałów, rycerzy lub magów.

Pośród tłumu możnych, ktoś zwrócił jego uwagę, a była to postać w pięknej płytowej zbroi. Chłopak nie widział zbyt wiele arystokracji w swoim życiu, ale pierwszy raz zobaczył kobiecy pancerz, szczególnie tak kunsztowny. Ta zbroja była prawdziwym dziełem sztuki przedstawiającym piękne, kobiece ciało. Wzmacniana magicznie stal uformowana była w taki sposób, aby zwężenie w talii i delikatnie zarysowane mięśnie brzucha nadawały smukłości. Nieco wyżej znajdowały się dwie wypukłości o kształcie krągłych piersi. Naraal nie musiał patrzeć na twarz, żeby wiedzieć, że to elfka. Wiedział kim ona jest i choć czytał o jej urodzie, nie spodziewał się takiego piękna. Aryeh Neyiri – ostatnia żyjąca z trójki i matka króla, miała ponad osiemdziesiąt lat, ale nie wyglądała na więcej niż trzydzieści. Było to normalne, elfy starzały się dużo wolniej. Stała dumnie z ręką opartą o głowicę legendarnej złotej szabli z rubinem zamkniętym w rękojeści. W jej oczach nie było łez, za to czuć było przejmujący smutek. Naraal wiedział z „Pamiętnika Podróżnika Vaa”, że choć lady Aryeh, jak była nazywana, nigdy nie urodziła, to Ereitan był tak samo jej dzieckiem, jak i reszty z nieżyjącej już trójcy.

– Nie wyjdzie z tego – oświadczył starszy mężczyzna w czarnej szacie. Naraal w lot pojął, że był to medyk. – Król odchodzi.

– Jesteś pewien? – zapytał książę, jakby próbował oszukać rzeczywistość.

Naraal nie mógł oderwać wzroku od smutnych oczu lady Aryeh wbitych w umierającego króla.

– Jako arcymag znam się na tym – odparł, patrząc po zebranych. – Wiele kości ma połamanych, dodatkowo rany wewnętrzne. W jego wieku jest to śmiertelne, nawet jego elficka krew go nie uratuje.

– Dziękuję ci, mój aniele – wyszeptał król, z wysiłkiem przechylając głowę w stronę Naraala. – Nie udało ci się mnie uratować, ale dzięki tobie umrę przy rodzinie.

Dla wszystkich był to znak, żeby się oddalić. Lady Aryeh podeszła do niego i ucałowała go w czoło, po czym odwróciła się i oddaliła. Dla obserwującego ich chłopaka było to dziwne i obce zachowanie. Matka, która nie opłakiwała syna.

Syn został przy królu, pomimo trwającej bitwy. Każdy ojciec powinien móc pożegnać się ze swoim dzieckiem. Arestog obserwował jak rozmawiali, jednak chwilę później chrapliwy oddech, który wydawał z siebie król ucichł. Stało się oczywiste, że monarcha właśnie zmarł.

– Król odszedł – powiedział po chwili książę.

– Panie! Panie! – krzyczał mężczyzna wbiegający z dziedzińca. – Meymuss rzucił do szturmu odwód! Północna brama padła, walki trwają na murach i niższym dziedzińcu! Nie wytrzymamy dzisiejszego dnia!

– Jako pierworodny syn monarchy, po jego śmierci, obejmujesz dowództwo – powiedział mężczyzna w czarnej szacie. – Na mocy nadanego mi prawa, jako arcymag królewski Xynthialu, nadaję ci tytuł królewski Ereitanie II Xynthio, synu Ereitana I Xynthii, króla Xynthialu – mówił to takim głosem, jakby chciał się pozbyć odpowiedzialności za ewentualną klęskę.

Naraalowi wydawało się, że jest nie w tej bajce. Był chłopem, wieśniakiem. Jego przygoda w innej sferze, była wyjątkowa, ale obserwując z boku najwyższe sfery swojej ojczyzny, czuł się nieswojo.

– Mamy jakieś szanse? – zapytał Ereitan II tłum królewskich doradców.

– Wątpię, panie – odpowiedział ktoś, kto wyglądał na wysoko postawioną osobę. Chłopak nie mógł się połapać, kto jest kim na dworze.

– Może… – wtrącił nagle Naraal.

– Kim jesteś, żeby zabierać głos, obszarpańcze? – krzyknął królewski arcymag.

– Cisza! – krzyknął niespodziewanie Ereitan II. – Osłaniał króla, pozwolił mojemu ojcu wrócić do nas. Powinniśmy go wysłuchać i tak nie mamy innej możliwości!

– Myślę, że nadszedł czas, abym dał to tobie, królu – powiedział Arestog, wyjmując zwój, który znalazł na swojej szafce nocnej tuż obok sztyletu Feyviti.

– Mamy mnóstwo magicznych zaklęć – zakpił arcymag, jednak kiedy król przekazał mu zapisany pergamin, zamilkł. Na kilka sekund zapadła cisza przerywana jedynie wybuchami i krzykami dochodzącymi przez otwarte wrota. Mag zbladł, po czym dodał – to… to jest potężne… potężne zaklęcie! Skąd je masz, chłopcze?

– Znalazłem… – odpowiedział zachowując zimną krew, ale urwał. Nie wiedział co miałby mówić dalej.

– Co to jest? – spytał nowy król.

– Każdy martwy, który padł na tej ziemi, powstanie na nasze wezwanie – oznajmił arcymag. Wydawał się zahipnotyzowany tym, na co właśnie patrzył.

– Czy to bezpieczne? – spytał król.

– Bezpieczne tak, ale czy etyczne? – spytał mężczyzna w czerni. – W końcu to nasi żołnierze, ludzie, przyjaciele i rodacy. Ludzie, którzy oddali życie za kraj.

Ereitan II zawiesił wzrok na kamiennej posadzce. Przeszedł kilka kroków w przód, a następnie zawrócił i spojrzał magowi w oczy.

– Oddali życie za kraj, oddali wszystko, prawda?

– Tak, królu.

– Więc oddaliby więcej, gdyby mieli. Martwi nie są kosztem, którym powinniśmy się martwić, są nim żywi – stwierdził monarcha, po czym krzyknął – za Xynthial!

Zebrani, którzy przypatrywali się tej wymianie zdań, po chwili unieśli miecze w górę i zakrzyknęli:

– Za Xynthial!

Echo ich głosów odbiło się od pustych ścian wielkiej sali, po czym zapadła wymowna cisza. Wzrok wszystkich padł na postać w czarnej szacie.

– A… tak! Zbiorę gildię! Tutaj, na irnifalskiej ziemi, zgnieciemy Grithian raz na zawsze, mocą śmierci – po czym dodał pod nosem – będę potrzebował kryształów, dużo kryształów…

Postać w czarnej szacie, ściskając zwój, jakby był najcenniejszą rzeczą jaką kiedykolwiek trzymała, truchtem pobiegła do drzwi, prawdopodobnie prowadzących do wieży magów. Wszyscy odprowadzili arcymaga wzrokiem. Naraal spojrzał na Ereitana. Młody król wyglądał na niewiele starszego od niego. Choć widać było, że stara się ukryć to, że jest zagubiony. Zmarł jego ojciec, królestwo chyliło się ku upadkowi, on sam został władcą i musiał podjąć decyzję, która prawdopodobnie zmieni oblicze świata. Zdawał się usprawiedliwiać przed sobą, że podjął taką decyzję, którą musiał podjąć, jednak nadal zastanawiał się, czy była ona dobra.

Naraalowi, obserwującemu swojego rówieśnika przeszło przez myśl, że przecież może zająć się tym ktoś inny, na przykład jego babcia, która wychowała już dwóch władców. Spojrzał na nią i widząc zacięte, smutne oczy obserwujące przez uchylone okno witrażu bitwę, zrozumiał jaką funkcję pełni elfka. Nie brała żadnej odpowiedzialności, służyła radą tylko, kiedy ją o to poproszono, nie chciała wpływać na swojego wnuka. Władza zdawała się jej nie interesować.

– Dziękuję ci – odezwała się niespodziewanie lady Aryeh. Naraal zdał sobie sprawę, że po raz pierwszy słyszy jej głos, był spokojny, zmysłowy, głęboki i jakby martwy, smutny.

Spojrzała na niego oczyma koloru morza, a on zamarł. Zbliżała się i musnęła jego policzek swoimi wargami, po czym odwróciła się i wyszła na dziedziniec.

– Nie obchodzi mnie, skąd to masz – odezwał się głos. Naraal odwrócił się i zobaczył króla Ereitana II Xynthię patrzącego na niego tymi samymi, co babcia, morskimi oczyma. – Jednak jeśli to zadziała, Korona, jak i całe królestwo, będzie ci dozgonnie wdzięczna. Otrzymasz tytuł szlachecki, posiadłość, pieniądze i…

Tutaj król przerwał i podszedł do okna. Purpurowe światło zdominowało naturalny, słoneczny odblask, a pola zaczynały się poruszać. Potem oczom obserwujących ukazały się wstające, martwe ciała, rozrywające swoją skórę i mięśnie. Dziedziniec zaczął czerwienieć od krwi i ludzkiego mięsa, a chwilę później bieleć od idealnie czystych, lekko zabarwionych magiczną czernią kości. Naraal również podbiegł do okna i zobaczył, że w oddali tysiące kościotrupów powstawało, rozrzucając kawałki swoich ciał wokół i idąc w stronę zachodu.

– Jeśli to wygramy, nigdy ci tego nie zapomnę, chłopcze – dodał po chwili Ereitan II.

Cum Daemonibus

Naraal Arestog odłożył delikatnie książkę na miejsce. ,,Przygody podróżnika Vaa” były bardzo stare nawet wtedy, kiedy je znalazł, a było to przeszło dziesięć lat temu. Znalazł ją na strychu rodzinnego domu. Pomimo tego, że miał już siedemnaście lat, dalej uwielbiał przeglądać ją przed snem. Właściwie to nigdy się z nią nie rozstawał. Zaciekle bronił swojego skarbu przed niszczycielskimi łapskami swojego młodszego rodzeństwa. Była dla niego bezcenna. Symbolizowała wolność, ucieczkę od rzeczywistości. Inspirowała do walki o marzenie, które miało się spełnić.

Naraal pochodził z chłopskiej, wielodzietnej rodziny. Całe jego życie skupiało się na pomaganiu w prowadzeniu gospodarstwa. Przytłaczała go nuda, każdy dzień był taki sam. Praca na roli, posiłek i sen zdawały się przeplatać. Chłopak nie dostrzegał żadnych perspektyw, ale nie przeszkadzało mu to dopóki przypadkiem nie znalazł owej książki. Ojciec nigdy nie był zainteresowany kartkami poznaczonymi niezrozumiałymi dla niego znakami. Podobnie jak większość chłopów, tak i on, nie potrafił czytać.

Naraal również tego nie potrafił i nic nie zapowiadało zmiany tego stanu, aż do momentu, kiedy będąc na jarmarku wykorzystał chwilę nieuwagi matki i wymknął się. Siedmioletni wtedy chłopak podszedł do handlarza wyglądającego na obcokrajowca i zapytał o tajemnicze litery. Traf chciał, że spotkał mężczyznę, który może z dobrego serca, a może z braku lepszego zajęcia zaczął objaśniać mu głoski. Minęło trochę czasu, zanim rodzicielka spostrzegła nieobecność pierworodnego. Jeszcze więcej, zanim go odnalazła. Te parę godzin wystarczyło, jednak chłopcu na nauczenie się większości liter. Sam handlarz był pod wrażeniem chłonności umysłu dziecka. Nawet próbował przekonać jego rodziców, by wyprawili go na nauki. Ojciec jednak nie podszedł do tego zbyt entuzjastycznie, szczególnie, że nie było go na to stać.

Od tego czasu Naraal, w każdej możliwej chwili, uczył się czytać. Co tydzień jeździł z rodzicami na targ, aby tam prosić przypadkowych handlarzy o pomoc w nauce. W zamian za to oferował im symboliczną pomoc lub drobne przedmioty, które udało mu się podkraść z rodzinnego domu. W końcu, po czasie, chłopcu udało się przeczytać samemu pierwszy rozdział ,,Przygód Podróżnika Vaa”. W kolejnych kilku rozdziałach odkrył ze zdziwieniem jak myląca była ta nazwa. Vaa nie był ani podróżnikiem, ani nie miał żadnych przygód. Vaa był jedynie marionetką w rękach pozaziemskich istot. Naraal zaczął zastanawiać się, czy i jego losem nie rządzi jakaś tajemnicza siła, której nie jest w stanie się oprzeć.

Gdy tylko nadarzyła się przerwa w pracy, on czytał. To właśnie ta, pokryta wytartą już czernią i tajemnicza zarazem, księga poszerzyła horyzonty dziecka. Naraal zaczął rozumieć ogrom świata. Świat Nur’estiri’gh wydawał się mu nieskończenie wielki i ciekawy. Śnił więc w nocy i marzył w dzień, o nieznanych zachodnich krainach oraz południowych krańcach świata. Myślał o tajemniczym kontynencie Ghnti, gdzie rządziła magia, a jego powierzchnia nigdy nie została zbadana. Pożądał Nur, gdzie cywilizacja upadła. Wzdychał tęsknie do Błogosławionego Imperium. Dziwił się, że niegdyś jego ojczyzna – Xynthial nie istniała na mapie. Zapragnął wyruszyć w świat, zmieniać go, być kimś.

Rodzina jednak podcinała mu skrzydła. Pochwalił się kiedyś matce, że chciałby zostać podróżnikiem. Snuł opowieści o zwiedzaniu niezliczonych krain. Chciał widzieć setki ludzi, oglądać niewyobrażalne dziwy, jakich nie uświadczyłby w rodzinnych stronach – przeżyć przygodę.

– Wyrośniesz z tego – odpowiedziała. – Kto będzie zajmował się twoimi braćmi i siostrami, kiedy nas zabraknie?

Naraal zapamiętał te słowa. Choć się rozczarował, poczuł jakąś wewnętrzną dumę z tego, że ktoś pokłada w nim nadzieję i uważa odpowiedzialnym za przyszłość rodziny. Słowa matki głęboko na niego wpłynęły i zmieniły postrzeganie niektórych spraw. Kobieta, która dała mu życie i miłość, przecież nie mogła źle mu życzyć. Postanowił dojrzeć. Przestał śnić na jawie. Zaczął myśleć o sprawach bardziej przyziemnych. A przynajmniej się starał.

Siedemnaste urodziny sprawiły, że coś w nim pękło. Zew zwyciężył. Dziwne uczucie kazało mu ruszyć w drogę. Po zachodzie słońca, kiedy wszyscy położyli się spać, spakował najpotrzebniejsze rzeczy i ruszył na wschód w stronę wielkiego oceanu. Wreszcie poczuł się wolny.

Trakt wydawał mu się zatłoczony. Nigdy nie widział takiego tłumu. Podziwiał różnorodnośćstrojów ludzi spotykanych po drodze. Poznał wielu pomocnych i bezinteresownych wędrowców, którzy pomagali mu w taki sposób, że zaczynał zastanawiać się, czy to zasługa jego czaru, czy może każdy samotny wędrowiec spotyka się z taką gościnnością. Obcy ludzie często zapraszali go do swoich obozów i gościli. Dzięki nim Naraal wiele się nauczył, zyskał doświadczenie oraz cenne umiejętności. Jak na wieśniaka, był bardzo otwartym i wzbudzającym zaufanie kompanem. Charyzma i otwartość powodowały, że rozmowa z nim zadowalała nawet szlachetnych panów i uczonych. Jego największą zaletą pozostawało nadal to, że potrafił słuchać. Zapamiętywał fakty i cały czas rozbudowywał swój światopogląd. Każdy, kogo spotkał na tym irnifalijsko-istrolijskim trakcie, wydawał się niesamowity, nietypowy i odmienny. Napotkani ludzie, między którymi byli zarówno magowie, jak i duchowni czy rycerze, jawili się mu jako inna historia, inny punkt widzenia. Chłopak podczas podróży dowiedział się dużo o polityce, swojej ojczyźnie – Xynthialu, ekonomii oraz geografii. Napotkani mówili mu o matematyce, chemii i magii. Słuchał z pasją o legendach, przygodach tudzież odległych lub bliskich krainach, gdzie żyją niesamowite stworzenia i inne rasy. Na tym trakcie pierwszy raz zobaczył derfa. Poprzysiągł sobie, że musi odwiedzić kiedyś podwodny kraj Rph’eaenm – ojczyznę tych istot. Na tej drodze nauczono go, jak można przetrwać jedząc tylko to, co rośnie w lesie. Zaczął bać się potęgi Grithianu czyhającego na Xynthial i nie mógł się doczekać aż zobaczy Złoty Valandriol oraz jego perłę – legendarne stare miasto Deriolu.

Nie mógł włóczyć się w nieskończoność. Na końcu szlaku malował się krajobraz, wznoszących się ponad budynki Istrolu, portowych żurawi.

Poczuł, że morze jest jego przeznaczeniem. Nie szukał rozwiązania długo. Porozmawiał chwilę z kapitanem na przycumowanym statku „Głodny Marynarz”. Nawet zdziwił się, jak łatwo mu poszło, nie wiedział czy to kwestia jego erudycji, czy zapotrzebowania na załogę, ale został przyjęty od razu. Jeszcze tego samego dnia wyruszył jako majtek na wyspę Aryol. Szczęście dopisywało mu od początku podróżny tak bardzo, że nie wierzył w to, że w tym nowym, szczęśliwszym świecie bywali w ogóle ludzie nieszczęśliwi.

***

Naraal wpatrywał się w horyzont, opierając się o drewniany reling. Spoglądał na gwiaździste niebo. Zapowiadała się spokojna noc. Wrócił pamięcią do swojego życia na wsi. Przez siedemnaście lat, każdy dzień był podobny do poprzedniego. Spojrzał na podniszczony już egzemplarz „Przygód podróżnika Vaa”, westchnął, po czym udał się w stronę swojej kajuty. Wszedł do ciasnego pomieszczenia, usiadł na posłaniu i położył ukochaną książkę na skrzynce leżącej obok łóżka, w której znajdowały się wszystkie jego rzeczy. W kajucie nie było niczego więcej, tylko skrzynia, stara prycza i ten cholernie niski sufit. Tak niski, że nie było sensu wsadzać tam nawet krzesła. Wyjął ze specjalnego otworu kryształ, który wydał z siebie dźwięk przypominający kliknięcie i zgasł, a w pokoju zapadła ciemność. Położył się na pryczy i chwilę wpatrywał w dominującą w pokoju czerń. Następnego ranka mieli dotrzeć do Aryolu. Buzowały w nim niewytłumaczalne emocje. Miał dziwne wrażenie, że czeka go tam coś niezwykłego. Udało mu się zasnąć dopiero nad ranem. Pamiętał, że niebo już szarzało.

Obudził go dźwięk rogu, który oznajmiał przybycie do portu. Naraal przypomniał sobie ze zgrozą, że miał pełnić poranną wartę i wystraszył się, że pierwszy oficer zauważył jego spóźnienie. Ubierając się w pośpiechu, wybiegł na pokład i po chwili z ulgą stwierdził, że nikt nie zwrócił uwagi na jego nieobecność. Na horyzoncie wyraźnie malowała się już wyspa. Zamierzał udawać, że cały czas był na pokładzie.

– Dużo do rozładowania, pierwszy oficerze? – zapytał podchodząc jakby mimochodem.

– Trochę – odburknął, wiecznie zamyślony, wyższej rangi marynarz.

– Długo nam to zajmie, pierwszy oficerze?

– Trochę… – odpowiedział śpiąco, a po chwili zapadła męcząca cisza.

Czuł się nieco zbity z tropu.

– Jak długo tu zostaniemy? – spytał w końcu.

– A na trochę… – odpowiedział spokojnie.

Po tej ‘’dynamicznej” wymianie zdań Arestog zdecydował się stanąć trochę dalej. Po prostu czekając na dalsze rozkazy.

– Arestog!

– Tak?! – zareagował od razu chłopak. Odwracając się, zobaczył znajomą twarz i od razu dodał – kapitanie?

– Co zamierzacie? Załoga zajmuje się przygotowaniem do rozładunku, a wy stoicie przy maszcie i patrzycie w dal, niczym jakiś idiota – kapitan miał skłonności to mówienia pełnych zdań na jednym wdechu. Wypowiedź zajęła mu raptem dwa uderzenia serca. Chłopak przez chwilę stał jak wryty i zastanawiał się, co właściwie teraz usłyszał.

– Już idę! – odkrzyknął zdecydowanie. – Kapitanie!

– Gdzie idziecie? – odezwał się kapitan.

Naraal przez ten krótki rejs nauczył się, że jego przełożony miewał różne nastroje, rozmowa z nim zawsze kierowała się jakąś abstrakcyjną logiką.

– Pomóc swoim kolegom, załodze… – odpowiedział niepewnie.

– Nie kazałem wam iść pomagać załodze! – krzyknął przełożony.

– Nie…? To znaczy. A tak, oczywiście!

– Zapytałem, co zamierzacie!

– Pomóc! – krzyknął ochoczo, jednak po chwili dodał zmieszany pytaniem – wykonać swoje obowiązki!

– Dobrze! Zuch chłop! Macie wolne na dziś! – powiedział kapitan z dziwacznym entuzjazmem, po czym dodał – opowiadaliście o tych swoich przygodach, co je chcieliście przeżyć, to teraz idźcie i przygodujcie.

Naraal patrzył przez chwilę, to na pracującą w pocie czoła załogę, to na siwobrodego kapitana z fajką w ustach, który właśnie przestał się nim interesować i spoglądał na panoramę miasteczka. Ponad gromadę niskich domów wybijały się jedynie dwa budynki. Jednym był kościół Ethnu, drugim ratusz.

Kiedy tylko przybili do brzegu, młodzieniec zdecydował się ruszyć na „przegląd wyspy”. Nie zastanawiał się dokąd idzie, nie miał celu. Szybko jednak zaczęły towarzyszyć mu dziwne uczucia, których doznał poprzedniego wieczoru. Miał nieodparte wrażenie, że idzie w konkretnym kierunku.

Nie mylił się.

Bezwiednie wszedł do gęstego lasu. Nie zwracał nawet uwagi na uspokajającą zieleń i charakterystyczny, kojący zapach boru. Po zaledwie kilkuset metrach, zamknięty pośród ścian drzew otaczających wąską ścieżkę, stanął. Odsłonił gałęzie krzewów, a jego oczom ukazały się ruiny. Ruszył przed siebie. Czuł, że to może być właśnie jedno z takich miejsc, dla których opuścił rodzinny dom. Liczył na coś niepowtarzalnego. Na schodach prowadzących w dół znajdowało się pełno liści oraz ziemi. Nie dostrzegał na nich żadnego tropu, czy też odcisku stopy. Przecież to niemożliwe, że tak blisko ruchliwego portu, na zaludnionej od setek lat wyspie, ukrywały się niesplądrowane lub nieodwiedzane przez nikogo ruiny. Choć im bardziej zbliżał się do budynku, tym większy niepokój go ogarniał, to nadal zwyciężała chęć przygody. Zdawało mu się nawet, że coś go tam przyciąga.

Kiedy zszedł kilka stopni w dół, zanurzył się w ciemności, ale już parę kroków dalej dostrzegł zieloną poświatę, docierającą gdzieś z drugiego końca tunelu. Trochę dalej to światło zaczęło nabierać formy, były to dwa ogromne kryształy. Nigdy nie widział magicznych klejnotów o takiej wielkości – były wyższe od niego. Podszedł do nich i zaczął się im przypatrywać. Fosforyzujące zielenią kamienie stały osadzone w idealnie dopasowanych, kamiennych niszach.

Niespodziewany rozbłysk oślepił go na tyle mocno, że chłopak musiał zasłonić sobie oczy ręką, lecz kiedy je odsłonił nie był już w kamiennym tunelu. Miejsce, w którym się znajdował, nie wyglądało mu na Eestirię. Tkwił w zawieszeniu pośród szarej nicości. Wokół niego, w ciasnym kręgu skupiały się setki, jeśli nie tysiące, dziwnych, przerażających, człekokształtnych istot. Potworne sylwetki, składające się głównie z półprzeźroczystej, szarawej tkanki i dziesiątek losowo wtopionych w nią oczu. Tysiące ślepi zamykało się w amebicznych ciałach, znikając bez śladu i pojawiając się w zgoła innych miejscach. Młody Arestog na początku pomyślał, że to sen, zwodniczo realny koszmar, ale z każdą chwilą utwierdzał się w przekonaniu, że znalazł się w bardzo złym miejscu, w dość niekorzystnym czasie. Zamarł i czekał na rozwój sytuacji. Kolejne, co do niego dotarło to odkrycie, że świat, w którym się aktualnie znajdował, posiadał więcej niż trzy wymiary. Istoty stały jedne w drugich, wtapiając się w siebie, tworząc bezkształtną, lepką mgłę, jednocześnie widocznie były od siebie oddzielone. Naraalowi nie dotykał ich, a jednocześnie wydawało mu się, że przenika je, czując przy tym coś pomiędzy lekkim mrowieniem a zimnem.

Przyglądał się światu, w którym się znalazł, a z każdą chwilą zdawał się dostrzegać nie tyle więcej (jak po gwałtownym zanurzeniu się w ciemności), ile inaczej. Kiedy tak stał, czekając na rozwój wydarzeń, które jak się obawiał, miały zakończyć jego życie, wszystko stawało się bardziej jaskrawe. Zarysy istot były coraz ostrzejsze, bardziej ludzkie, a niebo, które się nad nim otwierało, zmieniało barwę w przyjemny, różowawy błękit zachodzącego słońca.

– Witaj, przybyszu – odezwał się w jego głowie damski głos. Miał dziwaczny ton, jakby coś, co nigdy nie spotkało człowieka próbowało go uwieść. – Czekaliśmy na ciebie.

– Tak? Ale… gdzie ja teraz jestem? – wydukał.

– W sferze światła – rozległa się odpowiedź. – W sferze wiecznego szczęścia.

– Czym jesteście? – rzucił z lekką odrazą.

– Nasza rasa nazywa się Ghfn’youy’phf – tu padły niemożliwe do wypowiedzenia głoski, usadowione na różnych wysokościach skali głosu, których praktycznie nie dało się zapamiętać. Nazwa była na tyle skomplikowana, że od razu wiedział, że nie powtórzy jej, choćby słyszał ją setki razy.

– Dlaczego tu trafiłem? – dociekał Naraal.

– Z powodu anioła, który poprosił nas, byśmy cię ugościli.

Naraal od razu skojarzył to z książką, która go wychowała, ale myśl ta szybko znikła, jakby wyparowała.

Istoty, choć nadal przerażające, wydawały się coraz przyjaźniejsze, a głos przybierał milszy wydźwięk. Słychać w nim było prawdziwą miłość i ukojenie, co przywodziło na myśl spokój rodzinnego domu, a zarazem seksualną rozkosz.

– Jesteś wybrańcem.

– Ja? Wybranym? Do czego? – zdziwił się.

– Do wielkich rzeczy. Będziesz musiał uratować swoją ojczyznę, Xynthial – usłyszał w myślach.

Z kłębowiska ciał pozostała tylko jedna, stojąca przed nim postać, która z minuty na minutę coraz bardziej przypominała kobietę. Niezwykłą kobietę. Najpiękniejszą kobietę, jaką Naraal kiedykolwiek mógł sobie wyobrazić.

– Jesteś wybrańcem. Tym, który zmieni los Eestirii na zawsze.

– Ale dlaczego ja? – dalej pytał Naraal, wpatrując się w postać formującą się przed nim.

Rozejrzał się i dostrzegał coraz więcej szczegółów otoczenia, których wcześniej nie widział. Kiedy spojrzał pod nogi, uświadomił sobie, że nie stoi na niczym konkretnym, ale jednak coś go utrzymywało. Wpatrując się w dziwaczny grunt, potrafił wyłapać drobne elementy powierzchni. Widział każde ziarenko pozawymiarowej, piaszczystej substancji, które w końcu zlewały się w jedną strukturę, ginąc gdzieś w oddali. Rozróżniał nie tylko fakturę konkretnych substancji, ale również ich wnętrze i powierzchnię z każdej strony oraz boków. Towarzyszyło temu niesamowite uczucie, którego nie potrafił opisać nawet we własnych myślach.

– Jesteś wyjątkowy – powiedziała kobieta ubrana teraz w jedwabną, skromną, ale seksowną suknię.

Zrobiła krok w jego stronę.

– Bystry… – zbliżała się do niego – inteligentny… – znajdowała się już nie dalej niż na wyciągnięcie ręki… – odważny, prawdomówny, otwarty, skromny…

Naraal bezustannie patrzył w jej jasnoróżowe, hipnotyzujące oczy. Przysunęła się tak blisko, że czuł jej oddech na swojej twarzy. Miała taki niewinny wzrok, kiedy na niego spoglądała.

– I utalentowany – skończyła, zarzucając mu ręce na szyję, po czym zaczęła całować.

Nagle zrobiła krok do tyłu. Przez chwilę taksowali się wzrokiem. Jej jasnoróżowe oczy skrywały głębię ukrytych emocji. Miały jakiś magnetyczny, nieziemski urok. Badawczo i jakby trochę poddańczo, wpatrywała się w Naraala, a chłopak czuł, że rośnie w nim podniecenie. Przyglądał się chwilę jej piersiom, których zarys malował się w fałdach prostej sukni. Dziewczyna, widząc to poruszyła delikatnie ramionami i ubranie bezszelestnie osunęło się do jej stóp, ukazując niespotykanie perfekcyjne ciało. Krew odpłynęła z mózgu, a sam chłopak, o dziwo, poczuł się zrelaksowany. Wszelkie znamiona niepewności i strachu odeszły. Patrzył chwilę na piękno, które stało przed nim, nie wierząc własnym oczom. Nagle zdał sobie sprawę, że oboje są nadzy. Naraal całe swoje życie czekał na taką chwilę, śnił o niej, marzył wielokrotnie. W tym momencie to wszystko było rzeczywiste, a jego rajski ogród znajdował się tu i teraz. Stał i patrzył niczym zahipnotyzowany. Dziewczyna znów podeszła do niego, muskając delikatnie jego ciało swoim. Wpiła swoje usta w jego wargi, a on długo rozkoszował się ich smakiem i zmysłowym dotykiem. Czuł subtelny napór jej nagich piersi. Ciepło, bijące od miękkiej skóry, powodowało u niego gorące dreszcze, płynące falami wzdłuż kręgosłupa. Ręce automatycznie objęły kochankę i wędrowały w dół, muskając koniuszkami palców jej delikatną skórę. Zatracony w niekończącym się pocałunku, złapał ją za pośladki i ścisnął mocno. Były zadziwiająco przyjemne. Wszelkie troski i lęki odpływały w nicość. Istota, odrywając usta od jego nienasyconych warg, wydała z siebie zduszony jęk. Spojrzał na nią, próbował wyłapać najmniejsze detale urody. Jej dolna warga drżała z podniecenia, podczas gdy oczy mówiły tylko jedno: zrób ze mną, co chcesz, jakby jutra nie było. Odwróciła się niespiesznie i z gracją. Poczuł, jak jej pośladki ocierały się o jego nagie ciało, a dłonie złapały jego ręce i ułożyły na krągłych, apetycznych piersiach. Jego palce zacisnęły się mocno. Połączenie bólu i podniecenia spowodowało, że anielica cicho westchnęła. Ujął ją, kusząco wypiętą w jego stronę, drżącymi rękami i zbliżył się. Oddech dziewczyny przyspieszył jeszcze bardziej, a po chwili przeistoczył się w subtelny jęk, kiedy w nią wszedł. Ten głos był najbardziej podniecającym dźwiękiem na świecie. We wszystkich światach. Poczuł rosnące podniecenie, po czym przyspieszył tak bardzo, że aż zabrakło mu tchu. Starał się utrzymać rytm mocnych pchnięć, ciągnąc ją za trzymane w garści, czarne jak węgiel i błyszczące jak diament. włosy. Dziewczyna zaczęła krzyczeć, a on wpijał się, wciąż głodnymi ustami, w jej alabastrową, długą szyję. Podniecenie wzmagało się, aż wreszcie eksplozja pożądania przesłoniła oczy i rzuciła go z impetem na ziemię.

– Musiałam podziękować ci za to wszystko, co dla mnie zrobisz, mój ukochany – powiedziała kojącym, słodkim głosem. – Muszę cię jeszcze wiele nauczyć skarbie. Muszę nauczyć cię walczyć. To kiedyś uratuje ci życie. Czy masz jakąś broń? – zapytała.

– Mam… miałem nóż, kiedy tu wchodziłem – odpowiedział Naraal, nawet nie zdziwił się, jak szybko od zbliżenia zeszło do rozmowy. Nie wywołało u niego zdumienia nawet to, że nie był zdyszany. Był przecież w sferze światła.

– Twoje rzeczy są w skrzyni, która stoi za tobą – odpowiedziała.

Odwrócił się i dostrzegł kufer. W tym wymiarze widział go jednocześnie ze wszystkich stron, jak i ze środka. Dostrzegał ułożone w środku ubranie i spoczywający na nim nóż w pochwie. Widział każdy zadzior na ostrzu, nitkę ubrania i drzazgę kufra jednocześnie, choć obserwował jedynie skrzynię.

– Przynieś swoją broń. Nauczę cię walczyć.

– Dobrze Feyviti, moja ukochana – odpowiedział Naraal.

To imię w nim tkwiło, nie wiedział od kiedy, nie wiedział dlaczego, ale widząc tę kobietę był pewien, że nazywa się Feyviti. Możliwe, że był po prostu młody, jednak wydawało mu się, że czuje do niej coś niespotykanego. Nie tylko przez to, co się stało i jak wyglądała, lecz także dlatego, że było w niej coś zniewalającego, coś co powodowało, że Naraal wierzył w każde jej słowo i ruch. Wydawała się prawdziwsza niż cokolwiek, co ujrzał dotychczas w swoim życiu.

Ze skrzyni wyciągnął ostrze i kiedy schylał się po ubranie, głos odezwał się za nim.

– Ukochany, nie ma sensu się ubierać, nie uważasz? Jesteś tak… podniecający, jesteśmy tu tylko my dwoje. To jest raj, ukochany, a ja jestem twoją anielicą – odpowiedziała. – A teraz pokaż, co potrafisz tym nożem. Nie bój się mnie zranić, mój jedyny, tutaj rany goją się od razu, nie panuje głód ani pragnienie. To jest raj, tu nie trzeba nam niczego – dodała, przyjmując postawę gotową do walki.

Ciężko było określić, ile czasu minęło w pozawymiarowej przestrzeni na seksie, treningu, rozmowach i jedzeniu.. Był to piękny sen, istny raj, najprzyjemniejszy okres w życiu Naraala i pragnął, by ten nigdy się nie skończył. Tam nie występowało coś takiego, jak potrzeby, nikt nigdy nie był głodny, jadł kiedy chciał, nie musiał pić, nigdy się nie męczył, kochał się, bo chciał. Sfera światła była miejscem, gdzie nigdy nie zapadał zmrok, dosłownie i w przenośni. Była rajem.

Ile czasu minęło? Nie dało się stwierdzić. W sferze światła nigdy nie było czasu. Naraal wahał się między dekarem a dekadą.

Niespodziewanie Feyviti przemówiła:

– Ukochany, jesteś w dolinie światła, jednak do niej nie należysz. Należysz do swojej ojczyzny – Xynthialu. Nauczyłam cię już wiele i teraz musisz tylko dopełnić swojego przeznaczenia. Kocham cię i zawsze będę tu na ciebie czekać, tu w raju…

– Jak to? – przerwał jej zdziwiony Naraal.

– Nie puszczam cię jednak do Eestirii bezbronnego. Daję ci twój nóż wraz z pierwiastkiem światła. Teraz będzie ranił twoich nieprzyjaciół dużo skuteczniej, nigdy go nie zgubisz – kontynuowała, jakby nie słyszała jego pytania. – Daję ci coś jeszcze. Jest to zwój z magicznym zaklęciem…

– Ale ja nie umiem czarować. Nawet nie umiem czytać tych szlaczków! – krzyczał, znów jej przerywając.

– … który dasz magowi, kiedy twój kraj będzie cię naprawdę potrzebował. Kiedy nadejdzie pora, będziesz o tym wiedział – dokończyła.

– Ale jak to mam odejść? Chcę tu zostać! – krzyknął.

Obudził go dźwięk rogu, który oznajmiał przybycie do portu. Naraal poczuł, jakby to wszystko już się wydarzyło, jakby doświadczył tego wszystkie. Nie potrafił przypomnieć sobie gdzie. Szybko uznał, że jest to jedno z tych dziwnych, niewytłumaczalnych uczuć. Po chwili przypomniał sobie ze zgrozą, że miał pełnić poranną wartę i wystraszył się, że pierwszy oficer zauważył jego spóźnienie. Ubierając się w pośpiechu, wybiegł na pokład i po chwili z ulgą stwierdził, że nikt nie zwrócił uwagi na jego nieobecność. Na horyzoncie wyraźnie malowała się już wyspa. Zamierzał udawać, że cały czas był na pokładzie.

– Dużo do rozładowania, pierwszy oficerze? – zapytał podchodząc jakby mimochodem, Naraala nie opuszczało wrażenie, że dokładnie wie co odpowie zarówno on jak i oficer. Miał wrażenie, że ta rozmowa już się odbyła.

– Trochę – odburknął, wiecznie zamyślony, wyższej rangi marynarz.

– Długo nam to zajmie, pierwszy oficerze?

– Trochę… – odpowiedział śpiąco, a po chwili zapadła męcząca cisza.

Nie czuł się zbity z tropu, choć wiedział, że ta rozmowa jest dziwna znał dokładnie cały przebieg.

– Jak długo tu zostaniemy? – spytał w końcu.

– A na trochę… – odpowiedział spokojnie.

Wiedział, że zaraz usłyszy kapitana krzyczącego jego nazwisko.

– Arestog!

– Tak… kapitanie?

– Co zamierzacie? Załoga zajmuje się przygotowaniem do rozładunku, a wy stoicie przy maszcie i patrzycie w dal, niczym jakiś idiota – kapitan miał skłonności to mówienia pełnych zdań na jednym wdechu. Wypowiedź zajęła mu raptem dwa uderzenia serca. Chłopak przez chwilę stał jak wryty i zastanawiał się, co właściwie teraz usłyszał.

– Już idę! – odkrzyknął zdecydowanie. – Kapitanie!

– Gdzie idziecie? – odezwał się kapitan.

– Pomóc swoim kolegom, załodze… – odpowiedział niepewnie.

– Nie kazałem wam iść pomagać załodze! – krzyknął przełożony.

– Nie…? To znaczy. A tak, oczywiście!

– Zapytałem, co zamierzacie!

– Pomóc! – krzyknął ochoczo, jednak po chwili dodał zmieszany pytaniem – wykonać swoje obowiązki!

– To róbcie! Za co daje wam żarcie?! Za to, żebyście gapili się, jak osły przed siebie?! Do roboty!

Dwie godziny później, kiedy wszystko było już wyładowane, usłyszał krzyk kapitana:

– Macie przerwę! Za dwie godziny wszyscy zaczynają ładować statek i wyruszamy dalej.

Naraal zdecydował się wrócić na chwilę do kajuty, a potem przejść się po porcie. Kiedy jednak wszedł zgięty w pół do pomieszczenia, w którym zwykle spał, zauważył na skrzyni kopertę. Gdy ją otworzył, oczom ukazał się zwój z jakimiś dziwnymi znakami oraz kartka, na której było napisane:

Pamiętaj o mnie.
Feyviti

Serce zabiło mu mocniej, wspomnienia wróciły. Spojrzał na wiszący u pasa nóż, wyjął go z pochwy, która miała teraz dziwny fioletowawy poblask, a ostrze zalśniło intensywnym, seledynowym blaskiem.

Opętanie


Zza brody wyglądał na kartki powstającej książki. Czuł dziwaczne odrealnienie, zdawał się patrzeć na tekst jak przez mgłę. Litery same układały się w wyrazy, a te w zdania. Gdzieś na granicy świadomości zadawał sobie pytanie: czy to rzeczywiście ja piszę? Nie potrafił przerwać, pisał jak opętany, tak jakby jakaś siła wyższa kazała mu to robić, a on był zbyt słaby, żeby się powstrzymać. Instynktownie czuł, że tekst ma się ku końcowi, choć nie przypominał sobie, żeby myśli przelane na papier odzwierciedlały jego własne. Owszem, niektóre z tych przemyśleń zdecydowanie należały do niego, ale w całości zdawały się jakieś dziwne, obce.

Karol Marks postawił ostatnią kropkę. Pan Engels powinien być zadowolony, chyba o to mu chodziło pomyślał i dopiero teraz zdał sobie sprawę, że czuje się wolny. Nie musiał już pisać. Dziwaczne dzieło wprowadzało go w niepokój, czuł płynącą od niego magię. Szczęśliwie, racjonalny umysł odrzucał tego typu prymitywne wierzenia. Nawet jeśli Bóg istniał, to nie bawił się w książki, co najwyżej w książkę. Poza tym, Marks czuł się dumny ze swojego dzieła. Pełen pychy, oddał swój twór do oceny sponsorowi i jednocześnie współautorowi książki. „Manifest komunistyczny” – tak nazwał swoje dzieło.

*******

Lucyfer usiadł na swoim tronie, otoczony wszelkiej maści nieziemskimi obrzydliwościami. Był wyraźnie zadowolony.

– Z czego się tak cieszysz, Panie? – zapytał jeden z jego rogatych podwładnych, mieszkańców piekielnej sfery.

– Dziś dokonałem opętania – powiedział z uśmiechem.

– A jakiegoż to opętania? – zapytał z zaciekawieniem inny, choć wydawało się, że jego głowę pokrywa warstwa robali, tak naprawdę po prostu była to jego twarz.

– Otóż wszedłem w ciało śmiertelnika i stworzyłem coś, co na zawsze zmieni oblicze świata – Lucek nie mógłby się nie pochwalić.

– W czym, więc tkwi geniusz Pańskiego planu? – dopytywały się demony.

– Otóż jego ciałem napisałem książkę, która pochłonie miliony istnień, a pozostałych doprowadzi do demoralizacji. Ten dureń myśli, że to on pisał, ale to ja wydawałem rozkazy jego palcom.

Pewnie jest dumny, ale ten twór jak rak będzie zżerał żyjące istoty jeszcze przez najbliższe wieki, a ’’duszyczki” nawet nie będą tego świadome. Odwrócą się od twórcy i nieświadomie pójdą do nas, wierząc w to, że tworzą nowy, lepszy świat. Nie będą nawet wiedzieli, że oddają mi hołd. Będą pod moją władzą. Moją! – tutaj władca piekieł zaryczał donośnym śmiechem, który odbił się potwornym echem po ciemnych ścianach sali tronowej. Po czym dodał jakby do siebie:

– Pomyśleć, że za kilkaset lat będą wierzyli w to, że opętania to obracanie głowy, krzyczenie w dziwnych językach i skakanie po ścianach.

Obrazki

– Gdzie zamierzasz to wszystko przechowywać? – zapytał Bartek.

Nadal mieszkał wraz ze swoim kumplem ze studiów, pomimo tego, że ukończyli je już lata wcześniej. Mimo wszystko obu chłopakom żal było opuszczać informatyczną jaskinię jaką sobie urządzili. Ich dziewczyny patrzyły ze wstrętem na walające się dyski zewnętrzne, routery i wszelkiego rodzaju gadżety. Chłopcy doskonale zdawali sobie sprawę z tego, jak one to widzą i z tym większą nostalgią myśleli o życiu w pajęczej sieci utkanej z ethernetowych kabli. Mieszkanie wyglądało na zagracone, jednak lokatorzy zdawali się tego nie zauważać.

– Zobacz, tego nie będzie tak dużo. Pamiętasz rozdzielczość tysiąc dwadzieścia cztery na siedemset pięćdziesiąt sześć? Taką rozdzielczość miał twój stary netbook, ten wiesz, z prockiem atoma – tłumaczył Michał. Wyciągnął kalkulator z szuflady i zaczynał mnożyć. – To daje siedemset siedemdziesiąt cztery tysiące sto czterdzieści cztery piksele. Kolory w ergiebe opisuje się wzorem dwieście pięćdziesiąt pięć do trzeciej. Mnożąc to, wszystko daje nam dwanaście bilionów osiemset trzydzieści sześć miliardów trzysta siedemdziesiąt jeden milionów dziewięćset sześćdziesiąt osiem tysięcy. W skrócie trzynaście pentabajtów przy maksymalnym zużyciu, a teraz spójrz.

Michał podniósł dysk leżący na blacie i skierował wygrawerowany na wierzchu napis w stronę Bartka. Na obudowie dysku HDD widniał napis 24PB.

– Drogi był? – z ust Bartka padło pytanie, widać było, że jest zazdrosny.

– Szedł tu dwa miesiące z Chin – odpowiedział z zamyśleniem Michał. – W chuj drogi, poszły dwie pensje.

– Jak to zamierzasz zrobić? – zapytał Bartek. – I po co to właściwie robisz?

– Nie wiem, może to jakieś religijne powołanie, zobaczyć wszystko. Wyobrażasz to sobie? Piszę prosty skrypt, który utworzy wszystkie możliwe kombinacje obrazków. Nawet z moim sprzętem zajmie to miesiące.

– Ale wiesz, że dziewięćdziesiąt dziewięć procent tych obrazków to będzie nic nieznaczące gówno? – przerwał mu Bartek.

– Nawet dziewięćdziesiąt dziewięć przecinek dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć. Zastanawiałem się nad skryptem, który kasowałby zbyt podobne do siebie obrazki, ale dochodzę do wniosku, że skrypt może się mylić i wyrzucać coś, co może być warte uwagi, jeśli na każdy obrazek poświęcę sekundę zajmie mi to, jak liczyłem, marne sześćdziesiąt tysięcy lat. Będę to robił, póki mi się nie znudzi, może trafię na coś ciekawego, jak na przykład obrazek przedstawiający naszą aktualną rozmowę, gdzie zamiast komputerów są głowy koni, ty zamiast nóg masz macki ośmiornicy, mi palą się włosy, a zza okna patrzy na nas hybryda twojej matki, owcy i hydry z Herkulesa – rozmarzył się Michał.

– Jak coś takiego znajdziesz, ustaw mi na tapetę – uśmiechnął się Bartek. – A póki co wychodzę, umówiłem się z Martą. Miłego oglądania obrazków.

Michał spojrzał na komputer, nie mogąc doczekać się wyników. Podłączył dysk do stojącej na biurku, pozbawionej jakiejkolwiek obudowy, jednostki centralnej, a chwilę później był już gotowy do uruchomienia przygotowanego wcześniej skryptu. Nacisnął ikonkę programu. Włączyło się czarne okienko interpretora poleceń cmd. Pojawiły się szare napisy, Michał zminimalizował swój szalony twór, a następnie otworzył zawartość dysku opisanego etykietą „WSZYSTKO”. Michał uznał to za zabawną ironię, że w dysku oznaczonym jako „WSZYSTKO” będzie tak naprawdę wszystko, a właściwie graficzne przedstawienie wszystkiego. Dysk zaledwie po kilku sekundach miał już w sobie tysiące obrazków, większość z nich była jedynie czarna. W miarę jak przesuwał i zmieniał obrazki, pojawiały się kolejne szare punkty, jednak nie można było tego rozpoznać jako cokolwiek, oprócz gwieździstego nieba przesłoniętego rzadkim dymem.

Szalony geniusz postanowił zrobić sobie herbatę. Wiedział, że i tak nigdy nie zobaczy wszystkich obrazków, nie było warto nawet próbować. Liczył na to, że uda mu się znaleźć parę ciekawych, ale nie widział sensu w traceniu czasu na przeglądanie prawie jednokolorowych grafik. Wszedł do kuchni, mechanicznie podnosząc nogę nad ciągnącym się kablem. Nastawił czajnik i popatrzył w okno. Zastanawiał się, czy nie wrócić do komputera i nie patrzeć na obrazki podczas, gdy woda będzie się gotować, ale doszedł do wniosku, że znając siebie siebie, że nie będzie mu się chciało wstawać i iść do kuchni, i w końcu herbaty nie wypije. Miał ochotę na tę herbatę. Zastanawiał się często nad tego typu zachowaniem, czy jeśli nie chce mu się wstać i zrobić sobie herbatę to, czy rzeczywiście ją chce, ale nigdy nie dochodził do żadnej konkluzji w tym filozoficznym przypadku.

Czajnik stuknął, wyłączając się i dając znak, że woda się zagotowała.

Michał złapał za rączkę i zalał wrzątkiem kubek z napisem „CTRL+ALT+DEL” zawierający torebkę. Niektórzy mówili, że nie powinno się tak zalewać herbaty, ale on „miał to w dupie”. Wyjął z szuflady łyżeczkę, nabrał nią cukru z taniej, kupionej w sklepie z chińskim badziewiem cukiernicy i wrzucił do kubka. Wymieszał od niechcenia, chwycił kubek i ruszył w stronę pokoju.
Włączył jeden z obrazków, który powstał zaledwie kilka sekund temu. Nadal był ciemny, jednak miał już więcej różnych kolorów. Zawierał dużo chaotycznie ułożonej czerwieni, w lewym górnym rogu znajdowało się trochę fioletu, gdzieniegdzie prześwitywała zieleń. Informatyk nacisnął strzałkę w prawo, a obrazek zmienił się. Był podobny do poprzedniego, jednak czerwone punkty zaczynały się w coś łączyć. Mózg Michała, działający prawdopodobnie dużo szybciej niż jego komputer, łączył ze sobą kropki w milionach różnych kombinacji na sekundę i gdzieś głęboko w podświadomości wiedział już na, co patrzy, jednak w tym akurat momencie uznał to jedynie za trochę dziwne. Za niepokojący wziął następny obrazek, kiedy czarne scenariusze prowadzone przez jego umysł zaczęły się sprawdzać. Dźwięk przyciskanego klawisza z obrazkiem przedstawiającym strzałkę wycelowaną grotem w prawo. W tym momencie informatyk aż podskoczył. Obrazek był przerażający, dalej nie wiedział, co na nim jest, ale ogarniała go trwoga.

Chłopak nie mógł wiedzieć, co się wydarzy, kiedy następny raz naciśnie strzałkę. Nikt nie miał prawa tego wiedzieć. Absolut zawsze zdawał się nieuchwytny i sprzeczny, wydawał się bardziej kwestią wiary, nienamacalnym pojęciem. Możliwe, że natura stworzyła go przypadkowo, a możliwe, że zostawił go sobie Bóg, jednak Michał dowiedział się właśnie, że w ludzkim umyśle istnieje przycisk awaryjnego wyłączenia.

Kiedy informatyk nacisnął strzałkę ponownie układ kolorystyczny pikseli, wyświetlanych przez ekran monitora zmienił się. Zaledwie ułamek sekundy zajęło świadomości Michała zinterpretowanie tego, co widzi, żeby nadać sygnał do ręki. Było już jednak za późno. Najstraszniejszy widok na świecie wrył się w jego mózg, który starał się zapobiec dalszym uszkodzeniom swoich cennych komórek. Palce Michała odruchowo zacisnęły się na łyżeczce tkwiącej jeszcze w kubku do herbaty. Gwałtownym ruchem ręki, wbił sobie sztuciec w oko, przekręcając z głośnym mlaśnięciem zagłuszanym przez pełen bólu i strachu krzyk. Chłopak darł się w panice i trwodze jak bardzo ciężki przypadek z domu dla obłąkanych, podczas gdy wyrywał sobie łyżeczką do herbaty kolejne oko. Jego mózg odkrył już to, co przeczuwał: co zostało zobaczone, nie może zostać tak łatwo zapomniane, nie wystarczy więcej na to nie patrzeć.

Michał uderzył głową w monitor, potem w biurko. Szarpał się, krzycząc, strącił komputer, na który chwilę później poleciał kubek herbaty. Informatyk rzucał się po pokoju, odbijając się głową od ścian, aż chwilę później zamilkł i zdawało się, że się uspokoił. Po prostu stał, a jego płynące krwią, puste oczodoły wpatrywały się ślepo w białą ścianę. Przez chwilę wydawało się, że będzie tak stać do końca świata, wpatrywać się w ścianę strzępami gałek ocznych wiszących na porozrywanych nerwach. Można było odnieść wrażenie, że zastanawia się nad sensem życia i powoli dociera do niego to, co sobie zrobił: nigdy nie zobaczy wyrazu twarzy swojej ukochanej, pięknej Ani, kiedy uklęknie przed nią i pokaże pierścionek spoczywający teraz w górnej szufladzie. Zdawało się, że Michał myśli o tym, że już nigdy nie zobaczy kwiatów, nie pójdzie do kina, nie będzie mógł programować, straci pracę. Nigdy więcej nie przeczyta książki, nie zagra na komputerze w ulubioną grę czy nie spojrzy na horyzont, stojąc na plaży w ciepły, lipcowy poranek.

Jednak Michał „miał to w dupie”. W jego głowie paliły się wszystkie czerwone lampki i wyła syrena. Umysł zaczynał się wyłączać, a jedyne, co miało jakiekolwiek znaczenie to potworny obraz przeżerający się przez świadomość.

Informatyk zrobił spokojnie dwa kroki w stronę ściany, oparł o nią dłonie i uderzył w nią głową. Każde kolejne uderzenie rozchlapywało krew po białej farbie pokrywającej tynk. Szalony geniusz jak zahipnotyzowany, spokojnymi ruchami bił w ścianę. Przy trzecim uderzeniu rozerwał sobie skórę na czole, przy czternastym czaszka pękła, przy dwudziestym trzecim odłamał się pierwszy, duży fragment kości. Mimo wszystko Michał nie poddawał się w swoim ostatecznym tańcu nawet, kiedy uderzał o ścianę gołym mózgiem, który wgniatał się i odkształcał. Informatyk napierał aż głowa nie oparła się na nadłamanych fragmentach czaszki.

Aż wszystkie lampki zgasły.

Dziewczynka i kotek

Chmury tworzyły jednolity sufit szarzyzny, zakrywający dokładnie słońce i malujący miasto na kolor bladej czerni. Ponurość pogody mogłoby odebrać chęci do życia. Nie wszystkim jednak.

– Morda, Toser – powiedział pierwszy typ, prawie łysy. Na pierwszy rzut oka jego ciemnoszare spodnie wybijały się kolorystycznie na tle jasnoszarych ubrań kompanów. Dokładne oględziny wskazywały jednak na to, że były bardziej brudne. – Nie mam hajsu, czas kogoś skroić.

– Fytyl, kurwa, mówiłem ci z piętnaście razy, żebyś się nie darł tak, kiedy mówisz, że idziemy kogoś skroić! Chuj mnie to obchodzi, że ty nie masz hajsu, ja mam! – wrzasnął na niego niski i grubawy jegomość. To on najczęściej bywał głosem rozsądku szajki. Krótko przystrzyżony, w półeleganckiej, jasnej koszuli. Najbardziej zadbany, choć zdecydowanie najbrzydszy.

– To pożycz – bąknął Xil. Kiedyś studiował, co ostentacyjnie pokazywał wszystkim, przebierając się w togę. Dwa lata spędził na Uniwersytecie Xyranalskim. Uczył się zastosowań magii w naukach biologicznych. Studiował tak pilnie, że nie potrafił powiedzieć, na jakim konkretnie kierunku pobierał nauki. Potrafił jednak odpalić papierosa pstryknięciem. Rzadko jednak robił tę sztuczkę, odkąd skończyła się rozległym oparzeniem twarzy i utratą prawego oka. – Bo ja też nie mam – wycedził przez zęby.

– Co wy z tą kasą, kurwa, robicie? Oddajecie żebrakom czy jaki chuj? – wtrącił Astarifo, najstarszy z paczki i całkowicie siwy, co sprawiało, że wyglądał jeszcze starzej. Z resztą grupy łączyły go głównie interesy. Ostatnio zaczynał układać sobie życie z pewną dziewczyną z zachodniego Vesxyru – dzielnicy Xyranalu zamieszkiwanej głównie przez klasę średnią. Ponieważ cała czwórka pochodziła z głębokich slumsów, związek z Antralią uznać można było za awans społeczny. Miał jednak problem z „płynnością finansową”. Pracę w dokach przejęły trupy, doprowadzając do zmiany statusu ekonomicznego ich dzielnicy z bardzo niskiego na dramatycznie niski.

– Chuj ci do tego, co z tym robię – powiedział Fytyl. – Nawet jeśli macie pieniądze, to czy nie przydadzą się na później? Nie będziesz brał przypadkiem ślubu, Astarifo?

– No… – zastanowił się. Rzeczywiście o tym rozmyślał. Wiedział, że przydałoby się odłożyć trochę grosza.

– Trzech do jednego. Idziesz, pizdo, czy nie? – zapytał Fytyl Tosera.

– Dobra, idę. Morda już – odrzekł zniechęcony, jednak i tak zdecydowany na wypad grubasek.

Ruszyli w stronę licznych parków okalających Zamek Królewski, to tam, wśród drzew i krzewów można było najłatwiej ograbić jakichś arystokratów, albo innych bogaczy. Szczególnie upodobali sobie tereny przyległe do dzielnicy Nitfan vis-à-vis Królewskiej Opery Xyranalu. Tuż niedaleko Xyranalki – rzeki przepływającej przez Xyranal – znali kilka miejsc ogrodzonych od świata grubymi pasmami zieleni. W tym miejscu widoczni byli jedynie z okien opery, leżącej za rzeką.

Idąc przez zachodni Vosxyr, śmiali się na głos, krzyczeli i przeklinali. Ludzie mieszkający na zachodnim brzegu Xyranalu mówili, że tuż za rzeką kończy się cywilizacja. Tutaj chłopcy czuli się bezpieczni, jak u siebie.

Nagle Astarifo umilkł. Kątem oka zauważył coś niepokojącego. Jakiś szary punkt w bocznym zaułku. Kiedy jednak spojrzał tam jeszcze raz, miejsce było puste.

– Co tam, stary? – zapytał Xil. Pomimo niewielkich umiejętności magicznych miewał często intuicję. Ciężko sprecyzować jaką, przypominała ona jednak szczątkowy talent magiczny, wzmocniony lekko upośledzoną mentorską charyzmą, pomnożony przez średnio bystre oko i umiarkowaną wrażliwość. Można przez to rozumieć, że jako pierwszy dostrzegał, że coś jest nie tak.

– Nic, coś mi się przewidziało – powiedział siwy, uśmiechając się lekko. Nie mógł jednak przestać myśleć o szarym punkcie. Zdawał się być… nie z tej ziemi.

Chwilę później, kiedy szli mostem, dostrzegł znów tę szarość. Sztuczną, nienaturalną, żywą szarzyznę całego świata zamkniętą w jednym punkcie. Ulicą szła mała dziewczynka ubrana w szarawy, męski płaszcz. Wydawała się głodująca, wystarczyło spojrzeć na jej pobrudzoną kurzem ulicy i ziemią, wychudzoną twarz. W dziecięcych rączkach niosła zlewającego się kolorystycznie z jej ubraniem kotka. Zwierzę wyglądało na młode i zabiedzone. Dziecko trzymało je, przyciskając do piersi tak, że jedynie czubek noska i dwa sterczące uszka wystawały spomiędzy wieńca ramion. Astarifo przyglądał się jej, nie mogąc oderwać wzroku. Dziewczynka jednak uparcie wpatrywała się w ziemię tuż przed sobą i nie zwracała na nic uwagi. Gdy siwy rabuś na chwilę odwrócił wzrok, z niemałym zaskoczeniem stwierdził, że zniknęła. Rozglądał się chwilę, jednak nie mógł jej już dostrzec.

– Widzisz coś? – zapytał rozglądającego się kolegi Xil.

– Nie, nie… – wybąkał. – Po prostu… dziwny przechodzień.

Xil nie zadawał więcej pytań, choć widać było po jego jednookiej, pokrytej blizną twarzy, że zaniepokoiło go dziwne zachowanie kolegi.

Dzielnica Awerin znajdowała się na zachodnim brzegu. Różniła się od tych wschodnich – szare, czasami nigdy nie malowane, a jedynie tynkowane kamienice ustąpiły miejsca kolorowym i bogato zdobionym. Choć uliczki poprzecinano zielenią, to wszystko pokrywał jakiś nienaturalny, ponury płaszcz, jakby smutek, skaza dnia. Tutaj też zachowywali się zupełnie inaczej. Możliwe nawet, że nieświadomie, rozmawiali normalnie, nie przekrzykując się, a nawet mniej przeklinali.

Jest coś takiego w kulturze, że nawet największego chama trochę uszlachetnia, zwłaszcza gdy towarzyszą jej uzbrojeni strażnicy.

Idąc uliczkami luksusowej dzielnicy, cała czwórka czuła narastające napięcie. Mogli zostać aresztowani praktycznie bez powodu. W takich dystryktach strażnicy bywali nadgorliwi. Odetchnęli z ulgą dopiero wtedy, gdy wkroczyli do „bezbronnego” zwykle parku.

Astarifo zupełnie bez powodu odwrócił się, wchodząc na piaszczystą alejkę otoczoną zewsząd szarawą trawą. Zbladł, gdy kątem oka dostrzegł dziewczynkę z kotkiem. Dziecko i zwierzątko wpatrywali się w niego wzrokiem, który niczego nie wyrażał. Tonął w nienaturalnej szarości. Patrzył chwilę na nią, nie dowierzając oczom. Jednak kiedy mrugnął, zniknęła. Odwrócił się z niepokojem w stronę kompanów i podbiegł kilka kroków, aby ich dogonić.

Kilkanaście minut później schowani w krzakach obserwowali dwójkę elegancko ubranych mężczyzn, siedzących na ławce i pijących piwo. Słyszeli ich rozmowę, jednak zbytnio nie zawracali sobie nią głowy. Jeden – blondyn o długich włosach i dziwnych tęczówkach lśniących czystym fioletem – wyglądał na nieco młodszego. Drugi, starszy, miał krótkie, czarne włosy i roztaczał atmosferę zimnego, nienaturalnego spokoju, który korelował z jego pokrytymi mgłą, zielonymi oczyma. Nawet jeśli Xil czuł niepokój w związku z tą dwójką, nie chciał wyjść przed kolegami na tchórza i o tym mówić. Ich strój sugerował szlacheckie pochodzenie, co wróżyło dobre łupy, i choć wyraźnie widać było, że noszą broń, wydawali się potencjalnie łatwą ofiarą – większość arystokracji nosiła broń dla pozoru oraz lepszej prezencji. Paczka kumpli ze slumsów nie bała się broni, miała przewagę liczebną i każdy z nich posiadał przy sobie długi nóż – dość powszechną broń bandytów w Xyranalu, coś pomiędzy mieczem a nożem, idealne do napadów.

– Twój oddech jest teraz stały. – Z gmachu znajdującego się po drugiej stronie Xyranalki docierał do nich bas męskiego chóru. To sygnał. Czterech mężczyzn nagle wyskoczyło zza krzaków. Astarifo już w trakcie ataku zauważył omen. Zanim zdołali doskoczyć do celów, jeden z nich wstał i dobył miecza.

– Spokojnie, Gorcie, ja się nimi zajmę. Nie wstawaj – odezwał się młodszy blondyn z fioletowymi oczyma. Ku zaskoczeniu chłopaków nie zdawał się być wystraszony, nawet lekko się uśmiechał. Tak nie zachowują się ludzie podczas napadów. Przynajmniej nie ci napadani.

– Dobrze, Nerivie, ja poczekam – odpowiedział starszy z niezachwianym spokojem bijącym z tonu głosu. W tym momencie banda obeszła „ochotnika”.

– To napad! Oddajcie wszystkie pieniądze! – krzyknął Fytyl stojący po prawej stronie Astarifa. – Kosztowności oraz broń. No już! Szybciej! Oddacie hajs, a nikomu nie stanie się krzywda!

– Nie ma już ciepła dla twej skóry – rozbrzmiewała dalsza część opery. Tym razem do ich uszu dobiegł wysoki żeński chór.

– Posłuchaj mnie, aniołku. Mam dziś wyjątkowo dobry dzień – odrzekł mężczyzna zwany Nerivem do otaczających go napastników. Przy bliższym oglądzie stwierdzili, że wyglądał młodziej od nich. – Dlatego daję wam trzy sekundy na to, żeby spokojnie się oddalić.

Porywczy Fytyl nie wytrzymał. Zaatakował ostrzem odsłonięty lewy bok przeciwnika nazywanego Nerivem, jednak ten zareagował szybciej, niż wydawało się to możliwe. Ofiara wolną od miecza, lewą dłoń przystawiła do czoła stojącego za nim Xila. który nie zdążył nawet drgnąć i z głośnym plaśnięciem zamienił się w rozbryzgujący się na wszystkie strony czarno-czerwony śluz. Cios Fytyla został błyskawicznie sparowany mieczem, a ręka blondyna wykorzystując siłę ciosu, zwinęła się jak sprężyna. Kiedy stawy nie pozwoliły na większe zgięcie ręka rozwinęła się, wprowadzając ostrze w demonicznie szybki ruch, które śmignęło tuż przed twarzą Astarifa.

– Nie bój się… – Połączone chóry męski i żeński przyjęły niski ton, nadając utworowi siły i patosu.

Tak mu się przynajmniej wydawało. Poczuł ból i nagle zdał sobie sprawę, że jego żuchwa ledwo wisi, rozcięta na dwie luźne części. Robiąc zeza, z niedowierzaniem wpatrywał się w swój rozcięty nos. Poczuł, że już z tego nie wyjdzie, że jego koniec nadszedł. Momentalnie pomyślał o ukochanej Antralii, dla niej chciał się zmienić. Z wolna osunął się na ziemię, a jego wzrok zatrzymał się na zaroślach i piętrzącej się w oddali operze.

– Nie ma już sposobu, żebyś mógł tutaj zostać…

Wtem pojawił się szary punkt, ten sam, który tak uparcie nie dawał mu spokoju przez cały dzień: dziewczynka kurczowo przyciskająca do serca kotka. Powoli szła w jego stronę. Każdy jej krok wydawał się przepełniony niesprecyzowanym, kojącym pietyzmem.

– Właśnie teraz opuszczasz ten świat…

Malutkie, brudne rączki postawiły szarobure zwierzę tuż obok niego. Kiciuś zaczął swoim małym języczkiem chłeptać krew wylewającą się szeroką strugą z jego rany. Chciał coś powiedzieć, ale rozcięta żuchwa nałożyła się jedynie na siebie z lekkim zgrzytem, powodując potworny ból.

– Wszystkie światła powoli gasną…

Dziewczynka przyklęknęła tuż przed nim. Astarifo patrzył na nią w skupieniu. Ta zerknęła na niego i uśmiechnęła się kącikiem warg.

– Pozostaw za sobą wszystkich, których kochasz, i tych, których znasz – śpiewał chór wspólnym, pełnym mocy głosem.

Spojrzał jeszcze na dziewczynkę, która na jego oczach przeszła monstrualną metamorfozę. Potworne, długie jak palce mężczyzny zęby bestii szczerzyły się w przerażającym grymasie. Szalone, puste ślepia, wyrwane z odmętów koszmarnych snów, patrzyły na niego w bezdennej chęci krzewienia obłędu. Szybki ruch głową spowodował, że długie, krzywe kły wbiły się w jego ciało. Krew rozbryzgnęła się we wszystkie strony wraz z oderwanymi od ciała kawałkami mięsa. Zaczął wierzgać i pomimo rozpłatanej szczęki – krzyczeć.

– Nie bój się…

Nie czuł już nic więcej.

Sen

PROLOG

Przez koronę drzew przebijało się słońce rzucając złotawe plamy światła na leśną ścieżkę. Lasy w południowym królestwie elfów, Nevriyanie, były dzikie i nieczęsto odwiedzane przez mieszkańców. Nie przypominały tych ułożonych i wygładzonych na północy, znajdujących się bliżej stolicy królestwa – Eyerilyanu.

Magister Rillyin, prowadzący wycieczkę nawykł już do zdziwienia, jakie obserwował wśród swoich studentów druidytyfiki. Wychowanych w miastach lub parkach, gdzie położenie każdego źdźbła trawy szczegółowo rozplanowano. Tu wszystko rosło, żyło i umierało samo, tutaj natura pokazywała swoje prawdziwe oblicze.

Rillyin starał się nie myśleć o tym z jakimi problemami boryka się królestwo elfów. Jednak obecność wśród uczniów wnuczki legendarnego „Strażnika”, młodej i pięknej Aryeh Neyiri naprowadzała jego myśli w kierunku identyfikacji własnej rasy jako „żałosnych kreatur”. Elfy przez tysiące lat pokoju oduczyły się agresji. Kiedy Ari Neyiri – legendarny dziadek jego uczennicy stał się Strażnikiem ludzie dopiero zaczynali przybywać do Nevriyanu. Czytał, że wtedy wydawało się, że ludzie mogą wiele nauczyć się od elfów. Szybko jednak okazało się, że barbarzyńscy mieszkańcy północy nie potrafili egzystować z krajanami Rillyina. Początkowo imperator Fenyrial VII zarządził, aby wpuszczać każdego, zresztą nawet nie było nikogo, kto mógłby kogolwiek zatrzymać. Szybko jednak okazało się, że goście szaleli. Dosłownie wpadali w szał po dekarze, dwóch, sezonie czy roku. W końcu chwytali za swą odrażającą, północną broń, którą tak hołubili i mordowali elfy tak długo, aż nie umierali z wycieńczenia. Potem pojawił się on, Strażnik, Ari Neyiri, bohater, którego elfy potrzebowały. Zamordował oprawcę, który w jednej z jatek zabił jego rodziców, a potem został mianowany generałem Nevriyanu. Generałem jednoosobowej armii. Kiedy umarł nie nadszedł jego następca, na co liczył imperator. Przedsięwzięcie założenia szkoły strażników umarła wraz z nim. Problem stawał się coraz poważniejszy, młodziutkie królestwo północny – Valandriol zauważyło, że skoro Nevriyan nie potrafi poradzić sobie z jednostkami to co dopiero z całą armią. Imperator musiał kupić pokój płacąc ludziom regularny trybut w złocie. Sam pomysł miał dość wyraźne wady, ludzie żądali coraz więcej, a elfy, choć nadal bajecznie bogate, niedługo mogły zbankrutować, okazać się niewartymi utrzymania przy życiu. Problem ten występował, aż do śmierci Fenyriala VII i przejęcia władzy przez jaśnie panującego imperatora Fenyriala VIII. Wymyślił on, że najlepsi elficcy magowie mogą wytworzyć nad całym królestwem magiczne pole siłowe, które ochroni kraj. Na zewnątrz prowadzić miała jedynie jedna droga, magiczny portal prowadzący do malutkiej, skalistej wyspy, która będzie potężnym, ufortyfikowanym portem chronionym przez zaufanych ludzi. To założenie sprawdzało się bardzo długo, ale każdy wiedział, że to rozwiązanie chwilowe, dużo rzeczy mogło pójść nie tak. Valandriolczycy mogli „złamać barierę”, bariera mogła zapaść się sama z powodu wad konstrukcyjnych lub nawet sami Grithianczycy pilnujący jedynego wyjścia z elfiej krainy mogli najechać Nevriyan i spalić Eyerilyan. Plan jednak okazywał się działać od całych dekad, a elfy mogły nadal cieszyć się swoją kulturą i sztuką, wiarą, że poddaństwo Noctiferi to jedyna, prawdziwa droga. Myślą, że świat polega tylko na odrzucaniu agresji i nienawiści w stosunku do innych. Jedno należało jednak oddać imperatorowi, starał się ze wszystkich sił, aby zagwarantować swoim poddanym bezpieczeństwo.

– Źle się czuję – powiedziała niespodziewanie Griya Tyiovi przerywając przemyślenia nauczyciela.

Szóstka jego podopiecznych stanowiła paczkę najlepszych przyjaciółek. Ta dziewczyna już na pierwszy rzut oka wyglądała na czarną owcę.

– Wolałabym stąd iść.

– Spokojnie skarbie, nic dziwnego. Ten las wygląda jak inny świat. Nie martw się, nic złego ci się tu nie stanie. Zobacz, magister Rillyin niczym się nie przejmuje – odpowiedziała Halfyin, jej najlepsza przyjaciółka.

– Hayn, ja naprawdę źle się czuję, boli mnie głowa – dodała Griya.

Rillyin nie chciał się wtrącać. Miał nadzieję, że problem sam się rozwiąże. Faktycznie dziewczyna uspokoiła się, jednak grymas bólu nie schodził z jej twarzy. Nie przeszli nawet stu kroków kiedy dziewczyna upadła. Kiedy magister postanowił zainterweniować, dziewczyna się odezwała.

– Nie pójdę dalej, źle się czuję, wydaje mi się, że… – Elfka próbowała wstać. Dostała jednak silnego zawrotu głowy i padła z powrotem na ziemię.

– Tam coś jest… Woła mnie, ale się boję. Jest… złe, ja…

– Co się z nią dzieje? – zapytał magister Rillyin. – Czy coś takiego zdarzyło się wcześniej?

– W sumie… jesteśmy pierwszy raz poza Eyerilyan, więc ciężko nam powiedzieć – powiedziała szybko Halfyin, w jej oczach widać było zaniepokojenie z lekką nutką strachu.

– Pierwszy raz widzę taki atak paniki. Lepiej zabierzemy ją z powrotem – odrzekł magister odwracając się. Jego ręce zapłonęły zielenią.

Oczy nauczyciela zajarzyły się malachitem, a duża lipa rosnąca nieopodal… drgnęła, po czym jej gałęzie poruszyły się. Drzewo wyrwało korzenie spod ziemi i ruszyło w stronę grupy elfów. Magister przesunął się, żeby zrobić ożywionemu drzewu miejsce. Niespodziewanie oczy Gri zaczęły emanować niezbadanym, złotym światłem. Drzewo zgięło swój pień, żeby chwycić jej ciało, wystarczyło jednak, że jeden liść musnął jej skórę, a całe zaczęło się rozpadać, w kilka sekund zamieniając się w pył.

– Uczennico Griyo Tyiovi, elfom nie wolno używać magii ofensywnej! Jest to wbrew zasadom moralnym! – krzyknął magister. Jego głos brzmiał trochę niepewnie, wyczuwał dziwną atmosferę, jaka zaczynała panować w lesie.

– Milcz śmiertelniku! – Rozległo się jakby zewsząd. Ptaki nerwowo poderwały się do lotu. Wiatr przestał wiać, a cały las zdawał się zamrzeć. Wszyscy umilkli. Ich myśli zdominowała chęć ucieczki. Niespodziewanie światło w oczach elfki zgasło.

– Za mną! – powiedziała radosnym głosem, po czym podniosła się i pobiegła w knieje.

Magister znieruchomiał, jednak po chwili poczucie obowiązku wzięło górę – w końcu był odpowiedzialny za swoich studentów. Popędził za uczennicą, a za nim cała reszta.
Dziewczyna zniknęła w krzakach, co sprowokowało Rillyina do jeszcze szybszego i bardziej niebezpiecznego slalomu przez leśne ostępy. Nagle coś wzbudziło jego zaniepokojenie. Może było to skrzypienie, zamieniające się w głośny trzask spróchniałych desek pod jego stopą. Może to brak gruntu pod stopami. W ciągu sekundy znalazł się na dnie jednego z szybów starych kopalni, które kiedyś drążono w tych rejonach. Przez chwilę leżał na plecach i dziwił się, jak udało mu się nic nie złamać.

– Witaj – odezwał się głos. Ten sam, który wydobywał się z ust dziewczyny, kiedy jej oczy nabrały intensywnie złotego koloru.

– Wolę ciebie – powiedziała nagle Griya wychodząc z cienia, brzmiała normalnie, ale nauczyciel czuł, że nie ona to mówi.

– Kim jesteś? – zapytał Rillyin. Nie zadawał pytania uczennicy, a temu czemuś co zawładnęło jej ciałem. Nie opuszczało go wrażenie, że te dwa głosy, dziewczyny i nieznanej mu istoty, były tą samą osobą, ale prawdopodobnie znajdującą się w dwóch różnych ciałach. To coś zdawało się być gdzieś niedaleko i wszystko obserwować, mówiąc jednocześnie swoim głosem jak i zdominowaną przez siebie uczennicą.

– Zostałam wezwana – odezwało się.

– Przez płacz tysięcy – powiedziała dziewczyna z uśmiechem. Po czym przygryzła dolną wargę i spojrzała na nauczyciela z podnieceniem w oczach.

Magister przez chwilę nie mógł poznać dziewczyny o urodzie „szarej myszki”. W jakiś niewyobrażalny sposób stała się ona zabójczo piękna, chociaż przed nim nadal tkwiła płowa Gri. Powoli, nie odrywając od niego wzroku, zaczęła zdejmować suknię. Ponętnie i z gracją, jakby znając sztuki uwodzenia lepiej niż doświadczona kurtyzana. Lecz w jej oczach dostrzegał, że to nie jest ona. Przedzierało się przez nią coś obcego, niezidentyfikowanego. Coś, co siedziało w ciele biednego dziewczęcia. Przez chwilę chciał spróbować to z niej wypędzić, ale jej uroda hamowała go, otumaniała. Poczuł, że jedyne czego teraz pragnie, to ta stojąca przed nim postać. Wszystko inne przestało się liczyć. Nie słyszał nawet krzyków dobiegających z góry. Zahipnotyzowany patrzył na uwodzicielskie, idealnie kształtne piersi uwalniające się spod przykrywającego je materiału. Obserwował w zdenerwowaniu i niepewności, jak suknia lekko zsuwa się, odsłaniając coraz większe fragmenty ciała.

Wtedy zrozumiał wszystko. Stała przed nim legendarna Noctiferi, bogini wieczora, matka elfów. Wiedział też, że został wybrańcem, którego według legend raz na tysiąc lat nawiedza bosko piękna istotna. Przestał się bać. Poczuł ulgę i zaczął obserwować to, co bóstwo chce mu pokazać. W jej ręku nagle pojawił się nóż. Ostrze rozcięło skórę i żyły na pięknych przedramionach dziewczyny. Krew zaczęła kapać na ziemię nietkniętą od setek lat elfią stopą. Złoty blask na chwilę rozbłysł z ciała uczennicy rozrywając ciemność i oślepiając Rillyina. Chwilę później Gri padła na ziemię. Magister zauważył, że nie ma śladów skaleczeń i jest ubrana, lecz nad nią unosiła się utkana złotym światłem, kobieca postać. Naga, kobieca postać zdawała się w niego wpatrywać.
W tej chwili do szybu dostali się pozostali uczniowie. Podczas gdy wszyscy rzucili się do leżącej koleżanki, Aryeh Neyiri podeszła do nauczyciela i zapytała, czy dobrze się czuje. Nikt nie zdawał się dostrzegać postaci, która wyraźnie nakazywała mu czekać.

– Aryeh, muszę tutaj zostać. Nie mogę ci tego wytłumaczyć. Zabierzcie Gri i powiedzcie, że uciekłem na południe, albo gdziekolwiek. Niech mnie nikt nie szuka. Powiedzcie, że groziłem wam magią ognia czy czymkolwiek. Dobrze? – Starał się mówić składnie i prosto, choć podejrzewał, że może to akurat tak nie zabrzmieć. Sam nie był do końca pewien tego, co widział.

– Jesteś pewien, magistrze? – zapytała tylko, trzeźwo patrząc mu w oczy. Widział po niej, że i ona coś wyczuwa. Przemawiał przez nią rzadki talent. Choć była młoda i niedoświadczona podejrzewała, że cokolwiek się tu dzieje to nie ona powinna podejmować decyzję.

– Tak – odpowiedział.

– Zabierajmy Gri i uciekajmy, magister Rillyin zostaje na własne życzenie. Wytłumaczę wam w drodze – powiedziała autorytarnie. Wystarczyło tylko, że przyjaciółki zobaczyły jej wzrok, żeby zrozumiały powagę sytuacji.

Hayn podeszła do drzewa schylonego nad szybem, którym dostały się do środka i magicznie ożywiła je. Gałęzie zaczęły układać się w prowizoryczne nosze, w tym czasie pozostała trójka dziewczyn przyniosła przyjaciółkę. Kiedy ułożyły ją na liściach, Aryeh dołączyła do nich.

– Żegnaj, magistrze – powiedziała, kiedy konary zaczęły się unosić.

– Jeszcze się zobaczymy, Aryeh – rzekł nie odrywając wzroku od postaci stojącej cierpliwie przed nim.

– Zanim cię wybiorę – odezwał się ten sam głos, jednak teraz zdawał się milszy i cieplejszy, bardziej kobiecy. – Musisz udowodnić swojej wartości.

Postać podpłynęła do niego. Patrzyła mu w oczy wzrokiem, od którego nie można uciec. Wtedy magister poczuł ostry ból w płucach. Zaczął się dusić. Kaszlnął krwią.

– Za mną – powiedziała radosnym głosem należącym do Gri i ruszyła w głąb tunelu, a jej złota poświata spowodowała, że stało się tak jasno, jak w dzień.

Rillyin, uciskając ranę w klatce piersiowej, ruszył za boginią. Początkowo szedł szybko, potem natarczywy kaszel zmusił go do zwolnienia tempa. Po chwili. padł na czworaka i zaczął czołgać się za znikającym w ciemności złotym blaskiem.

***

Młody elf starał się nadążyć za swoją panią, jednak ta tylko się oddalała. Nie potrafił skoncentrować wzroku, bladł, starał się wstać, co rusz upadał. Kiedy poczuł, że nieubłaganie nadchodziło jego ostatnie tchnienie, a jaźń ginęła w ciemności, coś się wydarzyło. Powoli budził się do życia, jednak nie w szybie opuszczonej kopalni. Pod sobą czuł miękką trawę zamiast twardej skały, a światło słoneczne rozlewało się po otoczeniu oślepiając go. Wszystko jednak wydawało się w jakiś sposób nierealne. Gdy rozglądał się dookoła widział spacerujące elfy, złote budynki, jednak architektura przypominała mu tę z epoki antycznej, kiedy jeszcze pośród jego braci zdarzały się rozlewy krwi. Nie tylko to wzbudziło jego niepokój. Wzrok zdawał się nie sięgać do pewnych miejsc. Zupełnie jakby coś blokowało mu do nich dostęp. Nie mógł tego zrozumieć, wszystko wyglądało trochę jak we śnie. Nic nie zasłaniało mu widoku, jednak pewne bariery zdawały się nie do przebrnięcia. Nie potrafił się na nich skupić, choć nie rzucały się w oczy i wydawały się naturalne. Wtem poczuł na swoim barku dłoń. Odwrócił się na plecy i zobaczył przed sobą niesamowicie piękną, znajomo wyglądającą postać. Choć nie od razu poznał ją z pomników stojących w rodzinnym Eyerilyanie. Była w niej nutka czegoś znajomego, jakby znał tę osobę od dawna. Złapał postać za dłoń i odpłynął w ekstazie. Jego świadomość prawie zanikła, tliła się gdzieś na granicy życia i śmierci. Potworny ból w płucach uzmysłowił mu, że coś go niesie. Możliwe, że to z powodu cierpienia, jakiego doświadczał, ale nie potrafił powiedzieć kto, lub co, to robi.

Kiedy obudził się w ciepłym łóżku, opatrzony, nie opuszczało go uczucie pustki. Spróbował wstać, jednak paraliżujący ból spowodował, że opadł z powrotem na poduszkę. Jak na zawołanie pojawiła się boska piękność.

– Kim jesteś? – zapytał.

– Jestem Noctiferi, bogini wieczora, matka elfów, opiekunka – odrzekła spokojnie patrząc mu w oczy.

Rillyin czekał na dalszy ciąg, jednak go nie było. Czuł się tak słaby i zniszczony. Nie mógł się nawet skoncentrować.

– Gdzie jestem? – dopytywał.

– Musisz sam znaleźć odpowiedź na to pytanie – odpowiedziała. – Musisz leżeć i odpoczywać.

– Dlaczego czuję się tak dziwnie? – spytał, próbując ponownie spojrzeć w jej oczy, jednak coś mu w tym natarczywie przeszkadzało i nie mógł zrozumieć co.

– Jak? Ranny? – odparła.

– Nie… inny.

– Niestety, nie wiem o czym mówisz.

– Jak ja się tu w ogóle znalazłem?

– Poszedłeś za mną.

Opiekunka zniknęła. Nie mógł zrozumieć, czy zasnął zanim ona wyszła, czy po prostu „wyparowała”. Jednak kiedy znów spojrzał w miejsce, w którym ją widział, nie było jej. Nie było też bólu. Czuł się jak ułamek samego siebie, nie potrafił tego opisać, był zdezorientowany, zmieniony i w jakiś dziwny sposób znieczulony. Rozejrzał się po pokoju.. Stało tam jedynie łóżko, a w oczy kłuła biel ścian. Nad łóżkiem znajdowało się okno, przez które agresywnie wlewało się słoneczne światło. Wyszedł z pokoju i trafił na korytarz, który prowadził do kilku pomieszczeń. Pokój na lewo od niego stanowił idealny klon tego, w którym się obudził. Nie zwrócił nawet uwagi na to, że patrząc w okno w tym pomieszczeniu również widział słońce, choć wychodziły one w zupełnie innym kierunku. Drzwi „obcego” pokoju sąsiadowały z dębowymi, dwuskrzydłowymi wrotami prowadzącymi, jak się okazało, do biblioteki. Rillyin przekroczył jej próg i zobaczył piękność leżącą na szerokim, miękkim, przypominającym szezlong łóżku, z książką w ręku. Bogini zdawała się nie dostrzegać go, a tytuł czytanej przez nią pozycji był aż nadto wyraźny. Na białej okładce czarne litery układały się w słowo „Neyighitee”. Kiedy jednak elf rzucił okiem na resztę dzieł, nie mógł dojrzeć ich nazw. Wydawały się jakieś rozmazane, nieczytelne lub napisane obcym mu alfabetem. Zerknął na Noctiferi i prawie podskoczył ze strachu, gdyż teraz jej oczy wpatrywały się w niego.

– Jak się czujesz? – spytała. Wystraszył się tonu jej głosu. Wszystko co robiła zdawało się gwałtowne i nieprzewidywalne.

– Cieleśnie lepiej, duchowo… nadal inaczej – odpowiedział.

– Zawsze taki byłeś – stwierdziła.

– Kiedyś byłem inny – zanegował.

– Zawsze taki byłeś – powtórzyła dokładnie tym samym tonem, zabrzmiało to dziwacznie, nienaturalnie.

– Coś się zmieniło.

– Może ty się zmieniłeś? – zapytała. Wydawało mu się to w jakiś stopniu możliwe.

– Czuję się pusty – usłyszał ze zdziwieniem swój głos. Nie powiedział tego zdania świadomie, a i sam nie zdawał sobie sprawy z wewnętrznej pustki, aż do tego momentu.

– Zawsze byłeś pusty – odpowiedziała spokojnie zatapiając swoje hipnotyzujące spojrzenie w tekście. W jej głosie można było wyczuć pewien żal i pogardę. – A co jeśli popełniłam błąd ufając ci – zapytała, i nie czekając na odpowiedź, dodała – Chodźmy na spacer.

Wstała, zamknęła książkę i odłożyła na stolik stojący na środku biblioteki. Rillyin znów zwrócił uwagę na tajemniczy tytuł. Wydawał mu się dziwnie znajomy, choć przysiągłby, że nigdy nie spotkał się z tym obco brzmiącym wyrazem.

– Spacer? – zapytał z lekkim niedowierzaniem, jakby już dawno zapomniał znaczenia tego słowa.

– Dokąd?

– Na słońce – odrzekła.

Kobieta otworzyła drzwi naprzeciw wejścia do biblioteki i ich oczom ukazała się świetlista polana, która kilkadziesiąt metrów dalej zmieniała się w gęsty, mroczny las. Noctiferi stanęła na trawie i zrobiła bosymi stopami kilka kroków po miękkich, zielonych źdźbłach. Rillyin patrzył na nią przez chwilę zbity z tropu. Nie mógł się skupić i ogarnąć myśli, ale czuł, że powinien starać się za wszelką cenę. Widział, że to wszystko zdaje się jakieś nierealne. Kolory były zbyt nasycone, chociaż miały odcień szarej barwy. Przypomniało mu się to uczucie kiedy pewnego razu, będąc jeszcze małym elfem, wsypał soli do herbaty. Mimo dużej ilości cukru, którego potem dodał, sól była wyczuwalna. Tak, teraz widział, wszystko wydawało mu się zbyt realne i świadome, a jednocześnie nie niwelowało się.

Zrobił krok i zamknął za sobą drzwi. Budynek, który opuścił był najdziwniejszym jaki widział. Z zewnątrz zdobiły go cegły przypominające złoto, a ściany zaś zbudowano idealnie płaskie. Zdawało się, że dach również jest płaski. Dom bogini wydawał się doskonałym prostopadłościanem położonym na środku polany. Elf nigdy nie spotkał się z taką architekturą.

– Idziesz, czy nie? – krzyknęła stojąc w połowie drogi do stawu, który dopiero zauważył Rillyin.

– Idę – odpowiedział tylko i ruszył wpatrując się w trawę. Wyraźnie dostrzegł pośród równo przyciętego trawnika gęste kępy trawy o kształcie elfich stóp. Gdy podszedł bliżej zauważył, że ziemia, na której stanęła bogini, natychmiast się zazieleniała.

– Usiądziemy na pomoście? – powiedziała rzucając mu przelotne spojrzenie. – Mam ochotę pomoczyć nogi.

Lekkim i zwiewnym krokiem podeszła do kładki. Zwrócił uwagę na to, jak delikatnie się poruszała. Patrzył na każdy stawiany przez nią krok. Wydawało się, że mogłaby stanąć nawet na powietrzu. Oparła się i usadowiła wygodnie na kładce opuszczając zgrabne stopy do wody.

– Usiądź przy mnie – rzekła spoglądając na niego.

Jej niesamowite piękno i boskość onieśmielały go. W milczeniu podszedł do niej i usiadł obok.

– Usiądź bliżej – powiedziała. Zanim jeszcze zdążył się zgodzić, zadała pytanie – Chciałbyś być bogiem w Eestirii? Marzyłeś o tym kiedyś?

Rillyin wpatrywał się w nią przez chwilę, po czym się przysunął. Zatopił swoje nogi do kostek w wodzie. Przynosiła ulgę. Zaczął zastanawiać się nad odpowiedzią. Wbił źrenice w taflę i zasępił się.

Powoli przeniósł oczy na trawę. Obserwował jak źdźbła delikatnie gną się na wietrze i poczuł jak jego włosy zmierzwił lekki podmuch. Przyłożył rękę do głowy, żeby się podrapać, ale jego palce napotkały jedynie idealną łysinę. Zwrócił wzrok na towarzyszkę, a ta jedynie uśmiechnęła się oczyma. Wpatrywał się głębiej w zieleń roślin, a jego zmysły zdawały się szaleć. Początkowo zaczął odczuwać mdłości. Miał wrażenie, że się rozpada i słyszy w oddali wyraźny szept: „poddaj się, puść”. Rozluźnił się i wtedy uderzyła w niego gwałtowna, ciężka do wytłumaczenia zmiana. Poczuł się w pewien sposób nagi, ale zarazem i wolny. Jedynie w pewnym stopniu jego świadomość się nie zmieniła – Rillyin rozumiał, że to jego dusza. Wszystko pozostałe to jedynie ciało, ze swoimi zmysłami i doświadczeniem. Ogarnęła go ekstatyczna błogość. Zdał sobie sprawę, że jest… trawą. Dostosowywał się jeszcze chwilę do nowej formy. Korzenia, liści. Upił trochę wody przez korzenie, poczuł jak płyn przelewa mu się przez nowe ciało ku liściom, gdzie poczuł słodki smak cukru.
Mrugnął i na powrót był w swoim ciele. Jego ciało zdawało się przez ten czas „wyłączone”, otwarte oczy zaczęły piec. Zamknął je, a po jego policzkach pociekły łzy pieszczone wiatrem.
„Wiatr?” pomyślał.

– Nie! – krzyknęła, ale dźwięk jej głosu ugrzązł gdzieś w przestrzeni.

Poczuł jednocześnie ból i pieszczotę. Odezwały się w nim sprzeczne emocje. Radość i gniew zawrzały. Horyzonty rozszerzyły się do obszaru, którego zwyczajna dusza nie potrafiła ogarnąć. Widział cały świat jednocześnie oraz to, jak go otacza, jak przewiewa pomiędzy bezlistnymi gałęziami drzew, czując rozrywający ból. Doświadczał, jak delikatnie łaskoczą go mijane liście, i jak rozrywa budynki i drzewa furią burzy.

Trzask!

Obudził się leżąc na pomoście, a nad nim stała piękna bogini. Chwilę patrzył w boskie oczy, potem zerknął na jej zgrabne nogi, które tak pragnąłby dotknąć, a które dzieliło od jego rąk zaledwie kilka centymetrów. Wtedy narodziła się w jego głowie nadzieja, która zaowocowała ogromnym pożądaniem.

– Myślisz, że nie potrafię czytać ci w myślach? – zapytała uśmiechając się lekko, pomimo tego jej oczy niewiele zdradzały, ciężko było odgadnąć co bogini myśli.
Przerażenie pomieszało mu w głowie. Starał się przestać myśleć o tym, jak chętnie ległby w ramionach Noctiferi, jednak nie mógł.

– Zaimponowałeś mi – powiedziała spokojnym tonem. – Byłam pewna, że śmiertelnym wystarczy ułamek sekundy w ciele wiatru, żeby oszaleli. Ty jesteś inny. Może jednak dobrze się stało, że ciebie wybrałam.

Ruszyła w stronę domu.

– Chodź, musisz się jeszcze wiele nauczyć – rzekła.

Podniesienie się przyszło mu z niemałym trudem, jednak już po chwili szedł za swoją panią. Czuł się niesamowicie ze świadomością pozyskania takiej umiejętności. Odniósł wrażenie jakby stawał się kimś bardziej boskim, a jego wewnętrzna pustka zdawała się zmniejszać. Teraz jednak marzył tylko o jednym, o tym, by choć raz dotknąć matkę elfów. Uśmiechnął się do siebie, kiedy do głowy przyszedł mu pewien plan. Postanowił zamienić się w trawę, żeby dotknąć choć stopy opiekunki. Znów ogarnęło go to samo uczucie, świadomość posiadania korzenia i liści. Chwilę grzał się w świetle gorącego słońca, gdy nagle zapadła ciemność, po to by sekundę później, w kontakcie z jej skórą, odczuć ekstatyczną rozkosz. Niespodziewanie wrócił do swojego ciała. Przeszły go potężne dreszcze po czym osunął się na ziemię.

Kiedy otworzył oczy znów leżał w swoim łóżku. Nie wiedział, czy może to wszystko było snem, czy może ona zaniosła go do posłania. Miał nadzieję, że to drugie. Wstał, wyszedł z pokoju i dojrzał, że pomieszczenie po lewej stronie jest puste. Minął biblioteczne wrota, żeby spojrzeć na nią, czytającą książkę o zagadkowym tytule „Neyighitee”.

– Co to znaczy? – zapytał.

– Nas – odpowiedziała spokojnie.

Zajrzał jej z uwagą w oczy, jednak ten wzrok zdawał się być zbyt boski, by Rillyin dał radę go wytrzymać. Mrugnął po to, by oderwać się od tego piękna. Wpatrywał się w łóżko, na którym leżała. Pragnął poczuć jak to jest być tą rzeczą. Przeszły go dreszcze przeszywające jego tkaninę. Elf czuł drewnianą ramę w środku, i podłogę, na której stał. Całym sobą koncentrował się tylko na miejscu, które dotyka naga skóra Noctiferi.

– „Naga?” – zapytał sam siebie ze zdziwieniem.

Wtedy zdał sobie sprawę z tego, że oboje są nadzy. Cały czas byli. Ogarnęło go zawstydzenie, ale nie chciał dać tego po sobie poznać.

– Urodziłeś się śmiertelnikiem. Lecz twoja dusza jest boska, nie wiem, czy to dzięki sile determinacji, czy czemuś zgoła innemu – oznajmiła nie odrywając wzroku od książki. – W każdej chwili stajesz się coraz mniej zaślepiony moją boskością, a coraz bardziej postrzegasz mnie jak śmiertelniczkę, nawet kiedy tego nie chcę. Dobrze, że wybrałam ciebie. Już wiesz po co?

– Jestem bytem. Świadomością. Nie ma we mnie nic, co mogłabyś opisać jako „elf”. Ale nie jestem sam. Jest nas dwoje. Dwa byty. Dwie świadomości. Jesteśmy. Trwamy. Nie mieliśmy wiary, ale teraz mamy. Istniejemy. Mężczyzna i kobieta. Nazwij to jak chcesz. Żeby powstał kolejny byt – najpierw dwa inne muszą tego chcieć. Muszą się ze sobą zetrzeć. My jesteśmy Neyighitee.
Noctiferi wstała, zmierzyła go wzrokiem. Po czym rzuciła na łóżko i skoczyła na niego.

– Jesteś gotów – wyszeptała mu do ucha. A dźwięk jej głosu był jak ciepło rozlewające się po ciele.

Każdy dotyk rozpalonej bogini był pozawymiarowym szczęściem. Dopiero teraz spojrzał na jej krągłe, idealne piersi i zrozumiał, że jego podświadome marzenie się spełnia. Ścisnął więc pośladki Noctiferi z taką siłą, aż ta jęknęła.

– Dobrze – szepnęła cicho uśmiechając się. – A teraz spójrz mi w oczy.

Kiedy opierała się swoimi lędźwiami o Rillyina, ten wpadł w jakiś seksualny szał. Gdzieś w głowie, na granicy słyszalności, dobiegł go głos: „Mój drogi Rillyinie”. Bogini drapała go po klatce piersiowej, ujeżdżając go i krzycząc z podniecenia. „Jesteśmy teraz jednym bytem” – kontynuował głośniej głos. Patrzył w jej wypełnione rozkoszą boskie oczy, wpatrzone w niego. „Zakochałam się w tobie, pierwszym śmiertelniku w moim życiu” – mówiła w jego głowie. Ściskał jej podskakujące piersi i patrzył, jak jego opiekunce oczy błyszczą jeszcze bardziej. „Choć już nim nie jesteś, poświęciłam się dla mojego ludu i dla ciebie” – głos rozbrzmiewał już dość głośno. Nagle poczuł falę gorąca, która ogarnęła jego ciało. „Teraz jesteś bogiem, obudź elfy i broń je, a ja czekać będę na ciebie w sferze duchów” – usłyszał i obudził się na ziemi w szybie kopalni.

***

EPILOG

Wielu śmiertelników przysięgłoby, że postać stojąca w cieniu drzew i obserwująca ze wzgórza rzeź elfiej, nadgranicznej wsi, jest ślepa. Nie miała ani źrenic, ani tęczówek. Jednak Neyighitee widział wszystko, a nawet więcej.

– Zostawcie to miejsce w spokoju – powiedział jakby do siebie, jednak jego głos rozbrzmiewał nad doliną wprowadzając chwilowy zamęt.

Rzeź momentalnie ustała. Ludzie zamarli z niepokojem rozglądając się dookoła. Dowódca zaczął krzyczeć, wydając rozkazy, żeby jego oddziału przypadkiem nie ogarnął chaos.
Ktoś wskazał mu postać stojącą na wzgórzu. Ogarnia go lęk, jednak ambicja wzięła górę. Wyciągnął miecz i pobiegł w stronę intruza. Żołnierze patrzą w zaciekawieniu na swojego przełożonego, który wspina się na wzniesienie, obserwują ślepca, który w bezruchu czeka na nadejście mordercy. „W końcu to elf” myślą sobie. „Niektóre nawet nie uciekają przed śmiercią”.
Kiedy dowódca zmniejszył dystans, wziął zamach.

– Zarozumiali idioci – rozbrzmiał potworny głos w chwili, kiedy mężczyzna z mieczem implodował, pozostawiając po sobie jedynie krwawą zawiesinę.

– Wszyscy zginiecie! Wszyscy!

Las otaczający wieś ze wszystkich stron zdawał się ożywiać. Setki drzew ruszyło w stronę ludzi, których część zmarła w wyniku samej paniki. Neyighitee przyglądał się temu, jak pnącza wiążą uciekających, a drzewa rozrywają ich swoimi gałęziami.

Uśmiechnął się do siebie. Czuł, że Noctiferi, obserwująca go ze sfery duchów, jest dumna. szczęśliwa.

Abisalny Poemat

Patrzę na grube krople spadające z nieba, zastanawiając się, co się właściwie stało przez ostatnie kilkanaście minut.

Jeszcze wczoraj byłem normalnym człowiekiem z tymi swoimi banalnymi, śmiesznymi problemami. Któryś z moich kolegów „poetów”, powiedział coś o drugim. Co myśli o mnie moja żona po dziesięciu latach związku lub dlaczego muszę pracować, bo na poezji zarabia się raczej grosze. Dziś już wiem, że to wszystko jest nieistotne. Potworności, które zobaczyłem zmieniły mnie do reszty. Teraz już nawet życie straciło na znaczeniu.

Wszystko zaczęło się od wczorajszego, cotygodniowego spotkania w „Zapisanej kartce”. Tam zwróciłem uwagę na mojego wieloletniego znajomego – Rafała. Był blady i wyglądał zadziwiająco słabo. Zwykle rozmowny i pełen życia, teraz wydawał się wycofany i niepewny siebie. Zapytany o swój dziwny stan przy towarzystwie, starał się wykręcić, opowiadając o bólu brzucha i ogólnym niewyspaniu. Dopiero gdy w cztery oczy zapytałem go o samopoczucie, usłyszałem niewiarygodną historię.

– Piszę poemat – powiedział.

– To ma coś wspólnego z twoim wyglądem? – napomknąłem z niewiarą w głosie. On zawsze pisał jakiś poemat, jednak nigdy nie prezentował się tak źle.

– Przeczytałem satanistyczne traktaty… – Chciał coś dodać, ale się zawahał. Nastąpiła pauza, którą wykorzystałem.

– Biblię szatana? Tę książeczkę dla gimnazjalistów? – ironizowałem.

– Nie, te prawdziwe. Rzekomo mają dziesięć tysięcy lat.

– Kto ci naopowiadał takich bujd? Przecież wtedy nie istniało nawet pismo! – wyśmiałem go.

– Gdybyś je zobaczył… Gdybyś dotknął ich choć przez chwilę… poczułbyś… – tu głos mu się załamał. – Nie powinienem był. – Głos brzmiał jakby jego właściciela dopadł jakiś obłęd.

– Dobrze, rozumiem – uspokoiłem i postanowiłem przestać wyśmiewać. Teraz wiedziałem, że to naprawdę problem. – Ale diabły i te sprawy? Widły, rogi?

– Nie! Zupełnie nie! To nie czerwień! To nie siarka! To ocean, błękit. To demoniczny róż, symbol niezbadanego, niewyjaśnionego! – Wtedy nie rozumiałem co mój przyjaciel ma mi do powiedzenia. Wydawało mi się, że to bzdury. Patrzyłem jedynie na niego, a on jakby pomiarkował się. Nie mniej dał upust swojemu dziwacznemu szaleństwu.

– Piszę poemat – powiedział nagle takim tonem, jakbym dopiero zapytał go dlaczego jest tak blady. – Po przeczytaniu tych demonicznych kartek nie śpię. Koszmary zlewają się z rzeczywistością. Drzwi otwierają się wszędzie gdzie chcą. Pojawia się zło, którego próba choćby opisania wydaje się niemożliwa. „To” każe mi napisać poemat.

Patrzyłem na swojego przyjaciela z mieszanką strachu, współczucia i zażenowania. Nie wiedziałem, czy mogę mu jakoś pomóc, jednak moje dobre serce kazało mi spróbować.

– Myślisz, że zwariowałem, prawda? – wypalił nagle. – Wiesz… Ja też mam taką nadzieję, bo to co widzę przekracza granice logiki i pojęcia rzeczywistości. Udowodnię ci, choć w duszy modlę się o to, żeby mi się to nie udało. Przyjdź do mnie dziś wieczorem.

Tak to wszystko się zaczęło.

Pojawiłem się między siódmą a ósmą na progu domu mojego przyjaciela. Otworzył mi jedynie drzwi i poszedł do swojego gabinetu, gdzie na biurku stał komputer. Usiadł przed nim i kontynuował pisanie, a ja zauważyłem, że wygląda jeszcze gorzej niż rano – jak żywy trup. W kawiarni tego nie zauważyłem, ale teraz wydawało mi się, że schudł kilka kilogramów.

– Chcesz przeczytać? – zapytał nagle. Już nawet jego głos mnie przeraził, brzmiał słabo i pusto. Przyszło mi na myśl dziwne skojarzenie: jakby coś pożerało jego duszę.

Usiadłem na miejscu Rafała i zacząłem czytać, a moje ciało zdawało się czuć, że są to rzeczy, przed którymi należy uciekać. Jednak ja nie poddawałem się swojej biologicznej maszynie. Już pierwsze wersy wciągały, więc czytałem z zapartym tchem, a wszystko dookoła zdawało się jakby szarzeć. Ale to był tylko początek. Chwilę później dostrzegłem w pokoju jakiś ruch. Odwróciłem się. Ujrzałem niewyraźną twarz o kolorze i rysach, których zidentyfikować nie potrafiłem. Jednak było coś, co wydawało się ostrzejsze niż wszystko inne co w życiu widziałem. To były oczy, które wydawały się inkarnacją grozy i koszmaru. Patrzyłem przez chwilę w te makabryczne ślepia, które z jednej strony hipnotyzowały mnie nie pozwalając mi odwrócić wzroku, a z drugiej ich porażający, demoniczny wygląd powodował u mnie samobójcze myśli. Błagałem sam siebie, żeby w końcu ruszyć się, wyzwolić spod okowów tej katatonicznej mocy i udusić się kablem od myszki, albo otworzyć żyły znajdującym się obok nożem do masła. Oceaniczny błękit zaczynał mnie wciągać, gdzieś w swoje dno, którego barwy mógłbym się spodziewać, gdyby mój zamroczony trwogą umysł mógł wykonać jakąkolwiek aktywność. Chciałem wbić sobie w gardło długopis, który leżał obok na biurku, jednak kataleptyczna moc trzymała mnie w swoim żelaznym, nieustępliwym uścisku. Wiedziałem, że nie ruszyłem się z pokoju ani na krok, jednak czułem się jakbym pływał w bezdennym morzu, kilkaset metrów pod powierzchnią wody, otoczony przez krążące w nieprzeniknionej ciemności morskie potwory. Niespodziewanie w tunelu koszmarnej grozy pojawił się jasny, różowy punkt. Wolałem już, żeby ktoś zdzierał ze mnie skórę, niż żebym musiał tego doświadczać. Chciałem krzyczeć! Błagać! Prosić! Ale nie byłem nawet w stanie prosić o łaskę. Czułem, że moja dusza została wyrwana z ciała przez nieopisywalne, demoniczne, prastare zło! Głupi Rafał! Po co bawił się w tak idiotyczne rzeczy? Co go korciło do uwolnienia tej nieskończonej niegodziwości, karmiącej się przerażeniem? Co korciło mnie? Róż zmieszał się z błękitem, otaczając mnie i zamykając w jakiejś niewyobrażalnej, pozawymiarowej klatce. Wiedziałem, że nie jestem już na ziemi. To co mnie otaczało nie było widzialne dla ludzkich oczu, na to patrzyła moja dusza. To nie mogło być boskim stworzeniem. Te potworne, otaczające mnie kolory, których ziemia nigdy nie uświadczyła, zamknięte w samym jądrze piekła, oczekiwały jedynie aż jakiś dureń je wyswobodzi je po to, by później pochłonąć całą ludzkość swoim nienasyconym łaknieniem. Pragnąłem, żeby ktoś wbiegł do pokoju, gdzie na pewno jest moje ciało i strzelił mi w głowę, wtedy moja dusza musiałaby iść na sąd ostateczny. To mogłoby być moim wybawieniem. Tymczasem byłem zamknięty w tej klaustrofobicznej przestrzeni, której granic nawet nie byłem w stanie dostrzec. Barwy zdawały się coś utożsamiać i urzeczywistniać, były jakąś materią, której identyfikacja wydawała mi się niemożliwa. Była jednocześnie płynem, gazem i ciałem stałym. Wydawała się być daleko i jednocześnie blisko. Często zdawało mi się, że jestem uwięziony w sferze, czasem tunelu, że stoję we mgle, chociaż sama przestrzeń wydawała się nie zmieniać. Nagle złożone z ogromnych płyt otoczenie zaczęło ożywać. Dosłownie setki otaczających mnie potępionych barw, niespodziewanie zbliżało się do mnie. Kiedy już znajdowały się przy mnie, rozpoczęły ucztę. Pożerały moją duszę! Bólu nie dało się porównać z jakimkolwiek innym. Natomiast strach i obrzydzenie mi towarzyszące stały się zupełnie inną kwestią. Ogrom emocji zdominował mnie w niemożliwy do opisania sposób. Każde dotknięcie barwnej bestii wydawało mi się dotknięciem żywego ognia. Nieziemskie istoty w dotyku wydawały się przy tym bezgranicznie obrzydliwe, jak jakieś paranoidalne urzeczywistnienie koszmarów arachnofoba. Wydawały przy tym dźwięki tak nieludzkie, że wywołana przez nie groza była nie do opisania. Wolałbym już zostać przepiłowany na pół! Demoniczne barwy pochłaniały moją duszę, a ja tak nagle, jak zostałem porwany, ocknąłem się przed komputerem czytając ostatnią linijkę. Rozejrzałem się po pokoju i z niedowierzaniem dostrzegłem Rafała, a raczej coś, co z niego zostało. Jego tors, głowa i ręce wisiały powieszone na kablu komputerowej myszki, na długiej rurze od kaloryfera. Z rozciętych na nadgarstkach żył kapała jeszcze świeża krew. Na ziemi bezwładnie leżały obcięte, obdarte ze skóry nogi. Na biurku dostrzegłem zakrwawiony nóż do masła. Machinalnie wyjąłem z kieszeni pendrive’a i zgrałem sobie demoniczny poemat.

Nie jestem przerażony tym co spotkało Rafała, a nawet tym, że to samo spotka i mnie kiedy dokończę swój fragment poematu. Przerażało mnie jedynie to, że czułem w sobie pustkę. Wiedziałem już jak wygląda moja cała pośmiertna przyszłość, a malowała się niestety różowo.

Tron Piotrowy

W bogato wystrojonej sali aż skrzyło się od złotych płaskorzeźb i artefaktów. Na ścianie wisiały stare, zadbane gobeliny, a na środku pomieszczenia pysznił się czerwony dywan. Nad grubymi, dębowymi wrotami wisiał skromny krzyż – symbolizujący chrystusowe życie w ubóstwie.

– Kurwa mać!

– Proszę się uspokoić, Ojcze Święty – odpowiedział Brazylijczyk, gdy głos papieża wciąż odbijał się echem od wiekowych ścian.

– Jak mam się uspokoić?! Co mam robić?! – krzyczał Leon XIV, rodowity Rzymianin o nazwisku D’agostino. Już jako dziecko czuł, że Bóg ma dla niego jakąś specjalną misję i o ile dotychczas jedynie Mu dziękował, teraz zaczynał przeklinać dzień, w którym wstąpił do seminarium. Przed nim stały trzy postaci. Każda z nich pamiętała czasy „księżowskie”. Wierni przyjaciele – teraz kardynałowie. Każdy z innego kraju, każdy inaczej doświadczony przez życie. Na doradców następcy Świętego Piotra pasowali idealnie. Bardzo rzadko zgadzali się ze sobą.

Zapadło milczenie, przerywane jedynie odbijającym się od ścian echem.

– Przeanalizujmy powtórnie sytuację – zaproponował irlandzki kardynał o nazwisku Quinn. Leon XIV znał go jeszcze z seminarium z pierwszego roku zajęć. Zawsze sprawiał wrażenie bardziej polityka niż duchownego, ale na pewno nie złego człowieka. Wielokrotnie twierdził, że Kościół jest najważniejszy, bo wraz ze wzrostem jego potęgi zyskuje wiernych. Ludzi, których dusze wygrał dla Boga, w odwiecznej walce dobra ze złem. Quinn nie był jednym z tych, którzy w wierze widzą jedynie pieniądze.

– Nie ma się tu nad czym zastanawiać! – krzyknął Austriak o nazwisku Friedrich. Do „czwórki” dołączył już po seminarium. Kroczył drogą Chrystusa, miłując wszystko co żyje i stając zawsze w obronie słabszych. Człowiek głębokiej wiary. Raz, za młodu, uczestniczył nawet w egzorcyzmach. Posiadał jednak nieposkromiony temperament choleryka ze skłonnością do zaglądania na dno kielicha. Choć nie pił od lat, odkąd wpadł w cug po wspomnianym koszmarnym doświadczaniu samego szatana. – To są mordercy! Faszyści! Powinniśmy ich potępić!

– A co ty sądzisz, Silva? – Papież spytał Brazylijczyka łamiącym się głosem. Właściwie Juan Francisco María de la Sáenz Silvia był jedynym spoza Europy. Mimo to spędził na tym kontynencie większość swojego życia. Z Quinnem i D’agostino poznał się w Jerozolimie uczestnicząc w pielgrzymce. Człowiek roztropny i spokojny. Pomimo wiary, nie było w nim „żaru”, który dostrzegano w oczach pozostałej trójki. Był człowiekiem, który przystąpił do Świętego Kościoła Rzymskiego raczej z przypadku niż powołania. Równie dobrze sprawowałby się jako prawnik czy księgowy. – Co mam zrobić? – spytał.

– Nie mam pojęcia. – Faktem było, że nie miał, patrzył niewidzącym wzrokiem w ścianę. Obie opcje wydawały się beznadziejne.

– Powinniśmy ich przekląć! To mordercy! – krzyknął Friedrich. Nadawałby się idealnie do przewodzenia motłochowi. Wydawał polecenia w taki sposób, że każdy miał ochotę je wykonywać bez zastanawiania. Jednak D’agostino z czasem uodpornił się na to.

– Może po prostu powinniśmy obserwować sytuację? – rzucił Brazylijczyk. Nie chciał, żeby jego decyzja była choćby rozważana, po prostu powiedział to cicho i pod nosem, aby nikt mu nie zarzucił, że nic nie mówił. Nie brał udziału w naradzie i nie miał własnego zdania. Właściwie powiedział to tylko po to, żeby móc później usprawiedliwić się przed samym sobą.

– Przyjaciele! – zaczął Irlandczyk. – Niestety, ale widzę tylko jedno wyjście z tej sytuacji: musimy działać. Przeanalizujmy to wszystko na chłodno, dobrze?

Rozległy się pomruki aprobaty. Nawet Austriak pokiwał smętnie głową. Nie chciał brać odpowiedzialności za to, co się wydarzy, podobnie jak żaden z zebranej czwórki.

– Trwa wojna, prawda? Każdy jest tego świadom. Europa ma już dość Islamu i Koranu, roszczeniowej postawy muzułmanów, a nawet próby kolonizacji Starego Kontynentu… Czy ten konflikt czegoś wam nie przypomina? Coś, co wydarzyło się kiedyś w odległej historii świata?

– Krucjata… – powiedział zachrypłym głosem Silvio. Wciąż chciał być najaktywniejszym rozmówcą, chociaż tak naprawdę nie miał nic mądrego do powiedzenia.

– Właśnie nie – odpowiedział spokojnie Irlandczyk. – Nie przypomina niczego, co wydarzyło się do tej pory.

Nawet Friedrich rzucił zaciekawione spojrzenie przyjacielowi.

– Podczas krucjat Europa zbierała swoje wojska i wysyłała w obronie swoich interesów pod cieśninę Dardanele i dalej aż pod grób Pana. Teraz Europa walczy o życie – kontynuował powoli i przerwał, po to, żeby każdy zdążył przetrawić otrzymywane informacje. – Tu o przetrwanie walczymy My. – Przyspieszając zaczął mówić – Mamy trzy możliwości. Każda może dać dwa różne wyniki.

– Powinniśmy potępić buntowników, przecież to faszyści! – krzyknął Austriak widząc, że Quinn przykuwa coraz większą uwagę Ojca Świętego.

– Co, jeśli wygrają? – spytał Leon XIV.

– Zniszczą nas – powiedział spokojnie Irlandczyk. – To oczywiste, prawda?

– Gdzieś na pewno znajdą się ludzie gotowi nas bronić! – zawołał Friedrich.

– „Gdzieś na pewno znajdą się ludzie”… – powtórzył jak zahipnotyzowany wyspiarz, ale zaraz urwał. – Gdzie? W Europie? Na pewno nie! W Ameryce Południowej? Może będziemy przenosić Kaplicę Sykstyńską do Rio? To samo wydarzy się, jeśli całą sytuację zignorujemy – oświadczył, po czym dopowiedział cytatem. – „Znam uczynki twoje, żeś ani zimny, ani gorący. Obyś był zimny albo gorący! A tak, żeś letni, a nie gorący ani zimny, wypluję cię z ust moich”. W obu przypadkach poczują się zdradzeni i rebelia z wojny o Europę bez Islamu szybko przemieni się w wojnę przeciw religiom. Jak w XVIII wieku we Francji.

– No dobrze, ale jeśli Islam wygra? – zapytał Leon XIV. – Wymordują nas?

– Prawdopodobnie tak, a nawet jeśli nie, to komu będziemy wtedy służyć? – spytał Quinn.

Zapadła cisza, jednak krótka. Irlandczyk spodziewał się konsternacji.

– Więc w przypadku nie poparcia rebeliantów możemy od razu przenosić Tron Piotrowy do Rio. To już ustaliliśmy. Dobrze, co się stanie jeśli ich poprzemy?

– Renesans Kościoła w Europie – odrzekł Sylvio.

– Masz całkowitą rację. Co jeśli Islam wygra?

– Wszyscy zginiemy – zakomunikował Friedrich.

– Boisz się śmierci, starcze? – spytał Quinn. Zabrzmiało to dość komicznie, z racji tego, że byli równolatkami.

– A wraz z nami Kościół – dodał Austriak.

– Błąd. Czy Kościół upadł po śmierci świętego Piotra, który przecież był wtedy biskupem Rzymu? Kiedy chrześcijanie byli jeszcze jedynie pyłem? Nie! Zostaniemy męczennikami. Poświęcenie było kamieniem węgielnym, na którym rozkwitała wiara w naszego Boga. Przecież nawet Chrystus – syn Boży, zmarł za przyszłość Kościoła. Potęga naszej wiary, budowana była przez setki ludzi, gotowych za nią umrzeć. Dlaczego mielibyśmy się obawiać? Jeśli ludzie zobaczyliby, że jesteśmy zdecydowani dokonać żywota za sprawę, sami nie mieliby oporu. Rebelia poparta przez nas, nawet jeśli by upadła, zainspirowałaby dziesiątki kolejnych.

– Dobrze, ale co z moralnością Chrystusa? Co z „nie zabijaj”? – zaatakował Friedrich.

– Pamiętasz dwa miecze? – zapytał Quinn

– Pan nasz we wtorek po zmartwychwstaniu ofiarował apostołom dwa miecze, aby mogli się bronić, lecz nie atakować – powiedział bezwiednie Sylvio.

Friedrich nagle sam zrozumiał, że wszystko jest w Piśmie Świętym, odpowiedź na każde pytanie. Przypomniał sobie wczorajszy sen, i choć jeszcze rano go zignorował, teraz już wiedział, co miał przekazać.

– Ojcze Święty – powiedział w stronę Leona XIV. – Co odpowiesz, kiedy w raju Bóg zapyta cię, czy jesteś tym, przez którego nikt już w niego nie wierzy? Co Mu powiesz, kiedy zapyta cię, czy to przez ciebie śmierć jego jedynego Syna poszła na marne?

Decyzja stała się oczywista.