Strażnik

Wrodzona dobroć elfów bardzo szkodziła im samym – Eri zauważył to już jako dziecko, kiedy to pierwsi ludzie przekroczyli granice Nevriyanu. Miał wtedy sześć lat, ale pamiętał, jak bardzo podekscytowało jego rodziców i inne elfy to wielkie, wręcz przełomowe wydarzenie. Uznano wtedy, że ludzie mogą się od nich wiele nauczyć i dzięki nim odkryją drogę pokoju.

Elfy miały nadzieję, że ludzie nawrócą się na poddaństwo Noctiferi albo chociaż zaczną wzorować się na wierzeniu w elfią stwórczynię, jej przykazania miłości i pomocy innym, poświęcenia życia dla chęci zmiany świata na lepszy – pozbawiony nienawiści i agresji.

Nevriyan nie miał w tym absolutnie żadnego interesu – elfy żyły bogato i dostatnio, doskonaląc się w kulturze i sztuce. Osiągnęły niesamowitą biegłość w posługiwaniu się magiczną energią, której odpowiednie wykorzystanie gwarantowało wyżywienie. Dzięki wysoce rozwiniętej magii, w brukowanych, utwardzonym złotem, pięknych miastach, nikt nie umierał z głodu. Elfy wykorzystywały to, co dawała im ziemia, nie marnując jej owoców.

Nie od razu okazało się, że naturalna dobroć elfów stanowiła barierę nie do przeskoczenia. Po złączeniu się w jeden lud i wspólnym egzystowaniu przez kilkaset lat, w dobrobycie i bez
znajomości ciężkiej pracy, ta rasa po prostu przestała rozumieć agresję. Stworzenia te były wręcz patologicznie dobre. Każdemu, kto miał gorzej niż one, współczuły i chciały pomóc, wierząc w otaczające ich dobro tkwiące w każdej żywej istocie. Uważały, że wszelkie negatywne uczucia mogły być tylko skutkiem błędu. Nawet jakakolwiek broń nie miała dla nich sensu.

Choć Eri widział od tego czasu ludzi, dopiero mając osiem lat, przeżył szok przy spotkaniu z przedstawicielem tej rasy. Ojciec zabrał go wtedy na spacer po jednym z parków w Eyerilyanie, terenach zielonych, otaczających siedzibę imperatora. Niespodziewanie w zbiorowisko elfów wbiegł przedstawiciel ludzi, wyjął miecz i zaczął krzyczeć:

– Pierdolone elfy! Bijcie mnie, skurwysyny! Uderzcie! – machał mieczem jak opętany, wciąż krzycząc. – Uderzcie mnie, elfie dziwki! Przeklnijcie!

Choć był młody, Eri wiedział, co się działo. Dotknął go syndrom Nevriyanu. Ludzie, przyjeżdżający z dzikiej północy do złotych wspaniałości, wpadali w szał i po dekarze, dwóch czy pięciu, nawet roku, zaczynali mordować. Otoczenie promieniującymi dobrocią elfami powodowało, że na ich umysły i serca spadała okrutna choroba. Nie było pewne, czy nieliczni byli na nią odporni, czy było tylko kwestią czasu, kiedy dotknie każdego.

Eri pamiętał z tamtego spaceru swoich krajan pytających, jak pomóc człowiekowi, który ich mordował. Najgorsze jednak było to, że jego ojciec również chciał podejść i pomóc biednemu, zagubionemu człowiekowi. Chłopcu ledwo udało się odciągnąć rodzica. Z odrazą patrzył, jak dorośli próbowali wytłumaczyć atakującemu ich mężczyźnie, że nie jest to wskazane zachowanie.

Mężczyzna, na oczach tłumu, ostatecznie wbił sobie miecz w brzuch, ale nie był to koniec jego szaleństwa. Tłum gęstniał, a zebrani rozpoczęli magiczne rytuały powodujące, że rany człowieka zaczynały się zasklepiać. Elfy nie chciały jego śmierci. Całkowicie zdrowy fizycznie napastnik, rozpychając się, uciekł na północ. Lata później, Eri wiedział już, że tacy ludzie biegli tak długo aż gdzieś w lesie, ze zmęczenia, eksplodowało im serce.

Wspominał to doświadczenie z mieszaniną strachu i zażenowania. Tkwiło w nim coś innego niż w jego rodakach. Po prostu jaśniej patrzył na otaczającą go rzeczywistość i nie mógł zrozumieć, dlaczego przybyszowi nikt nie próbował wyrwać miecza, dlaczego nikt go po prostu nie uderzył czy nie powalił, o co zresztą sam prosił. Trzy piękne kobiety i sześciu mężczyzn zginęło w trakcie tego „wypadku”, na oczach dzieciaka.

Wraz z upływającymi latami, Eri doświadczał coraz więcej takich sytuacji. Człowiek – kobieta rzuciła się na elfy z nożem i zaczęła je ranić. Sprawczyni atakowała tak długo, aż zemdlała ze zmęczenia po szesnastu godzinach. Ugodziła śmiertelnie czterdzieści dwa elfy. Przemęczoną kobietę wyniesiono poza granicę Nevriyanu i zostawiono jej list podpisany przez imperatora z prośbą, by nie wracała. Eri, znając te fakty, nie mógł pozbyć się wrażenia, że wychował się i żył w upadającym kraju. Miasta wyłożone złotem, latające pałace i tysiące lat tradycji oraz rozwoju, a jednak wyraźnie widoczna była pewna wada w tym cywilizacyjnym planie. Elfy potrafiły posługiwać się magią prawie tak dobrze jak podwodna rasa oceanicznych derfów, jednak nikt nie potrafił nic zrobić z jednym, agresywnym człowiekiem. Unieruchomienie czy obezwładnienie było jawnym naruszeniem wolności, którą tak ceniła sobie szlachetna rasa.

***

Mając szesnaście lat, Eri, był studentem druidytyfiki na Magicznej Akademii Eyerilyianu. Często podczas odrabiania prac domowych patrzył na ulicę i przechodniów. Lubił obserwować przechadzających się po złotym bruku, ubranych dostojnie mężczyzn i piękne kobiety. W trakcie jednego z takich dni poczuł ścisk w sercu, kiedy zobaczył człowieka. Nosił skórzaną zbroję, a na plecach miał długi, dwuręczny miecz. Blask słońca, który odbił się w ostrzu na chwilę go oślepił.

Przybysz z północy początkowo szedł normalnym krokiem, jednak kiedy wpadł na przechodnia, zaczął się koszmar: mężczyzna wyjął miecz i silnym uderzeniem prawie odciął elfowi głowę. Krew zaczęła tryskać z tętnicy, farbując na czerwono wszystko dookoła, a głowa wisząca na kawałku skóry machała się na wszystkie strony. Zanim jeszcze ciało zdążyło upaść, Eri usłyszał swojego ojca:

– Proszę się uspokoić, zaraz panu pomo… – urwał z ostrzem wbitym aż po samą rękojeść w mostek.

Chłopak nie poczuł złości, a jedynie dziwny, chłodny spokój. Zszedł schodami do kuchni, w jego ruchach nie było wściekłości czy desperacji, szedł mechanicznie jak kontrolowane przez adepta druidytyfiki drzewo. Jego matki nie było już w kuchni, został po niej jedynie nóż do krojenia owoców leżący na desce. Sięgnął po niego, wiedział gdzie ją znajdzie. Za drzwiami wejściowymi zobaczył rodzicielkę z czaszką rozchlastaną aż po samą żuchwę. Spomiędzy rozpłatanej głowy, na złoty bruk, wypływał szeroki strumień krwi, łącząc się z sąsiednimi „rzeczkami” czerwieni, tworząc małe bajorko formujące się w szczelinach chodnika.

Człowiek w szale odwrócił się w jego stronę. W oczach widać było jedynie obłęd, ślepy wzrok powodował, że nie wydawał się nawet istotą myślącą, zresztą w tamtej chwili nawet nią nie był. Szaleniec zamachnął się, a Eri poczuł jak świat zwalnia, z łatwością uniknął pędzącego w jego stronę miecza i wepchnął kuchenny nóż w gardło przybysza. Szybkim ruchem wyprostował ręce, rozcinając gardło, aż ostrze utkwiło w kręgosłupie. Agresor zrobił zdziwioną minę i na chwilę w jego oczach znów było widać człowieka. Eri przez moment myślał, że przerazi się widokiem tego wzroku, ale dostrzegł w nim jedynie wdzięczność. Zupełnie jakby człowiek dziękował mu za pomoc. Nie trwało to długo, twarz szybko stężała, zbladła, zanim jeszcze szaleniec padł na ziemię, wypuszczając dwuręczny, obusieczny miecz na wybrukowaną złotem uliczkę.

Eri rozejrzał się po otaczającym go tłumie i dostrzegł w elfach zdziwienie. Patrzyły na niego z wyjątkową dla nich mieszaniną pogardy i podziwu, jakby jego czyn był bluźnierstwem, abominacją, czymś niewyobrażalnym. A przecież zabił tego człowieka wyłącznie dlatego, że chciał ich chronić.

Odwrócił się od nich w stronę domu i stanął w miejscu. Nie wiedział, co robić. Po prostu wrócić? Zabrać zwłoki swoich rodziców? Iść do imperatora? Co się z nim stanie? Zostanie adoptowany? Czy jutro rano normalnie pójdzie do szkoły i opowie, jak to zabił człowieka, który zamordował jego rodziców?

Wbiegł do domu i zatrzasnął za sobą drzwi. Chodził godzinami w kółko, nie rozumiejąc, co ma o sobie myśleć. Był niewątpliwie inny, ale jakakolwiek logika podpowiadała mu, że zachował się odpowiednio. Nie miał sobie nic do zarzucenia, po prostu bronił swoich bliskich i nie tylko ich, bronił też zwyczajne elfy, przechodniów. Uporczywie szukał czegoś, co mógłby sobie zarzucić. Wreszcie, zmęczony chodzeniem, położył się na łóżku. Myślał też o rodzicach, nie chciał patrzeć przez okno na zalany krwią matki i ojca bruk. Czuł żal i smutek, ale przede wszystkim nienawiść. Irytowało go to, że jego rodzice zachowali się tak, jak inni, prosili się o śmierć. Z tą świadomością ciężko było mu ich nawet opłakiwać. Starał się przestać o tym myśleć, aż w końcu zmógł go sen.

Rankiem obudziło go pukanie do drzwi. Kiedy je otworzył, zobaczył przed sobą dwóch mężczyzn.

– Jego Wysokość, imperator Fenyrial VII, prosi Eriego Neyiri do cesarskiego pałacu w Eyerilyian – powiedział wysoki elf o typowej urodzie, jasnych blond włosach i szmaragdowych oczach. Eri zajrzał mu przez ramię i zobaczył, że ulica lśni swoim standardowym, złotym blaskiem. Nie było nawet śladów krwi.

– W sprawie?

– Nie możemy powiedzieć. Jego Wysokość nie przekazał.

Eri chwilę zastanawiał się nad tym, czy iść. W końcu mógł zostać ukarany. Tylko, że w Nevriyanie nie istniała żadna prawna forma kary czy nawet kodeks karny. Hegemonia poddaństwa Noctiferi, którą wyznawały wszystkie elfy nie zakładała takiej ewentualności, jak przestępstwo. Właściwie jedyne, co mógł zrobić imperator to poprosić go, żeby więcej tego nie robił.

Droga do pałacu, w towarzystwie dwóch dygnitarzy królestwa w barwach Fenyriala VII, dłużyła się w nieskończoność. Eri czuł na sobie wzrok przechodniów. Mijane przez niego elfy obserwowały go, ale trudno było ocenić, co o tym wszystkim myślą. Zdawało się, że czekają z osądem na decyzję imperatora.

Twarde złoto stukało pod obcasami butów, kiedy mijali park Eyerilyianu, nad którym znajdował się cesarski pałac. Chwilę szli długimi, złotymi schodami, które szeroką spiralą pięły się ku wrotom unoszącego się w powietrzu pałacu. Chłopak zerknął z góry na biegające pośród drzew jelenie i przechadzające się dumnie pawie. Park zamieszkiwało rzekomo wiele gatunków zwierząt, ale poza tymi dwoma, żadnego nie widział.

Kiedy wszedł już na górę, zobaczył przed sobą ciężkie, lśniące wrota, które rozwarły się przed nimi zapraszająco. Unoszące się budowle, drzwi, które wytrzymałyby uderzenie potężnego tarana. Tradycja budowania pałaców obronnych była chyba jedynym wspomnieniem krwawej historii elfów. Dawniej działy się tu rzeczy, które w czasach Eriego były niewyobrażalne.

Chłopak rozejrzał się przed bramą. Mówiono, że z pałacu imperatora widać było cały Nevriyan. Nie wiedział, ile w tym prawdy, ale wydawało mu się, że błękit malujący się na horyzoncie mógł być oceanem.

– Najjaśniejszy imperatorze, przybył Eri Neyiri – zawiadomili urzędnicy, którzy przyprowadzili chłopaka do pałacu.

Eri, po minięciu bramy, oniemiał na widok tak ogromnej sali. Ponad sto metrów przed sobą zobaczył imperatora siedzącego na złotym tronie. Prowadził do niego szeroki, czerwony dywan. Ściany oddalone były o dwadzieścia, może trzydzieści kroków w obie strony. Wszystkie miały kolor złota lub bursztynu. Pełne były płaskorzeźb, malowideł i różnego rodzaju dzieł sztuki. Smukłe filary z masy perłowej dodawały budynkowi lekkości i gracji. Miriady kolorowych kamieni szlachetnych mieniło się barwnie odbijającświatło słoneczne dostające się przez ogromną, kryształową kopułę, która zwieńczała szczyt budynku kilkanaście metrów ponad głowami. Szesnastolatek, otworzył usta, przygwożdżony otaczającym go ogromem i przepychem.

– Witaj, chłopcze – przemówił Fenyrial VII. Choć był daleko i nie krzyczał, to Eri usłyszał go wyraźnie. Sala wyglądała na zaprojektowaną tak, żeby każdy szept był słyszalny.

– Witam, Panie! – krzyknął Eri i ukłonił się do samej ziemi. Przynajmniej próbował, bo wydawało mu się, że tak powinien zrobić.

– Podejdź tutaj – powiedział Fenyrial tonem kogoś, kto jedynie oznajmia innym, co mają robić.

Młody elf czuł się nieswojo, idąc tą ponad stumetrową ścieżką wyznaczoną przez czerwony dywan. Widział, że król na niego patrzy, czuł, że patrzą na niego również dygnitarze stojący przy wrotach, wydawało mu się, że patrzą na niego wszystkie popiersia dawnych, wielkich elfów, a on sam miał wrażenie, że zapomniał jak się chodzi. Wizyta u imperatora była dla niego czymś wyjątkowym i prawdopodobnie były to tylko nerwy, ale wydawało mu się, że dziwacznie się garbi i nadmiernie prostuje jednocześnie, a do tego komicznie zgina kolana.

Z każdym krokiem dostrzegał też wygląd imperatora. Co prawda widział jego pomniki, ale nie oddawały one jego majestatu. Fenyrial VII był bardzo wysoki i szczupły, długie czarne włosy opadały mu na ramiona, a szaroniebieskie oczy zdawały się przewiercać rozmówcę. Miał proste, pełen wytworności ruchy i mentorski wyraz twarzy. Sprawiał wrażenie kogoś, komu się nie odmawia.

– Chodź za mną – powiedział imperator, kiedy chłopak był już blisko. Władca wstał i ruszył w stronę małych drzwi umieszczonych w ścianie za tronem.

Eri nie miał innego wyboru niż ruszyć za monarchą. Kiedy minął małe drzwiczki, znów się zdziwił. Zobaczył pokój o seledynowych ścianach wypełniony ciemnymi meblami. Na środku stał okrągły stół, mogący pomieścić tuzin osób. Choć pomieszczenie było sporych rozmiarów, to przy poprzedniej sali wydawało się bardzo ciasne.

– Usiądź – zaproponował Fenyrial VII, wskazując krzesło obok siebie, po czym zapytał: – Napijesz się czegoś?

– H… herbaty? – zająknął się odpowiadając pytaniem na pytanie, Eri cały czas w nerwach, oczekując na rozwój wypadków.

Zadzwonił dzwoneczek i po chwili przez drugie drzwi weszła jedna z najpiękniejszych elfek, jakie chłopak widział. Prawdopodobnie podobała mu się tak bardzo, gdyż była pierwszą nagą kobietą w jego życiu. Eri nie wiedział, dlaczego nie miała nic na sobie. Odniósł wrażenie, że magia jaką roztaczał wokół siebie imperator była tak niezwykła, że gdy czegoś sobie zażyczył, to nikt nie zastanawiał się nad zasadnością tych rozkazów. Kiedy herbata została już postawiona na stole, a piękność zniknęła za zamkniętymi drzwiami, monarcha odchrząknął i spojrzał swoim przenikliwym wzrokiem na Ariego.

– Zabiłeś wczoraj człowieka – powiedział oznajmującym tonem.

Eri już miał otwierać usta, żeby odpowiedzieć, ale zdał sobie sprawę z tego, że nie było to pytanie. Gdyby na przykład Fenyrial VII zapytał „Czy zabiłeś wczoraj człowieka?”, sprawa byłaby prosta. Tu jednak nie było, na co odpowiadać, więc chłopak ograniczył się jedynie do skinienia głową.

– Dlaczego to zrobiłeś? – zapytał imperator.

– Zabił moich rodziców – odpowiedział prosto.

– Ale dlaczego to zrobiłeś?

Eri zastanowił się chwilę, czy w nerwach nie odpowiedział czegoś innego, ale postarał się odtworzyć swój własny głos mówiący ostatnie zdanie i okazało się, że powiedział to, co myślał.

– Zabił moich rodziców – powtórzył.

– Widzisz, może będzie to dla ciebie zaskoczeniem, ale już kilkaset elfów zginęło z rąk ludzi w przeciągu ostatniej dekady. Staramy się im pomóc, robimy, co możemy, jednak oni zbyt wolno się uczą. Natomiast martwy człowiek? To u nas precedens – oznajmił ze spokojem imperator. Eri zastanawiał się, czy władca w ogóle zdaje sobie sprawę z problemu, o którym mówi, czy uznaje, że te kilkuset jego braci i sióstr to tylko niewinne wypadki, natomiast zabójstwo człowieka to już zezwierzęcenie. – Tak więc… Dlaczego to zrobiłeś?

– Bo ludzie mordują elfy na naszych ulicach.

– No tak, ale nie o to mi chodzi. Dlaczego to zrobiłeś?

– Ponieważ zagrażał on innym elfom.

– Rozumiem, rozumiem, chodzi mi jednak o coś innego. Widzisz… Jakby to określić?… Dlaczego to zrobiłeś?

– Nie wiem! – krzyknął Eri w nerwach, odnosił wrażenie, że jest na egzaminie, do którego ktoś dołączył zły klucz odpowiedzi. – Bo mogłem! Bo chciałem! Nie wiem!

– Rozumiem – oznajmił nagle imperator. Zapadło milczenie, jakby Fenyrial VII chciał coś przemyśleć. Szesnastolatek nie wiedział, czy w nerwach stracił poczucie upływu czasu, czy rzeczywiście władca parę minut patrzył w ciemny brąz stołu. Chłopak czuł się zdezorientowany, nie wiedział, czy przerwać prawdopodobnie bardzo złożony proces myślenia pana Eyerilyianu, czy patrzeć wraz z nim w stół.

– Mianuję cię generałem Nevriyanu – powiedział nagle władca, nie odrywając wzroku od mebla.

– Kim?! – spytał z pewną dozą niedowierzania.

– Najwyższym dostojnikiem, odpowiedzialnym za działania wojenne i pokrewne sprawy. Tak się to chyba nazywa na północy albo nazywało za czasów Imperium? Nie jestem pewien.

– Ale… Przecież my nawet nie mamy wojska? – zaczął zdanie, oznajmiając, jednak zakończył je wyraźnym znakiem zapytania.

– Ty będziesz naszym wojskiem. Potrafiłbyś to zrobić ponownie?

– Tak, raczej potrafiłbym, jednak chyba nie na tym polega idea wojska.

– Będziesz patrolował z bronią Eyerilyian. Ściągnę tutaj najlepszych ludzkich wojowników, żeby cię wyszkolili. Sam będziesz prowadził szkołę, gdzie postarasz się znaleźć… podobnych do ciebie. Staniesz się bohaterem Nevriyanu, będziesz legendą za życia.

Zapadła cisza. Szesnastolatek, wychowywany w środowisku pełnym miłości i akceptacji, nie spodziewał się, że zostanie oficjalnym zabójcą, chociaż rozwiązywałoby to wiele problemów, takich jak „co mam ze sobą zrobić, kiedy moi rodzice nie żyją”.

– Zgadzam się – powiedział Neyiri.

– Co? – spytał zaskoczony władca.

– Zgadzam się – powtórzył.

– Na co? – dopytywał.

– No, na propozycję najjaśniejszego imperatora.

– Czy ja pytałem cię o zdanie? – spytał zdziwiony.

Eri dostrzegł to, że jak na kompletnie bezbronną osobę, przewodzącą kompletnie bezbronne państwo, Fenyrial VII zachowywał się jakby rzeczywiście mógł mu coś zrobić. Musiał przyznać, że siła woli imperatora robiła na nim wrażenie. Wiedział, że mógłby, choćby i na złość mu się sprzeciwić, jednak nie chciał. Raz, że cieszyła go wizja awansu społecznego, dwa, że czuł, że po to się urodził. Trzecim powodem była, jak musiał przyznać sam przed sobą, niesamowita aura władcy Nevriyanu. Był to ktoś, komu po prostu nie odmawiało się z przyjemnością.

Nowemu generałowi od razu wyznaczono własny apartament w pałacu Eyeryilianu i rozpoczęto budowę sali treningowej. Planowano też szkołę. Nikt nie wiedział, czy specjalne moce jakimi obdarzony został Eri można znaleźć również u innych elfów.

Możliwe, że była to nowa tradycja, ale nowy generał Eyerilyianu dostał wszystkie rzeczy człowieka, którego zabił. Była to skórzana zbroja i lekki, dwuręczny miecz. Pancerz był na niego zbyt mały, jednak nie stanowiło to wielkiego problemu. Założył na plecy pochwę, która tak naprawdę była jedynie paroma, utwardzonymi w strategicznych miejscach, rzemieniami. Wziął do ręki zbroję i ruszył do najbliższego kowala. Po drodze widział towarzyszący mu, zdziwiony wzrok współbraci. Widok przedstawiciela ich rasy z bronią wzbudzał niemałe zainteresowanie. Mniej więcej tak, jak śnieg, o którym w Nevriyanie słyszano tylko plotki, a i to z niepewnych źródeł.

Elficcy kowale nie używali młotów, a przynajmniej nie trzymali ich rękoma. Wszystkim kierowano za pomocą specjalnych, magicznych maszyn. Eri o tym wiedział, ale jedynie z książek. Nigdy nie miał interesu w kuźni i zdziwił się, jak bardzo jego wyobrażenia odbiegały od rzeczywistości. Zobaczył ogromne, żeliwne kotły wypełnione wodą i potężne stalowe ramiona wyłożone gdzieniegdzie świecącymi kryształami, zakończone płaskimi zgrubieniami. W oczy rzucały się wysokie piece i odchodzące od nich rynny prowadzące do ogromnego stołu, na którym umieszczone były szyny na różne formy. Kowal nie był okopconym mięśniakiem, jak go sobie wyobrażał, a zwykłym, smukłym elfem o szkarłatnych oczach, blond włosach i jasnej jak chmury w słoneczny dzień, karnacji. Choć przyznał, że nigdy czegoś takiego nie robił, obiecał jak najszybciej rozpocząć pracę nad poprawieniem zbroi.

Następnego ranka od razu ruszył w to samo miejsce, niosąc dumnie miecz na plecach. Może i nie było to zgodne z tradycją elfów, ale czuł się wyjątkowy. „Generał Neyiri, to dumnie brzmi, a mam dopiero szesnaście lat!”, myślał sobie, choć, jak miało się okazać, nikt nigdy nie tytułował go generałem.

– Chciałem jedynie go poszerzyć – powiedział Eri, patrząc na pancerz.

– Słyszałem o tobie – powiedział półgłosem kowal. – Skoro imperator uważa, że to, co zrobiłeś jest chwalebne i cię popiera, to oznacza, że wszyscy powinniśmy cię popierać.

– No tak, ale ja nie mam za co zapłacić za wbicie metalowych płytek z… Z czego właściwie?

– To tajemny stop przekazywany w mojej rodzinie z pokolenia na pokolenie – szepnął kowal. Eri zastanowił się chwilę, czy każdy nevryiański kowal ma jakiś tajemniczy, rodzinny stop. – Jest twardszy od wszystkich niemagicznych rzeczy, jakich próbowałem.

– No właśnie, i jeszcze została wzmocniona magią!

– Nie obawiaj się, Eri Neyiri, Strażniku! Nie musisz za nic płacić. Służysz imperatorowi, któremu i ja służę. Chronisz kraj, do którego ja należę – stwierdził kowal, wracając do półgłosu, po czym zapytał: – Mogę zobaczyć to… ten miecz?

– Skąd znasz moje imię? – zapytał zdziwiony Eri. Był to impuls, nigdy nieznajomi ludzie nie zwracali się do niego po imieniu. Czuł, że będzie musiał przyzwyczaić się do tej sytuacji. W tym samym momencie uświadomił sobie, że nie musi płacić. Wyciągnął więc miecz i przekazał go kowalowi. – To miło, że nie muszę płacić. Zaraz… Strażniku?

– Wzmocnię go magią! – powiedział głośno kowal. Słuch Eriego przyzwyczaił się do szemrania rozmówcy, więc kiedy ten nagle zmienił ton, chłopak aż podskoczył. – Jesteś Strażnikiem wszystkich elfów! Najwspanialszym bohaterem dzisiejszego Nevriyanu.

– Aha – wyjęczał skonsternowany tym dziwacznym zachowaniem. Wziął wdech i nabrał pewności siebie, jak mu się wydawało, odzyskał panowanie nad sobą i dodał, sztucznie obniżając swój głos: – wzmocnij ten miecz magią, kowalu. Żebym mógł godnie i skutecznie dbać o bezpieczeństwo Eyerilyianu!

Kowal jedynie na jedno uderzenie serca podniósł głowę i spojrzał na Ariego, ale wystarczyło. Generał Nevriyanu do końca życia zastanawiał się, czemu to powiedział i dlaczego w ten sposób – bardzo się tego wstydził.

Kiedy już odebrał zbroję nabitą metalowymi płytami, z lekko fioletowawym poblaskiem, z nieznanego mu materiału oraz miecz, który nie wiedzieć czemu, przy rękojeści świecił trochę na pomarańczowo, a przy czubku już na zielono, ruszył przed siebie. Początkowo nie wiedział, gdzie ma iść. Potem zdecydował, że będzie skręcał intuicyjnie, aż może uda mu się uratować jakieś elfy od, tak naprawdę, samobójczej śmierci.

Szybko zdał sobie sprawę z tego, że niewiele wiedział o Eyerilyianie. Jego rodzice odprowadzali go do szkoły, czasem chodzili z nim na spacery lub do restauracji. Odwiedzali kiedyś dziadków, kiedy ci jeszcze żyli, jednak cały czas chodzili tymi samymi, wydeptanymi ścieżkami. Pierwszego dnia, z ogromnym zdziwieniem odkrył, że się zgubił.

Drugiego również.

Trzeciego dnia, podczas obchodu Eyerilyianu, natknął się na człowieka. Miał on przy pasie widoczną broń – długi nóż. Eri zanotował w pamięci, aby powiedzieć imperatorowi o bezwzględnym zakazie noszenia broni przez ludzi. Strażnik doszedł do wniosku, że jeśli ma bronić elfy przed ludźmi to powinien ich śledzić, a przynajmniej obserwować. Po kilkuset metrach obserwowany cel zniknął w drzwiach jednego z domów mieszkalnych. Nie mógł wejść za nim do budynku, więc po prostu ruszył dalej.

Eri – Strażnik, odkrył, że plany Fenyriala VII dotyczące sprowadzenia ludzkich nauczycieli miały pewien defekt. Pierwszą oficjalną akcją było właśnie zamordowanie swojego trenera. Nie oznaczało to wcale, że uczeń przerósł mistrza. Możliwe, że elfy, poza byciem niezdolnymi do walki, świetnie walczyły, możliwe, że ten dar miał tylko Eri, ale potrafił on poruszać się dużo szybciej niż ludzie, a jego refleks zdawał się niesamowicie wyostrzać podczas walki.

Resztę szkolenia odbył na północy, w Valandriolu – wśród ludzi, tam nauczył się również ofensywnej magii, skradania się i po prostu bicia. Dowiedział się wiele o kulturze ludzi, Błogosławionym Imperium i anarchii, jaka dotknęła kontynent. Doszedł do wniosku, że nie są tak dzicy jak mu się wydawało. Zaczynał rozumieć, czym jest syndrom Nevriyanu. Rozumiał powód ludzkiego szaleństwa przy, wiecznie kochających swoje otoczenie, elfach. Jego bracia zdawali się po prostu nienaturalni i dziwni, w jakiś sposób… wyraźnie chorzy.

Po dwunastu dekarach, kiedy wrócił z Valandriolu, był pełen nadziei. Liczył na to, że uda mu się znaleźć podobnych jemu. Elfy dotknięte darem mordu. Szybko zdał sobie jednak sprawę z tego, że nie wiedział nawet, jak ich szukać. Starał się szkolić przypadkowe dzieci z naboru, ale nie potrafił za bardzo wytłumaczyć, a jego uczniowie zrozumieć, na czym polega agresja. Żadnemu uczniowi nie udało się przełamać i go zaatakować. Nie pomagało nawet tłumaczenie, że ludzie dotknięci syndromem Nevryianu odczuwają ulgę, kiedy umierają. Nie mógł wyperswadować uczniom, że agresja jest tym, o co werbalnie proszą. Starał się nawet wytłumaczyć swoim uczniom, że agresja wśród ludzi jest naturalna i normalna, natomiast w elfiej naturze tkwi chęć pomagania innym. Bijąc człowieka, który o to prosi, elf nawiązuje międzyrasowy kontakt, którego i ci, i tamci pożądają. Wyglądało na to, że Eri był jedynym w swoim rodzaju elfem obdarzonym nadnaturalnym talentem.

W międzyczasie stał się bardzo szanowaną postacią. Elfy często mu się kłaniały, kiedy przechodził, co utrudniało pozostanie niezauważonym. Choć szybko okazało się, że ludzie ogarnięci
chorobą – syndromem Nevriyanu, nie zwracali uwagi na jego obecność.

Z biegiem czasu Strażnik dochodził do przełomowych wniosków na temat swojej pracy, cywilizacji i rasy. Pierwszą z nich było to, że śmierć nie jest jedynym lekarstwem na chorobę, która dotyka ludzi. Podczas jednego z ataków na szaleńca, uderzył człowieka tak, że jego nos prawie eksplodował krwią i odłamkami chrząstki. Oczy, te same, nieludzkie oczy, które towarzyszą każdemu z dotkniętych obłędem, od razu zmieniły się w normalne, bystre spojrzenie. Człowiek spojrzał trzeźwym wzrokiem na elfa.

– Tyle słyszałem o syndromie Nevriyanu, ale nigdy nie sądziłem, że mnie dotknie. Dziękuję ci. To jednak nie jest miejsce dla mnie – powiedział, wstał, ukłonił się i odszedł, przepraszając wszystkich.

Chyba najbardziej zdziwiony był Eri. Wszyscy dookoła niego klaskali, a on sam, rumienił się, dziwnie się czując w centrum uwagi. Stał z sobie właściwym wstydem i pełną zażenowania miną. Próbował powiedzieć coś w stylu „nie trzeba”, „to moja praca”, „to mój obowiązek”, jednak wszyscy w ekstatycznej wdzięczności dziękowali mu za to, że kogoś uderzył. W takich chwilach czuł, że gdyby głupota skumulowana dookoła niego przybrała formę mgły, to nie widziałby własnego nosa. Zebrane wokół niego elfy były uzdolnione magicznie, wykształcone i inteligentne. Patrzyły na swojego pobratymca jak na półboga za to, że potrafił strzelić kogoś w szczękę. Część z tych, którzy go otaczali, potrafiło sprawić, że drzewa ożywały i były gotowe wykonać dowolny rozkaz. Inni powodowali, że budynki, a nawet całe miasta mogły unosić się w powietrzu i lewitować przez milenia. Magia elfów obejmowała kontrolę nad niższymi umysłami, głównie zwierząt. Ale te same istoty, w absurdalnej chęci pomocy innym, poszłyby prawie dobrowolnie na śmierć. Nie próbowałyby nawet uciec, ponieważ nie zostawiłyby nikogo w potrzebie.

Wtedy odkrył drugą rzecz. Nie było mu szkoda dziesiątków, które już zabił, nie dając im szansy. Zmienił się i choć rozumiał ludzi, to nie miał w stosunku do nich litości. Nie było mu również szkoda swoich pobratymców. Zabijanie samo w sobie nie przynosiło mu szczęścia, czuł, że robi dobrze, że „idzie odpowiednią ścieżką swego życia”, jak mówiły elfy. Po prostu nie było mu już żal nikogo. Kiedy zdał sobie z tego sprawę, poczuł się dziwnie obco, wydawało mu się, że nie jest ani do końca elfem, ani tym bardziej człowiekiem.

Trzecią rzeczą była pogarda elfów w stosunku do niego. Nie był pewien, czy nie dostrzegał tego zjawiska, bo nie istniało, czy po prostu dlatego, że nie chciał go dostrzegać. Elfy, pomimo całego szacunku i wdzięczności do niego, gardziły nim. Ich tworzona przez wieki filozofia, która wydawała im się jedyną dobrą i odpowiednią, bankrutowała. Może właśnie strach przed świadomością zbiorowego szaleństwa powodował, że tak bardzo broniły się myślą przed Erim. Nadal miały nadzieję na to, że kiedyś ludzie się ucywilizują i będą tacy jak oni. On sam wiedział, że dzięki temu czuły się lepsze.

Lata mijały, a podczas jednej z „misji” Eri znalazł miłość. Nerina Alweri, bo tak się nazywała jego ukochana, która zaledwie parę dekarów później stała się Neriną Neyiri. Zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia, a ona zdawała się kochać w nim. Początkowo ich miłość rozkwitała bezwarunkowo, jej bardzo imponowała jego praca, wiedziała, że jest Strażnikiem, legendą za życia, najpotężniejszym elfem Nevriyanu. On uwielbiał zapach jej pięknych, złotych włosów i głębię oczu koloru morza. Owocem ich miłości był Ari. Eri modlił się do Noctiferi o to, żeby jego syn był taki jak on. Nie wiedział, że po cichu Nerina modliła się o to, żeby ten był „normalny”.

Ich miłość nie trwała długo. Co prawda, nigdy nie zniknęła, ale przeistoczyła się w więź. On nadal uwielbiał zapach jej złotych włosów i oczy koloru morza, kochał ją jak nikogo, ale ona była „normalna”. Nie rozumiała go, nie rozumiała agresji, nie była tak wyjątkowa. Nerina na swój sposób nadal go kochała i co było pewne – oddałaby za niego życie, zaczynała się go jednak obawiać. Widział, w tych samych oczach koloru morza, które niegdyś pochłonęły jego serce, strach za każdym razem kiedy zbliżał się do dziecka, jakby bała się o to, że chwyci za miecz.

Kiedy dziecko Eriego miało zaledwie roczek, Strażnikowi zdarzyła się nietypowa sytuacja. Podbiegł do niego jakiś człowiek i powiedział, że ktoś oszalał. Samo w sobie nie było nietypowe, ludzie często wołali Strażnika, kiedy był potrzebny. Elfy były zwykle zajęte ginięciem.

Eri ruszył biegiem na kolejną misję. Rzeź miała miejsce daleko, na przedmieściach Eyerilyianu. Kilkanaście minut biegu wyczerpało go, ale odkąd miał rodzinę, jeszcze pilniej wykonywał swoje obowiązki. Bał się, że kiedyś nie uda mu się obronić swoich bliskich przed ludźmi. Krew widział już z daleka, spływała pomiędzy kostkami złotego bruku, a mordercę otaczał tłum elfów pozbawionych instynktu samozachowawczego. Eri nie próbował nawet się przeciskać, zwinnie wyskoczył, ignorując rwący ból w piersi i wylądował na tłumie. Pół biegnąc, pół czołgając się po barkach i głowach stłoczonych elfów, zbliżał się do epicentrum. Częściowo zapadając się w tłumie, spróbował wyskoczyć i uderzyć człowieka pięścią. Cios był tak lekki, że szaleniec mógł go równie dobrze odebrać jako głaskanie. Elf jednocześnie spadł na czworaka, zapadając się prawie po łokcie w rozchlastanych resztkach elfich ciał. Usiłował wstać i utrzymać równowagę, jednak pokryta krwią i wnętrznościami złota kostka była wyjątkowo śliska. Jeszcze na klęczkach krzyknął, ile sił starczyło mu w bolących płucach:

– Jestem Strażnikiem! Rozbiec się! To oficjalny rozkaz w imieniu imperatora Nevriyanu, Fenyriala VII!

Uzbrojony mężczyzna nadal miał wzrok szaleńca. Eri nie był pewien, czy uderzył za słabo, ale wiedział, że czasem jedynym lekarstwem na syndrom Nevriyanu była śmierć. Strażnik złapał za rękojeść miecza, gotów dobyć go w każdej chwili. Był pewien swojej przewagi, ale zamierzał poczekać aż tłum się przerzedzi. Nie chciał przypadkiem skrzywdzić kogoś niewinnego.

– O, ty skurwysynu – wykrzyczał mu w twarz mężczyzna, po czym pchnął ostrze prosto w bok Strażnika.

Eri był na to gotowy. Spróbował zrobić unik, ale poślizgnął się w elfich flakach i miecz trafił go w zbroje. Twardy pancerz praktycznie zniwelował pchnięcie, ale siła ciosu pozbawiła go równowagi i runął na plecy.

Zanim zdążył się podnieść, zobaczył ostrze lecące prosto w jego oko. Skontrował je przedramieniem, po czym kopnął człowieka ciężkim butem w łydkę. Ten również się poślizgnął, wprost na Strażnika. Człowiek całą masą oparł się na Erim, który ze wszystkich sił odepchnął przeciwnika, a ten padł na twarz krok dalej. Elf przeturlał się w krwawym błocie złożonym z pociętych, świeżych zwłok i zerwał się na nogi. Okutym, twardym butem kopnął człowieka w głowę między uchem a skronią. Poczuł, jak czaszka pęka, szaleniec powinien już nie wstać, a chwilę później przestać oddychać. Odwrócił się i zaczął krzyczeć do nadal ściśle go otaczającego, elfiego tłumu, żeby się rozeszli. Wtem poczuł wyraźnie magiczne wibracje. Odwrócił się i zobaczył obłęd w oczach stojącego naprzeciw niego człowieka.

„Nie wierzę, uleczyli go” – było ostatnim, co pomyślał.

Cum Mortuis

Kiedy „Głodny Marynarz”, na którym służył Naraal – anielski wybraniec, dobił do Aranolu, w porcie było tłoczno. Załoga, jeszcze z morza dostrzegała tłumy, w tym nadmorskim mieście należącym do Korony Valandriolu. Początkowo myśleli, że to zamieszki, ale na lądzie dowiedzieli się, co tak poruszyło mieszkańców. Xynthial – ojczyzna Naraala, został najechany przez dzikie ludy z Grithianu.

Naraal czuł, że jest to misja zlecona mu przez Feyviti, tam, w sferze światła. Podjął decyzję o opuszczeniu statku, pożegnał się z resztą załogi, a sam kapitan, który widocznie go polubił, nie dość, że opłacił go z nawiązką to jeszcze oddał mu swoją starą, skórzaną zbroję. Pieniędzy starczyło nawet na taniego konia. Naraal o świcie wyruszył na południe.

Na trakcie spotykał wędrowców, od których docierały do niego wieści z wojny. Zanim dotarł do granicy Istrolu, upadło już jedno z większych miast – Ferqual.

Grithian był ogromnym, choć nieucywilizowanym państwem. Opierał się na luźno powiązanych ze sobą klanach, które wybierały sobie króla na czas podboju. Od wędrowców Naraal dowiedział się, że tę wojnę zaczął Meymuss IV Grinf, który swoją pozycję zawdzięczał wyłącznie sławie potężnego przodka. Arestog czytał o jego podbojach w „Pamiętniku Podróżnika Vaa”, wiedział, że dziadek władcy – Meymuss II Grinf zjednoczył Grithian. Wyglądało jednak na to, że po jego śmierci kraj decentralizował się, a watażkowie wzmacniali swoje wpływy.

Naraal czytał również o powstaniu swojej ojczyzny – Xynthialu. To państwo narodziło się ze zmieszania dawnych Grithianczyków, porzuconych elfów i uchodźców z Nur, a wszystko dzięki trójce założycieli: Aerusowi Xynthii, Aryeh Neryiri i Ewiry Qire, którzy przewodzili tym ludom. Xynthial jednak budowano prawie od zera, łącząc trzy różne ludy, często dochodziło do zamieszek, szczególnie w obliczu biedy. Trójca twierdziła, że należy brać przykład z Valandriolu, wprowadzając podobny system prawny i gospodarczy. Ściągano z północy artystów, prawników i filozofów, po to, by stworzyć nowy naród, który złączy trzy odrębne kultury. Trójca wierzyła w to, że morale społeczeństwa są ważniejsze od odpowiedniego zaplecza gospodarczego i militarnego, bo te przyjdą wraz z poczuciem wspólnoty. Xynthial nadal, po sześćdziesięciu latach, był zbyt słaby, a Grithian miał wielokrotnie większą armię. Istniała jednak nadzieja – dzikie, zachodnie ludy bały się magii.

Arestog prawie nie spał, starał się podróżować jak najszybciej. Nie ułatwiali mu tego uchodźcy, których spotykał w coraz większych liczbach. To od nich dowiedział się, na granicy Valandriolu i Xynthialu, o upadku Neyiralu – kolejnej metropolii. Mówiono, że Grithian nie daje żadnych szans. Naraal jednak nie poddawał się, wiedział, że jest w stanie odwrócić losy wojny, przepowiedziano mu to, nakazano. Parę dni później, ponad dekar po wyruszeniu z Istrolu, kiedy mijał Irnifal, do jego uszu dobiegły odgłosy walki. Poczuł, że to tam miał wykonać swoją misję.

Bitwa wyglądała jak rzeź. On – wędrowiec z nożem i skórzaną zbroją, którą dostał od szalonego kapitana, był lepiej uzbrojony niż większość żołdaków, którzy pochodzili z jego ojczyzny. Widział ogromny kontrast w stosunku do wojów Grithianu. Ich grube, płytowe zbroje poozdabiane były czarnymi futrami zwierząt, natomiast Xynthialczycy oznaczali się symbolem „X” wymalowanym farbą na torsie. Tylko ten jednolity, charakterystyczny znak powodował, że w ogóle można było pomyśleć o nich jak o armii. O ile szlachta i magowie mieli własne, zabójcze wyposażenie, o tyle słabo zaopatrzone i nieprzygotowane na rozwój wypadków kuźnie królewskie nie potrafiły uzbroić chłopów nawet we włócznie lub też, co gorsza, zagwarantować im jakiegokolwiek pancerza. Większość miała jedynie garbowane skóry zwierząt i to, co mieli pod ręką w swoich domostwach. Wielka armia Xynthialu szła więc, dzierżąc w rękach drzewce wideł, kos, a nawet motyk. Po drugiej stronie stali uzbrojeni i wyszkoleni barbarzyńcy Grithianu.

Linia frontu początkowo zdawała się kształtować jeszcze na przedmurzu, które miało wstrzymać grithianskie machiny oblężnicze. Jednak prawdopodobnie lordowie i stratedzy nie docenili zarówno wyszkolenia, jak i uzbrojenia napastników. Rzeź szybko przesuwała się pod same mury.

Naraal ponaglił swojego konia i zwrócił uwagę na szokujący widok. Młoda kobieta, odziana raptem w same szmaty, jedynie z widłami w ręku, ruszyła z impetem na grithianskiego woja. Kontruderzenie zmiażdżyło akcesorium ogrodnicze wraz z rękami, które powyginały się w nienaturalny sposób. Siła ciosu odrzuciła ją na plecy.

W jakimś odruchu chłopak rzucił się w kierunku barbarzyńcy, który szykował się do ostatecznego ciosu. Widział wyraźnie ostrze przeciwnika. W akcie heroicznej desperacji zasłonił kobietę jedynym, co posiadał – prezentem od Feyviti. Sztylet zalśnił intensywnym seledynem, a Naraal w tym samym jeszcze momencie zaczął żałować, że to zrobił. Zdał sobie sprawę, że nie ma szans na przeżycie. Zamknął oczy i czekał aż siła uderzenia zmiecie go. Zdziwił się kiedy jedyne, co poczuł to pęd odciętego ostrza grithianskiego miecza przelatującego nad jego barkiem. Do uszu dotarł krótki krzyk powalonej za nim kobiety. Spojrzał ze zdziwieniem na woja, który również wpatrywał się w niego zaskoczony. Nie minęło jedno uderzenie serca, kiedy Naraal usłyszał chrupnięcie, dopiero potem poczuł siłę ciosu. Potężna, płytowa rękawica prawie wybiła mu szczękę, rzucając go jednak na ziemię. Tylko to, że nie wypuścił ostrza z ręki, uratowało go przed śmiercią. Przetoczył się bokiem, zerwał na nogi i dźgnął na oślep.

Poczuł na dłoni miękkość futra. Seledynowy prezent ze sfery światła przebił stal, skórę, mięśnie i kości tak łatwo, jakby przecinał jedynie powietrze. Magiczna broń zdawała się nieskończenie ostra.

Krótkie kaszlnięcie wojownika obryzgało twarz zaskoczonego Naraala czerwienią, dopiero jęk leżącej chłopki wyrwał go z szoku. Kiedy odwrócił się, zobaczył jej ciało przybite do ziemi uciętym ostrzem.

Wiedział, że nie może już jej pomóc. Odwrócił wzrok i spojrzał z fascynacją na swój sztylet. Poczuł się niepowstrzymany. Byłby w stanie, w minutę, przebić się przez dziesięciometrowy mur. Był lżej opancerzony, dzięki czemu ruszał się szybciej od grithianskiej piechoty, a anielskie szkolenie jakie otrzymał, czyniło go praktycznie nietykalnym. Rzucił się w wir walki, przeskakując między kolejnymi grithianskimi wojami, jednocześnie tnąc ich zamaszyście.

Kilkadziesiąt uderzeń serca i kilka grithianskich trupów później, przed jego nosem przeleciała pierwsza strzała. Niepokojący świst kolejnej zmusił go do ucieczki. Złapał szybko ciało poległego i zasłonił się nim. Usłyszał charakterystyczny dźwięk grotów strzał uderzających w stalową zbroję swojej ,,tarczy”. Po czwartym dźwięku strzały wchodzącej w ciało, zaniepokoił się. Wojowie zaczynali go otaczać. On nie mógł nic zrobić, cały czas będąc celem łuczników. Widział zbliżających się mieczników i czuł, że pułapka się zaciśnie i niedługo nie będzie miał już drogi ucieczki. Naraal wiedział, że nie może tak w nieskończoność – albo będzie musiał pozbyć się swojej „tarczy” i zginąć przeszyty strzałami, albo nie zostawi ciała i zostanie zarżnięty. Musiał postawić wszystko na jedną kartę.

W akcie desperacji rzucił swój sztylet w kierunku jednego z łuczników i co sił w nogach pobiegł za nim. Z fascynacją spostrzegł pojawiającą się w torsie grithianczyka dziurę o długości przeszło pół metra. Szybko ogarnął go lęk. Stracił z oczu swoją anielską broń, a miał jeszcze spory dystans do miejsca, gdzie widział ją po raz ostatni. Przyspieszył, sytuacja wydawała mu się coraz mniej zabawna. Kiedy dzieliło go zaledwie kilka kroków od miejsca, w którym upadło ciało, Naraal poczuł uderzenie w dłoń. Początkowo myślał, że była to jedna z wycelowanych w niego strzał, jednak w ręku spoczywał sztylet.

Poczuł kolejną falę euforii, zdawało mu się, że sam może wybić całą armię. Do ziemi sprowadziło go uczucie, że złapanie oddechu staje się coraz trudniejsze, a ból w mięśniach dotkliwszy. Wiedział, że nie może tak walczyć w nieskończoność. Potrzebował takiego celu. Rozejrzał się i ruszył wzdłuż linii frontu ku środkowi, gdzie kumulowały się na niebie latające oddziały xynthialskiej arystokracji.

Z oddali dobiegały do Naraala potworne skrzeki potężnych wijów, wydawane za każdym razem kiedy nurkowały.. Mówiło się, że rycerz dobrze zgrany ze swoim wierzchowcem potrafi przy jednym nurze zabić nawet czwórkę żołnierzy. Jeździec ciął mieczem i dźgał lancą jednocześnie, podczas gdy jego wij chwytał w zęby i miażdżył ogonem. Opowiadano też o ludziach, którzy potrafili na swoją lancę nabić nawet trójkę przeciwników. Magowie bywali często jeszcze bardziej skuteczni. Niektórzy z nich posługiwali się mocami rodzącymi potężne eksplozje raniące wielu wrogów.

Kilkadziesiąt metrów od epicentrum, do którego właśnie docierał Naraal dźwięki wybuchów niemal nie milkły. Ziemia była tam poznaczona magicznymi wyładowaniami. W niektórych miejscach sterczały sztuczne klify, po innych zostały jedynie puste doły wypełnione krwawą, błotnistą papką. Gdzieniegdzie ziemia i trupy tworzyły jednolitą maź, gdzie indziej echa uwolnionej energii ożywały i żyły własnym życiem, atakując walczących poza jakąkolwiek kontrolą.

Spomiędzy huku kolejnych zaklęć, potworny, wijowy skrzek rozniósł się nad frontem walczących. Siła dźwięku niemal rzuciła młodego Arestoga na kolana. Przerażony spojrzał w niebo tylko po to, żeby dostrzec, jak jeden ze szlacheckich węży, trafiony kolejną, celną strzałą wydał z siebie ,,łabędzi śpiew”. Wierzchowiec tracił siły i schodził coraz niżej, a kiedy kolejna strzała przebiła jego łuski, zaryczał jeszcze głośniej. Patrzył z dołu jak czerwony, latający gad walczy jeszcze, by uratować swojego jeźdźca przed impetem zderzenia z ziemią. Anielski wybraniec nie wiedział pod wpływem jakich emocji nabiegły mu do oczu łzy, ale widział w tym coś wzruszającego. Potwór po raz ostatni spróbował uderzyć błoniastymi skrzydłami, jednak udało mu się tylko jednym. Rozerwana błona i zesztywniały ogon zakręciły nim. Wij runął na plecy zaledwie kilkanaście metrów od Naraala.

Chłopak pobiegł do leżącego gada. Pierwsze, co dostrzegł to złotą zbroję wystającą spod skrzydła. Zdawało się, że wierzchowiec w akcie oddania swojemu panu objął go skrzydłem, żeby zamortyzować uderzenie o ziemię.

Naraal zaczął wyciągać nieznanego mu rycerza spod truchła gada. Po insygniach na zbroi i jej wykończeniu zaczął domyślać się, że był to ktoś naprawdę ważny, możliwe, że nawet sam król. Podstarzały już mężczyzna powoli odzyskiwał przytomność, choć na pierwszy rzut oka widać było, że nie utrzyma się na nogach.

Naraal w mgnieniu oka odkrył, że nie tylko jego celem był „upadły”. Wokół nich zaroiło się od dzikich Grithianczyków. Widząc ich, jedynie uśmiechnął się do siebie. Teraz miał wrażenie, że jego przeznaczenie się spełnia, czuł, że musi bronić ledwo oddychającego, powalonego rycerza. Emocje kotłowały się w nim, wiedział, że nadeszła jego chwila.

Usłyszał świst nadlatującej strzały, opuścił głowę. Wyrzucił ostrze w kierunku, z którego wypuszczono pocisk. Biegiem ruszył w tę samą stronę. Drogę zastąpił mu ogromny woj, który błyskawicznym cięciem chciał obalić chłystka stojącego mu na drodze do rannego. Arestog zrobił błyskawiczny unik i przyłożył prawą dłoń do zbroi wroga. Przez bardzo krótką chwilę bał się, że źle obliczył czas, ale gdy tylko dotknął pancerza, od razu poczuł w palcach rękojeść wracającego sztyletu, który wyrżnął sobie drogę do właściciela przez ciało Grithianczyka. Ciął półobrotem, skracając miecze nachodzących go od tyłu dwóch wrogów, zrobił krok do przodu i kontynuował obrót, tnąc ich ukosem. Przez rozpadające się w powietrzu ciała, dostrzegł zbliżających się do powalonego rycerza kolejnych napastników. Wyskoczył w ich kierunku, łapiąc sztylet tak, żeby był przedłużeniem ręki i pchnął mocno, aż jego palce weszły w głąb ciepłych wnętrzności. Potem znów ciął półobrotem, rozbrajając okrążających go wojów, a po kolejnym kroku robił obrót.

Kaszlnął i poczuł tak rwący ból w płucach, że obraz rozmazał mu się przed oczami.

Za szybko zaczęło dziać się to, czego paladyn Feyviti obawiał się już wcześniej. Refleks zanikał, a mięśnie wiotczały, liczba najeźdźców zdawała się nie maleć. Dookoła niego zaczynał układać się wał ze zwłok, ale on czuł się coraz mniej zdatny do walki. W jego uszach zaczął narastać dziwaczny, niski dźwięk, jakby ciśnienie krwi chciało rozerwać tętnice i dostać się do mózgu. Czuł, że umiera.

Zamarł na jeden oddech i zdał sobie sprawę, że nie tylko on słyszy ten dźwięk. Podniósł głowę do góry, wypatrując tego, co obserwowali wszyscy dokoła. Nad jego głową, leniwie wachlując skrzydłami, unosiły się trzy wielkie wije. Z postaci dojeżdżających je lordów zdawały się unosić charakterystyczne, wielobarwne strugi potężnej energii.. Spomiędzy ułożonych rąk wyrastał gruby, płonący łańcuch, który łączył ich, formując trójkąt. Niski dźwięk wciąż narastał, aż w kulminacyjnym momencie, na jedno uderzenie serca, zapadła cisza. Czas jakby się zatrzymał, a z unoszącego się, magicznego trójkąta wyfrunęła fioletowa, ledwo widoczna kuleczka. Kulista emanacja magicznej energii pofrunęła błyskawicznie, zostawiając za sobą delikatną smugę i zniknęła w ziemi kilkadziesiąt metrów przed Naraalem.

Najpierw poczuł ciepło na całej skórze, potem ogłuszający dźwięk i siłę rozrywającej eksplozji. Ziemię, na której stali Grithianczycy po prostu rozerwało. Wybuch porozrzucał ciała w promieniu kilkudziesięciu metrów, często we fragmentach. Anielski wybraniec spojrzał na dymiący krater. Dwóch jeźdźców podleciało do niego i zaczęło znacząco machać rękoma, ich usta poruszały się, jakby próbowali mówić, ale on niestety nie słyszał nic, oprócz przenikliwego pisku. Obaj mężczyźni byli bardzo młodzi, wyglądali na jego rówieśników, jednak ich wzrok wydawał się przenikliwy. Był to wzrok prawdziwych, doświadczonych żołnierzy.

– Połóż króla na mojego wija, szybko! I wskakuj do Kirifona – usłyszał w końcu przytłumiony krzyk. Postać wskazała na towarzysza.

Nie zastanawiając się, podniósł rannego. Jakież było jego zdziwienie, gdy pomimo płytowej, grubej zbroi okazało się, że mężczyzna nie ważył zbyt dużo. Pancerz był bardzo lekki. Złapał „upadłego” pod pachami, podbiegł truchtem i przełożył przez grzbiet ogromnego gada. Ciężko dysząc, wskoczył za jeźdźca zwanego Kirifonem. Mimochodem usłyszał tylko:

– Proszę się trzymać, Wasza Wysokość.

– Trzymaj się, chłopcze – powiedział jeździec, z którym miał lecieć Arestog. Pokazał na element uprzęży i dodał – zapnij pasy, ruszamy. Jestem Kirifon ger Nerok, a ten obok to Fortan ger Nuriad – krzyczał. – A jak ty się nazywasz, chłopcze?

– Naraal Arestog – odpowiedział.

– To nie jest szlacheckie nazwisko, prawda? – ponownie zakrzyknął Kirifon, kiedy już wznieśli się poza zasięg łuczników Grithianu.

– Nie – odrzekł.

– Musimy odwieźć króla do zamku. Nadszarpnięte morale mogą się źle skończyć dla Xynthialu – oznajmił ger Nerok, ale Naraal widział już wszystko jak przez mgłę. Chwilę później zemdlał.

***

– Ratujcie króla! – otrzeźwił go krzyk Fortana, zanim jeszcze wylądowali.

Chłopak właściwie nie był pewien, czy leżał bez przytomności, czy spał. Rozejrzał się. Był na dziedzińcu zamku. Oprócz stojących nieopodal stołów i beczek oraz czwórki gwardzistów, plac był pusty, choć przez uchylone, dębowe wrota prowadzące do wysokiego zamku dostrzegał jakichś ludzi.

Obok nich lądował jeszcze jeden jeździec. Choć zbroja, którą nosił zasłaniała praktycznie całe jego ciało widział, że pod nią kryje się ktoś dużo młodszy, a może nawet w jego wieku. Emblematy, identyczne z królewskimi, sugerowały, że był to – Ereitan II Xynthia, królewski syn.

– Król ranny! – ryknął Kirifon.

Postać w zbroi przywołała gwardzistów, a ci przybiegli bez wahania.

– Co się stało? – zapytał rycerz, który wybiegł na dziedziniec.

– Wij królewskiej mości został zestrzelony – nie zastanawiając, się oznajmił Naraal. – Spadł z dużej wysokości. Bestia próbowała go uratować, ale…

– To jest bohater, który chronił jego królewską mość przed barbarzyńskimi hordami! Zabił kilkunastu wojów! Walczy lepiej niż niejeden z nas! Walczy jak prawdziwy rycerz… i Xynthialczyk, lordzie – dodał szybko ger Nerok.

– Pomyślimy nad tym, tymczasem ratujmy mojego ojca – odpowiedział królewski syn. Dopiero teraz, gdy otrzeźwiał, zdał sobie sprawę z tego, jak wielki zaszczyt go dotknął. Czuł, że jest na swojej ścieżce przeznaczenia przepowiedzianej przez anielicę.

Gwardziści przynieśli prowizoryczne nosze, ostrożnie umieścili na nich swojego władcę, po czym wbiegli do zamku przez potężne drzwi. Arestog, podążając za Fortanem ger Nuriadem i Kirifonem ger Nerokiem, wszedł do wnętrza pałacu. Zobaczył, że strażnicy położyli rannego monarchę na ogromnym stole. Na jego oczach delikatnie zdjęli mu hełm.

Chłopak rozejrzał się, była to prawdopodobnie sala tronowa lorda namiestnika. Na środku stał ogromny stół mogący pomieścić kilkudziesięciu gości, a na samym końcu podłużnego pomieszczenia znajdował się namiestnikowski tron. Dookoła było kilkoro potężnych drzwi. Zapewne prowadziły do prywatnych kwater najwyższych dostojników. Front i tył pomieszczenia zdobiły wysokie, kolorowe witraże. Oprócz niego przy stole stało kilkunastu ludzi, wszyscy wyglądali na generałów, rycerzy lub magów.

Pośród tłumu możnych, ktoś zwrócił jego uwagę, a była to postać w pięknej płytowej zbroi. Chłopak nie widział zbyt wiele arystokracji w swoim życiu, ale pierwszy raz zobaczył kobiecy pancerz, szczególnie tak kunsztowny. Ta zbroja była prawdziwym dziełem sztuki przedstawiającym piękne, kobiece ciało. Wzmacniana magicznie stal uformowana była w taki sposób, aby zwężenie w talii i delikatnie zarysowane mięśnie brzucha nadawały smukłości. Nieco wyżej znajdowały się dwie wypukłości o kształcie krągłych piersi. Naraal nie musiał patrzeć na twarz, żeby wiedzieć, że to elfka. Wiedział kim ona jest i choć czytał o jej urodzie, nie spodziewał się takiego piękna. Aryeh Neyiri – ostatnia żyjąca z trójki i matka króla, miała ponad osiemdziesiąt lat, ale nie wyglądała na więcej niż trzydzieści. Było to normalne, elfy starzały się dużo wolniej. Stała dumnie z ręką opartą o głowicę legendarnej złotej szabli z rubinem zamkniętym w rękojeści. W jej oczach nie było łez, za to czuć było przejmujący smutek. Naraal wiedział z „Pamiętnika Podróżnika Vaa”, że choć lady Aryeh, jak była nazywana, nigdy nie urodziła, to Ereitan był tak samo jej dzieckiem, jak i reszty z nieżyjącej już trójcy.

– Nie wyjdzie z tego – oświadczył starszy mężczyzna w czarnej szacie. Naraal w lot pojął, że był to medyk. – Król odchodzi.

– Jesteś pewien? – zapytał książę, jakby próbował oszukać rzeczywistość.

Naraal nie mógł oderwać wzroku od smutnych oczu lady Aryeh wbitych w umierającego króla.

– Jako arcymag znam się na tym – odparł, patrząc po zebranych. – Wiele kości ma połamanych, dodatkowo rany wewnętrzne. W jego wieku jest to śmiertelne, nawet jego elficka krew go nie uratuje.

– Dziękuję ci, mój aniele – wyszeptał król, z wysiłkiem przechylając głowę w stronę Naraala. – Nie udało ci się mnie uratować, ale dzięki tobie umrę przy rodzinie.

Dla wszystkich był to znak, żeby się oddalić. Lady Aryeh podeszła do niego i ucałowała go w czoło, po czym odwróciła się i oddaliła. Dla obserwującego ich chłopaka było to dziwne i obce zachowanie. Matka, która nie opłakiwała syna.

Syn został przy królu, pomimo trwającej bitwy. Każdy ojciec powinien móc pożegnać się ze swoim dzieckiem. Arestog obserwował jak rozmawiali, jednak chwilę później chrapliwy oddech, który wydawał z siebie król ucichł. Stało się oczywiste, że monarcha właśnie zmarł.

– Król odszedł – powiedział po chwili książę.

– Panie! Panie! – krzyczał mężczyzna wbiegający z dziedzińca. – Meymuss rzucił do szturmu odwód! Północna brama padła, walki trwają na murach i niższym dziedzińcu! Nie wytrzymamy dzisiejszego dnia!

– Jako pierworodny syn monarchy, po jego śmierci, obejmujesz dowództwo – powiedział mężczyzna w czarnej szacie. – Na mocy nadanego mi prawa, jako arcymag królewski Xynthialu, nadaję ci tytuł królewski Ereitanie II Xynthio, synu Ereitana I Xynthii, króla Xynthialu – mówił to takim głosem, jakby chciał się pozbyć odpowiedzialności za ewentualną klęskę.

Naraalowi wydawało się, że jest nie w tej bajce. Był chłopem, wieśniakiem. Jego przygoda w innej sferze, była wyjątkowa, ale obserwując z boku najwyższe sfery swojej ojczyzny, czuł się nieswojo.

– Mamy jakieś szanse? – zapytał Ereitan II tłum królewskich doradców.

– Wątpię, panie – odpowiedział ktoś, kto wyglądał na wysoko postawioną osobę. Chłopak nie mógł się połapać, kto jest kim na dworze.

– Może… – wtrącił nagle Naraal.

– Kim jesteś, żeby zabierać głos, obszarpańcze? – krzyknął królewski arcymag.

– Cisza! – krzyknął niespodziewanie Ereitan II. – Osłaniał króla, pozwolił mojemu ojcu wrócić do nas. Powinniśmy go wysłuchać i tak nie mamy innej możliwości!

– Myślę, że nadszedł czas, abym dał to tobie, królu – powiedział Arestog, wyjmując zwój, który znalazł na swojej szafce nocnej tuż obok sztyletu Feyviti.

– Mamy mnóstwo magicznych zaklęć – zakpił arcymag, jednak kiedy król przekazał mu zapisany pergamin, zamilkł. Na kilka sekund zapadła cisza przerywana jedynie wybuchami i krzykami dochodzącymi przez otwarte wrota. Mag zbladł, po czym dodał – to… to jest potężne… potężne zaklęcie! Skąd je masz, chłopcze?

– Znalazłem… – odpowiedział zachowując zimną krew, ale urwał. Nie wiedział co miałby mówić dalej.

– Co to jest? – spytał nowy król.

– Każdy martwy, który padł na tej ziemi, powstanie na nasze wezwanie – oznajmił arcymag. Wydawał się zahipnotyzowany tym, na co właśnie patrzył.

– Czy to bezpieczne? – spytał król.

– Bezpieczne tak, ale czy etyczne? – spytał mężczyzna w czerni. – W końcu to nasi żołnierze, ludzie, przyjaciele i rodacy. Ludzie, którzy oddali życie za kraj.

Ereitan II zawiesił wzrok na kamiennej posadzce. Przeszedł kilka kroków w przód, a następnie zawrócił i spojrzał magowi w oczy.

– Oddali życie za kraj, oddali wszystko, prawda?

– Tak, królu.

– Więc oddaliby więcej, gdyby mieli. Martwi nie są kosztem, którym powinniśmy się martwić, są nim żywi – stwierdził monarcha, po czym krzyknął – za Xynthial!

Zebrani, którzy przypatrywali się tej wymianie zdań, po chwili unieśli miecze w górę i zakrzyknęli:

– Za Xynthial!

Echo ich głosów odbiło się od pustych ścian wielkiej sali, po czym zapadła wymowna cisza. Wzrok wszystkich padł na postać w czarnej szacie.

– A… tak! Zbiorę gildię! Tutaj, na irnifalskiej ziemi, zgnieciemy Grithian raz na zawsze, mocą śmierci – po czym dodał pod nosem – będę potrzebował kryształów, dużo kryształów…

Postać w czarnej szacie, ściskając zwój, jakby był najcenniejszą rzeczą jaką kiedykolwiek trzymała, truchtem pobiegła do drzwi, prawdopodobnie prowadzących do wieży magów. Wszyscy odprowadzili arcymaga wzrokiem. Naraal spojrzał na Ereitana. Młody król wyglądał na niewiele starszego od niego. Choć widać było, że stara się ukryć to, że jest zagubiony. Zmarł jego ojciec, królestwo chyliło się ku upadkowi, on sam został władcą i musiał podjąć decyzję, która prawdopodobnie zmieni oblicze świata. Zdawał się usprawiedliwiać przed sobą, że podjął taką decyzję, którą musiał podjąć, jednak nadal zastanawiał się, czy była ona dobra.

Naraalowi, obserwującemu swojego rówieśnika przeszło przez myśl, że przecież może zająć się tym ktoś inny, na przykład jego babcia, która wychowała już dwóch władców. Spojrzał na nią i widząc zacięte, smutne oczy obserwujące przez uchylone okno witrażu bitwę, zrozumiał jaką funkcję pełni elfka. Nie brała żadnej odpowiedzialności, służyła radą tylko, kiedy ją o to poproszono, nie chciała wpływać na swojego wnuka. Władza zdawała się jej nie interesować.

– Dziękuję ci – odezwała się niespodziewanie lady Aryeh. Naraal zdał sobie sprawę, że po raz pierwszy słyszy jej głos, był spokojny, zmysłowy, głęboki i jakby martwy, smutny.

Spojrzała na niego oczyma koloru morza, a on zamarł. Zbliżała się i musnęła jego policzek swoimi wargami, po czym odwróciła się i wyszła na dziedziniec.

– Nie obchodzi mnie, skąd to masz – odezwał się głos. Naraal odwrócił się i zobaczył króla Ereitana II Xynthię patrzącego na niego tymi samymi, co babcia, morskimi oczyma. – Jednak jeśli to zadziała, Korona, jak i całe królestwo, będzie ci dozgonnie wdzięczna. Otrzymasz tytuł szlachecki, posiadłość, pieniądze i…

Tutaj król przerwał i podszedł do okna. Purpurowe światło zdominowało naturalny, słoneczny odblask, a pola zaczynały się poruszać. Potem oczom obserwujących ukazały się wstające, martwe ciała, rozrywające swoją skórę i mięśnie. Dziedziniec zaczął czerwienieć od krwi i ludzkiego mięsa, a chwilę później bieleć od idealnie czystych, lekko zabarwionych magiczną czernią kości. Naraal również podbiegł do okna i zobaczył, że w oddali tysiące kościotrupów powstawało, rozrzucając kawałki swoich ciał wokół i idąc w stronę zachodu.

– Jeśli to wygramy, nigdy ci tego nie zapomnę, chłopcze – dodał po chwili Ereitan II.

Cum Daemonibus

Naraal Arestog odłożył delikatnie książkę na miejsce. ,,Przygody podróżnika Vaa” były bardzo stare nawet wtedy, kiedy je znalazł, a było to przeszło dziesięć lat temu. Znalazł ją na strychu rodzinnego domu. Pomimo tego, że miał już siedemnaście lat, dalej uwielbiał przeglądać ją przed snem. Właściwie to nigdy się z nią nie rozstawał. Zaciekle bronił swojego skarbu przed niszczycielskimi łapskami swojego młodszego rodzeństwa. Była dla niego bezcenna. Symbolizowała wolność, ucieczkę od rzeczywistości. Inspirowała do walki o marzenie, które miało się spełnić.

Naraal pochodził z chłopskiej, wielodzietnej rodziny. Całe jego życie skupiało się na pomaganiu w prowadzeniu gospodarstwa. Przytłaczała go nuda, każdy dzień był taki sam. Praca na roli, posiłek i sen zdawały się przeplatać. Chłopak nie dostrzegał żadnych perspektyw, ale nie przeszkadzało mu to dopóki przypadkiem nie znalazł owej książki. Ojciec nigdy nie był zainteresowany kartkami poznaczonymi niezrozumiałymi dla niego znakami. Podobnie jak większość chłopów, tak i on, nie potrafił czytać.

Naraal również tego nie potrafił i nic nie zapowiadało zmiany tego stanu, aż do momentu, kiedy będąc na jarmarku wykorzystał chwilę nieuwagi matki i wymknął się. Siedmioletni wtedy chłopak podszedł do handlarza wyglądającego na obcokrajowca i zapytał o tajemnicze litery. Traf chciał, że spotkał mężczyznę, który może z dobrego serca, a może z braku lepszego zajęcia zaczął objaśniać mu głoski. Minęło trochę czasu, zanim rodzicielka spostrzegła nieobecność pierworodnego. Jeszcze więcej, zanim go odnalazła. Te parę godzin wystarczyło, jednak chłopcu na nauczenie się większości liter. Sam handlarz był pod wrażeniem chłonności umysłu dziecka. Nawet próbował przekonać jego rodziców, by wyprawili go na nauki. Ojciec jednak nie podszedł do tego zbyt entuzjastycznie, szczególnie, że nie było go na to stać.

Od tego czasu Naraal, w każdej możliwej chwili, uczył się czytać. Co tydzień jeździł z rodzicami na targ, aby tam prosić przypadkowych handlarzy o pomoc w nauce. W zamian za to oferował im symboliczną pomoc lub drobne przedmioty, które udało mu się podkraść z rodzinnego domu. W końcu, po czasie, chłopcu udało się przeczytać samemu pierwszy rozdział ,,Przygód Podróżnika Vaa”. W kolejnych kilku rozdziałach odkrył ze zdziwieniem jak myląca była ta nazwa. Vaa nie był ani podróżnikiem, ani nie miał żadnych przygód. Vaa był jedynie marionetką w rękach pozaziemskich istot. Naraal zaczął zastanawiać się, czy i jego losem nie rządzi jakaś tajemnicza siła, której nie jest w stanie się oprzeć.

Gdy tylko nadarzyła się przerwa w pracy, on czytał. To właśnie ta, pokryta wytartą już czernią i tajemnicza zarazem, księga poszerzyła horyzonty dziecka. Naraal zaczął rozumieć ogrom świata. Świat Nur’estiri’gh wydawał się mu nieskończenie wielki i ciekawy. Śnił więc w nocy i marzył w dzień, o nieznanych zachodnich krainach oraz południowych krańcach świata. Myślał o tajemniczym kontynencie Ghnti, gdzie rządziła magia, a jego powierzchnia nigdy nie została zbadana. Pożądał Nur, gdzie cywilizacja upadła. Wzdychał tęsknie do Błogosławionego Imperium. Dziwił się, że niegdyś jego ojczyzna – Xynthial nie istniała na mapie. Zapragnął wyruszyć w świat, zmieniać go, być kimś.

Rodzina jednak podcinała mu skrzydła. Pochwalił się kiedyś matce, że chciałby zostać podróżnikiem. Snuł opowieści o zwiedzaniu niezliczonych krain. Chciał widzieć setki ludzi, oglądać niewyobrażalne dziwy, jakich nie uświadczyłby w rodzinnych stronach – przeżyć przygodę.

– Wyrośniesz z tego – odpowiedziała. – Kto będzie zajmował się twoimi braćmi i siostrami, kiedy nas zabraknie?

Naraal zapamiętał te słowa. Choć się rozczarował, poczuł jakąś wewnętrzną dumę z tego, że ktoś pokłada w nim nadzieję i uważa odpowiedzialnym za przyszłość rodziny. Słowa matki głęboko na niego wpłynęły i zmieniły postrzeganie niektórych spraw. Kobieta, która dała mu życie i miłość, przecież nie mogła źle mu życzyć. Postanowił dojrzeć. Przestał śnić na jawie. Zaczął myśleć o sprawach bardziej przyziemnych. A przynajmniej się starał.

Siedemnaste urodziny sprawiły, że coś w nim pękło. Zew zwyciężył. Dziwne uczucie kazało mu ruszyć w drogę. Po zachodzie słońca, kiedy wszyscy położyli się spać, spakował najpotrzebniejsze rzeczy i ruszył na wschód w stronę wielkiego oceanu. Wreszcie poczuł się wolny.

Trakt wydawał mu się zatłoczony. Nigdy nie widział takiego tłumu. Podziwiał różnorodnośćstrojów ludzi spotykanych po drodze. Poznał wielu pomocnych i bezinteresownych wędrowców, którzy pomagali mu w taki sposób, że zaczynał zastanawiać się, czy to zasługa jego czaru, czy może każdy samotny wędrowiec spotyka się z taką gościnnością. Obcy ludzie często zapraszali go do swoich obozów i gościli. Dzięki nim Naraal wiele się nauczył, zyskał doświadczenie oraz cenne umiejętności. Jak na wieśniaka, był bardzo otwartym i wzbudzającym zaufanie kompanem. Charyzma i otwartość powodowały, że rozmowa z nim zadowalała nawet szlachetnych panów i uczonych. Jego największą zaletą pozostawało nadal to, że potrafił słuchać. Zapamiętywał fakty i cały czas rozbudowywał swój światopogląd. Każdy, kogo spotkał na tym irnifalijsko-istrolijskim trakcie, wydawał się niesamowity, nietypowy i odmienny. Napotkani ludzie, między którymi byli zarówno magowie, jak i duchowni czy rycerze, jawili się mu jako inna historia, inny punkt widzenia. Chłopak podczas podróży dowiedział się dużo o polityce, swojej ojczyźnie – Xynthialu, ekonomii oraz geografii. Napotkani mówili mu o matematyce, chemii i magii. Słuchał z pasją o legendach, przygodach tudzież odległych lub bliskich krainach, gdzie żyją niesamowite stworzenia i inne rasy. Na tym trakcie pierwszy raz zobaczył derfa. Poprzysiągł sobie, że musi odwiedzić kiedyś podwodny kraj Rph’eaenm – ojczyznę tych istot. Na tej drodze nauczono go, jak można przetrwać jedząc tylko to, co rośnie w lesie. Zaczął bać się potęgi Grithianu czyhającego na Xynthial i nie mógł się doczekać aż zobaczy Złoty Valandriol oraz jego perłę – legendarne stare miasto Deriolu.

Nie mógł włóczyć się w nieskończoność. Na końcu szlaku malował się krajobraz, wznoszących się ponad budynki Istrolu, portowych żurawi.

Poczuł, że morze jest jego przeznaczeniem. Nie szukał rozwiązania długo. Porozmawiał chwilę z kapitanem na przycumowanym statku „Głodny Marynarz”. Nawet zdziwił się, jak łatwo mu poszło, nie wiedział czy to kwestia jego erudycji, czy zapotrzebowania na załogę, ale został przyjęty od razu. Jeszcze tego samego dnia wyruszył jako majtek na wyspę Aryol. Szczęście dopisywało mu od początku podróżny tak bardzo, że nie wierzył w to, że w tym nowym, szczęśliwszym świecie bywali w ogóle ludzie nieszczęśliwi.

***

Naraal wpatrywał się w horyzont, opierając się o drewniany reling. Spoglądał na gwiaździste niebo. Zapowiadała się spokojna noc. Wrócił pamięcią do swojego życia na wsi. Przez siedemnaście lat, każdy dzień był podobny do poprzedniego. Spojrzał na podniszczony już egzemplarz „Przygód podróżnika Vaa”, westchnął, po czym udał się w stronę swojej kajuty. Wszedł do ciasnego pomieszczenia, usiadł na posłaniu i położył ukochaną książkę na skrzynce leżącej obok łóżka, w której znajdowały się wszystkie jego rzeczy. W kajucie nie było niczego więcej, tylko skrzynia, stara prycza i ten cholernie niski sufit. Tak niski, że nie było sensu wsadzać tam nawet krzesła. Wyjął ze specjalnego otworu kryształ, który wydał z siebie dźwięk przypominający kliknięcie i zgasł, a w pokoju zapadła ciemność. Położył się na pryczy i chwilę wpatrywał w dominującą w pokoju czerń. Następnego ranka mieli dotrzeć do Aryolu. Buzowały w nim niewytłumaczalne emocje. Miał dziwne wrażenie, że czeka go tam coś niezwykłego. Udało mu się zasnąć dopiero nad ranem. Pamiętał, że niebo już szarzało.

Obudził go dźwięk rogu, który oznajmiał przybycie do portu. Naraal przypomniał sobie ze zgrozą, że miał pełnić poranną wartę i wystraszył się, że pierwszy oficer zauważył jego spóźnienie. Ubierając się w pośpiechu, wybiegł na pokład i po chwili z ulgą stwierdził, że nikt nie zwrócił uwagi na jego nieobecność. Na horyzoncie wyraźnie malowała się już wyspa. Zamierzał udawać, że cały czas był na pokładzie.

– Dużo do rozładowania, pierwszy oficerze? – zapytał podchodząc jakby mimochodem.

– Trochę – odburknął, wiecznie zamyślony, wyższej rangi marynarz.

– Długo nam to zajmie, pierwszy oficerze?

– Trochę… – odpowiedział śpiąco, a po chwili zapadła męcząca cisza.

Czuł się nieco zbity z tropu.

– Jak długo tu zostaniemy? – spytał w końcu.

– A na trochę… – odpowiedział spokojnie.

Po tej ‘’dynamicznej” wymianie zdań Arestog zdecydował się stanąć trochę dalej. Po prostu czekając na dalsze rozkazy.

– Arestog!

– Tak?! – zareagował od razu chłopak. Odwracając się, zobaczył znajomą twarz i od razu dodał – kapitanie?

– Co zamierzacie? Załoga zajmuje się przygotowaniem do rozładunku, a wy stoicie przy maszcie i patrzycie w dal, niczym jakiś idiota – kapitan miał skłonności to mówienia pełnych zdań na jednym wdechu. Wypowiedź zajęła mu raptem dwa uderzenia serca. Chłopak przez chwilę stał jak wryty i zastanawiał się, co właściwie teraz usłyszał.

– Już idę! – odkrzyknął zdecydowanie. – Kapitanie!

– Gdzie idziecie? – odezwał się kapitan.

Naraal przez ten krótki rejs nauczył się, że jego przełożony miewał różne nastroje, rozmowa z nim zawsze kierowała się jakąś abstrakcyjną logiką.

– Pomóc swoim kolegom, załodze… – odpowiedział niepewnie.

– Nie kazałem wam iść pomagać załodze! – krzyknął przełożony.

– Nie…? To znaczy. A tak, oczywiście!

– Zapytałem, co zamierzacie!

– Pomóc! – krzyknął ochoczo, jednak po chwili dodał zmieszany pytaniem – wykonać swoje obowiązki!

– Dobrze! Zuch chłop! Macie wolne na dziś! – powiedział kapitan z dziwacznym entuzjazmem, po czym dodał – opowiadaliście o tych swoich przygodach, co je chcieliście przeżyć, to teraz idźcie i przygodujcie.

Naraal patrzył przez chwilę, to na pracującą w pocie czoła załogę, to na siwobrodego kapitana z fajką w ustach, który właśnie przestał się nim interesować i spoglądał na panoramę miasteczka. Ponad gromadę niskich domów wybijały się jedynie dwa budynki. Jednym był kościół Ethnu, drugim ratusz.

Kiedy tylko przybili do brzegu, młodzieniec zdecydował się ruszyć na „przegląd wyspy”. Nie zastanawiał się dokąd idzie, nie miał celu. Szybko jednak zaczęły towarzyszyć mu dziwne uczucia, których doznał poprzedniego wieczoru. Miał nieodparte wrażenie, że idzie w konkretnym kierunku.

Nie mylił się.

Bezwiednie wszedł do gęstego lasu. Nie zwracał nawet uwagi na uspokajającą zieleń i charakterystyczny, kojący zapach boru. Po zaledwie kilkuset metrach, zamknięty pośród ścian drzew otaczających wąską ścieżkę, stanął. Odsłonił gałęzie krzewów, a jego oczom ukazały się ruiny. Ruszył przed siebie. Czuł, że to może być właśnie jedno z takich miejsc, dla których opuścił rodzinny dom. Liczył na coś niepowtarzalnego. Na schodach prowadzących w dół znajdowało się pełno liści oraz ziemi. Nie dostrzegał na nich żadnego tropu, czy też odcisku stopy. Przecież to niemożliwe, że tak blisko ruchliwego portu, na zaludnionej od setek lat wyspie, ukrywały się niesplądrowane lub nieodwiedzane przez nikogo ruiny. Choć im bardziej zbliżał się do budynku, tym większy niepokój go ogarniał, to nadal zwyciężała chęć przygody. Zdawało mu się nawet, że coś go tam przyciąga.

Kiedy zszedł kilka stopni w dół, zanurzył się w ciemności, ale już parę kroków dalej dostrzegł zieloną poświatę, docierającą gdzieś z drugiego końca tunelu. Trochę dalej to światło zaczęło nabierać formy, były to dwa ogromne kryształy. Nigdy nie widział magicznych klejnotów o takiej wielkości – były wyższe od niego. Podszedł do nich i zaczął się im przypatrywać. Fosforyzujące zielenią kamienie stały osadzone w idealnie dopasowanych, kamiennych niszach.

Niespodziewany rozbłysk oślepił go na tyle mocno, że chłopak musiał zasłonić sobie oczy ręką, lecz kiedy je odsłonił nie był już w kamiennym tunelu. Miejsce, w którym się znajdował, nie wyglądało mu na Eestirię. Tkwił w zawieszeniu pośród szarej nicości. Wokół niego, w ciasnym kręgu skupiały się setki, jeśli nie tysiące, dziwnych, przerażających, człekokształtnych istot. Potworne sylwetki, składające się głównie z półprzeźroczystej, szarawej tkanki i dziesiątek losowo wtopionych w nią oczu. Tysiące ślepi zamykało się w amebicznych ciałach, znikając bez śladu i pojawiając się w zgoła innych miejscach. Młody Arestog na początku pomyślał, że to sen, zwodniczo realny koszmar, ale z każdą chwilą utwierdzał się w przekonaniu, że znalazł się w bardzo złym miejscu, w dość niekorzystnym czasie. Zamarł i czekał na rozwój sytuacji. Kolejne, co do niego dotarło to odkrycie, że świat, w którym się aktualnie znajdował, posiadał więcej niż trzy wymiary. Istoty stały jedne w drugich, wtapiając się w siebie, tworząc bezkształtną, lepką mgłę, jednocześnie widocznie były od siebie oddzielone. Naraalowi nie dotykał ich, a jednocześnie wydawało mu się, że przenika je, czując przy tym coś pomiędzy lekkim mrowieniem a zimnem.

Przyglądał się światu, w którym się znalazł, a z każdą chwilą zdawał się dostrzegać nie tyle więcej (jak po gwałtownym zanurzeniu się w ciemności), ile inaczej. Kiedy tak stał, czekając na rozwój wydarzeń, które jak się obawiał, miały zakończyć jego życie, wszystko stawało się bardziej jaskrawe. Zarysy istot były coraz ostrzejsze, bardziej ludzkie, a niebo, które się nad nim otwierało, zmieniało barwę w przyjemny, różowawy błękit zachodzącego słońca.

– Witaj, przybyszu – odezwał się w jego głowie damski głos. Miał dziwaczny ton, jakby coś, co nigdy nie spotkało człowieka próbowało go uwieść. – Czekaliśmy na ciebie.

– Tak? Ale… gdzie ja teraz jestem? – wydukał.

– W sferze światła – rozległa się odpowiedź. – W sferze wiecznego szczęścia.

– Czym jesteście? – rzucił z lekką odrazą.

– Nasza rasa nazywa się Ghfn’youy’phf – tu padły niemożliwe do wypowiedzenia głoski, usadowione na różnych wysokościach skali głosu, których praktycznie nie dało się zapamiętać. Nazwa była na tyle skomplikowana, że od razu wiedział, że nie powtórzy jej, choćby słyszał ją setki razy.

– Dlaczego tu trafiłem? – dociekał Naraal.

– Z powodu anioła, który poprosił nas, byśmy cię ugościli.

Naraal od razu skojarzył to z książką, która go wychowała, ale myśl ta szybko znikła, jakby wyparowała.

Istoty, choć nadal przerażające, wydawały się coraz przyjaźniejsze, a głos przybierał milszy wydźwięk. Słychać w nim było prawdziwą miłość i ukojenie, co przywodziło na myśl spokój rodzinnego domu, a zarazem seksualną rozkosz.

– Jesteś wybrańcem.

– Ja? Wybranym? Do czego? – zdziwił się.

– Do wielkich rzeczy. Będziesz musiał uratować swoją ojczyznę, Xynthial – usłyszał w myślach.

Z kłębowiska ciał pozostała tylko jedna, stojąca przed nim postać, która z minuty na minutę coraz bardziej przypominała kobietę. Niezwykłą kobietę. Najpiękniejszą kobietę, jaką Naraal kiedykolwiek mógł sobie wyobrazić.

– Jesteś wybrańcem. Tym, który zmieni los Eestirii na zawsze.

– Ale dlaczego ja? – dalej pytał Naraal, wpatrując się w postać formującą się przed nim.

Rozejrzał się i dostrzegał coraz więcej szczegółów otoczenia, których wcześniej nie widział. Kiedy spojrzał pod nogi, uświadomił sobie, że nie stoi na niczym konkretnym, ale jednak coś go utrzymywało. Wpatrując się w dziwaczny grunt, potrafił wyłapać drobne elementy powierzchni. Widział każde ziarenko pozawymiarowej, piaszczystej substancji, które w końcu zlewały się w jedną strukturę, ginąc gdzieś w oddali. Rozróżniał nie tylko fakturę konkretnych substancji, ale również ich wnętrze i powierzchnię z każdej strony oraz boków. Towarzyszyło temu niesamowite uczucie, którego nie potrafił opisać nawet we własnych myślach.

– Jesteś wyjątkowy – powiedziała kobieta ubrana teraz w jedwabną, skromną, ale seksowną suknię.

Zrobiła krok w jego stronę.

– Bystry… – zbliżała się do niego – inteligentny… – znajdowała się już nie dalej niż na wyciągnięcie ręki… – odważny, prawdomówny, otwarty, skromny…

Naraal bezustannie patrzył w jej jasnoróżowe, hipnotyzujące oczy. Przysunęła się tak blisko, że czuł jej oddech na swojej twarzy. Miała taki niewinny wzrok, kiedy na niego spoglądała.

– I utalentowany – skończyła, zarzucając mu ręce na szyję, po czym zaczęła całować.

Nagle zrobiła krok do tyłu. Przez chwilę taksowali się wzrokiem. Jej jasnoróżowe oczy skrywały głębię ukrytych emocji. Miały jakiś magnetyczny, nieziemski urok. Badawczo i jakby trochę poddańczo, wpatrywała się w Naraala, a chłopak czuł, że rośnie w nim podniecenie. Przyglądał się chwilę jej piersiom, których zarys malował się w fałdach prostej sukni. Dziewczyna, widząc to poruszyła delikatnie ramionami i ubranie bezszelestnie osunęło się do jej stóp, ukazując niespotykanie perfekcyjne ciało. Krew odpłynęła z mózgu, a sam chłopak, o dziwo, poczuł się zrelaksowany. Wszelkie znamiona niepewności i strachu odeszły. Patrzył chwilę na piękno, które stało przed nim, nie wierząc własnym oczom. Nagle zdał sobie sprawę, że oboje są nadzy. Naraal całe swoje życie czekał na taką chwilę, śnił o niej, marzył wielokrotnie. W tym momencie to wszystko było rzeczywiste, a jego rajski ogród znajdował się tu i teraz. Stał i patrzył niczym zahipnotyzowany. Dziewczyna znów podeszła do niego, muskając delikatnie jego ciało swoim. Wpiła swoje usta w jego wargi, a on długo rozkoszował się ich smakiem i zmysłowym dotykiem. Czuł subtelny napór jej nagich piersi. Ciepło, bijące od miękkiej skóry, powodowało u niego gorące dreszcze, płynące falami wzdłuż kręgosłupa. Ręce automatycznie objęły kochankę i wędrowały w dół, muskając koniuszkami palców jej delikatną skórę. Zatracony w niekończącym się pocałunku, złapał ją za pośladki i ścisnął mocno. Były zadziwiająco przyjemne. Wszelkie troski i lęki odpływały w nicość. Istota, odrywając usta od jego nienasyconych warg, wydała z siebie zduszony jęk. Spojrzał na nią, próbował wyłapać najmniejsze detale urody. Jej dolna warga drżała z podniecenia, podczas gdy oczy mówiły tylko jedno: zrób ze mną, co chcesz, jakby jutra nie było. Odwróciła się niespiesznie i z gracją. Poczuł, jak jej pośladki ocierały się o jego nagie ciało, a dłonie złapały jego ręce i ułożyły na krągłych, apetycznych piersiach. Jego palce zacisnęły się mocno. Połączenie bólu i podniecenia spowodowało, że anielica cicho westchnęła. Ujął ją, kusząco wypiętą w jego stronę, drżącymi rękami i zbliżył się. Oddech dziewczyny przyspieszył jeszcze bardziej, a po chwili przeistoczył się w subtelny jęk, kiedy w nią wszedł. Ten głos był najbardziej podniecającym dźwiękiem na świecie. We wszystkich światach. Poczuł rosnące podniecenie, po czym przyspieszył tak bardzo, że aż zabrakło mu tchu. Starał się utrzymać rytm mocnych pchnięć, ciągnąc ją za trzymane w garści, czarne jak węgiel i błyszczące jak diament. włosy. Dziewczyna zaczęła krzyczeć, a on wpijał się, wciąż głodnymi ustami, w jej alabastrową, długą szyję. Podniecenie wzmagało się, aż wreszcie eksplozja pożądania przesłoniła oczy i rzuciła go z impetem na ziemię.

– Musiałam podziękować ci za to wszystko, co dla mnie zrobisz, mój ukochany – powiedziała kojącym, słodkim głosem. – Muszę cię jeszcze wiele nauczyć skarbie. Muszę nauczyć cię walczyć. To kiedyś uratuje ci życie. Czy masz jakąś broń? – zapytała.

– Mam… miałem nóż, kiedy tu wchodziłem – odpowiedział Naraal, nawet nie zdziwił się, jak szybko od zbliżenia zeszło do rozmowy. Nie wywołało u niego zdumienia nawet to, że nie był zdyszany. Był przecież w sferze światła.

– Twoje rzeczy są w skrzyni, która stoi za tobą – odpowiedziała.

Odwrócił się i dostrzegł kufer. W tym wymiarze widział go jednocześnie ze wszystkich stron, jak i ze środka. Dostrzegał ułożone w środku ubranie i spoczywający na nim nóż w pochwie. Widział każdy zadzior na ostrzu, nitkę ubrania i drzazgę kufra jednocześnie, choć obserwował jedynie skrzynię.

– Przynieś swoją broń. Nauczę cię walczyć.

– Dobrze Feyviti, moja ukochana – odpowiedział Naraal.

To imię w nim tkwiło, nie wiedział od kiedy, nie wiedział dlaczego, ale widząc tę kobietę był pewien, że nazywa się Feyviti. Możliwe, że był po prostu młody, jednak wydawało mu się, że czuje do niej coś niespotykanego. Nie tylko przez to, co się stało i jak wyglądała, lecz także dlatego, że było w niej coś zniewalającego, coś co powodowało, że Naraal wierzył w każde jej słowo i ruch. Wydawała się prawdziwsza niż cokolwiek, co ujrzał dotychczas w swoim życiu.

Ze skrzyni wyciągnął ostrze i kiedy schylał się po ubranie, głos odezwał się za nim.

– Ukochany, nie ma sensu się ubierać, nie uważasz? Jesteś tak… podniecający, jesteśmy tu tylko my dwoje. To jest raj, ukochany, a ja jestem twoją anielicą – odpowiedziała. – A teraz pokaż, co potrafisz tym nożem. Nie bój się mnie zranić, mój jedyny, tutaj rany goją się od razu, nie panuje głód ani pragnienie. To jest raj, tu nie trzeba nam niczego – dodała, przyjmując postawę gotową do walki.

Ciężko było określić, ile czasu minęło w pozawymiarowej przestrzeni na seksie, treningu, rozmowach i jedzeniu.. Był to piękny sen, istny raj, najprzyjemniejszy okres w życiu Naraala i pragnął, by ten nigdy się nie skończył. Tam nie występowało coś takiego, jak potrzeby, nikt nigdy nie był głodny, jadł kiedy chciał, nie musiał pić, nigdy się nie męczył, kochał się, bo chciał. Sfera światła była miejscem, gdzie nigdy nie zapadał zmrok, dosłownie i w przenośni. Była rajem.

Ile czasu minęło? Nie dało się stwierdzić. W sferze światła nigdy nie było czasu. Naraal wahał się między dekarem a dekadą.

Niespodziewanie Feyviti przemówiła:

– Ukochany, jesteś w dolinie światła, jednak do niej nie należysz. Należysz do swojej ojczyzny – Xynthialu. Nauczyłam cię już wiele i teraz musisz tylko dopełnić swojego przeznaczenia. Kocham cię i zawsze będę tu na ciebie czekać, tu w raju…

– Jak to? – przerwał jej zdziwiony Naraal.

– Nie puszczam cię jednak do Eestirii bezbronnego. Daję ci twój nóż wraz z pierwiastkiem światła. Teraz będzie ranił twoich nieprzyjaciół dużo skuteczniej, nigdy go nie zgubisz – kontynuowała, jakby nie słyszała jego pytania. – Daję ci coś jeszcze. Jest to zwój z magicznym zaklęciem…

– Ale ja nie umiem czarować. Nawet nie umiem czytać tych szlaczków! – krzyczał, znów jej przerywając.

– … który dasz magowi, kiedy twój kraj będzie cię naprawdę potrzebował. Kiedy nadejdzie pora, będziesz o tym wiedział – dokończyła.

– Ale jak to mam odejść? Chcę tu zostać! – krzyknął.

Obudził go dźwięk rogu, który oznajmiał przybycie do portu. Naraal poczuł, jakby to wszystko już się wydarzyło, jakby doświadczył tego wszystkie. Nie potrafił przypomnieć sobie gdzie. Szybko uznał, że jest to jedno z tych dziwnych, niewytłumaczalnych uczuć. Po chwili przypomniał sobie ze zgrozą, że miał pełnić poranną wartę i wystraszył się, że pierwszy oficer zauważył jego spóźnienie. Ubierając się w pośpiechu, wybiegł na pokład i po chwili z ulgą stwierdził, że nikt nie zwrócił uwagi na jego nieobecność. Na horyzoncie wyraźnie malowała się już wyspa. Zamierzał udawać, że cały czas był na pokładzie.

– Dużo do rozładowania, pierwszy oficerze? – zapytał podchodząc jakby mimochodem, Naraala nie opuszczało wrażenie, że dokładnie wie co odpowie zarówno on jak i oficer. Miał wrażenie, że ta rozmowa już się odbyła.

– Trochę – odburknął, wiecznie zamyślony, wyższej rangi marynarz.

– Długo nam to zajmie, pierwszy oficerze?

– Trochę… – odpowiedział śpiąco, a po chwili zapadła męcząca cisza.

Nie czuł się zbity z tropu, choć wiedział, że ta rozmowa jest dziwna znał dokładnie cały przebieg.

– Jak długo tu zostaniemy? – spytał w końcu.

– A na trochę… – odpowiedział spokojnie.

Wiedział, że zaraz usłyszy kapitana krzyczącego jego nazwisko.

– Arestog!

– Tak… kapitanie?

– Co zamierzacie? Załoga zajmuje się przygotowaniem do rozładunku, a wy stoicie przy maszcie i patrzycie w dal, niczym jakiś idiota – kapitan miał skłonności to mówienia pełnych zdań na jednym wdechu. Wypowiedź zajęła mu raptem dwa uderzenia serca. Chłopak przez chwilę stał jak wryty i zastanawiał się, co właściwie teraz usłyszał.

– Już idę! – odkrzyknął zdecydowanie. – Kapitanie!

– Gdzie idziecie? – odezwał się kapitan.

– Pomóc swoim kolegom, załodze… – odpowiedział niepewnie.

– Nie kazałem wam iść pomagać załodze! – krzyknął przełożony.

– Nie…? To znaczy. A tak, oczywiście!

– Zapytałem, co zamierzacie!

– Pomóc! – krzyknął ochoczo, jednak po chwili dodał zmieszany pytaniem – wykonać swoje obowiązki!

– To róbcie! Za co daje wam żarcie?! Za to, żebyście gapili się, jak osły przed siebie?! Do roboty!

Dwie godziny później, kiedy wszystko było już wyładowane, usłyszał krzyk kapitana:

– Macie przerwę! Za dwie godziny wszyscy zaczynają ładować statek i wyruszamy dalej.

Naraal zdecydował się wrócić na chwilę do kajuty, a potem przejść się po porcie. Kiedy jednak wszedł zgięty w pół do pomieszczenia, w którym zwykle spał, zauważył na skrzyni kopertę. Gdy ją otworzył, oczom ukazał się zwój z jakimiś dziwnymi znakami oraz kartka, na której było napisane:

Pamiętaj o mnie.
Feyviti

Serce zabiło mu mocniej, wspomnienia wróciły. Spojrzał na wiszący u pasa nóż, wyjął go z pochwy, która miała teraz dziwny fioletowawy poblask, a ostrze zalśniło intensywnym, seledynowym blaskiem.