Cortus

Pięść uderzyła Neriva w twarz tak, że aż przewrócił się na plecy. Siedemnastoletni, młody Arestog przeczuwał, że jego o trzy lata starszy i dużo większy przeciwnik spodziewa się kontrnatarcia. Leżąc, krzyknął, a purpurowe strugi energii błyskawicznie popłynęły w stronę rywala. Pomimo tego, że starszy zdążył w ostatniej chwili okryć się polem siłowym to i tak siła zaklęcia zmusiła go do cofnięcia się o kilka kroków. Neriv zaatakował magicznym atakiem jedynie po to, aby zdekoncentrować przeciwnika, a kiedy tarcza znikła czekał już przy nim. Kopnął go w kolano, a następnie zaatakował serią ciosów w twarz. Tłukł rywala, jakby zamierzał zmusić go do poddania się lub czekać aż straci przytomność. Starszy był jednak sprytny i zamiast podnieść gardę, po kolejnym ciosie, uchylił się jedynie i uderzył na oślep. Neriv to przewidział, był na to przygotowany, uskoczył w bok i jeszcze w powietrzu wyprostował nogę, zaraz na uszkodzonym kolanie przeciwnika. Kończyna starszego nienaturalnie zgięła się do wewnątrz. Młodszy odbił się od ziemi i drugim kolanem uderzył w nos, otumaniając przeciwnika. Lord magister postanowił przerwać pojedynek. Przeciwnik Neriva nie miał szans.

Chłopak posiadał niesamowite zdolności zarówno w walce wręcz, jak i magii. Zwycięstwa młodego Arestoga z kilka lat starszymi adeptami Królewskiej Szkoły Rycerskiej w Xyranalu nie stanowiły już sensacji. Neriv wygrywał z każdym. Inni uczniowie podziwiali go. Niektórzy pytali nawet, skąd ma w sobie taką siłę i determinację, ale on sam tego nie wiedział. Choć może jedynie bał się odpowiedzi.

Ciężko było przyznać mu się nawet przed samym sobą, że kiedy czuł, że przegrywa wyobrażał sobie, że walczy ze swoim ojcem – Naraalem. Młody Arestog nie przyjmował do wiadomości tego, że w swojej głowie to właśnie ojcu zmiażdżył nos i połamał kolano. Nie potrafił zrozumieć, skąd w nim tyle niezrozumiałej złości do kogoś tak bliskiego. Cały czas toczył wewnętrzny bój o to, czy go kochał, czy zwyczajnie nienawidził.

Możliwe, że to przez brak matki, którą ojciec nie zawsze potrafił zastąpić. Możliwe, że trudno było mu dorastać w cieniu człowieka, który ze zwykłego chłopa stał się jedną z największych osób w królestwie, jako syn bohatera, którego pomniki stoją w każdym mieście Xynthialu.

– Gratulacje! – odezwał się triumfalnie lord Quankos. Stał jak zwykle w zbroi, pełen dumy. Ogromne, niebieskie oko zajmowało całą jego pierś. Mimo ciepłych słów, w głosie nauczyciela słyszalna była łatwa do wychwycenia gorycz. – Jesteś zwolniony z reszty zajęć, idź odpocząć.

Naraal, nadal otumaniony walką, opuścił salę i ruszył w stronę swojego lokum.

Przyczyna, łatwo dostrzegalnego w głosie lorda magistra, żalu była Nerivowi znana. Nauczyciel walki pochodził z bardzo starego, jeszcze grithianskiego rodu znanego z wojowniczości. Sam był jednym z najbardziej hardych i honorowych wojowników, problemem był niestety jego syn – Nuri. Najmłodszy Quankos był chuderlakiem i tchórzem. Ojciec wywierał na nim dość dużą presję, ale nigdy nie miało to odpowiedniego skutku. Nerivowi często zaprzątało to myśli, bo widział, że Serik wolałby, żeby Neriv był jego synem, natomiast Nuri wolałby umrzeć niż zawieść swego ojca. Neriv czuł, że ofiara losu, jaką był potomek nauczyciela go nienawidzi, podczas gdy jemu było go po prostu żal.

Szczęk obracanego w zamku klucza i otwierające się drzwi przynosiły spokój. Neriv lubił moment, kiedy po dobrej walce wracał do swojego ,,sanktuarium”. Nigdy nie miewał wtedy problemów z zaśnięciem. Satysfakcja przechodziła przez jego ciało, kojąc ból z odniesionych ran i urazów. Kąpiel w gorącej wodzie traktował jako preludium błogiego snu.

Kiedy przepasany ręcznikiem wyszedł z łaźni do pokoju, zobaczył leżący na stole list ostemplowany Czarnym Okiem. Zapalił kryształ nad swoim łóżkiem. Położył się, rozerwał kopertę i zaczął czytać list od rodzica.

Zrozumiał z tekstu, że ojciec zachorował i chciałby się z nim zobaczyć. Posłusznie, już następnego ranka, wyruszył do Irnikralu – dumy jego ojca. Naraal chwalił się krainą nie dlatego, że dostał ją od samego króla za wyjątkowe zasługi, ale dlatego, że otrzymał ruinę i głodującą wieś, a pod jego opieką odrestaurowano zamek, a chłopi żyli dostatnie. Wszystko dzięki odpowiedniej organizacji i sile pracy kościanych golemów.

Droga lądowa ze stolicy do Irnikralu mogła zająć nawet parę dni, jeśli akurat wielkie jezioro irnifalskie zalewało okoliczne bagna, jednak Neriv wylatując do nauki otrzymał Vexyrana – czerwonołuskiego wija. Droga zajmowała mu zaledwie parę godzin. Skrzydlate węże stały się dość popularne w Xynthialu, choć nadal stać na nie było jedynie bogatych.

Neriv martwił się po drodze i nawet zapierający dech w piersiach widok rozciągającej się pod nim błękitnej tafli go nie uspokajał. Jego ojciec miał skłonności do hipochondrii i wmawiania sobie chorób, jednak wykształcenie syna było dla niego priorytetem. Sam pochodził z rodziny niepiśmiennych chłopów, więc ukończenie Królewskiej Szkoły Rycerskiej było dla niego bardzo ważne, nie odrywałby go od uczelni bez powodu.

Po paru godzinach lotu chłopak zobaczył wreszcie twierdzę i obniżył lot, przygotowując się do lądowania. Przy stajni oddał Vexynara po czym szybkim krokiem ruszył przez kamienny dziedziniec w stronę apartamentów lorda. Strażnicy, widząc go, w milczeniu zasalutowali i otworzyli przed nim wysokie, drewniane wrota. Ku jego zaskoczeniu w korytarzu przywitał go ojciec.

– Dobrze, że przyleciałeś, synku – powiedział, zanim Neriv zdążył otworzyć usta, po czym uściskał go serdecznie.

– Myślałem, że jesteś chory – zdziwił się.

– Gdyby nie choroba, nie odwiedziłbyś własnego ojca? – zapytał retorycznie. – Źle się czułem, ale dzisiaj już jest mi lepiej.

Neriv spojrzał podejrzliwie na ojca. Coś w jego zachowaniu wyraźnie mu nie odpowiadało. Na pierwszy rzut oka był to Naraal, jednak przypatrując się bliżej, odnosił wrażenie, że coś wyraźnie jest nie tak.

– Byłeś u maga lub medyka? – zapytał.

– Skoro już mi lepiej to chyba nie ma sensu, prawda? Wyszedłem naprzeciw tylko się z tobą przywitać i zaraz wracam do pracy – odrzekł, po czym zaczął niespiesznie wspinać się po schodach, odwrócił się i dodał:

– Porozmawiamy przy kolacji, dobrze?

– Tak – odpowiedział chłopak.

Neriv patrzył jak ojciec znika za rogiem, jednak niepokój nie mijał, coś wyraźnie było inaczej niż zwykle. Naraal wydawał się na swój sposób inną osobą. To uczucie było subtelne, ale chłopak zaczynał się martwić.

Niepokój nie mijał aż do wieczerzy, ale tam uspokajający trzask ognia w kominku oraz domowe jedzenie wpływały kojąco. Po posiłku zabrali po bukłaku słabego wina i tradycyjnie przeszli się po oświetlonych alejkach otaczających twierdzę. Słodki, specyficzny zapach ciepłego powietrza środkowych dekarów irnikralijskiej pory drzewa uspokajał. Był to zapach dzieciństwa Neriva, a w połączeniu z działaniem trunku spowodował, że niepokój opuścił go całkowicie. Naraal powiedział, że choć miło jest się zobaczyć, to syn powinien wracać do swoich obowiązków już następnego popołudnia.

Kiedy Neriv zjawił się na śniadaniu, okazało się, że ojciec wyleciał o świcie i wróci dopiero wieczorem, co skłoniło go do zmiany planów i wylotu wprost po jedzeniu. Pomimo tego, że zaledwie parę godzin po południu był już w swoim sanktuarium, jeszcze przez jakiś czas nie opuszczało go uczucie, że coś jest nie tak. Dopiero następnego ranka przestał się tym martwić.

Niestety, dekar później, chłopak znalazł kolejną kopertę opieczętowaną Czarnym Okiem, leżącą na stole.

Wyruszył od razu i zaledwie po paru godzinach patrzył już na promienie zachodzącego słońca malujące mury Irnikralu na złoto. Neriv kochał twierdzę, jej zapach, kolor, kształt, umeblowanie, dosłownie wszystko. Wychował się w niej, znał każdy kamień i drzewo. Pamiętał miejsca zabaw z innymi chłopakami, skrytki i kryjówki. Wiele wspomnień wiązało się ze zwykłymi ścieżkami, którymi chodził i polanami, na których ćwiczył szermierkę. Teraz jednak, po raz pierwszy, spojrzał na mury jako na całość, jako na spuściznę, dom. Twierdza kojarzyła mu się z całym dobrem jakiego doświadczył na tym świecie, również z ojcem.

Wszak czego uczymy się od rodziców, jeśli nie dobroci? – zadał sobie pytanie, choć nie miał pojęcia, skąd przyszło mu to do głowy.

Spadł deszcz.

Cień ciągnący się za murami powiększał się, aż wreszcie zlał się z mrokiem. Twierdza tonęła w ciszy podkreślanej monotonnym szumem, przerywanym jedynie niskim dźwiękiem wydawanym przez wachlującego skrzydłami wija. Kiedy skrzydlaty wąż wylądował, Neriv zeskoczył na ziemię i nie czekając na stajennego, odprowadził gada do stajni. Schowani pod daszkiem, w budce przy bramie, strażnicy grali w karty i nawet nie zauważyli postaci w płóciennym płaszczu wchodzącej do twierdzy.

Nikt go nie przywitał.

Przeszedł korytarzem. Na podłodze wił się długi, czerwony dywan, ściany wyłożone były beżowymi cegłami piaskowca, kryształowe żyrandole zwisały z wyłożonego ciemnobrązowymi płytkami sufitu. Otworzył drzwi z ciemnego drewna prowadzące do apartamentu ojca. Zastał go leżącego w łóżku.

– Witaj, ojcze.

– Witaj, synu – odpowiedział mu słaby głos wydobywający się spod pościeli.

Neriva od razu ogarnął niepokój. Miał wrażenie, że z Naraalem jest coś nie tak, w ten sam sposób, jaki czuł przeszło dekar wcześniej. Zgadywał, że miało to coś wspólnego z jego wysławianiem się.

– Jak się czujesz? – spytał. – Co ci właściwie jest?

– Wiesz, ostatnio… słabo się czuję. Coś jest nie tak. Boli mnie głowa, drętwieją nogi. Niby nic, ale czuję, że coś jest nie tak.

Chłopak wiedział, o czym mówi ojciec, choć pewnie odczuwali to w inny sposób.

– Wołałeś jakiegoś medyka? Maga? Kogokolwiek? – spytał syn.

– Niedługo mi przejdzie, Neri – odpowiedział cicho. – Muszę tylko odpocząć.

– Po co mnie wzywasz? – spytał Neriv, ale poczuł, że wzbiera się w nim gniew. – Wezwij jakiegoś maga, niedaleko jest Irnifal! Niech ktoś cię obejrzy! Napisz do kogoś, kto może ci pomóc! Niech cię chociaż zbada! – krzyczał, bo wiedział, że ma rację. – Zamierzasz leżeć i użalać się nad sobą? Skoro widzisz, że coś jest nie tak powinieneś coś z tym zrobić.

Naraal milczał. Szum deszczu wdzierał się do pokoju przez niedomknięte okno. Neriv rozejrzał się po apartamencie. Złość z niego zeszła i teraz nie wiedział, co ma powiedzieć. Cisza szybko stała się nieznośna, więc aby ją przerwać zapytał:

– Chcesz jakąś książkę do poczytania?

– Nie, i tak nie mogę czytać – rzekł słabym głosem Naraal. – Nie widzę liter.

Chłopak zacisnął pięści, aż zbielały mu kostki. Furia wróciła ze zdwojoną siłą, ale nie mógł być na niego zły, przede wszystkim się martwił. Wychował się bez matki, nie chciał stracić też ojca. Odwrócił się i zamierzał wyjść do swojego apartamentu, ale stojąc już w drzwiach przystanął, zawahał się, odwrócił do ojca i zapytał:

– Jak było na tej wyprawie, którą odbyłeś kilka dekarów temu? Nie rozmawialiśmy jeszcze o twoim wyjeździe do Andaronu.

– Dobrze, nawet kupiłem ci pamiątkę… ale rozpadła się – powiedział. – Porozmawiamy kiedy indziej, dobrze?

– Dobranoc, tato – powiedział. Nie do końca zrozumiał informację, którą otrzymał od ojca, dlatego postanowił ją zignorować. Wyszedł i zamknął za sobą drzwi. Usłyszał tylko ciche dobranoc przebijające się przez grube drewno. Neriv obiecał sobie, że następnego dnia sam wezwie maga.

Z samego rana wybiegł na dziedziniec, po czym swoje kroki skierował w stronę stajni. Wyprowadził Vexynara i poleciał w stronę metropolii rodzinnej twierdzy – miasta Irnifal. Niecałą godzinę później szedł już wybrukowanymi uliczkami. Następnie skręcił w stronę najwyższej wieży widocznej nawet z rodowego Irnikralu. Gildia magów Irnifalu, tam przebywał przyjaciel ojca – Ewen Anstre. Neriv świetnie go znał, choć nie widział go od miesięcy. Kiedyś często przylatywał do twierdzy. Wtedy rozmawiali z ojcem całymi nocami i grali do rana w karty, popijając wino i paląc cygara.

Neriv nie musiał go namawiać. Wystarczyło, że powiedział, że ojciec go potrzebuje, a mag niezwłocznie zaczął przygotowywać się do przyjazdu. Miał przybyć jeszcze tego samego dnia, wieczorem.

Parę godzin później, kiedy słońce powoli chyliło się ku zachodowi Neriv wyszedł na dziedziniec, aby przywitać nadlatującego Ewena. Po zgrabnym lądowaniu mag bezzwłocznie ruszył w kierunku dobrze mu znanych apartamentów lorda.

– Czuję tu… dziwność.

– Słucham? – spytał Neriv, trzymając potężne drzwi prowadzące do kwater Irnikralu.

– Nie czujesz? – stwierdził mag. – Dziwna aura, jakby spoza tego świata.

– To źle, prawda? – chłopak odezwał się po chwili zastanowienia.

Ewen jedynie spojrzał na niego i przytaknął, wydawał się smutny. Minęli grube drzwi z ciemnego drewna.

– Witaj Ewenie! Co cię sprowadza? – Naraal starał się udawać pełnego sił i wesołego, jednak głos jaki z siebie dobył przypominał jedynie żałosny szept.

– Młody mnie wezwał, twierdzi, że chorujesz – uśmiechnął się mag.

– Trochę pobolewam, ale żeby od razu ciągnąć cię aż z Irnifalu? – zażartował lord. Wyraźnie zmuszał się do uśmiechu. Neriv zastanawiał się, czy Ewen również zauważył tę charakterystyczną zmianę w ojcu.

– Do rzeczy. Jak się czujesz? – zainteresował się mag.

Stanął nad chorym i przyjrzał mu się dokładnie.

– Bóle głowy, drętwienie nóg, problemy ze wzrokiem. Tylko nie takie normalne, jakieś inne. Zdaje mi się jakby… jakby… – urwał.

Widać było, że próbuje skoncentrować się na tym, co mówi. Neriv odnosił wrażenie, że ojciec nie może przypomnieć sobie konkretnego słowa. Obaj patrzyli na niego, czekając na kontynuacje wypowiedzi.

– No… wiesz… odcina mi jakby. Tak! Odcina mi jakby pole wzroku.

– Jak długo to trwa?

– Pierwszy raz może cztery dekary temu. Potem wszystko ustało, no i jakiś dekar temu miałem kolejny, można powiedzieć… nawrót.

– Ciekawe… zbadam cię – powiedział mag.

Rzucił znaczące spojrzenie każące chłopakowi wyjść. Neriv od razu ruszył ku drzwiom, ale nie odszedł daleko. Patrzył przez uchylone drzwi, jak pokój zaczyna mienić się setkami różnych kolorów: zieleń i błękit odbijały się na suficie. Róż przez sekundę nawet go oślepił, lecz zaraz po nim pomieszczenie zalał łagodny fiolet. Chłopak normalnie podziwiałby feerię milionów barw, rzucających widma po półkach wypełnionych książkami, ale czuł zbyt wielki niepokój. Wciąż myślał o tym, co mówił Ewen, o dziwacznej aurze nie z tego świata oraz o tym dziwnym poczuciu, że ojciec w jakiś sposób jest inny. Po kilkudziesięciu minutach nagle wszystko ustało.

– Interesujące – dobiegł go głos maga.

– Czy już wiesz, co mi jest? – spytał, słabym głosem Naraal.

– Tak! – odpowiedział Anstre. – Wszystko w porządku. Jesteś trochę zmęczony. Teraz tylko wykonam parę operacji. Dzięki nim powinieneś odpocząć. Nie możesz się przemęczać.

Neriv, przytulony do ściany, odetchnął z ulgą. Cicho ruszył w stronę schodów na dół, na spacer. Przeszedł przez wyłożony kamieniem dziedziniec i kiedy minął wielką bramę wejściową, zobaczył nocny krajobraz. Wciągnął do płuc powietrze i poczuł charakterystyczny zapach, czuć było nadchodzącą porę demona, kiedy śnieg przykryje ziemię. Głęboko oddychał, jakby chciał złapać jak najwięcej charakterystycznego słodkiego zapachu irnikralijskiej pory drzewa. Spojrzał na górującą na nieboskłonie Tyryię, czerwony księżyc, Naer, biały, zbliżał się już ku zachodowi. Za niecałe dwa dni zniknie za horyzontem.

W oddali, tuż poniżej linii drzew, dostrzegał domy miejscowych rzemieślników. Z daleka słychać było chrzęst kości pracujących golemów. Neriv kopnął kamień, który podskoczył parę razy, po czym odbił się od wystającego kawałka bruku i wyskoczył wysoko, po to tylko, by po chwili zniknąć w trawie. Spacer i chłodne powietrze rozjaśniły mu umysł i orzeźwiły go. Mógł już wracać do ojca.

– … no i widzisz, ona mi na to, że ja już jestem za stary – z daleka było słychać wesoły głos maga.

– Ha! Ha! Ha! Ha! – zaśmiał się Naraal. Był to taki sam śmiech, jaki chłopak zapamiętał. – Wiesz co? Dzięki tym twoim magicznym sztuczkom, czuję się już dużo lepiej!

– Mam nadzieję! Właściwie to musisz! – odrzekł wesoło. – A póki co, to ja wracam do Irnifalu, ale odwiedzę cię jeszcze. Dziś mam sporo roboty.

– Skoro musisz – powiedział ojciec. – Wiesz… mógłbyś zostać… napilibyśmy się wina albo bourbonu.

– To wykluczone, nie możesz. Zabraniam ci! Musisz wyzdrowieć – skarcił go.

– Ech… – westchnął.

– Jutro wyjeżdżam – oznajmił mag. – Zdrowiej!

Neriv czekał przed drzwiami. Kiedy Ewen wyszedł, złapał młodego za rękę i pociągnął za sobą, zupełnie jakby wiedział, że chłopak tam się znajduje.

– Musimy porozmawiać – stwierdził mag, a kiedy odeszli na parę kroków kontynuował cicho. – Nie wiem, co dolega twojemu ojcu. Nie wygląda mi to na zwyczajną chorobę. Odnoszę wrażenie, że dotyka ona nie tylko ciała, lecz także duszy. Wydaje mi się, że Naraal został dotknięty bardzo potężną klątwą. Wyczuwam w tym czerń, demoniczną moc.

– To znaczy, że mój ojciec umrze? – zmartwił się Neriv. Poczuł, że jego ciało ogarnia panika, miał wrażenie, że czuje jej lodowaty ucisk na swojej szyi. Niemal fizyczny ból zaczął rwać jego ciało, a świat zawirował mu przed oczami. Wszystko się zmieniło. Modlił się o prostą odpowiedź, bo bał się, że skomplikowanej mógłby nie zrozumieć.

– Poproszę arcymaga Irnifalu i spróbuję dostać się jakoś do jego odpowiednika w Xyranalu, ale jeśli nie uda im się to… obawiam się, że jest taka możliwość – powiedział. Naraal był jego przyjacielem, było to trudne również dla niego. – Jesteś już prawie dorosły chłopcze. Niestety.

Nerivowi zdawało się, że ojciec i Ewen śmiali się jak za starych, dobrych czasów, ale tylko jeden z nich śmiał się szczerze. Drugi w myślach właśnie żegnał przyjaciela.

Mag ruszył do kwatery, która zawsze była mu przydzielana, właściwie to była jego pokojem. Neriv został na korytarzu sam. Patrzył w ścianę w apatii, nie wiedząc, co ma ze sobą zrobić. Miał dopiero siedemnaście lat, a już miał się usamodzielnić? Miał zostać sierotą? Wziął głęboki wdech i pomyślał, że na pewno wszystko będzie dobrze. Ostatecznie: zawsze było.

Spróbował wejść do ojca, ale drogę zastąpiła mu niemoc. Zdawało mu się, że nie może zrobić kroku, bo przygnębienie sparaliżowało go, oplatając całe ciało mackami żalu. Najgorszy był ten pierwszy krok. Kiedy już udało mu się go postawić, wziął kilka głębokich wdechów i wyprostowany wszedł do pokoju. Uśmiechnął się do niego, starał się, żeby ten uśmiech nie wyszedł sztucznie, trupio. Usiadł obok łoża i zapytał:

– Jak się czujesz?

– Dobrze synku, ale chcę spać – odrzekł Naraal, nawet się nie odwracając.

– Dobranoc, tato – pozdrowił go.

Wstał, sięgnął ręką po kryształ i przekręcił go, wyłączając poblask. Wychodząc, starał się cicho zamknąć drzwi. Poszedł do swojego pokoju i zaczął szukać odpowiednich atrybutów. Wziął pióro, najpiękniejszy papier, jaki znalazł i zaczął pisać do Ereitana II Xynthii. Naraal był przecież bohaterem, król znał go osobiście, monarcha musiał im pomóc.

Tej nocy sen nie chciał nadejść, a kiedy wreszcie udało mu się zasnąć, męczyły go koszmary. Śniły mu się dziwaczne, szarawe potwory o mazistym, bezbarwnym cielsku i milionach oczu. Stały nad leżącym w swoim łóżku Naraalem i co chwilę wbijały w niego dziwaczne odnogi. Zdawało się, że karmią się jego życiem, ojciec krzyczał z bólu, ale nie mógł się ruszyć. Najbardziej przerażające w tych demonicznych stworzeniach były ich oczy. Miliardy pustych, wiecznie wpatrzonych i wszystko obserwujących oczu, które nieustannie znikały w amebicznym cielsku tylko po to, aby pojawić się gdzie indziej.

Neriv obudził się z krzykiem i wszechogarniającym lękiem. Ta jedna z najgorszych nocy w całym jego dotychczasowym życiu była jedynie zwiastunem tego, co miało nastąpić.

Od koszmaru minął dekar, Tyryia chyliła się ku zachodowi, a lord Naraal zdawał się wbrew wszystkiemu odzyskiwać siły. Początkowo zaczynał wstawać, ale już po paru dniach siadał przy biurku i pracował. Widząc to, pełen optymizmu Neriv, przypomniał sobie, co zawsze było dla jego ojca najważniejsze – edukacja syna. Wysłał list do lorda rektora, gdzie starał się wyjaśnić swoją absencję oraz poprosić o specjalne traktowanie.

Dzień po zajściu Tyryi – czerwonego księżyca, z Irnifalu powrócił Ewen, tym razem z gościem.

– Vanor ger Delmen, lord arcymag Gildii Magów Irnifalu – oznajmił staruszek, po czym ruszył w stronę drzwi wejściowych, ignorując młodego. Neriv po krótkiej chwili ruszył za przygarbioną postacią.

– Przybyłem z odsieczą – powiedział Ewen, doganiając chłopaka. – Zaprowadźmy Lorda ger Delmena do twojego ojca.

Służba odebrała od maga lejce od wijów, po czym obaj ruszyli za arcymagiem w stronę kwater. Dogonili starca dopiero na korytarzu, ale Ewen wszedł jako pierwszy do kwatery Naraala.

– Witaj Naraalu, jak się czujesz?

– Witaj Ewenie, przyleciałeś w odwiedziny?

– Tak, nie jestem pewien wyników swoich badań.

– Co? Przyprowadziłeś tu jakiegoś szarlatana? – powiedział Naraal, patrząc na wchodzącego, starszego mężczyznę.

– Ekhm… – odchrząknął nerwowo mag. – To mój przełożony, arcymag Irnifalu.

– Przepraszam, lordzie arcymagu – speszył się lord Irnikralu.

– Przybyłem, aby cię przebadać, lordzie. Lord Anstre martwi się o twój stan zdrowia, dlatego też prosił mnie o nieco bardziej szczegółowe zdiagnozowanie – odrzekł staruszek, po czym wyciągnął bardzo powoli lekko drżącą rękę i dodał – Vanor ger Delmen.

– Skoro to takie interesujące, to oczywiście.

– Obiecuję, że jak tylko lord się położy wygodnie, ja rzucę kilka czarów, których nawet nie poczuje, po czym opuszczę komnaty najszybciej jak to możliwe. Proszę się nie martwić.

– Oczywiście. Przejdźmy więc do rzeczy – powiedział Naraal z poważną miną.

– Potrzebujesz pomocnika, lordzie? – zainteresował się Ewen.

– Nie. Chcę być sam na sam z badanym.

Wyszli. Neriv czekał pod drzwiami, nerwowo chodząc w kółko. Zaprzyjaźniony mag oparł się o ścianę i patrzył pod nogi. Milczeli. Rytuały przeprowadzane przez lorda arcymaga wydawały się bardzo potężne, niektóre rozbłyski magicznej energii zdawały się przebijać przez ściany, powodując kolorowe wykwity na beżowej cegle. Ewen tłumaczył, że diagnostyka to odłam magii wymagający wiele precyzji i delikatności. Mówił, że po samych błyskach można było ocenić, jak potężny jest ger Delmen, ale Neriv prawie nie słuchał. Wywołane żalem otępienie, trzymało go w swojej garści tak mocno, że nie mógł się skupić. Kiedy w końcu usiadł, patrzył jak zahipnotyzowany w ścianę dzielącą ich od pokoju ojca. Samo badanie wydawało się ciągnąć tak długo, że smutek wprowadził w końcu chłopaka w swoisty letarg. Nawet nie zauważył, kiedy syczące dźwięki umilkły, unoszące się feerie barw znikły, a w drzwiach ukazał się znajomy starzec.

– Miałeś rację, to wyjątkowo potężna klątwa, sądzę, że spoza tej sfery. Możliwym jest, że to nawet przekleństwo z samej czarnej sfery. Nie myliłeś się – powiedział, kierując słowa w stronę lorda Anstre.

– Potrafisz coś z tym zrobić? – usłyszał swój głoś Neriv. Arcymag obdarzył go krótkim, zdegustowanym spojrzeniem, po czym powrócił do Ewena.

– Niestety, nie potrafię dokładnie zidentyfikować zaklęcia, a co dopiero go pokonać. Nie potrafię nic z tym zrobić, ale przyjrzę się starym zapiskom legendarnego mistrza Aeiritiusa z Błogosławionego Imperium, słyszałeś o nim? – zadał pytanie, patrząc na chłopaka tak jakby oczekiwał odpowiedzi, jednak od razu odwrócił się, ruszył w stronę bramy wyjściowej, na nikogo nie zwracając uwagi. – On mógł coś o tym wiedzieć. Czas goni – mamrotał jeszcze pod nosem, a kiedy już znikał za rogiem, z jego ust wyrwało się krótkie – żegnam.

Ewen patrzył chwilę na czerwony dywan, na którym jeszcze chwilę wcześniej stał jego przełożony, wziął głęboki wdech, po czym wszedł do pokoju lorda.

– Arcymag nic nie znalazł. Wygląda na to, że jesteś zdrowy! – mówił, bardzo dobrze udając uśmiech.

– Mówiłem ci, że czuję się lepiej. To ty wbrew mnie postanowiłeś wzywać jakichś szarlatanów – westchnął ciężko Naraal, uśmiechając się z lekka.

– Dobrze, że nic ci nie jest – dodał Neriv, który właśnie pojawił się przy jego łożu. Złapał ojca za rękę.

Ewen miał wrócić do Irnifalu dopiero następnego ranka, więc cała trójka spędziła resztę wieczoru i całą noc na długich rozmowach. Kiedy wyszli z pokoju, słońce już ukazywało się na horyzoncie, oświetlając pokryty ciemnością bezksiężycowych nocy las widoczny z okna twierdzy. Jeszcze przed pójściem spać, nad ranem, Ewen odprowadził Neriva do komnaty i powiedział:

– Nie trać nadziei, odezwę się jeszcze do arcymagów Nerokralu i Xyranalu – uśmiechnął się blado, ale to mu nie wyszło, był wyraźnie zmęczony.

– Może ojciec sam wyzdrowieje? Przecież czuje się coraz lepiej – powiedział Neriv, stojąc przy drzwiach z ciemnego drewna.

– Zawsze możemy mieć taką nadzieję, na to powinniśmy liczyć, ale… – urwał na chwilę, jakby chciał ponownie przemyśleć, co chce powiedzieć – …myślę, że powinieneś przygotowywać się na najgorsze.

– Napisałem list do króla – westchnął Neriv, ziewnął niedbale, zakrywając usta pięścią i dodał – nawet w podręczniku przeczytałem, że Trupia Korona nigdy nie odpłaci się ojcu.

– Mądrze, dobry pomysł, popieram. W tym momencie, jeśli nawet arcymag Xyranalu nie będzie w stanie pomóc twojemu ojcu, to Ereitan powinien się tym zainteresować. Myślę, że jest wtedy dużo większa szansa na powodzenie, a póki co, chodźmy spać.

– Dobranoc – powiedział Neriv, nacisnął klamkę i zniknął za drzwiami.

Szybko zasnął, ale spał źle. Śnił o czarnej postaci, która się do niego zbliżała. Zakapturzona persona, dzierżąca w ręku kosę – Przewodnik. Poruszała się śmiertelnie powoli, zmierzając niechybnie w jego stronę. Miała dokładnie zasłoniętą twarz, ale widział jej oczy. Były to jego oczy, jego i matki. Przewodnik zdawał się jednak go nie zauważać, przeszedł przez niego, jakby ten nigdy nie istniał. Neriv odwrócił się i zobaczył leżącego na ziemi ojca. Naraal jeszcze oddychał, choć był blady i wydawał się bardzo stary. Z jego ciała wyrastały dziwne macki znikające w ciele bezkształtnego i bezbarwnego potwora o milionie oczu. Znowu obudził się ze łzami w oczach.

Ewen wyleciał do domu z samego rana, kiedy Neriv jeszcze spał. Naraal zdawał się jednak czuć znacznie lepiej. Do tego stopnia, że chłopak poczuł się niepotrzebny. Tuż przed dekarem drugiej ciemności, wyleciał do Xyranalu, kontynuować naukę.

Powrót do szkoły KSR nie dawał ukojenia. Nie mógł się skoncentrować na nauce w żaden sposób. Pożerał go żal, zaczął nawet przegrywać walki. Może nie mógł czerpać swojej siły ze specyficznej zawiści do ojca? Przynajmniej nie teraz, kiedy ten był chory.

Dwa dni przed wzejściem Eferi – zielonego księżyca i rozpoczęciem pory demona na stole znów znalazł kopertę. Papier i atrament był ten sam, co zwykle, lecz charakter pisma jakiś inny. Litery stawiane przez ojca zdawały się jakieś krzywe, drżące. Niektóre z nich były pomieszane. Od samych znaków Neriv czuł nietypową grozę. Poleciał do domu.

Naraal krzyczał. Nie był to bitewny okrzyk ani podirytowany głos. Był to krzyk człowieka ogarniętego bólem. Przewodnik zbliżał się, postukując drewnianym trzonkiem kosy z każdym powolnym krokiem. Neriv próbował stanąć na jego drodze, ale czarna postać przeniknęła bez przeszkód przez ciało chłopaka. Śmierć w ogóle go nie zauważała. Próbował rzucić czar, ale jego moc nie była mu posłuszna. Niespodziewanie poczuł uderzenie.

Kilka metrów pod sobą zobaczył nieprzeniknioną toń jeziora. Musiał zasnąć i zsunąć się z wija, szczęśliwie Vexynar był mocno zżyty z chłopakiem i złapał go w powietrzu. Neriv pochwycił lejce i skorygował lot bestii, tym razem zapiął pasy. Pogłaskał skrzydlatego węża po pysku. Głupio byłoby umrzeć w drodze, tak blisko domu, kiedy był potrzebny swojemu ojcu, na samym początku przygody.

– Witaj synku, dobrze cię widzieć – odrzekł lord, leżąc w łóżku.

Neriv poczuł przygnębienie od razu, kiedy wyłapał ten specyficzny ton rozmowy.

– Witaj ojcze. Co się dzieje? Wzywałeś Ewena? – denerwował się.

– Tak, jutro był, rozmawialiśmy trochę – odpowiedział.

– Chyba wczoraj? – poprawił go syn.

– Tak, tak. Wczoraj… Wiesz… Mieszają mi się słowa. A i czeka na ciebie… – tutaj Naraal zrobił przerwę. Widać było, że stara się przypomnieć sobie odpowiednie wyrażenie. Trwało to parę, bolesnych dla obu, uderzeń serca. – Koperta.

– List?

– Tak, tak! List. Czeka na ciebie, tam, na stole – przez jego głos przebijało zmęczenie.

– Dobrze, potem przeczytam.

– Idź. Co będziesz siedział ze starym. Potem do mnie przyjdziesz. Najważniejsze, że tutaj jesteś – powiedział lord, starając się uśmiechnąć.

Do końca życie Neriv zastanawiał się, czy ojciec nie prosił go wtedy, żeby z nim został.

List był od samego Ereitana II Xynthii. Koperta nie była ruszona, widać nawet Naraal nie chciał czytać wiadomości od króla, a może po prostu nie mógł? Ereitan pisał, że przed wzejściem Naeru do twierdzy przybędzie arcymag Xyranalu i niezwłocznie przebada chorego.

Młody Arestog postanowił czekać w Irnikralu na pojawienie się białego księżyca wspomnianego przez króla. Większość dnia siedział przy ojcu, przynosił mu herbatę i jedzenie. Starał się dużo z nim przebywać, choć nieustannie walczył z ogarniającym go przerażeniem. Sam widok chorego budził żal w chłopaku, ale ilekroć ojciec się odzywał jego syn bladł. Naraalowi bardzo często myliły się słowa lub w ogóle nie mógł ich sobie przypomnieć. Przestał być błyskotliwy, stracił poczucie humoru i denerwował się z każdego powodu. Zdawało się, że przerasta to ich obu.

Świadomość tego, że własne ciało odmawia posłuszeństwa jest czymś strasznym, ale lord na własnych oczach przestawał być sobą i choćby nie wiadomo, jak bardzo próbował, nie miał wpływu na to, co się działo z jego duszą. Neriv nie potrafił wyobrazić sobie koszmaru swojego ojca.

Kiedy Eferi, zielony księżyc, był już wysoko, spadł pierwszy śnieg. Neriv przeniósł ojca na fotel skierowany na okno i zgasił światło. Kominek w komnacie rozświetlał blado pokój, trzaskając wesoło. Obaj spędzili wieczór, wpatrując się w bielący się świat i pijąc gorący czaj. Zdawało mu się, że rozmawia ze swoim ojcem po raz pierwszy. Nie była to zwykła, jałowa konwersacja rodzica z dzieckiem. Wydawało mu się, że dyskutowali jak prawdziwi przyjaciele, ludzie, którzy doskonale się znają, ale od lat nie mieli okazji się spotkać. Neriv pierwszy raz opowiadał z pasją o swoim życiu i mówił to, co naprawdę było dla niego ważne. Mówił o swoich przyjaciołach, marzeniach, miłościach oraz życiowych planach. O tym, co się dzieje w jego życiu, jak dobrze sobie radzi z nauką i jak inni mu zazdroszczą. Pierwszy raz otworzył się przed ojcem. Wspominał mu nawet o Quankosach, ambitnym Seriku i jego tchórzliwym synu – Nurim. Naraal patrzył na syna z dumą, którą ten dopiero teraz poczuł wyraźnie, ojciec mu doradzał, a chłopak chyba pierwszy raz wiedział, że ma w nim oparcie. Pierwszy raz miał wrażenie, że odbył rozmowę, która była coś warta. Wydawało się, że obaj uświadomili sobie wtedy, jak naprawdę są dla siebie ważni.

Neriv postrzegał swojego ojca jako wiecznie zapracowanego lub czytającego książki, zawsze nieobecnego w jego życiu. Podczas gdy ten zawsze był mu najbliższym człowiekiem. Zadawał sobie pytanie, czy inni też tak mają? Czy dla każdego rodzina jest głównie pustym frazesem? Może właśnie dlatego, tak się na niego wściekał? Czytał o tym, jak wspaniały jest jego ojciec i nigdy się o tym nie przekonał. Może po prostu tego nie zauważał? Ojciec nie opowiadał mu o swojej młodości, ale z drugiej strony, Neriv nigdy o nią nie pytał. Przyłapał się na tym, że nigdy nie traktował go jako autorytet, jako kogoś, kto ma jakąś wiedzę i doświadczenie. Nigdy nie widział w nim po prostu człowieka. Kogoś, kto ma własne przemyślenia, filozofię życiową, czy choćby marzenia.

Chłopak z trwogą nagle coś pojął – to, że bywały chwile, w których Naraal nie miał dla niego czasu, nie znaczyło, że kiedykolwiek przestał być dla niego najważniejszy.

W końcu zaczęło świtać, Naraal powiedział, że jest już zmęczony czym zasugerował, że czas już iść spać. Kiedy Neriv mijał drzwi, ojciec na odchodne, tym swoim nienormalnym, schorowanym tonem powiedział:

– Strasznie dopadła mnie ta choroba.

– Spokojnie tato, będzie dobrze – odpowiedział Neriv, gładząc ojca po policzku.

– Tak? Może i tak, tylko wiesz… miło byłoby jeszcze pożyć.

Neriv długo nie mógł zasnąć po tym zdaniu. Wiedział, że zapamięta je do końca życia. Leżąc w swoim łóżku, myślał jeszcze o ojcu. Wstydził się samego siebie, ponieważ nigdy go nie doceniał, ani tego jak wiele dla niego znaczy. Ojciec opiekował się nim i majątkiem, oprócz paru wyjazdów czy kilku wieczorów rocznie spędzonych wspólnie ze znajomymi, mało robił wyłącznie dla siebie. Neriv zrozumiał, że popełnił wiele błędów, nie powinien obwiniać ojca za to, że wypełniał swoje obowiązki. Może i Naraal za mało go inspirował do tego, żeby Neriv chciał spędzać z nim czas, uczyć się od niego, rozmawiać z nim. Chłopak zarzucał sobie, że źle traktował ojca, że tak surowo go osądzał.

Cieszył się z tych rozważań. Cieszył się, że w końcu go docenił i udało mu się spojrzeć na to wszystko z boku. Uśmiechał się w duchu, dziękując Ethnu za to, że zorientował się w tym wszystkim zanim było za późno, zanim lord Naraal Arestog nie stał się tylko wspomnieniem, kolejną kartką w podręczniku do historii świata, Nur’estiri’gh.

Nazajutrz ojciec czuł się dużo lepiej, a w czasie kolejnych dni, kiedy Neriv karmił go i opiekował się nim, widział, że Naraal odzyskuje siły. Nadal źle widział i miał problemy z mówieniem, ale znów wstawał z łóżka. Bolało go, gdy widział ojca, utykającego i stawiającego stopy tak ostrożnie, jakby były ze szkła. Nie opuszczał go nerwowy ból w klatce piersiowej, kiedy patrzył na dawnego, potężnego lorda. Kiedy myślał o ojcu, przypominał sobie mężczyznę pełnego sił witalnych, przy którym czuł się bezpiecznie. Tliła się jednak iskierka nadziei, wbrew wszystkiemu Naraal wracał do siebie.

Następnego dnia przybył gość.

– Aerqi Vestra, arcymag Xyranalu – powiedział dostojnym głosem. – Ty zapewne jesteś Nejw Arestog?

– Neriv – poprawił go chłopak, po czym wybąkał zmieszany – ale tak, ogólnie to tak.

– Dobrze… A więc, gdzie chory? – spytał, a jego wzrok wydawał się zupełnie nieobecny.

– Za mną – odparł, po czym ruszył w stronę wrót.

Przez chwilę poczuł się jak prawdziwy gospodarz Irnikralu, potem z żalem pomyślał, że możliwe, że już niedługo zawsze będzie się tak czuł.

– A i mam jedną prośbę. Nawet jeżeli ojciec umiera to ja proszę, żeby mu o tym nie mówić, powie pan to tylko mi.

– Dobrze… – przytaknął gość nieobecnym tonem.

Neriv rzucił tylko okiem czy jego stajenny zajął się należycie wijem gościa i wprowadził lorda arcymaga do kwater. Wydawało mu się, że im bliżej byli Naraala, tym bardziej przybysz ze stolicy się denerwował. Kiedy weszli do apartamentu, Neriv mógłby przysiąc, że widział jak drgnął, jakby czując złą aurę. To wydawało się jednocześnie dobrym i złym znakiem.

– Proszę zostawić mnie sam na sam z chorym – powiedział gość, ale chłopak był już do tego przyzwyczajony, pozostawił jedynie niedomknięte drzwi i stanął przy ścianie. – Aerqi Vestra, arcymag Xyranalu. Wysłał mnie do lorda król Ereitan II Xynthia.

– Ereitan? – zapytał chory, podnosząc się na łóżku. – Widać nie zapomniał o mnie.

– Dobrze… a teraz, lorda, zbadam – powiedział arcymag, kompletnie ignorując ostatnią wypowiedź.

Neriv znów spędził godziny, stojąc przed drzwiami i czekając. Odprawiany rytuał wydawał się równie potężny, co poprzedni. Czasem nawet podłoga drżała pod stopami Neriva, a barwne przebłyski przez ściany i drzwi niejednokrotnie były tak silne, że aż go oślepiały. Musiało minąć wiele godzin, bo w tym oczekiwaniu Nerivowi udało się zasnąć pod drzwiami z ciemnego drewna. Obudziło go postukiwanie obcasów arcymaga.

– Dobrze… Twój ojciec śpi. Zbadałem go. Nie mam pojęcia, skąd ma tę klątwę, nie jest ona z tego świata. Nie wiem jak ją zdjąć. Mogę…

– Lordzie arcymagu – przerwał mu Ewen, który nagle pojawił się w holu. – Słyszałem, że lord jest tutaj, jestem Ewen Anstre mag drugiego kręgu gildii magów w Irnifalu i przyjaciel chorego.

Gość z Xyranalu patrzył w milczeniu na nowo przybyłego, po czym powiedział:

– Dobrze… Aerqi Vestra – przedstawił się, po czym odwrócił do Neriva i bez zmiany tonu dodał – jak mówiłem, nie spotkałem się nigdy z czymś takim. Nie potrafię zdjąć tej klątwy, ale mogę ją opóźnić, a nawet opóźniać. Istnieje pewien rytuał, który można odprawiać, ale działanie kolejnych jest coraz słabsze. Teraz lord Naraal Arestog odpoczywa po pierwszej sesji.

– Lordzie arcymagu! Skoro ty wrócisz do Xyranalu, a ja zostanę z chorym, mógłbyś nauczyć mnie tego rytuału – powiedział, lekko proszącym tonem, Ewen.

– Dobrze… – powiedział, przenikliwie patrząc w oczy magowi z Irnifalu, po czym spojrzał na chłopaka i stwierdził standardowym, nudnym tonem – póki co, proszę o przygotowanie mi komnaty i kolacji, wylatuję jutro rano.

Magowie spędzili wieczór na pracy nad nowym rytuałem, a rano, kiedy Neriv wstał, Aerqiego Vestry już nie było. Najważniejsze jednak, że Naraal czuł się dużo lepiej. Zaczynał płynniej mówić i chodzić, przestał skarżyć się na wzrok. Czytał nawet niektóre książki z większymi literami. Wtedy Neriv przypomniał sobie o szkole, której nadal był uczniem. Zaległości miał coraz większe, ale może mimo wszystko udałoby się zaliczyć egzaminy. Teraz, kiedy nad klątwą była jakaś kontrola, można było skupić się na tym, czego najbardziej wymagał chory od swojego syna.

Od wylotu Aerqiego Vestry minęły prawie dwa dekary. Tyryia, czerwony księżyc, była już wysoko nad horyzontem, Eferi, zielony księżyc, powoli chylił się ku zachodowi. Wraz z trzecim, białym – Naerem powodowały, że las widziany przez okno komnaty Naraala oświetlony był żółtym światłem. Śnieg odbijający światło sprawiał, że na zewnątrz wydawało się jasno jak w dzień.

– Jutro z samego rana wylatuję – powiedział syn, po czym przytulił rodzica. – Ewen będzie tu z tobą, jeśli coś się stanie to mnie poinformuje. Cieszę się, że czujesz się lepiej. Mam nadzieję, że jak wrócę będziesz już zdrowy.

Przez chwilę nawet sam w to wierzył.

– Dobrze synku, leć tam wszystko pozałatwiaj – powiedział Naraal. Neriva przeszły ciarki, gdy to usłyszał. Znowu zdawał się nie być sobą, mówiąc tym dziwnym, chorym tonem. Mimo wszystko, ojciec pogłaskał go czule po włosach.

Ostatnie zdanie, powiedziane z tym dziwacznym doborem słów i towarzyszącym chorobie tonem, nie dawało spokoju młodemu. Wystarczająco wyraźnie przypominały mu o chorobie sny, które go nawiedzały. Te o dziwnych potworach wysysających życie z ojca i śmierci z jego własnymi oczyma. Nie mógł skupić się na niczym, nauka przychodziła mu z trudem, a zwykle kończyła się łzawymi modlitwami do Ethnu. Mimo wszystko, starał się nadrobić zaległości z ostatnich dekarów. Nie poddawał się, uważał, że w tej sposób pomaga ojcu.

Po paru dekarach, pewnego ranka, tuż po zajęciach do sanktuarium, którym niegdyś wydawał się pokój Neriva dotarł list:

Drogi Nerivie,
ciało twojego ojca słabnie i traci ochotę do walki.
Wdają się kolejne choroby, które staram się zwalczyć medycznymi i magicznymi sposobami, jednakże ostatnio zaczęło się robić coraz gorzej, nie chcę Cię martwić, ale może to być ostatnia możliwość na zobaczenie ojca żywego.

Z wyrazami szacunku
Ewen Anstre

Wyleciał późnym wieczorem. Zastanawiał się, czy nie wylecieć następnego ranka, bo śnieżyca nie pomagała w locie, a bladokrwiste światło połączonego Naeru i Tyryi oślepiało. Postanowił jednak nie zwlekać. Nie zdziwił się, że oprócz strażników przy stajni nikt go nie powitał. W końcu było już długo po północy, lecz pomimo tak późnej godziny postanowił odwiedzić ojca od razu.

Chociaż przygotowywał się na najgorsze to, co zobaczył wprawiło go w przerażenie. Ewen uśpił ojca, aby ten nie cierpiał, a ciało odpoczywało. Przy pierwszym podejściu chłopakowi nie udało się wytrzymać z Naraalem w jednym pokoju, nie mógł na niego patrzeć i wybiegł z płaczem. Padł na kolana w korytarzu i łkał. Podejrzewał, że już nigdy nie porozmawia z ojcem.

Zebrał się jednak w sobie i wrócił do komnaty. Pierwszym jego skojarzeniem było to, że lord Arestog wygląda martwo. Wydawał się innym człowiekiem i choć minęło zaledwie kilka dekarów od rozpoczęcia choroby, wyglądał, jakby postarzał się o dwadzieścia lat.

Podszedł do łóżka i chwycił go za sztywną rękę. Poczuł jak palce zaciskają się na jego dłoni. Serce zabiło mu mocniej. Uśmiechnął się, choć wiedział już, że to jedyna aktywność życiowa jaką jego ojciec przejawi przed śmiercią.

– Powinieneś do niego mówić – powiedział Ewen, który znów, nie wiadomo kiedy, pojawił się w drzwiach. – Możliwe, że to słyszy, możliwe, że nawet będzie pamiętać.

Nerivowi chyba nie robiło to różnicy, ale chciał wierzyć w to, że go słyszy. Właściwie to chciał móc do niego mówić. Codziennie przesiadywał obok łoża i opowiadał o wszystkim, co go spotkało, mówił o swoich przemyśleniach i spostrzeżeniach. Czasem nawet siadał i po prostu czytał na głos książkę. Uspokajało go to, bo po raz pierwszy w życiu miał absolutną pewność, że robi to, co powinien. W jakiś sposób i jemu to pomagało, widział w Naraalu towarzysza swojego bólu, kompana w ostatniej, wspólnej wyprawie.

Czwartego wieczora od przybycia, kiedy komnatę Neriva oświetlała jedynie blada, czerwona poświata rzucana przez Tyryię, zastanawiał się, dlaczego akurat teraz Ethnu zabrał mu ojca, teraz, kiedy odkrył w nim tak wspaniałego człowieka. Od razu zdał sobie sprawę z tego, że zna odpowiedź. Przypomniał sobie jedną z wcześniejszych analiz, kiedy zrozumiał to jak dobrym człowiekiem i ojcem jest, a może – był – Naraal. Z pewną zgrozą, ale też i satysfakcją doszedł do wniosku, że możliwe, że nigdy nie odkryłby w nim wielkości, gdyby ten nie umierał. Kiedyś stałby się niedołężnym starcem, a wtedy wspomnienie jego dobroci i siły byłoby już tylko fantazją.

Wiedział, że ojcu nie da się już pomóc, Ewen leczył go jak mógł, służba też odpowiednio dbała o swojego lorda. Neriv znał wolę rodzica, nie musiał pytać go o zdanie. Wiedział na czym powinien się skupić. Zabrał się za naukę. Uczył się, kiedy tylko mógł, nawet w Irnikralu, twierdzy Arestogów, czytał książki ojcu. Neriv pojechał do Xyranalu dosłownie na parę dni, tylko po to, żeby zdać egzaminy. Może liczył na to, że jeśli mu to wyjdzie to ojciec obudzi się zdrowy? Nie obudził się.
Neriv wrócił wieczorem, kiedy księżyc Eferi oświetlał swoim spokojnym, zielonym blaskiem lasy Inikralii. Na drzewach zaczynały pojawiać się pąki, rozpoczęła się pora kwiatu, kiedy sfera Nur’estiri’gh budzi się do życia. Pora pokoju i nadziei, którą tak silnie odczuwał Neriv. Ścisnął ojca za rękę i zapłakał. We łzach powiedział, że zapamięta wszystko, co Naraal próbował mu przekazać przez całe życie. Lord Arestog, nadal w śpiączce, ścisnął mocno rękę syna, jakby próbując coś odpowiedzieć. Drżały mu powieki, a twarz niby się poruszyła i Neriv przez chwilę znów zobaczył swojego ojca takim, jakim go pamiętał. On jednak tylko głośno westchnął. To westchnienie było takie, jakie wydawał z siebie od zawsze, kiedy było mu ciężko. Było ono naturalne, prawdziwie naaralowe. Po nim przyszło już zaledwie parę wdechów.

Pogrzeb miał być skromny, ale taki nie wyszedł. Przybyło wielu dygnitarzy, nawet rodzina Naraala, której Neriv nigdy wcześniej nie widział. Przemawiał sam król Ereitan II Xynthia, wypowiadając się o lordzie Arestogu jak o bohaterze, swoim przyjacielu i jednym z twórców królestwa Xynthialu. Chłopak czuł żal, ale również dumę. Było to jakby zwieńczenie jakże pouczającej lekcji pokory danej mu przez Ethnu. Nigdy wcześniej nie czuł tak bardzo tego, jak wielkim wzorem do naśladowania jest dla niego Naraal.

Z tyłu twierdzy Irnikralu, na wzgórzu, gdzie wybudowano mauzoleum Arestogów, w którym leżała tylko dwójka: Teyrenae i Naraal. Tuż obok Piękno odchodzi zbyt szybko nad grobem matki, nad grobem ojca wyryto Nie czekajmy aż odejdą ci, których powinniśmy docenić teraz.

Cella Luctus

Nie mógł patrzeć na jej pergaminową skórę, która miała już nigdy nie nabrać koloru. Jego wzrok przyciągnęły puste, jasnoróżwe oczy.

– Lordzie, masz syna. Jakie nadasz mu imię? – zakrwawiona położna wyrwała go z zamyślenia.

Naraal wpatrywał się w kobietę trzymającą dziecko. Nie mógł się skupić na niczym. Ból przyćmiewał szczęście. Tyle lat tęsknoty za ukochaną, zakończonych burzliwym romansem, ślubem, a wreszcie nowym życiem i śmiercią. Jego wbite w fartuch oczy dostrzegały jedynie pustkę. Przez jedno uderzenie serca zdawało mu się, że słyszy szept ukochanej. Nie wiedział, czy to jakaś ułuda, niezidentyfikowany przez niego skrawek wspomnień, czy może zwyczajny dźwięk ulatującej z ciała duszy. Podsłuchał tylko jedno słowo, które odbijało się wewnątrz jego umysłu.

– Neriv… – powtórzył, jakby w zamyśleniu. – Nazwę go Neriv.

Spojrzał ostatni raz na stygnące ciało ukochanej i wyszedł z sali. Ruszył w stronę swojej komnaty. Nikt ze służby nie wiedział, jak się zachować wobec lorda, któremu urodził się syn i jednocześnie zmarła ukochana. Każdy wiedział, jak mocno Naraal kochał Teyrenae.

Mężczyzna zatrzasnął za sobą drzwi i rzucił się na łóżko. Godziny mijały, a on czuł się coraz bardziej osamotniony. Feyviti, to ona odebrała mu ukochaną. Wiedział, że anielica musiała być wściekle zazdrosna. Okłamywanie się, że Teyrenae to wcielenie ukochanej sprzed lat dłużej nie miało sensu. Złudne podobieństwo mogło mieć swoje źródło jedynie w zamroczonej pamięci. Nigdy nie pytał swojej żony o jej przeszłość, o rodzinę. Wiedział, że pochodziła z ubogiej andraońskiej szlachty, ale dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, że oprócz imion ojca, matki i sióstr niewiele o niej wiedział. Może nie chciał niszczyć tajemniczej otoczki? Może gdzieś wewnątrz chciał móc okłamywać się, że jest ona anielicą, która nie wytrzymała tęsknoty za nim i oblekła się w ludzką postać by z nim być? Było mu wstyd za to, że tak bardzo się okłamywał. Miał w sobie zbyt wiele dziecięcego romantyzmu, jak na czterdziestolatka. Było mu siebie żal.

Podniósł otumaniony bólem wzrok i spojrzał na kolekcję orientalnych figurek, które stały na półce.

***

Przechadzał się po rynku w Xyranalu. Był to jeden z tych dni przed xynthialskimi świętami Aeferna – świętami utworzenia trójcy. Wtedy targowiska wypełniały się kupcami z całej Eestirii. Stragany andraońskich, valandriolskich, grithiańskich i neri’ińskich sprzedawców wręcz uginały się od ilości towarów. Naraal spacerował wśród gęstego, wielokulturowego tłumu. Chodził sam. Lubił szukać orientalnych pamiątek – jego ostatnie hobby, jako podróżnika. Teraz już nie zwiedzał świata. Nie chciał go już oglądać. Był stary, zgorzkniały i samotny. Dawni przyjaciele – Fortan ger Nuriad, Kirifon ger Nerok czy Ewenit Anstre odwiedzali go coraz rzadziej. Nie byli już przyjaciółmi, stali się co najwyżej zgorzkniałymi znajomymi. Dochodziły do tego jeszcze trupy. Wszędzie trupy.

Jedynym powodem, dla którego przyjechał, była chęć powiększenia kolekcji orientalnych figurek zebranych w jego twierdzy w Irnikralu.

Wtem coś zwróciło jego uwagę. Wydawało mu się, że to przywidzenia. Obok niego przeszła Feyviti. Przetarł ze zdziwienia oczy, ale anielica nawiedzająca go w sennych marzeniach nie zniknęła. Szybkim krokiem ruszył w jej stronę, jednak dziewczyna rozpłynęła się wśród przechodniów. Naraal nie zamierzał rezygnować z pogoni za nią i rzucił się w miejsce, gdzie ostatnio widział brunetkę, jednocześnie rozpychając się łokciami wśród tłumów. Alabastrowe ramię przemknęło mu przed oczami, pośród dziesiątek rąk i nóg będących składową tłumu. Takiej skóry nie mogła mieć mieszkanka Eestirii, tylko istota zrodzona ze światłości Ethnu. Tylko ona mogła być tak piękna. Zamurowało go. Świat przestał dla niego istnieć. W końcu ją odnalazł. Spojrzał w jasnoróżowe oczy i jego usta same wyszeptały:

– Feyviti…

– Przepraszam, nieznajomy – odpowiedziała dziewczyna lekko się rumieniąc. – Musiałeś mnie z kimś pomylić – dodała, i już miała się odwrócić, aby ruszyć w swoim kierunku, kiedy nieśmiało wtrąciła:

– Jestem Teyrenae, pochodzę z Andraonu, może zechcesz mnie oprowadzić po waszej stolicy?

***

Odwrócił wzrok od figurek, jakby ich widok parzył jego duszę. Spojrzał na gablotę, na której wisiały medale przyznane mu przez Ereitana II Xynthię. Do głowy od razu wpadały beznadziejne myśli. Te wszystkie nagrody już dawno straciły dla niego sens. Jednak Teyrenae… Jej się podobały, dla niej miały znaczenie. Przy niej czuł dumę, że je posiadał. Przy niej wszystko znów zaczęło się liczyć. Sukces, sława, pieniądze, triumf, wyższe dobro, wszystko dla jej uśmiechu. Bo ona tego wszystkiego chciała dla niego, więc on chciał tego dla niej. Teraz to już tylko przeszłość.

***

– Za co te medale, lordzie Arestog? – spytała Teyrenae. Jej długie, czarne włosy kaskadą spadały na nagie piersi. Uśmiechała się zadziornie siedząc nago na biurku.

– Za wyjątkowe wsparcie dla dobra królestwa. A ten za wyjątkową odwagę. Ten za waleczność. Ten za ochronę rodziny królewskiej. I ten… ten to już nie pamiętam – pokazywał jej kolejno medale.

– Mój ty bohaterze! – szepnęła mu do ucha i pozwoliła, aby jej nabrzmiały sutek otarł się o jego nagi tors. Wstała z biurka i popchnęła Naraala na łóżko.
– Teraz pokaż mi jeszcze raz, jak bardzo waleczny byłeś pod Irnifalem!

***

Łzy spłynęły po czterdziestoletnich bruzdach stworzonych przez czas, jakby tylko po to. Bitwa pod Irnifalem – pamiętał minę tego Grithianczyka, któremu wbił nóż w serce. Nigdy nie zapomni tego wyrazu twarzy, będzie go prześladował do śmierci. Podobnie jak obraz pól trupów powstających z martwych i maszerujących ze ślepym, mechanicznym posłuszeństwem w stronę zachodu. Pasowanie na szlachcica, zaszczyty, bogactwo, autentyczne łzy króla. Wtedy miało to dla niego sens, był zaledwie siedemnastoletnim chłopakiem.

Zdał sobie sprawę z tego, że usilnie wbija wzrok w podłogę. Spojrzał wyżej, wprost na wiszące na ścianie zdjęcie Teyrenae.

***

Zdawało się, że oczy ożyły, a światło słońca rozbłysnęło przez odsłonięte okno. Dziewczyna przesunęła się, tym samym odsłaniając obraz za nią.

– Ja tak nie wyglądam! – krzyknęła, jednocześnie uśmiechając się zalotnie. – Źle mnie namalował!

– Ależ nie kochanie, nikt nie obiecywał ci, że artysta ujmie cię w pełnej krasie – odpowiedział Naraal. – I wyglądasz pięknie.

– Nie prawda! – zbliżyła się do niego. – Nie jestem piękna i wcale tak nie wyglądam!

Złościła się, jednak wiedział, że żartuje. Lubił ją taką. Z jednej strony krzyczała, z drugiej jednak wystarczyła jej sekunda, żeby go przytulić czy pocałować. Nigdy nie pozwalała na to, żeby gniew przesłonił jej miłość. Uważał to za intrygujące i nierealnie piękne. Teyrenae nigdy w życiu nie podniosła na niego głosu w gniewie.

– No powiedz, że tak nie wyglądam – poprosiła, siadając Naraalowi na kolanach, przodem do niego. – No powiedz! Powiedz! Powiedz! Powiedz! – zaczęła mruczeć do ucha. – A cię wynagrodzę… – szepnęła, kładąc mu rękę na brzuchu. Schodziła nią coraz niżej i niżej.

– W rzeczywistości wyglądasz dużo piękniej – wysapał.

***

Wspomnienie szczęścia, niczym silny cios wymierzony w brzuch, rzuciło go nagle na ziemię. Po żywym dowodzie piękna zostało tylko wspomnienie uwiecznione na obrazie. Artysta oddał piękno jego żony bardzo dokładnie. Nigdy nie rozumiał narzekań kobiety. Widocznie była to jedna z cech, jakich nigdy nie mógł pojąć u ukochanej. Jeszcze jedna wada, za którą wskoczyłby w ogień. Rozpacz ogarniała go, a migawki tylko pogarszały sprawę. Chwycił butelkę bourbonu, która tylko czekała na ‘’wyjątkową” okazję.

***

– Król wysłał ci w tym roku ten oto trunek, Panie. W rocznicę bitwy pod Irnifalem, gdzie wsławiłeś się wielkim męstwem. Tak napisano na kartce! – odpowiedział lokaj przynosząc butelkę.

– Jest to najlepszy trunek z valandriolskich piwnic – dodał, jakby usprawiedliwiając się. – Ten alkohol ma prawie 200 lat! – mówił podekscytowany.

– Ciekawe. Nigdy nie piłem tak starych trunków – skwitował Naraal.

– Kochanie – wtrąciła Teyrenae, kładąc jedną dłoń na ramieniu lorda, drugą gładząc swój widoczny już brzuch. – Może zostawimy tak drogi alkohol na inną okazję? Na przykład kiedy urodzin się nasz syn? – uśmiechnęła się do niego.

– To dobry pomysł, kochanie! – Naraal odwzajemnił grymas. – Później napiszę królowi list z podziękowaniem, możesz na razie odejść.

Sługa odwrócił się i skierował w stronę drzwi. Lord podszedł do barku i włożył butelkę do szafki. Odwrócił się do kobiety, która siedziała już na łóżku. Zdziwił się, nigdy nie mógł przywyknąć do tego, że Teyrenae poruszała się bezszelestnie, nawet będąc w ciąży. Po prostu stąpała po ziemi tak lekko, że nawet szata nie szeleściła w takt jej ruchów. Coś w ostatnim zdaniu, które od niej usłyszał go zaniepokoiło. Zaczął analizować słowo po słowie.

– Skąd wiesz, że to syn? – spytał zbliżając się do niej.

– Kobiety wiedzą takie rzeczy – ponownie uśmiechnęła się i przyciągnęła go do siebie.

***

Wziął łyk z butelki i skrzywił się. Nie wiedział, czego ma się spodziewać po dwustuletnim bourbonie. Im starszy, tym lepszy, tak się przynajmniej mówiło. Jednak to smakowało jak zwykły bourbon połączony ze starą piwnicą, pajęczynami, przegniłymi szmatami i ziołami lekarskimi. Ponownie przyłożył butelkę do ust i wychylił zawartość wprost do swojego gardła. Sama świadomość, że wlewa się w siebie taką ilość procentów powodowała, że był pijany.

– Twoje zdrowie, ukochana – powiedział dławiąc się łzami. – Twoje i Neriva. Oby chociaż ten chłopak był szczęśliwy.

Pił aż osuszył całą butelkę. Dopóki płyn palił jego gardło, nie myślał o ukochanej. Rzucił flaszką o drewnianą podłogę i wstał. Potężne uderzenie alkoholu odbiło się zawrotem głowy, rzucając go na kolana. Powstrzymał się od wymiotów i podniósł głowę. Zamroczonymi od trunku oczyma spojrzał na biurko. To samo biurko, na którym tyle razy się kochali i to samo, które kazała zamówić u stolarza pierwszego dnia, w którym tu przybyła.

***

– To tutaj nie pasuje – stwierdziła od razu po wejściu. Widział po jej oczach, że ten mebel przeszkadzał jej tak, jakby był to śmieć leżący wśród diamentów. Podeszła do biurka, wzięła pierwszą lepszą kartkę i zaczęła szkicować coś ołówkiem.

– Muszę ci zrobić nowe, to tutaj zupełnie nie pasuje. Tak, zamówię ci nowe! – powiedziała jak natchniona. Kilkadziesiąt sekund kreśliła po kartce, później wyprostowała się i wręczyła mu rysunek. – Spójrz! To idealne biurko. Lepsze od tego. Uwierz mi, odzwierciedla w pełni twoją duszę. Zamówię je dla ciebie, dobrze?! – naciskała.

– Skąd wiesz? – wyjąkał mężczyzna. Nie spodziewał się tego po młodej kobiecie, którą znał raptem kilka dni.

– Już zdążyłam cię poznać, lordzie Naraalu – odrzekła uśmiechając się promiennie. On uwielbiał ten uśmiech. – Zaufaj mi.

***

Doczołgał się do biurka, po czym usiadł na podłodze, odczekał chwilę aż kołowrotek w jego głowie nieco się uspokoił. Uniósł się na dłoniach, by móc zasiąść na fotelu stojącym przy tym masywnym meblu. Na siedzisku poczuł się bezpieczniej. Powoli przejechał dłonią po idealnie gładkim blacie i ogarnął wzrokiem wszystko to, co stanowiło składową jego miejsca pracy. Spojrzał na ornamenty wyrzeźbione przez stolarza, zdobiące jego górną szufladę. Lokalizacja najważniejszych dokumentów. Pierwszy papier widoczny po otwarciu – akt ślubu, który nawet nie zdążył się zestarzeć.

***

Organy nagle rozbrzmiały i dźwięk rozszedł się pośród ścian, brutalnie wdzierając się w bębenki uszu zgromadzonych. Kilkumetrowy, czerwony dywan, usypany płatkami białych róż. Za jedwabiście białą kotarą, lada chwila ukazać się miała przystrojona panna młoda. Goście odwrócili się. Nie mogli doczekać się widoku przyszłej lady Arestog. Naraal smętnie rzucił okiem na puste krzesła. Nie było nikogo z ich krewnych. Jego własny ród znienawidził go za sukces. Wzrok przyciągnęło zawirowanie kotary, gdzie pojawiła się odziana w białą szpilkę stopa, a po chwili, zgrabne kolano. Piękna i niewinna. Brunetka o alabastrowej skórze i jasnoróżowych oczach, wkroczyła pewnie. Chód kobiety, który zupełnie nie pasował do jej niebywale skromnej natury. Mężczyzna dostrzegał w jej źrenicach, że pragnęła tego samego, co on. Jak najszybszego zakończenia ceremonii. Widział, jak bardzo się denerwowała. Sam czuł to samo. Właściwie to podczas ceremonii był już po alkoholu. Pamiętał tylko, że na każde zadane pytanie miał odpowiadać ‘’tak’’ i nie dodawać nic więcej. Byle się nie zbłaźnić, byle dobrnąć do końca. Przybył nawet przedstawiciel króla. Pamiętał głębie jej wpatrzonych w niego, pełnych miłości oczu i ton jej głosu mówiącego ‘’tak”. To słowo zapamięta do końca życia.

***

Wyjął kartkę z szuflady i złapał ją tak, żeby móc ją porwać. Zawahał się przez chwilę, po czym odłożył tam, skąd wziął. Zamknął szufladę i położył łokcie na blat, opierając na nich głowę. Czuł jak łzy spływają mu po nadgarstkach. Podniósł czoło i spojrzał przez okno, słońce zaczynało już wstawać, a on dalej walczył ze sobą w nierównym pojedynku. Utkwił wzrok w alejce i rosnącym przy niej zagajniku.

***

– Kocham cię – rzucił nagle sam z siebie, przerywając tym ciszę. Teyrenae zatrzymała się i odwróciła w stronę mężczyzny. – Kocham cię, Tey.

Patrzył chwilę w jej jasnoróżowe oczy. W rozszerzone, wpatrzone w niego źrenice, które miały taki sam wyraz, jak te grithianskiego wojownika, któremu wbił sztylet w serce. Ona tak właśnie patrzyła.

– Kocham cię, Teyrenae Tifion, zakochałem się w tobie od pierwszego wejrzenia – rzekł.

– Ja… – zaczęła dziewczyna. Zawahała się, jednak tylko na chwilę, po czym rzuciła się w jego ramiona. Zaczęła mówić do jego ramienia tak szybko, że ciężko było zrozumieć poszczególne słowa.

– Też cię kocham. Bałam się, że nigdy tego nie powiesz. Bałam się. Bałam się początkowo tego, że nigdy mnie nie pokochasz, że będziesz mnie traktował tylko jako damę w opałach. Bałam się, że będę tu mieszkać i nie pozostanie mi nic innego, jak tylko żyć na twojej łasce i obserwować, jak znajdujesz sobie panią Arestog. Po naszym pierwszym pocałunku bałam się, że szybko ci się znudzę i znajdziesz sobie inną. Bałam się, że będę kiedyś musiała żyć bez ciebie. Nari, jesteś dla mnie wszystkim. Stałeś się panem mojego świata w chwili, kiedy to pociągnąłeś mnie za rękę, wtedy w Xyranalu. Przybyłam tu, nie wiedząc, co mam robić ze swoim życiem. Przybyłam tutaj, nie wiedząc po co. Teraz już wiem. Przybyłam, żeby spotkać ciebie. Jesteś całym moim życiem i nie chcę być nigdzie indziej.

Pociągnęła nosem, Naraal nawet tego nie zauważył. Normalnie zwróciłby na to uwagę, jednak było w niej coś takiego, że wydawała się pozbawiona wad. Już wtedy podjął decyzję, że zostanie jego żoną.

***

Wstał z krzesła. Wspomnienia utraconej miłości pozbawiały go sił. Spojrzał na wielkie łóżko, na którym leżała jeszcze poprzedniego dnia. Obudził się obok niej dobę wcześniej. Wstał pełen nadziei, wierząc, że tego dnia ich rodzina się powiększy. Liczba nie uległa zmianie. Położył się na łóżku i mocno wciągnął powietrze do płuc. Poczuł jej zapach. Mieszanka smutku, rozpaczy i alkoholu spowodowała, że zerwał się i zwymiotował na podłogę. Rano zawoła Ewenita Anstre. Mag mógł znać jakieś zaklęcie, dzięki któremu zamknięty w kołdrze zapach żony będzie mógł czuć do końca życia. Póki co, zalewał się łzami. jęcząc, szlochając i wzywając Ethnu na pomoc. Zasnął we własnych wymiocinach i łzach na podłodze.

***

Dzień po siedemnastych urodzinach Neriva, Naraal postanowił wyruszyć do Andraonu. Nigdy przedtem nie był tak daleko na południu. Od czasów dziecięcych odechciało mu się podróżować, ale teraz coś tknęło go, żeby poszerzyć swoją kolekcję egzotycznych figurek. Na dodatek chciał poznać kraj swojej żony, właśnie w rocznicę jej śmierci. Niewiele wiedział o ojcowiźnie Teyrenae, ale pragnął go zobaczyć przed śmiercią. Chciał zobaczyć kraj, który zrodził najwspanialszą istotę w Eesitrii.

Naraal zszedł pewnym krokiem z trapu. Popatrzył na okręt i przypomniał sobie, jak kiedyś sam był marynarzem. Zerknął jeszcze raz na wysokie maszty i niespiesznie skierował się w stronę przyportowego bazaru. Targ w Araon był znany jako największy w południowej Eestirii. Przybywały tam nawet derfy z Rph’eaen i różnoracy mieszkańcy Ghnti. Kiedyś rzekomo bywali nawet ludzie z Nur. Przechadzając się wśród straganów, nagle dostrzegł coś, co wprowadziło go w bezgraniczne osłupienie.

– Co to jest?! – krzyknął na sprzedawcę.

– Słucham? – spytał kupiec, bardzo zszokowany jego wybuchem.

– Pytam, co to jest? – powtórzył nieco grzeczniej.

– Figurka, Panie – wysapał. – Figurka prosto z Ghnti, Panie, przywiozłem ją tutaj. Ograbiliśmy jakichś dzikusów. Składali jej krwawe ofiary. Mówili, że to bogini ciemności, która opiekuje się ich ludem i pozwala im ujrzeć słońce, kiedy już napoi się krwią niewinnych i swoją władzą. Ciemne ludy, Panie. I strasznie głupie.

– Biorę! Ile za tę figurkę?

– Wystarczy Mortem – powiedział, uśmiechając się.

Naraal bez słowa wyciągnął monetę i dał kupcowi, ten zamruczał pod nosem niezadowolony.

– Mogłem powiedzieć dwa.

– Jak miała na imię? – spytał głośno.

– Co… Słucham?

– Jak na imię miała ta bogini?

– A nie wiem, Panie, nie pamiętam. Dziwne ghntijskie nazwy ciemnych ludów.

– Tyle mi wystarczy, dziękuję.

Naraal chwycił nefrytową, półmetrową figurkę przypominającą do złudzenia jego ukochaną. Nie mógł uwierzyć własnym oczom, ale uspokoił się. Zdał sobie sprawę, że od śmierci Teyrenae minęło czternaście lat. W dodatku przedmiot pozbawiony był kolorów. Po chwili zdał sobie sprawę, że to głupie. Całe życie za kimś się uganiał. Teyrenae przypominała mu Feyviti, tylko dlatego, że miała jasnoróżowe oczy i widział ją tylko we śnie. Natomiast ta figurka przypominała mu jego ukochaną żonę, dlatego, że nie widział jej lata. Wyśmiał samego siebie, że wyobrażał sobie kiedyś, że jego żona była ucieleśnieniem anielicy, która przybrała postać śmiertelniczki z tęsknoty za nim.

Niedługo miał dowiedzieć się o tym, jak niewiele się wtedy mylił i jak bardzo jednocześnie.

Wróć do domu.

Przypatrywanie się rzeźbie uruchomiło w nim jakieś dawne wspomnienia, których nie miał od lat. Jej głos znów rozbrzmiał w jego głowie. Możliwe, że były to jego własne uczucia. Coś kazało mu wrócić do Irnikralu.

Wybrał się więc w swoją ostatnią podróż… i wrócił do domu.

Cum Daemonibus

Naraal Arestog odłożył delikatnie książkę na miejsce. ,,Przygody podróżnika Vaa” były bardzo stare nawet wtedy, kiedy je znalazł, a było to przeszło dziesięć lat temu. Znalazł ją na strychu rodzinnego domu. Pomimo tego, że miał już siedemnaście lat, dalej uwielbiał przeglądać ją przed snem. Właściwie to nigdy się z nią nie rozstawał. Zaciekle bronił swojego skarbu przed niszczycielskimi łapskami swojego młodszego rodzeństwa. Była dla niego bezcenna. Symbolizowała wolność, ucieczkę od rzeczywistości. Inspirowała do walki o marzenie, które miało się spełnić.

Naraal pochodził z chłopskiej, wielodzietnej rodziny. Całe jego życie skupiało się na pomaganiu w prowadzeniu gospodarstwa. Przytłaczała go nuda, każdy dzień był taki sam. Praca na roli, posiłek i sen zdawały się przeplatać. Chłopak nie dostrzegał żadnych perspektyw, ale nie przeszkadzało mu to dopóki przypadkiem nie znalazł owej książki. Ojciec nigdy nie był zainteresowany kartkami poznaczonymi niezrozumiałymi dla niego znakami. Podobnie jak większość chłopów, tak i on, nie potrafił czytać.

Naraal również tego nie potrafił i nic nie zapowiadało zmiany tego stanu, aż do momentu, kiedy będąc na jarmarku wykorzystał chwilę nieuwagi matki i wymknął się. Siedmioletni wtedy chłopak podszedł do handlarza wyglądającego na obcokrajowca i zapytał o tajemnicze litery. Traf chciał, że spotkał mężczyznę, który może z dobrego serca, a może z braku lepszego zajęcia zaczął objaśniać mu głoski. Minęło trochę czasu, zanim rodzicielka spostrzegła nieobecność pierworodnego. Jeszcze więcej, zanim go odnalazła. Te parę godzin wystarczyło, jednak chłopcu na nauczenie się większości liter. Sam handlarz był pod wrażeniem chłonności umysłu dziecka. Nawet próbował przekonać jego rodziców, by wyprawili go na nauki. Ojciec jednak nie podszedł do tego zbyt entuzjastycznie, szczególnie, że nie było go na to stać.

Od tego czasu Naraal, w każdej możliwej chwili, uczył się czytać. Co tydzień jeździł z rodzicami na targ, aby tam prosić przypadkowych handlarzy o pomoc w nauce. W zamian za to oferował im symboliczną pomoc lub drobne przedmioty, które udało mu się podkraść z rodzinnego domu. W końcu, po czasie, chłopcu udało się przeczytać samemu pierwszy rozdział ,,Przygód Podróżnika Vaa”. W kolejnych kilku rozdziałach odkrył ze zdziwieniem jak myląca była ta nazwa. Vaa nie był ani podróżnikiem, ani nie miał żadnych przygód. Vaa był jedynie marionetką w rękach pozaziemskich istot. Naraal zaczął zastanawiać się, czy i jego losem nie rządzi jakaś tajemnicza siła, której nie jest w stanie się oprzeć.

Gdy tylko nadarzyła się przerwa w pracy, on czytał. To właśnie ta, pokryta wytartą już czernią i tajemnicza zarazem, księga poszerzyła horyzonty dziecka. Naraal zaczął rozumieć ogrom świata. Świat Nur’estiri’gh wydawał się mu nieskończenie wielki i ciekawy. Śnił więc w nocy i marzył w dzień, o nieznanych zachodnich krainach oraz południowych krańcach świata. Myślał o tajemniczym kontynencie Ghnti, gdzie rządziła magia, a jego powierzchnia nigdy nie została zbadana. Pożądał Nur, gdzie cywilizacja upadła. Wzdychał tęsknie do Błogosławionego Imperium. Dziwił się, że niegdyś jego ojczyzna – Xynthial nie istniała na mapie. Zapragnął wyruszyć w świat, zmieniać go, być kimś.

Rodzina jednak podcinała mu skrzydła. Pochwalił się kiedyś matce, że chciałby zostać podróżnikiem. Snuł opowieści o zwiedzaniu niezliczonych krain. Chciał widzieć setki ludzi, oglądać niewyobrażalne dziwy, jakich nie uświadczyłby w rodzinnych stronach – przeżyć przygodę.

– Wyrośniesz z tego – odpowiedziała. – Kto będzie zajmował się twoimi braćmi i siostrami, kiedy nas zabraknie?

Naraal zapamiętał te słowa. Choć się rozczarował, poczuł jakąś wewnętrzną dumę z tego, że ktoś pokłada w nim nadzieję i uważa odpowiedzialnym za przyszłość rodziny. Słowa matki głęboko na niego wpłynęły i zmieniły postrzeganie niektórych spraw. Kobieta, która dała mu życie i miłość, przecież nie mogła źle mu życzyć. Postanowił dojrzeć. Przestał śnić na jawie. Zaczął myśleć o sprawach bardziej przyziemnych. A przynajmniej się starał.

Siedemnaste urodziny sprawiły, że coś w nim pękło. Zew zwyciężył. Dziwne uczucie kazało mu ruszyć w drogę. Po zachodzie słońca, kiedy wszyscy położyli się spać, spakował najpotrzebniejsze rzeczy i ruszył na wschód w stronę wielkiego oceanu. Wreszcie poczuł się wolny.

Trakt wydawał mu się zatłoczony. Nigdy nie widział takiego tłumu. Podziwiał różnorodnośćstrojów ludzi spotykanych po drodze. Poznał wielu pomocnych i bezinteresownych wędrowców, którzy pomagali mu w taki sposób, że zaczynał zastanawiać się, czy to zasługa jego czaru, czy może każdy samotny wędrowiec spotyka się z taką gościnnością. Obcy ludzie często zapraszali go do swoich obozów i gościli. Dzięki nim Naraal wiele się nauczył, zyskał doświadczenie oraz cenne umiejętności. Jak na wieśniaka, był bardzo otwartym i wzbudzającym zaufanie kompanem. Charyzma i otwartość powodowały, że rozmowa z nim zadowalała nawet szlachetnych panów i uczonych. Jego największą zaletą pozostawało nadal to, że potrafił słuchać. Zapamiętywał fakty i cały czas rozbudowywał swój światopogląd. Każdy, kogo spotkał na tym irnifalijsko-istrolijskim trakcie, wydawał się niesamowity, nietypowy i odmienny. Napotkani ludzie, między którymi byli zarówno magowie, jak i duchowni czy rycerze, jawili się mu jako inna historia, inny punkt widzenia. Chłopak podczas podróży dowiedział się dużo o polityce, swojej ojczyźnie – Xynthialu, ekonomii oraz geografii. Napotkani mówili mu o matematyce, chemii i magii. Słuchał z pasją o legendach, przygodach tudzież odległych lub bliskich krainach, gdzie żyją niesamowite stworzenia i inne rasy. Na tym trakcie pierwszy raz zobaczył derfa. Poprzysiągł sobie, że musi odwiedzić kiedyś podwodny kraj Rph’eaenm – ojczyznę tych istot. Na tej drodze nauczono go, jak można przetrwać jedząc tylko to, co rośnie w lesie. Zaczął bać się potęgi Grithianu czyhającego na Xynthial i nie mógł się doczekać aż zobaczy Złoty Valandriol oraz jego perłę – legendarne stare miasto Deriolu.

Nie mógł włóczyć się w nieskończoność. Na końcu szlaku malował się krajobraz, wznoszących się ponad budynki Istrolu, portowych żurawi.

Poczuł, że morze jest jego przeznaczeniem. Nie szukał rozwiązania długo. Porozmawiał chwilę z kapitanem na przycumowanym statku „Głodny Marynarz”. Nawet zdziwił się, jak łatwo mu poszło, nie wiedział czy to kwestia jego erudycji, czy zapotrzebowania na załogę, ale został przyjęty od razu. Jeszcze tego samego dnia wyruszył jako majtek na wyspę Aryol. Szczęście dopisywało mu od początku podróżny tak bardzo, że nie wierzył w to, że w tym nowym, szczęśliwszym świecie bywali w ogóle ludzie nieszczęśliwi.

***

Naraal wpatrywał się w horyzont, opierając się o drewniany reling. Spoglądał na gwiaździste niebo. Zapowiadała się spokojna noc. Wrócił pamięcią do swojego życia na wsi. Przez siedemnaście lat, każdy dzień był podobny do poprzedniego. Spojrzał na podniszczony już egzemplarz „Przygód podróżnika Vaa”, westchnął, po czym udał się w stronę swojej kajuty. Wszedł do ciasnego pomieszczenia, usiadł na posłaniu i położył ukochaną książkę na skrzynce leżącej obok łóżka, w której znajdowały się wszystkie jego rzeczy. W kajucie nie było niczego więcej, tylko skrzynia, stara prycza i ten cholernie niski sufit. Tak niski, że nie było sensu wsadzać tam nawet krzesła. Wyjął ze specjalnego otworu kryształ, który wydał z siebie dźwięk przypominający kliknięcie i zgasł, a w pokoju zapadła ciemność. Położył się na pryczy i chwilę wpatrywał w dominującą w pokoju czerń. Następnego ranka mieli dotrzeć do Aryolu. Buzowały w nim niewytłumaczalne emocje. Miał dziwne wrażenie, że czeka go tam coś niezwykłego. Udało mu się zasnąć dopiero nad ranem. Pamiętał, że niebo już szarzało.

Obudził go dźwięk rogu, który oznajmiał przybycie do portu. Naraal przypomniał sobie ze zgrozą, że miał pełnić poranną wartę i wystraszył się, że pierwszy oficer zauważył jego spóźnienie. Ubierając się w pośpiechu, wybiegł na pokład i po chwili z ulgą stwierdził, że nikt nie zwrócił uwagi na jego nieobecność. Na horyzoncie wyraźnie malowała się już wyspa. Zamierzał udawać, że cały czas był na pokładzie.

– Dużo do rozładowania, pierwszy oficerze? – zapytał podchodząc jakby mimochodem.

– Trochę – odburknął, wiecznie zamyślony, wyższej rangi marynarz.

– Długo nam to zajmie, pierwszy oficerze?

– Trochę… – odpowiedział śpiąco, a po chwili zapadła męcząca cisza.

Czuł się nieco zbity z tropu.

– Jak długo tu zostaniemy? – spytał w końcu.

– A na trochę… – odpowiedział spokojnie.

Po tej ‘’dynamicznej” wymianie zdań Arestog zdecydował się stanąć trochę dalej. Po prostu czekając na dalsze rozkazy.

– Arestog!

– Tak?! – zareagował od razu chłopak. Odwracając się, zobaczył znajomą twarz i od razu dodał – kapitanie?

– Co zamierzacie? Załoga zajmuje się przygotowaniem do rozładunku, a wy stoicie przy maszcie i patrzycie w dal, niczym jakiś idiota – kapitan miał skłonności to mówienia pełnych zdań na jednym wdechu. Wypowiedź zajęła mu raptem dwa uderzenia serca. Chłopak przez chwilę stał jak wryty i zastanawiał się, co właściwie teraz usłyszał.

– Już idę! – odkrzyknął zdecydowanie. – Kapitanie!

– Gdzie idziecie? – odezwał się kapitan.

Naraal przez ten krótki rejs nauczył się, że jego przełożony miewał różne nastroje, rozmowa z nim zawsze kierowała się jakąś abstrakcyjną logiką.

– Pomóc swoim kolegom, załodze… – odpowiedział niepewnie.

– Nie kazałem wam iść pomagać załodze! – krzyknął przełożony.

– Nie…? To znaczy. A tak, oczywiście!

– Zapytałem, co zamierzacie!

– Pomóc! – krzyknął ochoczo, jednak po chwili dodał zmieszany pytaniem – wykonać swoje obowiązki!

– Dobrze! Zuch chłop! Macie wolne na dziś! – powiedział kapitan z dziwacznym entuzjazmem, po czym dodał – opowiadaliście o tych swoich przygodach, co je chcieliście przeżyć, to teraz idźcie i przygodujcie.

Naraal patrzył przez chwilę, to na pracującą w pocie czoła załogę, to na siwobrodego kapitana z fajką w ustach, który właśnie przestał się nim interesować i spoglądał na panoramę miasteczka. Ponad gromadę niskich domów wybijały się jedynie dwa budynki. Jednym był kościół Ethnu, drugim ratusz.

Kiedy tylko przybili do brzegu, młodzieniec zdecydował się ruszyć na „przegląd wyspy”. Nie zastanawiał się dokąd idzie, nie miał celu. Szybko jednak zaczęły towarzyszyć mu dziwne uczucia, których doznał poprzedniego wieczoru. Miał nieodparte wrażenie, że idzie w konkretnym kierunku.

Nie mylił się.

Bezwiednie wszedł do gęstego lasu. Nie zwracał nawet uwagi na uspokajającą zieleń i charakterystyczny, kojący zapach boru. Po zaledwie kilkuset metrach, zamknięty pośród ścian drzew otaczających wąską ścieżkę, stanął. Odsłonił gałęzie krzewów, a jego oczom ukazały się ruiny. Ruszył przed siebie. Czuł, że to może być właśnie jedno z takich miejsc, dla których opuścił rodzinny dom. Liczył na coś niepowtarzalnego. Na schodach prowadzących w dół znajdowało się pełno liści oraz ziemi. Nie dostrzegał na nich żadnego tropu, czy też odcisku stopy. Przecież to niemożliwe, że tak blisko ruchliwego portu, na zaludnionej od setek lat wyspie, ukrywały się niesplądrowane lub nieodwiedzane przez nikogo ruiny. Choć im bardziej zbliżał się do budynku, tym większy niepokój go ogarniał, to nadal zwyciężała chęć przygody. Zdawało mu się nawet, że coś go tam przyciąga.

Kiedy zszedł kilka stopni w dół, zanurzył się w ciemności, ale już parę kroków dalej dostrzegł zieloną poświatę, docierającą gdzieś z drugiego końca tunelu. Trochę dalej to światło zaczęło nabierać formy, były to dwa ogromne kryształy. Nigdy nie widział magicznych klejnotów o takiej wielkości – były wyższe od niego. Podszedł do nich i zaczął się im przypatrywać. Fosforyzujące zielenią kamienie stały osadzone w idealnie dopasowanych, kamiennych niszach.

Niespodziewany rozbłysk oślepił go na tyle mocno, że chłopak musiał zasłonić sobie oczy ręką, lecz kiedy je odsłonił nie był już w kamiennym tunelu. Miejsce, w którym się znajdował, nie wyglądało mu na Eestirię. Tkwił w zawieszeniu pośród szarej nicości. Wokół niego, w ciasnym kręgu skupiały się setki, jeśli nie tysiące, dziwnych, przerażających, człekokształtnych istot. Potworne sylwetki, składające się głównie z półprzeźroczystej, szarawej tkanki i dziesiątek losowo wtopionych w nią oczu. Tysiące ślepi zamykało się w amebicznych ciałach, znikając bez śladu i pojawiając się w zgoła innych miejscach. Młody Arestog na początku pomyślał, że to sen, zwodniczo realny koszmar, ale z każdą chwilą utwierdzał się w przekonaniu, że znalazł się w bardzo złym miejscu, w dość niekorzystnym czasie. Zamarł i czekał na rozwój sytuacji. Kolejne, co do niego dotarło to odkrycie, że świat, w którym się aktualnie znajdował, posiadał więcej niż trzy wymiary. Istoty stały jedne w drugich, wtapiając się w siebie, tworząc bezkształtną, lepką mgłę, jednocześnie widocznie były od siebie oddzielone. Naraalowi nie dotykał ich, a jednocześnie wydawało mu się, że przenika je, czując przy tym coś pomiędzy lekkim mrowieniem a zimnem.

Przyglądał się światu, w którym się znalazł, a z każdą chwilą zdawał się dostrzegać nie tyle więcej (jak po gwałtownym zanurzeniu się w ciemności), ile inaczej. Kiedy tak stał, czekając na rozwój wydarzeń, które jak się obawiał, miały zakończyć jego życie, wszystko stawało się bardziej jaskrawe. Zarysy istot były coraz ostrzejsze, bardziej ludzkie, a niebo, które się nad nim otwierało, zmieniało barwę w przyjemny, różowawy błękit zachodzącego słońca.

– Witaj, przybyszu – odezwał się w jego głowie damski głos. Miał dziwaczny ton, jakby coś, co nigdy nie spotkało człowieka próbowało go uwieść. – Czekaliśmy na ciebie.

– Tak? Ale… gdzie ja teraz jestem? – wydukał.

– W sferze światła – rozległa się odpowiedź. – W sferze wiecznego szczęścia.

– Czym jesteście? – rzucił z lekką odrazą.

– Nasza rasa nazywa się Ghfn’youy’phf – tu padły niemożliwe do wypowiedzenia głoski, usadowione na różnych wysokościach skali głosu, których praktycznie nie dało się zapamiętać. Nazwa była na tyle skomplikowana, że od razu wiedział, że nie powtórzy jej, choćby słyszał ją setki razy.

– Dlaczego tu trafiłem? – dociekał Naraal.

– Z powodu anioła, który poprosił nas, byśmy cię ugościli.

Naraal od razu skojarzył to z książką, która go wychowała, ale myśl ta szybko znikła, jakby wyparowała.

Istoty, choć nadal przerażające, wydawały się coraz przyjaźniejsze, a głos przybierał milszy wydźwięk. Słychać w nim było prawdziwą miłość i ukojenie, co przywodziło na myśl spokój rodzinnego domu, a zarazem seksualną rozkosz.

– Jesteś wybrańcem.

– Ja? Wybranym? Do czego? – zdziwił się.

– Do wielkich rzeczy. Będziesz musiał uratować swoją ojczyznę, Xynthial – usłyszał w myślach.

Z kłębowiska ciał pozostała tylko jedna, stojąca przed nim postać, która z minuty na minutę coraz bardziej przypominała kobietę. Niezwykłą kobietę. Najpiękniejszą kobietę, jaką Naraal kiedykolwiek mógł sobie wyobrazić.

– Jesteś wybrańcem. Tym, który zmieni los Eestirii na zawsze.

– Ale dlaczego ja? – dalej pytał Naraal, wpatrując się w postać formującą się przed nim.

Rozejrzał się i dostrzegał coraz więcej szczegółów otoczenia, których wcześniej nie widział. Kiedy spojrzał pod nogi, uświadomił sobie, że nie stoi na niczym konkretnym, ale jednak coś go utrzymywało. Wpatrując się w dziwaczny grunt, potrafił wyłapać drobne elementy powierzchni. Widział każde ziarenko pozawymiarowej, piaszczystej substancji, które w końcu zlewały się w jedną strukturę, ginąc gdzieś w oddali. Rozróżniał nie tylko fakturę konkretnych substancji, ale również ich wnętrze i powierzchnię z każdej strony oraz boków. Towarzyszyło temu niesamowite uczucie, którego nie potrafił opisać nawet we własnych myślach.

– Jesteś wyjątkowy – powiedziała kobieta ubrana teraz w jedwabną, skromną, ale seksowną suknię.

Zrobiła krok w jego stronę.

– Bystry… – zbliżała się do niego – inteligentny… – znajdowała się już nie dalej niż na wyciągnięcie ręki… – odważny, prawdomówny, otwarty, skromny…

Naraal bezustannie patrzył w jej jasnoróżowe, hipnotyzujące oczy. Przysunęła się tak blisko, że czuł jej oddech na swojej twarzy. Miała taki niewinny wzrok, kiedy na niego spoglądała.

– I utalentowany – skończyła, zarzucając mu ręce na szyję, po czym zaczęła całować.

Nagle zrobiła krok do tyłu. Przez chwilę taksowali się wzrokiem. Jej jasnoróżowe oczy skrywały głębię ukrytych emocji. Miały jakiś magnetyczny, nieziemski urok. Badawczo i jakby trochę poddańczo, wpatrywała się w Naraala, a chłopak czuł, że rośnie w nim podniecenie. Przyglądał się chwilę jej piersiom, których zarys malował się w fałdach prostej sukni. Dziewczyna, widząc to poruszyła delikatnie ramionami i ubranie bezszelestnie osunęło się do jej stóp, ukazując niespotykanie perfekcyjne ciało. Krew odpłynęła z mózgu, a sam chłopak, o dziwo, poczuł się zrelaksowany. Wszelkie znamiona niepewności i strachu odeszły. Patrzył chwilę na piękno, które stało przed nim, nie wierząc własnym oczom. Nagle zdał sobie sprawę, że oboje są nadzy. Naraal całe swoje życie czekał na taką chwilę, śnił o niej, marzył wielokrotnie. W tym momencie to wszystko było rzeczywiste, a jego rajski ogród znajdował się tu i teraz. Stał i patrzył niczym zahipnotyzowany. Dziewczyna znów podeszła do niego, muskając delikatnie jego ciało swoim. Wpiła swoje usta w jego wargi, a on długo rozkoszował się ich smakiem i zmysłowym dotykiem. Czuł subtelny napór jej nagich piersi. Ciepło, bijące od miękkiej skóry, powodowało u niego gorące dreszcze, płynące falami wzdłuż kręgosłupa. Ręce automatycznie objęły kochankę i wędrowały w dół, muskając koniuszkami palców jej delikatną skórę. Zatracony w niekończącym się pocałunku, złapał ją za pośladki i ścisnął mocno. Były zadziwiająco przyjemne. Wszelkie troski i lęki odpływały w nicość. Istota, odrywając usta od jego nienasyconych warg, wydała z siebie zduszony jęk. Spojrzał na nią, próbował wyłapać najmniejsze detale urody. Jej dolna warga drżała z podniecenia, podczas gdy oczy mówiły tylko jedno: zrób ze mną, co chcesz, jakby jutra nie było. Odwróciła się niespiesznie i z gracją. Poczuł, jak jej pośladki ocierały się o jego nagie ciało, a dłonie złapały jego ręce i ułożyły na krągłych, apetycznych piersiach. Jego palce zacisnęły się mocno. Połączenie bólu i podniecenia spowodowało, że anielica cicho westchnęła. Ujął ją, kusząco wypiętą w jego stronę, drżącymi rękami i zbliżył się. Oddech dziewczyny przyspieszył jeszcze bardziej, a po chwili przeistoczył się w subtelny jęk, kiedy w nią wszedł. Ten głos był najbardziej podniecającym dźwiękiem na świecie. We wszystkich światach. Poczuł rosnące podniecenie, po czym przyspieszył tak bardzo, że aż zabrakło mu tchu. Starał się utrzymać rytm mocnych pchnięć, ciągnąc ją za trzymane w garści, czarne jak węgiel i błyszczące jak diament. włosy. Dziewczyna zaczęła krzyczeć, a on wpijał się, wciąż głodnymi ustami, w jej alabastrową, długą szyję. Podniecenie wzmagało się, aż wreszcie eksplozja pożądania przesłoniła oczy i rzuciła go z impetem na ziemię.

– Musiałam podziękować ci za to wszystko, co dla mnie zrobisz, mój ukochany – powiedziała kojącym, słodkim głosem. – Muszę cię jeszcze wiele nauczyć skarbie. Muszę nauczyć cię walczyć. To kiedyś uratuje ci życie. Czy masz jakąś broń? – zapytała.

– Mam… miałem nóż, kiedy tu wchodziłem – odpowiedział Naraal, nawet nie zdziwił się, jak szybko od zbliżenia zeszło do rozmowy. Nie wywołało u niego zdumienia nawet to, że nie był zdyszany. Był przecież w sferze światła.

– Twoje rzeczy są w skrzyni, która stoi za tobą – odpowiedziała.

Odwrócił się i dostrzegł kufer. W tym wymiarze widział go jednocześnie ze wszystkich stron, jak i ze środka. Dostrzegał ułożone w środku ubranie i spoczywający na nim nóż w pochwie. Widział każdy zadzior na ostrzu, nitkę ubrania i drzazgę kufra jednocześnie, choć obserwował jedynie skrzynię.

– Przynieś swoją broń. Nauczę cię walczyć.

– Dobrze Feyviti, moja ukochana – odpowiedział Naraal.

To imię w nim tkwiło, nie wiedział od kiedy, nie wiedział dlaczego, ale widząc tę kobietę był pewien, że nazywa się Feyviti. Możliwe, że był po prostu młody, jednak wydawało mu się, że czuje do niej coś niespotykanego. Nie tylko przez to, co się stało i jak wyglądała, lecz także dlatego, że było w niej coś zniewalającego, coś co powodowało, że Naraal wierzył w każde jej słowo i ruch. Wydawała się prawdziwsza niż cokolwiek, co ujrzał dotychczas w swoim życiu.

Ze skrzyni wyciągnął ostrze i kiedy schylał się po ubranie, głos odezwał się za nim.

– Ukochany, nie ma sensu się ubierać, nie uważasz? Jesteś tak… podniecający, jesteśmy tu tylko my dwoje. To jest raj, ukochany, a ja jestem twoją anielicą – odpowiedziała. – A teraz pokaż, co potrafisz tym nożem. Nie bój się mnie zranić, mój jedyny, tutaj rany goją się od razu, nie panuje głód ani pragnienie. To jest raj, tu nie trzeba nam niczego – dodała, przyjmując postawę gotową do walki.

Ciężko było określić, ile czasu minęło w pozawymiarowej przestrzeni na seksie, treningu, rozmowach i jedzeniu.. Był to piękny sen, istny raj, najprzyjemniejszy okres w życiu Naraala i pragnął, by ten nigdy się nie skończył. Tam nie występowało coś takiego, jak potrzeby, nikt nigdy nie był głodny, jadł kiedy chciał, nie musiał pić, nigdy się nie męczył, kochał się, bo chciał. Sfera światła była miejscem, gdzie nigdy nie zapadał zmrok, dosłownie i w przenośni. Była rajem.

Ile czasu minęło? Nie dało się stwierdzić. W sferze światła nigdy nie było czasu. Naraal wahał się między dekarem a dekadą.

Niespodziewanie Feyviti przemówiła:

– Ukochany, jesteś w dolinie światła, jednak do niej nie należysz. Należysz do swojej ojczyzny – Xynthialu. Nauczyłam cię już wiele i teraz musisz tylko dopełnić swojego przeznaczenia. Kocham cię i zawsze będę tu na ciebie czekać, tu w raju…

– Jak to? – przerwał jej zdziwiony Naraal.

– Nie puszczam cię jednak do Eestirii bezbronnego. Daję ci twój nóż wraz z pierwiastkiem światła. Teraz będzie ranił twoich nieprzyjaciół dużo skuteczniej, nigdy go nie zgubisz – kontynuowała, jakby nie słyszała jego pytania. – Daję ci coś jeszcze. Jest to zwój z magicznym zaklęciem…

– Ale ja nie umiem czarować. Nawet nie umiem czytać tych szlaczków! – krzyczał, znów jej przerywając.

– … który dasz magowi, kiedy twój kraj będzie cię naprawdę potrzebował. Kiedy nadejdzie pora, będziesz o tym wiedział – dokończyła.

– Ale jak to mam odejść? Chcę tu zostać! – krzyknął.

Obudził go dźwięk rogu, który oznajmiał przybycie do portu. Naraal poczuł, jakby to wszystko już się wydarzyło, jakby doświadczył tego wszystkie. Nie potrafił przypomnieć sobie gdzie. Szybko uznał, że jest to jedno z tych dziwnych, niewytłumaczalnych uczuć. Po chwili przypomniał sobie ze zgrozą, że miał pełnić poranną wartę i wystraszył się, że pierwszy oficer zauważył jego spóźnienie. Ubierając się w pośpiechu, wybiegł na pokład i po chwili z ulgą stwierdził, że nikt nie zwrócił uwagi na jego nieobecność. Na horyzoncie wyraźnie malowała się już wyspa. Zamierzał udawać, że cały czas był na pokładzie.

– Dużo do rozładowania, pierwszy oficerze? – zapytał podchodząc jakby mimochodem, Naraala nie opuszczało wrażenie, że dokładnie wie co odpowie zarówno on jak i oficer. Miał wrażenie, że ta rozmowa już się odbyła.

– Trochę – odburknął, wiecznie zamyślony, wyższej rangi marynarz.

– Długo nam to zajmie, pierwszy oficerze?

– Trochę… – odpowiedział śpiąco, a po chwili zapadła męcząca cisza.

Nie czuł się zbity z tropu, choć wiedział, że ta rozmowa jest dziwna znał dokładnie cały przebieg.

– Jak długo tu zostaniemy? – spytał w końcu.

– A na trochę… – odpowiedział spokojnie.

Wiedział, że zaraz usłyszy kapitana krzyczącego jego nazwisko.

– Arestog!

– Tak… kapitanie?

– Co zamierzacie? Załoga zajmuje się przygotowaniem do rozładunku, a wy stoicie przy maszcie i patrzycie w dal, niczym jakiś idiota – kapitan miał skłonności to mówienia pełnych zdań na jednym wdechu. Wypowiedź zajęła mu raptem dwa uderzenia serca. Chłopak przez chwilę stał jak wryty i zastanawiał się, co właściwie teraz usłyszał.

– Już idę! – odkrzyknął zdecydowanie. – Kapitanie!

– Gdzie idziecie? – odezwał się kapitan.

– Pomóc swoim kolegom, załodze… – odpowiedział niepewnie.

– Nie kazałem wam iść pomagać załodze! – krzyknął przełożony.

– Nie…? To znaczy. A tak, oczywiście!

– Zapytałem, co zamierzacie!

– Pomóc! – krzyknął ochoczo, jednak po chwili dodał zmieszany pytaniem – wykonać swoje obowiązki!

– To róbcie! Za co daje wam żarcie?! Za to, żebyście gapili się, jak osły przed siebie?! Do roboty!

Dwie godziny później, kiedy wszystko było już wyładowane, usłyszał krzyk kapitana:

– Macie przerwę! Za dwie godziny wszyscy zaczynają ładować statek i wyruszamy dalej.

Naraal zdecydował się wrócić na chwilę do kajuty, a potem przejść się po porcie. Kiedy jednak wszedł zgięty w pół do pomieszczenia, w którym zwykle spał, zauważył na skrzyni kopertę. Gdy ją otworzył, oczom ukazał się zwój z jakimiś dziwnymi znakami oraz kartka, na której było napisane:

Pamiętaj o mnie.
Feyviti

Serce zabiło mu mocniej, wspomnienia wróciły. Spojrzał na wiszący u pasa nóż, wyjął go z pochwy, która miała teraz dziwny fioletowawy poblask, a ostrze zalśniło intensywnym, seledynowym blaskiem.

Dziewczynka i kotek

Chmury tworzyły jednolity sufit szarzyzny, zakrywający dokładnie słońce i malujący miasto na kolor bladej czerni. Ponurość pogody mogłoby odebrać chęci do życia. Nie wszystkim jednak.

– Morda, Toser – powiedział pierwszy typ, prawie łysy. Na pierwszy rzut oka jego ciemnoszare spodnie wybijały się kolorystycznie na tle jasnoszarych ubrań kompanów. Dokładne oględziny wskazywały jednak na to, że były bardziej brudne. – Nie mam hajsu, czas kogoś skroić.

– Fytyl, kurwa, mówiłem ci z piętnaście razy, żebyś się nie darł tak, kiedy mówisz, że idziemy kogoś skroić! Chuj mnie to obchodzi, że ty nie masz hajsu, ja mam! – wrzasnął na niego niski i grubawy jegomość. To on najczęściej bywał głosem rozsądku szajki. Krótko przystrzyżony, w półeleganckiej, jasnej koszuli. Najbardziej zadbany, choć zdecydowanie najbrzydszy.

– To pożycz – bąknął Xil. Kiedyś studiował, co ostentacyjnie pokazywał wszystkim, przebierając się w togę. Dwa lata spędził na Uniwersytecie Xyranalskim. Uczył się zastosowań magii w naukach biologicznych. Studiował tak pilnie, że nie potrafił powiedzieć, na jakim konkretnie kierunku pobierał nauki. Potrafił jednak odpalić papierosa pstryknięciem. Rzadko jednak robił tę sztuczkę, odkąd skończyła się rozległym oparzeniem twarzy i utratą prawego oka. – Bo ja też nie mam – wycedził przez zęby.

– Co wy z tą kasą, kurwa, robicie? Oddajecie żebrakom czy jaki chuj? – wtrącił Astarifo, najstarszy z paczki i całkowicie siwy, co sprawiało, że wyglądał jeszcze starzej. Z resztą grupy łączyły go głównie interesy. Ostatnio zaczynał układać sobie życie z pewną dziewczyną z zachodniego Vesxyru – dzielnicy Xyranalu zamieszkiwanej głównie przez klasę średnią. Ponieważ cała czwórka pochodziła z głębokich slumsów, związek z Antralią uznać można było za awans społeczny. Miał jednak problem z „płynnością finansową”. Pracę w dokach przejęły trupy, doprowadzając do zmiany statusu ekonomicznego ich dzielnicy z bardzo niskiego na dramatycznie niski.

– Chuj ci do tego, co z tym robię – powiedział Fytyl. – Nawet jeśli macie pieniądze, to czy nie przydadzą się na później? Nie będziesz brał przypadkiem ślubu, Astarifo?

– No… – zastanowił się. Rzeczywiście o tym rozmyślał. Wiedział, że przydałoby się odłożyć trochę grosza.

– Trzech do jednego. Idziesz, pizdo, czy nie? – zapytał Fytyl Tosera.

– Dobra, idę. Morda już – odrzekł zniechęcony, jednak i tak zdecydowany na wypad grubasek.

Ruszyli w stronę licznych parków okalających Zamek Królewski, to tam, wśród drzew i krzewów można było najłatwiej ograbić jakichś arystokratów, albo innych bogaczy. Szczególnie upodobali sobie tereny przyległe do dzielnicy Nitfan vis-à-vis Królewskiej Opery Xyranalu. Tuż niedaleko Xyranalki – rzeki przepływającej przez Xyranal – znali kilka miejsc ogrodzonych od świata grubymi pasmami zieleni. W tym miejscu widoczni byli jedynie z okien opery, leżącej za rzeką.

Idąc przez zachodni Vosxyr, śmiali się na głos, krzyczeli i przeklinali. Ludzie mieszkający na zachodnim brzegu Xyranalu mówili, że tuż za rzeką kończy się cywilizacja. Tutaj chłopcy czuli się bezpieczni, jak u siebie.

Nagle Astarifo umilkł. Kątem oka zauważył coś niepokojącego. Jakiś szary punkt w bocznym zaułku. Kiedy jednak spojrzał tam jeszcze raz, miejsce było puste.

– Co tam, stary? – zapytał Xil. Pomimo niewielkich umiejętności magicznych miewał często intuicję. Ciężko sprecyzować jaką, przypominała ona jednak szczątkowy talent magiczny, wzmocniony lekko upośledzoną mentorską charyzmą, pomnożony przez średnio bystre oko i umiarkowaną wrażliwość. Można przez to rozumieć, że jako pierwszy dostrzegał, że coś jest nie tak.

– Nic, coś mi się przewidziało – powiedział siwy, uśmiechając się lekko. Nie mógł jednak przestać myśleć o szarym punkcie. Zdawał się być… nie z tej ziemi.

Chwilę później, kiedy szli mostem, dostrzegł znów tę szarość. Sztuczną, nienaturalną, żywą szarzyznę całego świata zamkniętą w jednym punkcie. Ulicą szła mała dziewczynka ubrana w szarawy, męski płaszcz. Wydawała się głodująca, wystarczyło spojrzeć na jej pobrudzoną kurzem ulicy i ziemią, wychudzoną twarz. W dziecięcych rączkach niosła zlewającego się kolorystycznie z jej ubraniem kotka. Zwierzę wyglądało na młode i zabiedzone. Dziecko trzymało je, przyciskając do piersi tak, że jedynie czubek noska i dwa sterczące uszka wystawały spomiędzy wieńca ramion. Astarifo przyglądał się jej, nie mogąc oderwać wzroku. Dziewczynka jednak uparcie wpatrywała się w ziemię tuż przed sobą i nie zwracała na nic uwagi. Gdy siwy rabuś na chwilę odwrócił wzrok, z niemałym zaskoczeniem stwierdził, że zniknęła. Rozglądał się chwilę, jednak nie mógł jej już dostrzec.

– Widzisz coś? – zapytał rozglądającego się kolegi Xil.

– Nie, nie… – wybąkał. – Po prostu… dziwny przechodzień.

Xil nie zadawał więcej pytań, choć widać było po jego jednookiej, pokrytej blizną twarzy, że zaniepokoiło go dziwne zachowanie kolegi.

Dzielnica Awerin znajdowała się na zachodnim brzegu. Różniła się od tych wschodnich – szare, czasami nigdy nie malowane, a jedynie tynkowane kamienice ustąpiły miejsca kolorowym i bogato zdobionym. Choć uliczki poprzecinano zielenią, to wszystko pokrywał jakiś nienaturalny, ponury płaszcz, jakby smutek, skaza dnia. Tutaj też zachowywali się zupełnie inaczej. Możliwe nawet, że nieświadomie, rozmawiali normalnie, nie przekrzykując się, a nawet mniej przeklinali.

Jest coś takiego w kulturze, że nawet największego chama trochę uszlachetnia, zwłaszcza gdy towarzyszą jej uzbrojeni strażnicy.

Idąc uliczkami luksusowej dzielnicy, cała czwórka czuła narastające napięcie. Mogli zostać aresztowani praktycznie bez powodu. W takich dystryktach strażnicy bywali nadgorliwi. Odetchnęli z ulgą dopiero wtedy, gdy wkroczyli do „bezbronnego” zwykle parku.

Astarifo zupełnie bez powodu odwrócił się, wchodząc na piaszczystą alejkę otoczoną zewsząd szarawą trawą. Zbladł, gdy kątem oka dostrzegł dziewczynkę z kotkiem. Dziecko i zwierzątko wpatrywali się w niego wzrokiem, który niczego nie wyrażał. Tonął w nienaturalnej szarości. Patrzył chwilę na nią, nie dowierzając oczom. Jednak kiedy mrugnął, zniknęła. Odwrócił się z niepokojem w stronę kompanów i podbiegł kilka kroków, aby ich dogonić.

Kilkanaście minut później schowani w krzakach obserwowali dwójkę elegancko ubranych mężczyzn, siedzących na ławce i pijących piwo. Słyszeli ich rozmowę, jednak zbytnio nie zawracali sobie nią głowy. Jeden – blondyn o długich włosach i dziwnych tęczówkach lśniących czystym fioletem – wyglądał na nieco młodszego. Drugi, starszy, miał krótkie, czarne włosy i roztaczał atmosferę zimnego, nienaturalnego spokoju, który korelował z jego pokrytymi mgłą, zielonymi oczyma. Nawet jeśli Xil czuł niepokój w związku z tą dwójką, nie chciał wyjść przed kolegami na tchórza i o tym mówić. Ich strój sugerował szlacheckie pochodzenie, co wróżyło dobre łupy, i choć wyraźnie widać było, że noszą broń, wydawali się potencjalnie łatwą ofiarą – większość arystokracji nosiła broń dla pozoru oraz lepszej prezencji. Paczka kumpli ze slumsów nie bała się broni, miała przewagę liczebną i każdy z nich posiadał przy sobie długi nóż – dość powszechną broń bandytów w Xyranalu, coś pomiędzy mieczem a nożem, idealne do napadów.

– Twój oddech jest teraz stały. – Z gmachu znajdującego się po drugiej stronie Xyranalki docierał do nich bas męskiego chóru. To sygnał. Czterech mężczyzn nagle wyskoczyło zza krzaków. Astarifo już w trakcie ataku zauważył omen. Zanim zdołali doskoczyć do celów, jeden z nich wstał i dobył miecza.

– Spokojnie, Gorcie, ja się nimi zajmę. Nie wstawaj – odezwał się młodszy blondyn z fioletowymi oczyma. Ku zaskoczeniu chłopaków nie zdawał się być wystraszony, nawet lekko się uśmiechał. Tak nie zachowują się ludzie podczas napadów. Przynajmniej nie ci napadani.

– Dobrze, Nerivie, ja poczekam – odpowiedział starszy z niezachwianym spokojem bijącym z tonu głosu. W tym momencie banda obeszła „ochotnika”.

– To napad! Oddajcie wszystkie pieniądze! – krzyknął Fytyl stojący po prawej stronie Astarifa. – Kosztowności oraz broń. No już! Szybciej! Oddacie hajs, a nikomu nie stanie się krzywda!

– Nie ma już ciepła dla twej skóry – rozbrzmiewała dalsza część opery. Tym razem do ich uszu dobiegł wysoki żeński chór.

– Posłuchaj mnie, aniołku. Mam dziś wyjątkowo dobry dzień – odrzekł mężczyzna zwany Nerivem do otaczających go napastników. Przy bliższym oglądzie stwierdzili, że wyglądał młodziej od nich. – Dlatego daję wam trzy sekundy na to, żeby spokojnie się oddalić.

Porywczy Fytyl nie wytrzymał. Zaatakował ostrzem odsłonięty lewy bok przeciwnika nazywanego Nerivem, jednak ten zareagował szybciej, niż wydawało się to możliwe. Ofiara wolną od miecza, lewą dłoń przystawiła do czoła stojącego za nim Xila. który nie zdążył nawet drgnąć i z głośnym plaśnięciem zamienił się w rozbryzgujący się na wszystkie strony czarno-czerwony śluz. Cios Fytyla został błyskawicznie sparowany mieczem, a ręka blondyna wykorzystując siłę ciosu, zwinęła się jak sprężyna. Kiedy stawy nie pozwoliły na większe zgięcie ręka rozwinęła się, wprowadzając ostrze w demonicznie szybki ruch, które śmignęło tuż przed twarzą Astarifa.

– Nie bój się… – Połączone chóry męski i żeński przyjęły niski ton, nadając utworowi siły i patosu.

Tak mu się przynajmniej wydawało. Poczuł ból i nagle zdał sobie sprawę, że jego żuchwa ledwo wisi, rozcięta na dwie luźne części. Robiąc zeza, z niedowierzaniem wpatrywał się w swój rozcięty nos. Poczuł, że już z tego nie wyjdzie, że jego koniec nadszedł. Momentalnie pomyślał o ukochanej Antralii, dla niej chciał się zmienić. Z wolna osunął się na ziemię, a jego wzrok zatrzymał się na zaroślach i piętrzącej się w oddali operze.

– Nie ma już sposobu, żebyś mógł tutaj zostać…

Wtem pojawił się szary punkt, ten sam, który tak uparcie nie dawał mu spokoju przez cały dzień: dziewczynka kurczowo przyciskająca do serca kotka. Powoli szła w jego stronę. Każdy jej krok wydawał się przepełniony niesprecyzowanym, kojącym pietyzmem.

– Właśnie teraz opuszczasz ten świat…

Malutkie, brudne rączki postawiły szarobure zwierzę tuż obok niego. Kiciuś zaczął swoim małym języczkiem chłeptać krew wylewającą się szeroką strugą z jego rany. Chciał coś powiedzieć, ale rozcięta żuchwa nałożyła się jedynie na siebie z lekkim zgrzytem, powodując potworny ból.

– Wszystkie światła powoli gasną…

Dziewczynka przyklęknęła tuż przed nim. Astarifo patrzył na nią w skupieniu. Ta zerknęła na niego i uśmiechnęła się kącikiem warg.

– Pozostaw za sobą wszystkich, których kochasz, i tych, których znasz – śpiewał chór wspólnym, pełnym mocy głosem.

Spojrzał jeszcze na dziewczynkę, która na jego oczach przeszła monstrualną metamorfozę. Potworne, długie jak palce mężczyzny zęby bestii szczerzyły się w przerażającym grymasie. Szalone, puste ślepia, wyrwane z odmętów koszmarnych snów, patrzyły na niego w bezdennej chęci krzewienia obłędu. Szybki ruch głową spowodował, że długie, krzywe kły wbiły się w jego ciało. Krew rozbryzgnęła się we wszystkie strony wraz z oderwanymi od ciała kawałkami mięsa. Zaczął wierzgać i pomimo rozpłatanej szczęki – krzyczeć.

– Nie bój się…

Nie czuł już nic więcej.

Gort Anakur VI

– Czego chciałeś ode mnie, drogi kacie? – spytał Ereitan, jednak już widział, że Gort bardzo zmienił się od ich ostatniego spotkania. Na twarzy przystojnego bruneta pojawiło się jakby więcej zmarszczek, a włosy nieco zszarzały. Sylwetka pewnego siebie pana śmierci odrobinę się zgarbiła. Ale największa zmiana dotyczyła jego szmaragdowych oczu. Już nie emanowały tą pustą siłą, teraz były pełne żalu i smutku. Król nie mógł uwierzyć, że z tą samą osobą rozmawiał kilka dni wcześniej.

– Panie, chciałem bezpośrednio tobie złożyć raport z tego, co wyciągnąłem od szpiega – powiedział spokojnym, pewnym tonem Gort. Jego ciało osłabło, ale nie dusza. Teraz czuł w sobie moc, której nie spodziewał się nigdy dotąd.

– Tak więc słucham.

– Valandriol szykuje masakrę bohaterów wojennych, bankierów, generałów i lordów. Masa twoich poddanych to zdrajcy, którzy w zamian za pieniądze wydają miejsca zamieszkania oraz więcej dokładniejszych informacji o danych osobach. Królu, na pewno wiesz o pewnych osobistościach, które zginęły ostatnio w dziwnych okolicznościach. Jest to zmasowany atak valandriolskiego wywiadu. Korona boi się, że będzie przegrywać następne wojny, a kolejni jej obywatele będą masakrowani. Wierzy, że pozbawienie nas morale i głównych dowodzących pomoże im nas złamać. Szpieg Fergis Anakur wydał jedynie Neriva Arestoga. Ze szpiegami komuninkowano się listownie, byli wciąż obserwowani, a pieniądze dostarczano bezpośrednio do ich domów pod osłoną nocy.

– Rozumiem… – zamyślił się Xynthia. – Czy masz coś jeszcze do dodania?

– Fergis Anakur nie żyje – stwierdził kat, a Ereitan nerwowo się poruszył.

– Dobrze, dziękuję ci za twoje informacje. Faktycznie wiele to wnosi do mojej wiedzy, postaram się tym odpowiednio zająć. Czeka cię dodatkowo premia adekwatna do twoich usług. Tymczasem możesz odejść – powiedział Ereitan, a mimo że moment zawahania trwał bardzo krótko, był wystarczająco odczuwalny. Chciał już pozbyć się tego plugastwa sprzed swoich oczu.

– Jeszcze jedno, wasza wysokość… odchodzę – powiedział Gort.

Król trwał chwilę w bezruchu, jakby informacja bardzo długo do niego dochodziła.

– Słucham? – zapytał wreszcie.

– Odchodzę. Nie chcę już być katem. Mam dość – stwierdził Anakur.

***

– Tak więc wydał mnie – stwierdził Neriv z zainteresowaniem. – To ciekawe, kiedy mogę się spodziewać gości?

– Mam pomysł à propos tego. Widzisz, to mój brat, czuję się za niego odpowiedzialny – stwierdził Gort.

– Jaki pomysł?

– I tak nie mam co ze sobą zrobić, a nikt nie wie o śmierci Fergisa… – zaczął Anakur, ale widać było, że nie może wyrazić tego, o czym myślał.

– Przejmiesz karczmę? – dokończył Arestog. – Może to i dobry pomysł. A co później?

– Nie mam pojęcia. Póki co wiem, że może mi się to przydać do stabilizacji. Na razie na pewno zmylę potencjalnych zabójców i wprowadzimy ich w pułapkę. A później? Później się zobaczy. Ty również chyba masz jakieś plany. Nie chcesz przecież skończyć w Irnikralu, prawda?

– Nie wiadomo. Ostatnio poznałem wspaniałą dziewczynę. Możliwe, że moje podłe życie pełne krwi i nienawiści wreszcie nabierze pozytywnych barw – powiedział Neriv.

– Zastanawiałeś się nad odszukaniem Anriony? – zapytał Gort.

– Prawdopodobnie przemłóciliśmy ją na kościanego golema.

– Mam sporą sumę. Mógłbym zamieszkać u ciebie, gdy to wszystko już się skończy? – zapytał kat.

– Jasne, mam nadzieję, że teraz ułożysz sobie życie. Wiesz, jeśli stałoby się tak, że ja odejdę bezdzietnie, to chcę, żebyś ty przejął Irnikral. Myślałem o tym już wcześniej. Zaczynam wierzyć w to, że mógłbym po Anrionie ułożyć sobie życie. Tak samo jak i ty, teraz, po przemianie. Wszystko może się teraz udać, Gorcie.

Anakur nigdy nie zapomniał tej rozmowy. Rok później, idąc przez dziki kontynent Ghnti, zwiedzając wielopoziomowe lasy i latające oceany, zdawał sobie sprawę, że ich losy zostały związane na zawsze. Droga zmierzała na południe, wijąc się wśród pagórków, a płynące nad ich głowami wieloryby wyły wesoło.

– Czuję moc niedaleko – odezwał się nagle Neriv. Już dawno odeszły z niego wszystkie emocje. Nie mówił tak jak kiedyś, to wszystko go zmieniło. Tak jak Gort odbudował swoją duszę, mordując brata, tak Eesitira wyżarła duszę Nerivowi. Były kat już dawno nie widział, żeby Arestog się uśmiechał. Wszystkie wymawiane przez niego zdania brzmiały sucho i informacyjnie. Jeszcze rok temu był pełen życia i nadziei, teraz zamienił się maszynę do zabijania, która szuka tylko zemsty. Neriv już dawno nie wyszedł na światło bez hełmu, jednak Gortowi to nie przeszkadzało. Wiedział, że nie poznałby go i na próżno szukałby w oczach Neriva dawnego przyjaciela.

– Idziemy w dobrym kierunku? – zapytał Anakur.

– Tak, niedaleko. To chyba tamten namiot – powiedział Arestog.

Pagórkowaty teren był skąpo porśnięty trawą, a w promieniu kilkunastu kilometrów nie było widać żadnej ochrony przed cieniem. Słońce ich paliło. To prawdopobnie przez tę wodę nad nimi, myślał Gort, spoglądając na niespotykany świat. Jednak Neriv w pełnej zbroi zdawał się tego nie zauważać. Rycerz poszedł pierwszy i odciągnął płachtę. Wyglądało na to, że zupełnie nie zauważał nietaktu wynikającego z wchodzenia do czyjegoś „domu” bez pukania. Gort, podążając za nim, zobaczył siedzącego wewnątrz elfa. Postać była ubrana w grubą skórę mimo wysokiej temperatury, która panowała w namiocie. Gospodarz wyglądał jakby nie zdawał sobie sprawy z wejścia intruzów. Patrzył w ognisko, które płonęło w namiocie. Już po chwili spostrzegawczy Anakur zorientował się, co jest nie tak z tym ogniem – nie było dymu. Po chwili kat spostrzegł, że oczy elfa wyglądają jak dwa diamenty. Świeciły białym, jednostajnym blaskiem.

– Nie mam go – powiedział elf, a jego głos brzmiał, jakby to mówiła cała ziemia. Przerażający dźwięk milionów głosów, zarówno tych głośnych, jak i cichych, słyszanych z daleka i z bliska, niektórych brzmiących jakby spod ziemi, a niektórych od samego elfa. – Nie mam i nie miałem, ale wiem, gdzie jest.

– Witaj… elfie – zaczął Neriv. – Wiesz, czego szukamy, tak?

– Jestem mostem pomiędzy światami. Żyją we mnie duchy z zaświatów i demony ognia i mieszkańcy mroku, bywałem poza wymiarami i widziałem sferoidy. Nie widzę jak wy i nie słyszę jak wy. Za to słyszę wasze myśli i widzę waszą przyszłość i przeszłość. Bądźcie pozdrowieni przez Neyighitee. Jestem tym, którego boją się smoki. Stworzony przez elfią boginię Noctiferi, jestem dziurą między światami.

– Witaj… jestem Neriv Arestog. Ze mną jest Gort Anakur… – Neriv zupełnie nie wiedział, co ma powiedzieć. Na czym miałaby polegać rozmowa z kimś, kto wie wszystko? To, co mógłby powiedzieć człowiek, było nieistotne.

– Nie powiem ci, gdzie jest ostrze, ale zdradzę, jakie jest twoje przeznaczenie i gdzie powinieneś się udać, aby zbliżyć się do swojego celu. – powiedział Neyighitee. – Jednak muszę cię ostrzec, Nerivie. Umrzesz, nie osiągając go. Natomiast ty, Gorcie, swojego celu nigdy nie odnajdziesz. Morderstwo twojego brata było jedną z ciekawszych sytuacji na tym świecie. Zmieniło los i przeznaczenie. Wpłynęło na setki. Scenariusz tego świata trzeba było napisać ponownie. Nadchodzą ciężkie czasy, smoki nie brały udziału w pisaniu, ale nie jest to wasze zmartwienie. Gorcie, ściągnąłeś na ten świat płomień, który ucieszył mieszkańców wymiaru wiecznego ognia. Po śmierci powitają cię jako ich zbawcę. Byłeś potworem w oczach innych, byłeś bestią w oczach swoich, a po śmierci zostaniesz demonem. Krew tych, których przelałeś. Ból ich krzyku dał tyle pożywienia panom spoza wymiarów, ile regularna bitwa. Są ci wdzięczni i oferują drugie życie – skończył Neyighitee, po czym wziął wdech. Miliardy głosów powodowały u wędrowców dreszcze, a samemu Gortowi przypominały walkę z xaetrem. – Nerivie, ty również masz popleczników wśród postaci spoza tego wymiaru, jednak są nimi mieszkańcy ciemności. Nie mogę powiedzieć ci nic więcej. W ostatecznej bitwie cienie przyjdą na twoje wezwanie. Idź do złotej góry, tam odnajdziesz swoje przeznaczenie, które nie jest zapisane, a ty zadecydujesz, czy przyjdzie po ciebie śmierć, czy ty nią będziesz.

Elf wsadził rękę do ogniska i wyjął z niego płonący kawałek węgla, następnie wyciągnął rękę w stronę rycerza.

– Połknij to Nerivie, w ten sposób otrzymasz ostateczne pojednanie ze swoimi braćmi i siostrami mroku. Oni pomogą ci w walce z Theronem Ath’Ion, jednak to nie on jest twoim najgorszym wrogiem. Natomiast co do ciebie Gorcie, mogę cię najwyżej ostrzec, swojego losu już nie zmienisz. Twoja śmierć będzie miała ptasie skrzydła, nie zmienisz swojego losu. Możecie wyjść.

Neriv podniósł hełm, wziął do ręki płonący kawałek węgla i bez zastanowienia połknął go. Gort popatrzył na Neyighitee, potem na rycerza, a następnie wyszedł przed namiot. Po chwili dołączył do niego Neriv.

– Po pierwsze… wziąłeś od obcego coś, co miałeś zjeść bez żadnego zastanawiania się? Rodzice niczego cię nie uczyli? Poza tym, kto to w ogóle był? Nigdy o nim nie słyszałem, a wyglądał, jakby to on stworzył ten świat.

– Jedno jest pewne. To coś nie kłamie. Nie mam pojęcia, kto to był, ale możliwe, że widział Ethnu osobiście. Kiedy wziąłem do ręki węgiel, zmienił się w kawałek chleba. Tak jakby on istniał w innym wymiarze. Intrygująca osoba… ciekawe, co miał na myśli, mówiąc, że nie zmienisz już swojego losu.

– Nie mam pojęcia, może jednak się dopytam… – powiedział Gort i już chciał wrócić, jednak gdy się odwrócił, przez moment miał wizję.

Stojąc nad brzegiem przepaści, patrzył w dół na miliony kilometrów ognia, krainę demonów, potężne zamki zbudowane z ludzkich ciał, hektolitry krwi, tonące w lawie dusze. Rozrywane na kawałki przez miliardy lat, bez końca. Dalej zobaczył chmury i dym otaczające ciemność. Wyglądało to wszystko jak odsłonięta grota, pełna duchów, utraconych żyć. Osób, które zostały skazane na życie bez słońca i tułaczkę. Widział miliony dusz zebranych magów i wojowników, niewolników i królów zamkniętych w wiecznej ślepocie i strachu. Patrzył na sferę pełną światła i złota, w której pierwotne ogrody rosły coraz bujniej, by utrzymać swoich mieszkańców od miliardów lat. Obserwował, jak wielki wąż oplatał pustynne piekło dla wiecznie nienasyconych. Widział krainę wody, gdzie upadłe dusze nieustannie tonęły. Spoglądał na kulę pełną ciemności. Miliardy sfer wykształciło się przed jego oczami. Oglądał też resztę wszechświata owianego w mgłę i dym. Spomiędzy chmur wyzierające światy, stare i nowe. Nagle chmury zniknęły i spod nich, pomiędzy kulistymi sferami światów wyłonił się Ethnu. Prastary stwórca, który otaczał swoimi mackami cały wszechświat. Widział, jak miliardy oczu umieszczonych w jego półprzezroczystym, szarym, amebowym ciele patrzą na niego. On był mazią, która wypełnia pustkę pomiędzy światami i szczelinami sfer. Jego oczy wyzierały spod półprzezroczystej mazi, a ze środka patrzyły uwięzione istoty. Nagle z oddali Gort usłyszał śmiech przerażających, pełnych oczu i kłów istot. Spomiędzy światów wychyliło się urwisko, a na nim stał on sam. Wpatrywał się w siebie jak w lustro. Coś zwróciło jego uwagę – do jego odbicia bardzo szybko zbliżyła się postać z wielkimi skrzydłami ptaka. Były kat zdawał sobie sprawę, że to on sam, wyglądający jak anioł z kapłańskich ksiąg. Patrzył w oczy własnego odbicia. Wysłannik Ethnu wylądował tuż za nim, a po chwili jego miecz przebił ciało Gorta. Skrzydlaty patrzył, jak jego ciało upada, zalewając się krwią. Nagle wszystko się odsunęło. Przed Gortem stał dąb, z którego opadały ostatnie liście. Drzewo zalśniło złotym blaskiem, a niebo nagle ściemniało. Przerażająca wizja wstrząsnęła katem. Rzucił się na ziemię, a kiedy wstał, wszystko wróciło do normy. W miejscu namiotu stała brzoza.

– Widziałeś to? – zapytał Gort.

– Nie wiem, co ty widziałeś, ale Neyighitee zniknął przed nami na zawsze – odpowiedział spokojnie Neriv, patrząc na stare drzewo. – Chodźmy do tej cholernej góry. Mam ochotę odbudować moją twierdzę i moje życie na zwłokach tego smoka.

Kolejne trzy dni wyprawy minęły w pozytywnym nastawieniu, chociaż były pełne błądzenia. W końcu udało się znaleźć jakieś cywilizowane osiedla nieznanych nikomu stworzeń, które mimo podejrzliwego podejścia do obcych wyjawiły przybliżone umiejscowienie złotej góry. Był to najwyższy szczyt Ghnti, piętrzący się od tysięcy lat w samym centrum południowego kontynentu, na zachód od elfickich osiedli. Droga nie była zbyt daleka i w ciągu kilku dni obaj Xynthialczycy powinni być już na szczycie.

***

Erishnaoth otworzył z trzaskiem duże dębowe drzwi. Wiedział, że te drzwi to tylko interpretacja. Ethnu, zaczynając tworzenie, nie miał o niczym pojęcia, ale ostatnie sfery wykreował już na podstawie tych pierwszych. Drzwi i wyłożona kamieniem biblioteka nie istniały fizycznie, jednak reliastycznie otaczały tego, który był w środku. Erishnaoth wiedział o tym. Asystował przy tworzeniu tego wszystkiego. Jako archanioł inteligencji był jednym z pierwszych, których „to dziecko” stworzyło. Czuł, że się nie porusza, tylko pomieszczenie zmienia swoją pozycję wraz z jego krokami. Podszedł do grubej księgi zatytułowanej Gort Anakur i położył ją na specjalnie do tego stworzonym piedestale. Sama księga była tylko metaforą „dziennika” duszy istoty. Otworzył ją, a z wnętrza wyskoczyły światła, układając się w konkretne wzory i instalacje. Metaforyczna szpula rozwijała przed nim nić, która zwijała się na drugą szpulę. Z pudełeczka przy piedestale Erishnaoth wyciągnął mały nożyk, po czym szybkim machnięciem przeciął nić.

***

Czwartego wieczoru od spotkania z tajemniczym elfem Neriv i Gort byli w coraz bardziej optymistycznych nastrojach. Za kilka dni mieli być już na szczycie, a wszystko wskazywało na to, że w końcu przestanie padać. W obliczu nowego nieba obaj Xynthialczycy musieli wziąć niewielkie korepetycje z zakresu przewidywania pogody pod oceanem.

– Muszę ci coś powiedzieć – zaczął nagle Gort. – Jesteś moim przyjacielem i właściwie jedyną bliską mi osobą.

– Wiem o tym – odpowiedział Neriv.

– Znalazłem Anrionę – po tych słowach zapadła krótka cisza.

– Gdzie? Kiedy? Jak? – zapytał Arestog beznamiętnym głosem.

– Wysłałem xynthialskich szpiegów, żeby wytropili dziewczynę. Znaleźli ją w Vironolu cztery lata temu.

– Po co mi to mówisz?

– Porozmawiałem sobie z nią spokojnie w sali tortur.

– Co zrobiłeś?

– Zadbałem o nią tak, żeby do końca życia żałowała tego, jaka była. Postarałem się też o to, żeby trwało to jak najdłużej. Możliwe, że nadal żyje, nie mogąc w jakikolwiek sposób powiedzieć, kto odciął jej ręce i nogi.

– Dlaczego mi to mówisz?

– Po tym, co powiedział Neyighitee, mam wrażenie, że moje życie niedługo się skończy. Jesteś moim przyjacielem i zrobiłem to dla ciebie – powiedział Gort spokojnie.

Zapadła cisza. Każdy przez chwilę tępo wpatrywał się w ognisko.

– Wiesz… może już dość krwi… – zaczął nagle Neriv.

– Słucham?

– Może już dość krwi przelaliśmy obaj w naszym życiu. Może… może już czas skończyć moją krucjatę przeciwko wszystkim. Ten smok zasłużył na śmierć, ale czy naprawdę ja zasłużyłem na to, żeby go zabić?

– Co masz na myśli, tak mówiąc? – spytał Gort. – Co masz na myśli, pytając „czy zasłużyłem, żeby go zabić”?

– Tyle głupich rzeczy zrobiłem z nienawiści i chęci zemsty… Tyle krwi noszę na rękach. Gort, jak myślisz, co powinienem zrobić?

– Powiedziałbym, kieruj się głosem serca – uśmiechnął się były kat – ale sam zbyt krótko rozumiem, co to znaczy.

– Nie rozumiem.

– Kochałeś ją czy nie? – Gort spojrzał Nerivowi w oczy.

– Veirnye? Nie wiem – ten wzruszył ramionami.

– Czułeś się lepiej z nią czy bez niej?

– Oczywiście, że z nią!

– A teraz wracając do ciebie samego, ty i tak nie rozpoczniesz nowego rozdziału życia, nie kończąc poprzedniego. Nerivie przyjaźnimy się już wystarczająco długo, żebym wiedział, że ta sprawa nigdy nie da ci spokoju i choćbyś miał umrzeć, zabijając strażnika, to odejdziesz z satysfakcją tego, że twoje sprawy zostały załatwione – powiedział Gort.

– Możliwe, możliwe – odpowiedział Arestog z zadumą.

– Erishnaoth! – powiedział nagle ze strachem Anakur, patrząc w oczy przyjacielowi. Jego źrenice się zmniejszyły i kaszlnął. Krew poleciała w ogień, a były kat odchylił się do tyłu i już się nie podniósł.

– Gort? Wszystko dobrze? – zapytał Neriv, a nie słysząc odpowiedzi, wstał i podszedł do przyjaciela. – Gort? Co się…

Rycerz zrozumiał, co się stało. Próbował magicznych zaklęć, ale te nie pomagały. Anakur nie żył. Neriv spojrzał na jego ciało i zalał się łzami. Jego ryk nie miał końca, bo teraz na całym świecie już został sam. Nie miał z kim rozmawiać, nie miał już żadnej alternatywy i nadziei, żadnego pozytywnego akcentu. Pozostała mu tylko zemsta.

***

Valandriolczycy zabezpieczyli dzienniki Gorta Anakura w celach naukowych. Tak przynajmniej powiedzieli Xynthialowi, chociaż każdy dobrze wiedział, do czego to ma posłużyć. Pokój, niegdyś specjalnie przygotowany dla kata, teraz był pełen kurzu. Zdawało się jednak, że nawet myszy bały się ruszać potwornych zapisków najbardziej nieludzkiego potwora ze wszystkich ludzi. Najstarsze notatki zaintrygowały jednego z zakonników Ethnu. Mnich zdziwił się, widząc puste kartki obok interesujących i innowacyjnych intrukcji budowy i działania machin tortur oraz opisów ludzkiej psychologii. Mnóstwo pustych kartek. „W końcu dostałem ostatni tom, przecież to logiczne, że nie skończył go pisać”, pomyślał. Ostatnia karta zmieniła jego zdanie. Najbardziej brutalny kat w historii skończył pisać swój pamiętnik słowami:

Całe swoje życie byłem potworem. Błagam Cię, Ethnu, żebyś chociaż pozwolił mi umrzeć jako człowiek.

***

Czerwień płomieni rzuciła Gorta na ziemię. Paraliżował go niezidentyfikowany i niesprecyzowany ból, którego nie potrafił umiejscowić. Nie mógł się ruszyć i czuł się trochę inaczej, jakby nie był w swoim ciele. Wydawało mu się, że widzi, ale nie oczami, słyszy, ale nie uszami, i czuje, ale nie skórą. W dodatku nie potrafił powiedzieć, gdzie jest. Obawiał się najgorszego. Z przeczytanych ksiąg i obejrzanych rycin wnioskował, że był w domenie ognia. Poczuł w sobie bardzo realny strach. Nagle jego uwagę przyciągnęło światło, które biło tuż obok niego – świetlista, różnobarwna kula połyskująca bielą, seledynem, jasnym błękitem i złotem. Zza niej wynurzyła się jakaś postać. Kat próbował uciec, jednak nie potrafił. Potężne, czarne, parujące gęstą, szarą mgłą łapy złapały kolorową kulę świecącą obok niego, jednocześnie on sam poczuł palący dotyk. Zdał sobie sprawę z dwóch rzeczy. Po pierwsze, wraz z demoniczną postacią zauważył również inne. Po drugie, cały czas patrzył w lustro, a tą kulą był on sam.

– Wyrwij Fergisa z Gorta i wyrzuć do otchłani porzuconych. Trochę demoniej krwi i będzie jak nowy – rozbrzmiał dziwny, bardzo niski dźwięk, cudem tylko układający się w słowa. – Witaj wśród nas, Gorcie. Oczekiwaliśmy ciebie.

Gort Anakur V

– Witaj, panie! Wzywałeś mnie przed swoje oblicze – rzekł Gort, kłaniając się Ereitanowi III Xynthii w jego sali tronowej. Wysokie i smukłe kolumny tworzyły złudzenie pomieszczenia bez sufitu. Dodatkowym zamysłem było oświetlanie tylko dolnych części ogromnej komnaty w taki sposób, aby było wystarczająco jasno na poziomie, na którym poruszają się ludzie, natomiast kilkanaście lub nawet kilkadziesiąt metrów wyżej panowała ciemność. „Sufit ciemności”, jak to określił kat. Bardzo podobała mu się ta nazwa. Zastanawiał się tylko, kto właściwie wpadł na taki pomysł, kiedy i po co. Starożytne miasta, jak Xyranal czy Deriol, istniały już od setek lat, dłużej niż ludzka cywilizacja. Elfickie księgi zdecydowanie zaprzeczały takiej budowie, w dodatku architektura nie zgadzała się z kochającą słońce i złoto kulturą elfów. Może stworzyły je smoki, a może demony…

– Wykryto kolejnego szpiega, drogi Anakurze – powiedział król. Widać było, że próbuje ukryć obrzydzenie na widok kata, jednak słabo mu to wychodziło.

– Nie rozumiem w takim razie, dlaczego ja jestem tu, a nie on jest u mnie, wasza wysokość – odpowiedział z nieukrywanym zdziwieniem Gort.

– Widzisz… sytuacja jest bardzo delikatna, dlatego postanowiłem porozmawiać z tobą osobiście… Otóż mamy ewidentne dowody… Szpieg zbierał informacje na temat pewnych ludzi. Głównie na twojego przyjaciela Neriva Arestoga – rzekł król. Anakur miał wrażenie, że władca z trudem ubierał myśli w słowa. Ereitan urwał w takim momencie, jakby chciał jeszcze coś dodać, jednak postanowił w ostatniej chwili zakończyć zdanie.

– W takim razie chętnie wydobędę z niego wszystko, co powinienem – odparł Gort. Zupełnie nie rozumiał, dlaczego król prowadzi rozmowę w takim stylu.

– Przywołałem cię tu, gdyż… jesteś naszym najlepszym katem i masz renomę osoby, która wyciągnie wszystko z każdego. Jednak sytuacja jest delikatna z powodów natury osobistej… twojej.

– Wasza wysokość, czy sądzisz, że z powodu powiązania między mną a lordem Arestogiem mogę zachować się nieprofesjonalnie? – zapytał wciąż zdezorientowany Gort. Nie miał pojęcia, do czego dąży król i w jakim celu.

– Nie. Chodzi o to, że ten szpieg to Fergis Anakur, twój brat – powiedział Ereitan i widać było, że wyrzucenie z siebie tej informacji przyniosło mu ulgę. Po tych słowach zapadła niezręczna cisza. Ereitan, zwykle pewny siebie wśród dyplomatów obcych państw, przedstawicieli różnych stowarzyszeń, cechów i przedsiębiorstw, stracił kontrolę przed swoim sługą. Jednak po chwili wziął głęboki wdech i dodał: – Rozumiesz chyba, że w obliczu zdrady nie mogę dać prawa łaski ze względu na koneksje rodzinne. Nie powinieneś mnie prosić o oszczędzenie mu życia.

– Rozumiem – odpowiedział Gort. Po czym znów zapadła cisza. Kat zastanawiał się chwilę nad tym, co powinien zrobić normalny człowiek, a co z kolei podpowiada mu jego spaczone serce. Jednak po chwili zdał sobie sprawę, że z racji prowadzenia konkretnego zawodu nie wymaga się od niego podejmowania normalnych decyzji. Wykonywał nienormalny zawód, gdyż był nienormalnym człowiekiem. Liczyło się tylko to, co podpowiadało mu serce. – Czego mam się od niego dowiedzieć?

Ofiara siedziała przywiązana do krzesła, w samej bieliźnie, z czarnym workiem na głowie. Gortowi serce waliło jak młotem. To była chwila, która niosła wiele niepewności i wyrzutów, ale czuł, jakby czekał na nią od lat. Nie spiesząc się, wstał od biurka i podszedł do brata. Powoli zdjął worek z jego głowy. Szybkim ruchem schylił się i popatrzył mu w oczy z odległości kilku centymetrów.

– Witaj, braciszku – powiedział Gort.

– Co się…? – zająknął się Fergis, widząc słynną pracownię kata, którą dane mu było ujrzeć po raz pierwszy. – Co się dzieje? Wypuść mnie!

– Nie mogę, braciszku – stwierdził kat. – Wysłał cię tu sam król, oskarżając o zdradę.

– Tkniesz własnego brata? – zapytał z oburzeniem Fergis.

– Jeżeli będę musiał… – odpowiedział Gort, spokojnie sięgając po skalpel.

– Jak śmiesz?! Wypuść mnie! – krzyknął więzień. Kat rozciął liny, a gdy ofiara miała już wstać, przyłożył jej środek nasenny do nosa. Fergis upadł na podłogę.

Gort spokojnie przewiązał brata, po czym usiadł przy swoim ulubionym biurku. Zamyślił się.

– Czy powinienem mieć wyrzuty sumienia, kiedy go zabiję? Przecież z jednej strony jest moim bratem, mieliśmy wspólnych rodziców i płynie w nas ta sama krew. Ale z drugiej strony jest skończonym idiotą; zawsze tak twierdziłem. Karczmarz! No cóż, jakoś nie wierzę, żeby przez jego śmierć świat stracił możliwość otwierania portali międzywymiarowych czy skończenia głodu w Eestirii… Wątpię też, żeby jakoś przyczynił się do zakończenia wojen i ogólnego polepszenia stanu rzeczy. Niby był moim przyjacielem przez dłuższy czas, ale – będąc również przyjacielem Neriva – potrafił sprzedać informacje o nim. Jeżeli kiedykolwiek miałbym wybrać pomiędzy swoim bratem a Arestogiem, to na pewno nie wybrałbym Fergisa. Ta zdrada nie była tylko zdradą państwa, ale także mnie i mojego najlepszego przyjaciela, mojej najbliższej rodziny… Dlatego jako honorowy człowiek powinienem raczej bronić swojej familii. Czyli zabić brata. Prosty wybór. I tak nie lubię tego człowieka.
Fergis obudził się ze związanymi rękami, przywiązany do haka, wisząc na środku słabo oświetlonej sali pełnej tajemniczych, lecz morderczych sprzętów. Miał obwiązane i przytwierdzone do ziemi nogi, jednak nie dotykał nimi podłogi.

– Co chcesz mi zrobić? – spytał.

– To, co będę musiał – odpowiedział Gort spokojnym głosem. – A teraz powiedz mi wszystko. Dlaczego wydałeś Neriva? Kogo jeszcze sprzedałeś? Komu i po co?

– Nikogo nie wydałem! – krzyknął Fergis. – Dlaczego miałbym wydać kogokolwiek, a szczególnie Neriva?

Gortowi chwilę zajęło przemyślenie słów brata. W sumie to dlaczego miałby to zrobić? Przecież posiadał wszystko, czego zapragnął. Kochanki mu nie sprezentują, kupił sobie wymarzoną karczmę – czego więcej takie zwierzę jak on może chcieć od życia?

– Skąd miałeś pieniądze na karczmę? – spytał kat.

– Daj spokój… – odpowiedział łagodnym tonem wiszący.

– Odpowiadaj!

– Ukradłem, dobra? Ukradłem! Okradłem przejeżdżającego kupca! Rozumiesz? Napadłem na niego jak zbój! – krzyknął Fergis, a Gortowi krew napłynęła do twarzy.

– Jesteś zbyt wielkim tchórzem! Kogo jeszcze wydałeś?! – krzyknął na całe gardło.

Zapadła cisza. Kat podszedł do drewnianej korby wmontowanej do kołowrotka, do którego przytwierdzone były liny przytrzymujące Fergisa. Powoli obracając dźwignią, opuścił brata na tyle nisko, by ten mógł stanąć na ziemi. Gort poszedł do stołu, na którym leżały przygotowane narzędzia, i podniósł z niego skórzany worek. Uklęknął przed związanym i unieszkodliwionym bliźniakiem i wyjął kilka małych, metalowych haczyków. Podniósł wzrok i spojrzał więźniowi w oczy, po czym wbił pierwszy haczyk w jego łydkę, potem kolejny i następny.

– Aaa! Co robisz? Mówię, że nikogo nie wydałem! Nie miałem po co tego robić! – Samo wbicie haczyka nie sprawiało ogromnego bólu, jednak przerażenie wywołane świadomością talentu kata wzięło górę.

– Nie wierzę ci – odpowiedział spokojnie Gort, nie przerywając czynności .

Kiedy już wszystkie tkwiły w ciele, Gort rozciął linę, która ściągała Fergisa do ziemi. Następnie odszedł i zaczął kręcić korbą. Linki powoli się naciągały, a szpieg zdał sobie sprawę z tego, co zamierzał kat. Ciało torturowanego unosiło się do góry, a haczyki, przez które przeciągnięto stalowe linki coraz głębiej osadzały się w nogach. Anakur przestał na chwilę, podszedł do wiszącego i ciął skalpelem powyżej łydki na obu nogach, po czym ponownie podszedł do korby i zaczął nią kręcić. Tym razem ból niemal osiągał apogeum. Fergis zaczął krzyczeć. Skóra rozciągnęła się i rozerwała wzdłuż nogi. Krew ciekła po odsłoniętych mięśniach. Wrzask torturowanego nagle ucichł i ciało zawisło bezwładnie.

– Zemdlał w odpowiednim momencie – Gort mruknął do siebie, jednak zauważył, że głos mu się łamał.

Kat podbiegł szybko do biurka, złapał stojące na nim lusterko i zobaczył w nim swoje zaczerwienione oczy oraz napuchnięte powieki. Pociągnął nosem. Płakał! Pierwszy raz w życiu płakał! Jego serce waliło i było mu smutno, naprawdę czuł się źle. Nie mógł w to uwierzyć. To było cudowne. Natychmiast zakochał się w tym uczuciu. Chwilę jeszcze patrzył na łzy płynące po policzku, po czym wstał i zaczął zszywać brata tylko po to, żeby ciąć go tym razem nieco wyżej. Podszedł do swojego biurka, gdy nagle mocno zakręciło mu się w głowie. Wszystko się rozmazało, mięśnie poddały się i kat zaczął tracić równowagę. Złapał się stojącej obok gilotyny i oparł o nią. Przyłożył głowę do drewna, a przez jego ciało zaczęły przechodzić konwulsje. Osunął się na kolana i oparł głową o zimną, wilgotną podłogę z kamienia. Po chwili jednak zerwał się i zaczął wymiotować do stojącego obok wiadra. Chwilę jeszcze patrzył na treści swojego żołądka, analizując pobieżnie w myślach zjedzone potrawy. „Co ja jadłem? Czy to truskawka?”, przemknęło mu przez myśl. Wstał i podszedł do leżącego brata. Wspiął się na palcach, żeby pocałować go w czoło, a następnie uderzył w twarz. Plask odbił się echem wśród kamiennych ścian.

– Nie jestem szpiegiem… Wypuść mnie… – jęknął Fergis. – Braciszku! Tyle czasu razem spędziliśmy, nie pamiętasz? Niczego nie pamiętasz? Jak chodziliśmy razem na dziewczyny, jak mi doradzałeś? Pamiętasz, jak piliśmy razem w tawernie i zakładaliśmy się, kto zleje więcej bezdomnych elfów? Kiedyś byliśmy przyjaciółmi!

– Jeszcze wczoraj – powiedział beznamiętnym tonem Gort. – Ale już nie jesteśmy. Ani przyjaciółmi, ani braćmi.

Kat stanął za wiszącym i zrobił kilka długich cięć na plecach. Następnie kolejne na brzuchu. Nie reagował na krzyki brata inaczej niż łzami, które jedna po drugiej spływały mu po policzkach. Podszedł do korby i zaczął nią kręcić. Słuchając krzyków bliźniaka, patrzył, jak pod wpływem jego morderczego geniuszu rozcięcia na ciele pękają, rozszerzają się i łączą ze sobą. Gort zdzierał skórę własnemu bratu.

– Gort! Wypuść mnie, błagam! Kocham cię braciszku, nigdy nie zrobiłbym tobie czegoś tak okrutnego! – Fergis krzyczał coraz mniej zrozumiale. Słowa powoli przechodziły w bełkotliwy wrzask.

Jednak po chwili krzyk cichł, a wiszący stawał się coraz bledszy. Fergis zemdlał. Kat przestał kręcić korbą, podszedł do wiadra i zwymiotował. Usiadł ciężko przy swoim biurku i głęboko odetchnął. Wilgotne, chłodne powietrze, pachnące zwykle pleśnią i krwią, teraz cuchnęło wymiocinami. Gort żałował, że jego sala była usytuowana tak nisko i nie miał tutaj okna. Spojrzał w lustro i zauważył, że jest w euforycznym stanie zakochania w emocjach, których teraz doświadczał. Ostentacyjnie wytarł łzy. Pierwszy raz wycierał łzy smutku. Zwykle leciały tylko przy krojeniu cebuli. Uśmiechnął się do siebie.

– Czy naprawdę jestem potworem? Widać nie jestem przynajmniej bezduszny, bo mam uczucia. Bardzo schowane, ale mam. Może się zakocham? Smutek… jakie to uczucie. Tak piękne, romantyczne, pokrzepiające. Trochę zniechęcające, ale naprawdę głębokie i wzruszające. Dlaczego Ethnu nie dał mi duszy? To jego wina, że zabijam jego dzieci.

Gort podszedł do brata, odwiązał mu ręce i nogi. Powyjmował wszystkie haczyki i nawet zszył mu plecy.

– Co by tu z nim zrobić? – zapytał samego siebie. – Gilotyna? Bez sensu. Walec? Zmiękczacz? Krzesło? Hm… Co będzie najlepsze? A może…

Położył brata na specjalnym krześle i odpowiednio ułożył jego ręce i nogi, dokładnie zamykając zatrzaski. Po chwili zastanowienia wziął strzykawkę i wstrzyknął zielony płyn do żył Fergisa. Kiedy miał go budzić, poczuł nieprzyjemny skurcz w żołądku. Podbiegł do wiadra i znowu zwymiotował. Ból brzucha stawał się coraz bardziej natarczywy, zawroty głowy nasilały się z każdą chwilą. W połowie drogi od wiadra do omdlałego brata padł na kolana, ale wstał. Pewnym, silnym krokiem podszedł i wymierzył mocny cios w nieobecną twarz Fergisa.

– Witaj, braciszku – powiedział Gort. Chciał zabrzmieć szyderczo i ironicznie, jednak głos załamał mu się w połowie. – Pytam ostatni raz. Dlaczego? Komu? Kogo? Po co? – Jego ton w każdym kolejnym pytaniu zmieniał się na coraz bardziej szorstki i wściekły, tak że ostatnie dwa miały właściwie oznajmiający wydźwięk.

– Nikogo nie wydałem! – krzyknął Fergis. Gort nie wiedział, skąd wziął się tak ogromny upór. Widocznie zdrajca bał się kata. Bał się przyznać do czynów, które popełnił… było mu po prostu wstyd przed bratem. Dodatkowo, gdyby udało mu się zaprzeczyć jakoby współpracował z zagranicznym wywiadem, Gort powinien mieć wyrzuty sumienia. – Aaaaaaaaaaaaaaaaaaa!

– Trucizna zaczęła działać. Teraz powiedz wszystko ładnie albo złamię ci rękę.

Zarówno Ereitan III, jak i sam Gort byli pewni, że zachowa profesjonalizm, jednak okazało się, że cała akcja niespodziewanie wyzwoliła w mężczyźnie wiele absorbujących emocji. Nie podchodził tak lekko do Fergisa, jak do innych. Jego zabawa różnymi tonami zawodziła. Delikatne podejście w rozmowie nie zdawało egzaminu. Emocje uwolniły prawdziwą naturę we wszystkich aspektach. Był zdeterminowany, pusty wewnętrznie i słaby. Stał tak, zieleniejąc coraz bardziej, i patrzył, jak brat trzęsie się i kaszle czarną krwią. Swoją drogą wstrzyknięty płyn nie był groźny na dłuższą metę, jednak palił wewnątrz każdej tętnicy i tętniczki, żyły i żyłki. I zmieniał kolor krwi na czarny… dla lepszego efektu.

Kat przesunął dźwignię. Oparcie pod rękę, do którego było przytwierdzone paskami ramię Fergisa, złożyło się jak scyzoryk – w drugą stronę niż zginał się łokieć. Krzyk szpiega był idealnym tłem dla myśli Gorta, który otarł łzy i przesunął kolejną dźwignię. Trzask oznaczał pęknięcie kości, które następnie przebiły skórę i wyszły na wierzch, powodując potok czarnej juchy. Ofiara po raz kolejny straciła przytomność. Kat wziął sznurek i zawiązał powyżej łokcia, odcinając dopływ krwi do otwartego złamania. Wyjął z kieszeni sole trzeźwiące i przysunął bratu pod nos. Związany kaszlnął, a krople czarnej cieczy zabrudziły rękaw oprawcy. Znów rozległ się nieustający krzyk.

Złamanie otwarte niewątpliwie bardzo boli, a widok własnej krwi, zwłaszcza tak nienaturalnie ciemnej, zwiększa doznania. Na dodatek gdyby Fergis nie był teraz unieruchomiony, zerwałby z siebie skórę. To naprawdę paliło. Zdrajca wił się i podskakiwał na krześle. Próbował się uwolnić, jednak w jego ruchach nie było żadnej konsekwencji.

Gort obserwował tylko nieskoordynowane podrygiwania brata, po czym… tradycyjnie zwymiotował do wiadra. Ze swojego stołu pełnego morderczych narzędzi zdjął ogromne szczypce. Chwycił mocno wystającą kość Fergisa i zaczął z całej siły ciągnąć. Ból musiał być niewyobrażalny, ale mimo usilnych prób kości nie udało się wyciągnąć. Kat pomyślał więc chwilę, wziął linę i przywiązał ją do zaciśniętych obcęgów, a następnie do haka, na którym wcześniej wisiał szarpiący się w panice brat. Kolejne obroty korby unosiły hak do góry, a kość zaczęła trzaskać. Mina oprawcy wyrażała maksymalne skupienie, a twarz wyglądała jak marmurowa maska. Gort nie potrzebował uśmiechu. Tonął we własnym smutku i w rozpaczy, odczuwając przy tym euforyczną przyjemność. Ogrom doznań zdawał się go wypełniać, wręcz pochłaniać. Miłość do brata, strach, wyrzuty sumienia wypełniały jego duszę i zaczynały doprowadzać do obłędu. Każda sekunda, jaką spędzał, słysząc krzyki ukochanego brata, sprawiała, że wszystko w nim wzbierało. Sumienie krzyczało coraz głośniej, miłość rosła bardziej i bardziej. Coraz więcej uczuć nawiedzało jego serce. Delektował się tą chwilą, pławiąc się w radości. Odpływał w obłęd i fascynację bólem, który trawił jego wnętrze. Postanowił, że nie pozwoli Fergisowi żywemu opuścić tej sali. Nagle jakaś kość przefrunęła przed jego oczami, wraz z kawałkiem nadgarstka i… drugą kością. Któraś z nich to była promieniowa. Nie pamiętał już książek medycznych, które kiedyś czytał. Wtem z zamyślenia wyrwało go jedno słowo:

– Powiem! Wszystko powiem! To prawda! Zdradziłem ciebie! Zdradziłbym jeszcze raz! Spójrz na siebie, jesteś bezdusznym potworem, który potrafi takie rzeczy robić swojemu bratu… obcym ludziom. Ty nie masz uczuć! Nigdy nie będziesz miał! Nie jesteś człowiekiem! Nie masz duszy! Pamiętasz mojego psa?! Żałowałbym go bardziej niż ciebie! Ha ha! Jemu było bliżej do człowieka niż tobie! Ty powinieneś tu trafić, nie ja! To ty powinieneś być świadom cierpienia, jakie wyrządziłeś! Tylu ludziom! Ty powinieneś siedzieć tutaj i cierpieć, a nie ja! Ty… – Fergis nie dokończył, nagle zbladł i stracił przytomność.

Gort początkowo tylko uśmiechnął się cynicznie, jednak po chwili zaczęło do niego docierać wszystko, co dotychczas usłyszał. Jego brat uważał go za potwora. Jego własny brat! Czy to znaczy, że nie ma nikogo na tym świecie, kto może uważać go za człowieka? Co najgorsze, Fergis miał rację. Jednak teraz cały czas wszystko się zmieniało, teraz wreszcie serce Gorta przyspieszało w stresie. Teraz czuł… wstyd. Zaczęły go ogarniać czarne macki nienawiści i pogardy do samego siebie, jednak musiał skończyć rytuał, który zaczął. Nie mógł przestać katować swojego brata. Ogarniał go smutek, a ten był powodowany jedynie litością nad Fergisem. To oznaczało, że kat naprawdę go kochał. Im mocniej Fergis krwawił, tym więcej jego duszy przelewało się w Gorta. Dwa bliźniaki otrzymały od Ethnu jedną duszę przy urodzeniu, teraz Gort odzyskiwał to, co należało mu się od dawna. Torturował brata i planował go zabić bez zmrużenia oka. Jednak nie dlatego, że był bezdusznym potworem, a dlatego, że nie chciał nim być. Podszedł do bliźniaka i uderzył go w twarz. Dźwięk odbił się echem wśród pustych ścian. Nie poskutkowało. Sole trzeźwiące pomogły. Fergis ciężko odetchnął. Już nie krzyczał.

– Valandriol się boi. Panujący są przerażeni potęgą Xynthialu… wiedzą, że nie mają szans pokonać nas w otwartej walce. Wiedzą, że Ereitan nie ustąpi i będzie napierał dalej, niszcząc coraz to nowe ziemie, mordując coraz więcej ludzi i niewoląc ich dusze. Chcą nas ubiec, złamać xynthialskie serca. Wysłać zabójców, którzy wybiją bankierów, generałów i bohaterów. To już się zaczęło. Słyszałeś o śmierci Deixy Nerictsh? Monida Fayri? Nisdewa Nexeri Nuaqa? No właśnie.

– To ty ich wydałeś? – zapytał Gort.

– Nie! Ja nawet nie rozumiem, na czym polega pojęcie zdrady w tym momencie. Mają wielu szpiegów, nie do końca dlatego, że Xynthial to państwo zdrajców. Wiadomo, że jest zbyt dobrze, ale kto nie powiedziałby, gdzie mieszkają lordowie? Zwłaszcza, że w obrębie własnego miasta każdy o nich wie. Jeżeli za to płacą? Szpiegów jest setki, celów tysiące. Nie znam żadnego innego, rozmawiano ze mną tylko listownie. Nie wiem, z kim pisałem. Zostawiałem listy z informacjami, a oni dawali mi za to pieniądze. Znajdowałem je po prostu w domu i tyle. Wiedziałem, że jestem obserwowany. Ich wywiad od ostatniej wojny bardzo się rozwinął, nie chcą powtórki z Deriolu. Widzą wszystkich. – Fergis ciężko dyszał. Każde słowo sprawiało mu ogromny ból. Każda sekunda, każdy oddech, każde uderzenie serca… Jednak mówił spokojnie, patrząc bratu w oczy. – Chciałem im ciebie wydać. Wyobrażasz sobie, że nikt nie chciał? Nie wiem, czy się ciebie boją, czy może ich nie interesujesz, a może sprzedał cię już kto inny. Zapytali o Neriva. Kto nie wie, gdzie mieszka Neriv?

– O co pytali? – Pierwszą reakcją Gorta na te słowa były tak naprawdę szok i ból rozchodzący się przez żyły, tak jakby sam sobie wstrzyknął toksynę. „Dlaczego tak mnie nienawidzisz braciszku? I od jak dawna?” – chciał zapytać. Powstrzymał się, musiał być profesjonalistą.

– Gdzie mieszka, czym się zajmuje, czy mieszka sam, ile ma straży, gdzie ma komnatę, czy ma jakieś stałe nawyki. To wszystko.

– Tylko Neriv? – zapytał kat.

– Tylko – odpowiedział katowany. – Jak już powiedziałem, ciebie nikt zabić nie chciał.

Gort przesunął dźwignię. Rozległo się głuche pęknięcie, a następnie krzyk. Kat wyjął z kieszeni sznurek i zawiązał na ramieniu brata, powyżej otwartego złamania.

– Dlaczego?! – krzyknął Fergis. – Powiedziałem wszystko!

– Nie zawsze płaczę, kiedy torturuję – odpowiedział spokojnie Gort, patrząc na cierpienie brata. – Masz rację. Jestem potworem, ale twoja śmierć odda mi moją duszę.

– Aaaaaaa! Co ty bredzisz? – krzyczał przywiązany.

– Wreszcie czuję się jak człowiek. Wreszcie cierpię. Chcę tego więcej – powiedział kat, wycierając łzę. Zaczął płakać jak dziecko, a jego głos kompletnie się załamał. – Wreszcie chcę miłości i nienawiści. Chcę być normalny! Nie chcę już cierpieć w tej pustce! Nie chcę! Już nigdy!

Obaj upadli. Fergis zemdlał. Gort padł na ziemię w konwulsjach, zalewając się łzami. Z wielkim wysiłkiem próbował wstać, każdy ruch sprawiał mu ból. Coś w nim krzyczało, ale on wiedział, że musi skończyć rytuał. Doszedł do swojego biurka. Spojrzał na biblioteczkę pełną książek i usiadł na krześle z jasnego drewna. Wziął głęboki wdech. Wśród odoru wymiocin jego nos wychwycił zapach krwi, niegdyś jego ulubiony, teraz stający się nie do zniesienia. Zerwał się tylko po to, żeby biegiem zdążyć do wiadra pełnego przetrawionego jedzenia. Nie miał już czego zwracać, z żołądka poleciała sama woda. Ogromne ciśnienie w klatce piersiowej nie dawało mu żyć. Postanowił skończyć z tym jak najszybciej. Niewątpliwie potrzebował odpoczynku. Podszedł do swojego omdlałego brata i podłożył mu sole trzeźwiące pod nos.

– Czego jeszcze ode mnie chcesz? – wyjęczał Fergis.

– Twojej śmierci… w cierpieniach – odpowiedział Gort, patrząc smutnymi oczami. Śmierć sama w sobie nie jest zła, kiedy jest szybka i bezbolesna. Kat zamierzał własnemu bratu zrobić coś, co nie pozwoli mu zasnąć już nigdy. Przerażone oczy wpatrywały się w siebie. Człowiek obawiający się przyszłości z własnym sumieniem, z samym sobą, patrzył w oczy człowiekowi bez przyszłości. Fergis wiedział, że piekło dopiero się rozpoczyna.

Urywane krzyki dochodziły z lochów jeszcze godzinami. Nikt nie chciał wiedzieć, co się tam dzieje. Takich rzeczy po prostu lepiej nie wiedzieć. Gort szybkim ruchem wbił w prawe oko Fergisa rozżarzoną igłę. Oko eksplodowało. W kolejne wstrzyknął nieznaną toksynę. Skalpelem przeciął brzuch. Kiedy wyrywał bratu ramię, katowany dla „ulżenia” sobie w bólu trzymał w zębach własne jelita. Woń płonącej skóry rozchodziła się po lochach, zabijając skutecznie wszystkie inne zapachy.
Dusza zawsze rodzi się w bólu.

Kiedy rankiem strażnicy ośmielili się wejść do lochów Gorta, w twarz rzucił im się zapach palonej skóry, trucizn i wymiocin. Kat leżał na podłodze oblepiony rzygowinami, a obok walała się bezkształtna krwawa masa, która kiedyś mogła być człowiekiem. Co się wydarzyło i dlaczego, na zawsze pozostało tajemnicą.

Gort Anakur IV

Gort nie pamiętał, kiedy ostatnim razem denerwował się przed zleceniem. O ile torturowanie ludzi czy nawet elfów stało się rutyną, to nie spodziewał się w swojej sali przedstawiciela xaetrów, już prędzej derfa. Przed xaetrami czuł jakiś niewymowny lęk. Tym razem postanowił przygotować się do wszystkiego dużo wcześniej. Poukładał jak zwykle pedantycznie, w ustalonym szeregu noże, piły, trucizny, sole trzeźwiące, artefakty, igły, obcęgi, siekiery, papiery ścierne, szkło, kryształy, miecze, haki, przenośne imadła, liny, wiertła, śruby, gwoździe, pilniki, pęsety, pejcze, baty, drewniane kołeczki do podważania paznokci, kije, pieczęcie, bociany, gruszki, andraońskie buty, widełki heretyków, druty kolczaste, nożyce, wciągarki, pałki, wstrzykiwacze ogni i wiele innych nienazwanych jeszcze urządzeń. Dodatkowo napalił porządnie w piecu dla łatwego dostępu do ognia i przyniósł kilka wiader wody. Bardzo się stresował.

Zapalił nowe kryształy, który przyniósł specjalnie, aby nadać swojej sali „nowoczesny” odblask. Pochodnie sprawiały, że atmosfera była lepsza, jednak Gort miał już dość psucia sobie wzroku przy słabym świetle. Czytał właśnie książkę w ramach codziennego relaksu, kiedy do jego uszu dotarł odgłos kroków na schodach. Zwielokrotniony echem stukot sugerował liczną grupę. Brama skrzypnęła, a sala zaczęła wypełniać się strażnikami. Człowieka lub elfa zwykle eskortują dwie osoby, czarną postać prowadziło osiem.

– Przyprowadziliśmy go! – powiedział szybko dowódca. Po twarzach jego i wszystkich wokół widać było, że każdy z nich miał ochotę uciec z powrotem na górę.

– Świetnie! – odpowiedział kat. – Dziękuję, posadźcie go na krześle i przytrzymajcie.

Eskorta prowadziła więźnia na krzesło, a Anakur chwilę obserwował, jak trzęsą się im ręce. Sam wziął linę i ruszył w stronę swojej przyszłej ofiary, wtedy zauważył, że i jego dłonie drżały. Przywiązywał mroczną postać bardzo ostrożnie, obserwując skórę nie z tego świata i przyglądając się oczom umieszczonym na ramionach. Pierwszy raz miał styczność z jakąkolwiek pozawymiarową rasą. Zastanawiał się, jak unieruchomić wyrastające z przedramion palce i zdecydował każdy palec przywiązać oddzielnie. Dużą trudność sprawiło mu przytwierdzenie nóg, które w swojej budowie przypominały korzeń drzewa – noga kończyła się płaską powierzchnią, wyglądającą jak praca niezbyt ambitnego stolarza, była otoczona dziesiątkami stabilizujących równowagę macek. Kat postanowił owinąć je bardzo ciasno bandażem, a następnie liną. Samo przywiązywanie zajęło rekordowo dużo czasu.

– Niewygodnie mi… – rozległ się skrzek przypominający odgłos wydawany przez żaby, jednak dużo niższy. Dźwięk rozchodził się po całym pomieszczeniu i zdawało się, że dociera ze wszystkich kątów pomieszczenia naraz. Strażnicy podskoczyli ze strachu i zaczęli rozglądać się po sali. Gort spojrzał na paszczę, która przed chwilą jeszcze się poruszała. Potem na ramiona, skąd przyglądały mu się badawczo dwie pary oczu. Zwrócił uwagę na wyrastające z głowy więźnia włosy – grube i sztywne jak wąsy u ssaków. Mimo niewielu informacji na temat tej tajemniczej rasy coś podpowiadało mu, że nie służyły jako ozdoba. Według plotek były one odpowiedzialne za pewien zmysł, który zdawał się połączeniem ludzkiego węchu i słuchu. Kat zauważył, że każdy z włosów poruszał się inaczej. Szczęka otworzyła się, a Gort zobaczył setki czarnych jak węgiel, ale połyskujących fioletem zębów. Po chwili znów dobiegł do niego skrzek:
Uwiera mnie w skrzydła.

Zapadła cisza, której nikt nie śmiał przerwać. Bladzi strażnicy patrzyli na demona, którego przyprowadzili, jednak Gort, zachowując zimną krew, odpowiedział:

– Źle trafiłeś. Zdajesz sobie sprawę, gdzie jesteś?

– W sali tortur – odpowiedział xaetr.

– Myślałeś, że to będzie miłe? – krzyknął najodważniejszy strażnik, śmiejąc się głosem wiejskiego przygłupa. – Gort pokaże ci, co to ból.

– Geanrze – rozległ się skrzek, a wszystkie cztery oczy jednocześnie spojrzały w stronę strażnika – wyjdę stąd, a wtedy… – Na odległość kilkunastu centymetrów w stronę Geanra wysunął się purpurowy, jaśniejący głębokim fioletem język. Taka odpowiedź wystarczyła, żeby strażnik zemdlał.

– Możecie odejść – powiedział Gort, kiedy upewnił się, że xaetr nie da rady się uwolnić.

Dowódca skinął na leżącego podwładnego, po czym zbrojni podnieśli kolegę i ruszyli na górę, zatrzaskując za sobą kratę. Gort poczuł się bardzo obco. Czytał, że nikt nie wyszedł żywy po rozmowie z xaetrami w „cztery” oczy, lecz jego życie warte było tego ryzyka.

– W czym tkwi wyjątkowość waszej rasy? – zapytał Gort. Zdawało mu się, że światła przygasły.

– Widzimy inaczej, więcej… jesteśmy… inteligentniejsi! Jesteśmy wyższym tworem, stworzonym przez Ethnu jako lepsza forma!

– Potraficie czytać w myślach?

– Tak – Gort przysiągłby, że głos dobiegł z wnętrza jego czaszki, a nie z paszczy demona.

– Czy to prawda, że nikt nie przeżył spotkania sam na sam z xeatrem? Dlaczego tak jest? Jesteście pokojową rasą, zasymilowaliście się z ludźmi. Nigdy nie słyszałem o żadnym ataku xaetra na ludzi.

– Ludzkie mięso to wielka pokusa, kiedy nie ma świadków. Zwykle jemy inne… rzeczy. – Kat był pewien, że z każdym słowem mrocznej postaci w pomieszczeniu robi się coraz ciemniej. Wszystkie oczy zwrócone były w jego stronę.

– Jak ci na imię?

– Jesteś moim katem i pytasz mnie o imię? – Gortowi wydawało się, że widzi jakieś kształty w ciemniejącej sali.

– Nie masz imienia? Skąd się właściwie wzięliście? Nie powstaliście na Nur’estiri’gh! – Gort nie dał zbić się z tropu. Przynajmniej tak mu się wydawało.

– Giyrovish. Nie. Przybyliśmy spoza tego wymiaru, jesteśmy… jak to mówicie? Demonami.

– Jak?

– Słyszałeś o smokach z Nur? – Gort dopiero teraz zauważył, że demon ma akcent podobny do ludzi zamieszkujących południowe wyspy Eestirii. Zakres widzenia w tym, co najłatwiej byłoby nazwać mgłą ciemności, wyraźnie zaczynał się zawężać, a kat usłyszał ciche szepty dochodzące z jej wnętrza.

– Nie – Gortowi coraz trudniej było skoncentrować się na rozmowie. Wydawało mu się, że traci zdolność myślenia.

– Ciekawostka. Przedstawiciele mojego ludu przekupili smoki z Południa. W ramach możliwości przeprowadzki na wasz świat mieliśmy spełnić dwa warunki. Po pierwsze oddać dużą część swojej mocy radzie smoków, po drugie „nauczyć” południowe smoki rozmnażania się. – Oprócz dwóch par oczu wwiercających się w pustkę jego serca kat niczego nie widział. Słyszał za to szepty i głosy dochodzące ze wszystkich stron; wydawało mu się, że znajduje się na jakimś mrocznym bankiecie, gdzie jest jedynym daniem. – Z tego co się orientuję, to rada smoków zamknęła moc wziętą od całej rasy w krysztale o nazwie Nyyrilid, a co do smoków… nurijskie smoki z Południa zaczęły się gwałtownie rozmnażać. Było ich zbyt dużo, a kiedy zaczęły ze sobą walczyć, upadły wszystkie priorytety ochrony świata. Smocza rada wyklęła przedstawicieli Południa i zamknęła Nur w blokadzie, która nie pozwala na wydostanie się stamtąd do Eestirii i Ghnti. Smoki straciły tam swoją moc, a kraina została nawiedzona przez różnego rodzaju istoty. Zdaje się, że to nawet otchłań porzuconych przebijał się przez międzywymiarową barierę i miał zamiar przejąć Nur. Wy ludzie jednak macie jakieś swoje sposoby na przeżycie. Pomimo ataków splugawionych smoków, inwazji demonów, pozawymiarowych stworzeń, umarłych i wszystkiego co się da, a czego ludzki umysł nigdy nie powinien oglądać, ciągle żyjecie. Ostatnie miasto, zwane teraz Nur, po upadku reszty kontynentu broni się zaciekle przed wszystkimi atakami… Gort zauważył, że z każdym słowem xaetra tonął w jego magii. Czuł ruchy powietrza, dotyk cieni. Wydawało mu się, że jest otoczony. Odruchowo odwrócił się i wyciągnął przed siebie rękę, jednak od razu upadł na kamienną posadzkę. Gdzieś w jego podświadomości, niczym światło w tunelu, pojawił się kierunek, w którym musiał uciekać, podczas gdy Giyrovish mówił dalej. – …jednak mieszkańcy Nur zaczęli się ze sobą kłócić i doprowadzili do tego, że… – Gort zasłonił ręką oczy. Po uderzeniu pałką, które zaserwował xaetrowi, wszystko wróciło do normalności. Światło momentalnie rozbłysło do tego stopnia, że poraziło ludzkie źrenice.

– Sprytny jesteś… – wyszeptał xaetr, a z kącika jego pyska popłynęła czarna krew.

– Zamknij się, demonie! – krzyknął Gort. Był wściekły, że stracił kontrolę nad swoją ofiarą, co było bardzo nieprofesjonalne. Kat złapał kij i wcisnął go więźniowi między zęby.

– Naprawdę? – zapytał ironicznie xaetr, przegryzając jednym kłapnięciem kij, lecz Gort był na to przygotowany. Szybkim ruchem chwycił za miecz i umieścił go w paszczy ofiary.

– Naprawdę! – krzyknął. – Teraz ja zadaję pytania…

– Jak mam odpowiadać, skoro nie mogę mówić? – w głowie kata odezwał się skrzek. Gort był już pewien, że demon potrafi porozumiewać się telepatycznie. Serce Anakura zabiło szybciej, a źrenice się zwęziły. Wyjął miecz z zębów demona i uderzył nim z całej siły w przedramię. Palec zaczął krwawić, jednak ku zdumieniu Gorta nie odpadł.

– Mamy twardszą skórę, niż ci się wydaje – echo skrzeku dobiegło ze wszystkich stron, wywołując u kata ciarki. Anakur zmienił pozycję miecza i z całej siły pchnął ostrze w jedno z oczu demona. Podłoga zaczęła się trząść, z sufitu posypał się tynk, kryształy zamigotały, a Gortowi wydawało się, że słyszy xaetrzy chór nienawiści we własnej głowie.

Kiedy otworzył oczy, klęczał przed swoim więźniem. Wiedział, że minęła sekunda, jednak jemu zdawało się, że godzinami zmagał się z Giyrovishem we wnętrzu własnej głowy.

– Mów, co wiesz o valandriolskich siłach w Istrolu i Deriolu i czego się dowiedziałeś o siłach Xynthialu! – Anakur krzyknął na całe gardło, chociaż wiedział, że zabrzmiało to żałośnie, więc po chwili dodał spokojnie: – Chyba że chcesz być ślepy.

– Nie pojmiesz kreaturo sposobu, w jaki widzimy świat! – w głowie kata znów rozległa się harmonia podłego skrzeku i demonicznego śmiechu. Tak jakby do lewego ucha mówił jeden demon, a do prawego śmiał się drugi.

Oprawca wsadził nóż do pieca i sięgnął po szczypce. Światło w sali niebezpiecznie zamrugało, ale po omacku złapał palec wyrastający z przedramienia i przekręcił go. Wraz z dźwiękiem pękających stawów rozległ się krzyk i światło znów zapaliło się nad głową kata. Ten mrugnął i zobaczył, że stoi nad brzegiem przepaści. Początkowo był zdezorientowany, jednak jego umysł zadziałał bardzo szybko. Nie wyczuł zmiany temperatury. Nie słyszał szumu wiatru, który poruszał trawą rosnącą pod skarpą. Za to nadal czuł zapach krwi. To wszystko było złudzeniem optycznym. Po omacku złapał rękojeść rozgrzanego do czerwoności noża i wbił go ofierze w nogę. Krzyk rozsadzał mu głowę, kat padł na podłogę i zasłonił uszy. Leżał w swoim własnym łóżku, a jednak czuł, że nadal stoi, przynajmniej tak wskazywał błędnik. Gort sięgnął za siebie i jego ręka przeszło przez pościel jakby istniejącą w innym świecie. Jego palce zacisnęły się na drewnianym trzonku, poznał znajomy przedmiot – siekierę. Złapał ją i uderzył z całej siły, jak się okazało – w rękę xaetra na wysokości oczu. Sala na moment wróciła do swojego naturalnego stanu. Potworne wycie tysięcy demonów w głowie Anakura nie cichło. Stawało się to nie do zniesienia, jednak kat wiedział, że nie może inaczej zmienić swojego losu, niż raniąc dalej. Stał na środku pustyni bez słońca, a ze wszystkich stron zbliżały się do niego odrażające stwory. Niektóre przypominały xaetry, inne zaś wyglądały jak te ze starych rycin z biblioteki w Vironolu. Potworne kształty pełne macek, zębów i oczu. Monstra wyglądające, jakby czyjś splugawiony umysł odczuwał przyjemność z tworzenia niewyobrażalnych koszmarów. Humanoidy bez twarzy. Poruszające się na miliardach malutkich nóżek robale krwawiące jadem; z ich pleców wyrastały miliony macek zakończonych oczami. Przez chwilę kat poczuł paniczny lęk, a chwilę potem miał wrażenie, że to wszystko już gdzieś widział, w końcu podjął decyzję, że to jednak złudzenie i musi zacząć działać, zanim kompletnie oszaleje. Starał się wyrwać siekierę z ręki xaetra, lecz ta utknęła na dobre. Rzucił się więc w stronę nadchodzących piekielnych stworów i trafiając po omacku na stół, złapał pierwszą lepszą strzykawkę. Na ślepo wstrzyknął zawartość więźniowi i obraz, który widział, zaczął się rozmywać, potęgując zatrważające kształty. Widocznie Giyrovish przesyłał mu swoją wyobraźnię, a wraz ze wstrzykniętym narkotykiem jego percepcja się zmieniła. Kat, wciąż patrząc na potworności rozciągające się w nieregularne kształty, sięgnął na oślep, łapiąc nóż i wciągarkę. Zatopił ostrze w piersi ofiary i sala odzyskała swój naturalny wygląd, tak jak się spodziewał. Kątem oka spostrzegł, że włosy pokrywające pysk xaetra przestają się ruszać. Wysnuł tezę, że to one umożliwiały tym istotom manipulowanie ludzkimi umysłami. Spiesząc się przed powrotem koncentracji potwora, wcisnął na jego palec automatyczną wciągarkę – półmagiczne urządzenie własnej konstrukcji, które po założeniu na palec, dzięki zamontowanym z dwóch stron taśmom z odłamkami żelaza i magicznemu zasilaniu, zdzierało skórę, a następnie mięśnie z ofiary. To zagranie dało mu trochę czasu. Odwrócił się, chwycił dwa wstrzykiwacze ogni i wcisnął je w oczy. Urządzenie rozciągnęło powieki i wepchnęło rozgrzaną do czerwoności końcówkę do środka. Gort skonstruował to dla śmiertelników, u których urządzenie z łatwością rozrywało skórę i mięśnie, a rozgrzany pręt dochodził do kości. Tym razem obawiał się zbyt mocnej tkanki u demonicznej rasy.

Nastała ciemność. Otępiające skrzeki dochodziły ze wszystkich stron, gasły powoli, by wreszcie całkiem ucichnąć. Gort poczuł, że spada w nieidentyfikowalną lodową otchłań. Zimno i mdłości były jednak niczym w porównaniu z bardzo realnym zderzeniem ze ścianą. Usłyszał brzęknięcie upadających narzędzi, dźwięk łamanego krzesła i zrywanych lin. Szybko wrócił do siebie i złapał tasak, który miał pod ręką. Zamachnął się na oślep, licząc na szczęśliwy traf, i uderzył Giyrovisha w pełen zębów pysk. Słyszał w głowie nieustające „Oślepił!”, „Zabije!”, „Śmierć…”, „Nienawidzę!”. Skrzeki dobywały się ze wszystkich stron, wprowadzając zamęt w głowie Gorta, lecz on był pewien jednego – przez te ułamki sekundy demon leżał u jego stóp. Kat schylił się po kij i z wyskoku uderzył w jedno z małych, zredukowanych skrzydeł. Po słowach demona wydawało mu się ono bardzo wrażliwym punktem. Po omacku złapał leżące pod zniszczonym stołem nożyce i jednym ruchem przyciął jak najwięcej włosów wyrastających z głowy potwora. Szybkim skokiem ofiara rzuciła się w stronę połamanego krzesła, do którego była wcześniej przywiązana, po czym znów nastąpiła nienaturalna ciemność. Gort nie widział niczego, więc z nożycami w jednej dłoni i kijem w drugiej stanął w kącie, próbując wyłapać odgłos kroków. Nagle poczuł, że ściana za nim znikła. Trybiki w jego głowie zaczęły poruszać się na najwyższych obrotach. Rozejrzał się i zobaczył gwiazdy. Było w nich coś niepokojącego, wydawały się być niewiarygodnie blisko. Odwrócił się i zaczął iść zieloną ścieżką. Zieloną jednolicie wśród złotej trawy, która porastała całą przestrzeń dookoła niego. Widział w oddali zjawy przypominające duchy. Poczuł, że przed nim stoi coś, czego się boi i przed czym powinien się bronić. Mimo że widział tylko ciemność, intuicyjnie odwrócił się i uderzył kijem.

Sala wróciła do swojego normalnego wyglądu, na ziemi leżał xaetr. Anakur, chcąc wykorzystać chwilową bezbronność demona, skoczył, złapał go za pysk i obciął mu resztę włosów wystających z głowy. Demon odepchnął go na ścianę. Kat rzucił się w stronę stołu, na której miał ułożone narzędzia. Złapał miecz i nóż. Przerażające halucynacje nie wróciły. Odwrócił się i zobaczył, że Giyrovish patrzy na niego i się nie porusza.

– Wygrałeś – powiedział demon. Xaetr nie miał w sobie ani wbitej siekiery, ani noża, w dodatku jego skóra była nietknięta. Z tą różnicą, że brakowało mu trzech oczu i wszystkich włosów. – Powiem wszystko.

Gort Anakur III

Było coś niepokojąco unieszkodliwiającego w jej jasnobłękitnych oczach. Gort zdawał sobie sprawę, że gałki oczne kobiet nie różnią się od męskich. Wiedział to, bo kiedyś trzymał obie w dłoni i nie potrafił ich odróżnić. Jednak spojrzenie dziewczyny nawet u tak bezdusznej istoty jak Gort Anakur wywoływało pewne wahania.

– Proszę, wypuść mnie – powiedziała dziewczyna, która dopiero teraz się ocknęła. Gort bardzo często spotykał się z udawaną naiwnością wśród swoich ofiar. Kiedyś nawet zastanawiał się, dlaczego ludzie udają idiotów w obawie przed dużą dawką bólu, jednak nie potrafił tego zrozumieć.

– W swoim czasie – powiedział stanowczo i spokojnie.

– Nie! Dlaczego!? – krzyknęła uwięziona.

– Jesteś złą osobą – odpowiedział kat, wkładając dziewczynie knebel w usta. – Dla mnie to również nie jest łatwe, ale robię to dla największej wartości, jaka istnieje w moim życiu.

Skrępowana próbowała się wyrywać, jednak wiedziała, że jej próby są skazane na porażkę. Liny zostały fachowo związane niewątpliwie przez kogoś, kto robi to regularnie. Dodatkowe węzły na nadgarstkach i przedramionach, a także na wysokości kostek i ud uniemożliwiały jakąkolwiek próbę ucieczki czy walki. Uwięziona czuła, jak stopy i dłonie drętwieją z powodu braku przepływu krwi.

Dziewczynę ogarniał strach. Spełnił się jeden z koszmarów jej życia – obudziła się w komnacie królewskiego kata Xynthialu. Wiedziała, że stąd nie ma wyjścia. Nikt jeszcze nie wyszedł o zdrowych zmysłach z kamiennej, pozbawionej duszy komnaty, gdzie tuż nad podłogą wiecznie unosiła się woń krwi. Do tego zapomnianego przez samego Ethnu miejsca nigdy nie docierało światło, a pochodnie świeciły niezwykle słabo, tworząc pełen grozy półmrok. Na murach wypisane były znamiona smutku i cierpienia, jakie towarzyszyły setkom kolejnych ofiar skrupulatnego kata bez serca. W tym ponurym miejscu nawet kamień płakał nad losem zagubionych w lochu dusz. Wiele legend krążyło na temat tej sali; mówiło się o tym, że została wybrukowana ludzkimi czaszkami. Niektórzy wspominali o krwawej sadzawce na środku, inni o skalpach wiszących pod sufitem, jednak prawda była dużo gorsza. „Pracownia” Gorta Anakura była profesjonalną salą do tortur. Oprócz wymyślnych maszyn i szuflad pełnych zagadkowych narzędzi, stworzonych i opracowanych przez chory umysł, w najlepiej oświetlonym kącie, na miękkim karmazynowym dywanie stały wykonane z jasnego drewna niewielkie biurko i krzesło. Tuż obok zaś skromna, wypełniona najprzeróżniejszymi książkami biblioteczka. Oznaczało to, że Gort miał coś wspólnego z normalnymi ludźmi – miał hobby. Świadomość cech ludzkich w przypadku własnego kata doprowadzała do obłędu. To nie było dzikie, bojaźliwe zwierzę ani żaden żądny mięsa potwór czy przybyły ze sfery ognia demon, tylko zwyczajny człowiek. Taki, który lubi czytać i spędzać czas z inteligentnymi kobietami, a jednocześnie trudni się doprowadzaniem ludzi do szaleństwa wymyślnymi torturami.

Dziewczyna patrzyła na to wszystko, a czas jakby się zatrzymał. Jej przerażenie formowało w głowie nowe, niespotykane wzory strachu.

Gort tymczasem ostrzył nóż.

– Zawsze lubię mówić do swoich ofiar. Ofiar… tak właśnie was nazywam – powiedział. – Dobrze wiesz, jaki jestem, ale to bez ciebie świat będzie lepszy. Jednak spokojnie, nie dam ci z niego odejść, po prostu otrzymasz karę adekwatną do swoich czynów.

– Mm – wymamrotała zakneblowana dziewczyna.

– Masz rację… – powiedział kat, po czym odwrócił się i powolnym krokiem poszedł w stronę stołu z narzędziami. Pod tym względem był pedantyczny. Każdy nóż, każda piła, pilnik czy inne narzędzie tortur ułożone było w odpowiednim dla niego miejscu. Zupełnie jakby ten porządek miał kiedyś uratować mu życie. Postał chwilę, patrząc na stół i udając, że się zastanawia, czego powinien użyć. Po chwili jednak wyciągnął rękę i wziął ogromny sekator. – Jak myślisz? Najpierw noga czy ręka? – zapytał, odwracając się do blondynki

– !

– Masz rację – zgodził się z ofiarą, po czym podszedł do dziewczyny i rozszerzył potężne szczypce, które bez trudu przecięłyby drewnianą kłodę. Delikatnie przysunął je do nogi na wysokości połowy łydek, po czym gwałtownie ścisnął. Głowa dziewczyny opadła na bok.

Świat jest podły – pomyślał Gort. – Biedni śmiertelnicy z całą swoją gamą uczuć powodującą u nich tyle irracjonalnych czynów… cała ta ich naiwność, wszystkie te głupie rzeczy, jakie przychodzą im do głowy z powodu braku chłodnej kalkulacji. Głupi powierzają swoje życie innym idiotom, którym wydaje się, że są mądrzy. Jeśli Ethnu naprawdę istnieje, powinien w jednym ze swoich praw zapisać zakaz bycia durniem.

W trakcie tych rozmyślań Gort opatrywał uciętą kończynę.Wszystkim wydaje się, że najlepiej wiedzą, jak ten świat powinien wyglądać, niezależnie od faktycznego stanu. W takich czasach żyjemy, że każdy uważa, iż ma przepis na dobro na świecie, na wieczne szczęście i bogactwo wszystkich ludzi. Każdy na swój sposób dąży do zbawienia świata… jedni idealiści gorsi od drugich. Ilu ludzi, tylu bogów, ilu bogów, tyle wspaniałych idei. Każdy ma swojego boga, który mówi mu, co ma robić, każdy w coś wierzy, nawet nie wyznając konkretnej religii, a najczęściej sam jest sobie bogiem. Prosta logika: im głupszy człowiek, tym głupszy bóg, który rządzi jego życiem.

– Mmm! – dziewczyna się ocknęła. Dopiero teraz dotarło do niej, co się dzieje. W pełni to odczuła. Jej organizm zdał sobie całkowicie sprawę z tego, że zmysły mówiły prawdę: życie się kończy.

– Takimi jak ty gardzę najbardziej. Nie musiałaś tego robić, wszystko mogłoby skończyć się wspaniale. Byłoby bajkowe zakończenie „żyli długo i szczęśliwie”, skończyłoby się pasmo nienawiści; ale ty zamiast ugasić ogień, dorzuciłaś do niego i uciekłaś. Myślałaś, że skutki twoich działań cię ominą? Twoje bestialskie uczynki zostaną nagrodzone potwornym bólem – mówił kat, zanim zacisnął szczypce na drugiej nodze. – Zasłużyłaś na to. Ja jestem tylko sędzią i katem, ale to ty jesteś tu grzesznicą. Ja tylko wymierzam sprawiedliwość. W głębi duszy sama wiesz, że na to zasłużyłaś.

Tym razem dziewczyna nie zemdlała. Widziała, jak część nogi, która jeszcze przed chwilą była integralnym kawałkiem jej ciała, bezwładnie opadła na kamienny bruk. Przed oczami stanął jej obraz, gdy patrzyła w lustro, ciesząc się swoją nienaganną figurą i zgrabnymi nogami, pamiętała radość, jaką czuła, kiedy każdy mężczyzna patrzył na nią pożądliwym wzrokiem. Jak bawiła się miłością innych, jak łamała serca i zawalała światy z własnej próżności. Gdzieś głęboko w jej duszy pojawiło się delikatne ukłucie, które mówiło, że choć może nie tak surowa, to jednak jakaś kara powinna ją spotkać.

Widziała przez łzy, jak kat delikatnie dezynfekuje i opatruje jej nogi. W jego ruchach było coś pełnego szacunku dla niej. Nie używał brudnych, związanych byle jak szmat, tylko czystych, zdezynfekowanych bandaży, które zawiązywał skrupulatnie i ostrożnie. Czuła, jakby Anakur chciał mimo wszystko wyrazić skruchę lub pojednanie z nią. Zachowywał się trochę tak, jakby był pomocnym przechodniem – świadkiem wypadku, który chce uratować nieszczęśników, lub pełną współczucia pielęgniarką. To sprawiało, że wszystko stało się nagle bardziej humanitarne i dziewczyna powoli godziła się ze swoim losem. Śmierć w agonii była odpowiedzią na ból, jaki zadawała. Gort patrzył, jak nogi dziewczyny leżą bezwładnie na posadzce i powoli wypływają z nich ostatnie krople krwi.

Ironia losu, pomyślał. Po części właśnie przez te nogi trafiła na jego krzesło. Łamaczka serc, która przecież nigdy nikomu nic nie obiecywała, więc dlaczego miałaby dotrzymywać niedanego nigdy słowa? Naiwni głupcy pożądający ciała stawali się niewolnikami chciwej bestii, która nigdy się nie nasycała, a żywiła tylko cierpieniem i łzami.

– Nie śpisz? Dobrze, skończymy szybciej – powiedział Gort, podnosząc potężny sekator i łapiąc nim ramię dziewczyny. Blondynka cicho jęknęła, a jej głowa znów opadła na ramię. Kat podniósł uciętą rękę, nogi i wszystko włożył do stalowego wiadra.

Poczuł dziwne ukłucie w sercu. Dziewczyna była ładna i miała piękne oczy. Gort nie do końca rozumiał, skąd przychodzą mu do głowy takie, a nie inne myśli. Możliwe, że podświadomie szkoda mu było „dobrego materiału”, a może coś było w tych oczach… Niezależnie jednak od przyczyny przez chwilę żałował dziewczyny. Patrzył, jak jej piękno przemija w błyskawicznym tempie, a życie zamienia się w koszmar. Dla niej już nic nigdy nie będzie takie samo, a ten dzień zapamięta do końca swojego istnienia. Jednak zasłużyła na to, była gorsza od niego. W końcu on ranił ciała ludzi za pieniądze i to najczęściej istoty, które miały coś na sumieniu, winnych lub jedynie potencjalnych szpiegów, natomiast ona bezinteresownie niszczyła dusze dla czystej zabawy, kierowana zwykłą próżnością. W humanitarnym odruchu złapał drugą rękę szczypcami i odciął zdecydowanym ruchem. Nie było potrzeby, aby dziewczyna bardziej cierpiała. Jednak z następnym krokiem musiał poczekać, aż ofiara się obudzi. Świadomość dziewczyny wracała bardzo powoli. Nie czuła bólu ani strachu. Wiedziała, że już nigdy nie będzie tak piękna jak kiedyś. Nie tyle godziła się z losem, ile nawet zaczęła uważać to za sprawiedliwe. Straciła ciało, którym pozbawiła dusz tylu nieszczęśników. Dręczyło ją coraz większe poczucie winy w stosunku do siebie samej i czynów, które popełniła względem tych wszystkich zranionych mężczyzn. To zrozumiałe, że było jej odbierane coś, co szkodziło innym. Nagle zdała sobie sprawę, że może mówić, jednak zdecydowała się nie otwierać ust.

– Wystaw język – usłyszała polecenie, które posłusznie wykonała. Wszystko było jej już obojętne. Kat złapał koniec języka szczypcami i ostrymi jak brzytwa nożyczkami usunął go szybkim cięciem. Wyrzucił odcięty kawałek do wiadra i powiedział: – Nie bój się, niedługo przestanie krwawić – po czym pogłaskał uwięzioną po miękkich złotych włosach. Gort podszedł w stronę stołu z narzędziami, chwycił coś i ukrył za plecami, aby dziewczyna nie mogła zobaczyć. Odwrócił się do niej powolnym krokiem i lewą ręką pogładził po głowie.

– Już spokojnie, Anriono, już wszystko dobrze… to koniec twojego cierpienia.

Nagle zapadła ciemność.

***

Pod osłoną nocy niewyraźnie majacząca w blasku księżyca postać przemykała ukradkiem spowitymi gęstą mgłą uliczkami. Zakapturzony mężczyzna zwolnił kroku i delikatnie ułożył niewymiarowy pakunek tuż pod drzwiami szpitala dla ubogich. Rozchylił płachtę szczelnie owijającą niewyraźny kształt i szepnął:

– Nie martw się, opatrzyłem cię tak, że będziesz żyła, choćby ci przyszło przeleżeć tu nawet dwa dni. – Wiedział jednak, że prowadzony przez Ethnustów przybytek jest często odwiedzany i już za kilka godzin, kiedy tylko wzejdzie słońce, ktoś znajdzie dziewczynę. – Żegnaj – rzucił półgłosem i niespiesznie się oddalił. Zniknął wchłonięty przez mroki nocy.

***

Anriona leżała na swojej pryczy. Ethnustowie opiekowali się nią troskliwie. Materac, mimo że zrobiony z dość szorstkiego materiału, był wygodny, a jedzenie podawane w przytułku smaczne. Dziewczyna jednak czekała na śmierć już trzy lata, ani o krok nie zbliżając się do niej… Agonalny krzyk wyrwał ją z letargu. Mordercze sceny wkradły się do wyobraźni i przypomniały dzień, kiedy to ona tak krzyczała. Zdawało się jej, że w drewnianą podłogę ktoś uderza patykami. Jakby nieludzkie istoty przechadzały się wśród żywych. Nie trzeba było wzroku, żeby dać się ponieść atmosferze koszmaru, jednak młoda dziewczyna po prostu czekała. Czuła, że jej trzyletnie marzenie o wyzwoleniu się spełnia. Coś złapało ją za włosy, a po chwili… odzyskała wolność i jej długa udręka dobiegła kresu.

Gort Anakur II


Echo krzyku, odbijając się po kamiennych ścianach, rozniosło się po lochach. Po chwili zapanowała idealna cisza.

– Przestań – powiedział ze znudzeniem Gort, przeciągając pierwszą sylabę – To tylko rozżarzone żelazo.

Szpiega przywiązano do cudownej maszyny pomysłowego kata. Ręce i nogi torturowanego umieszczone były w specjalnych imadłach, które obracały się pod wpływem ruchu korby. Czasami łamanie kończyn stanowiło tylko początek, ponieważ kręcące się bardzo powoli bloki zrywały mięśnie i stawy, zwijając je jak sprężynki. Jednak w tym momencie Gort wykorzystywał maszynerię tylko po to, aby unieruchomić mężczyznę.

Ostatnio szpiegów było coraz więcej. Siły Xynthialu po wygranej wojnie wpadły na siatkę szpiegowską Valandriolu. Zamieszany był w to ogrom osób. Spodziewano się wręcz, że nawet rodzina królewska maczała w tym palce. Wszystko byłoby jasne, gdyby nie to, że obecnie panujący król Valandriolu, Evriyan VII Vilyaol, był jednym z najgorszych od lat i nie cieszył się opinią najmądrzejszego.

– Jaki cel miała ta wasza organizacja? – zapytał kat.

– Nie mam pojęcia! Mówiłem ci! – odkrzyknęła ofiara.

– Mówiłeś tylko tyle, że do żadnej nie należałeś. Teraz mówisz, że należałeś, ale nie wiesz, w jakim celu. Zdecyduj się – uśmiechnął się Gort.

– Ale… Nie! Nie byłem w żadnej organizacji szpiegowskiej! – krzyknął torturowany – Aaa! – zawył mężczyzna, któremu oprawca rozżarzonym nożem zaczął nacinać ramię. Gort robił to tak naturalnie, jak człowiek, który z nudów bębni palcami po blacie stołu. Rana nie krwawiła. Rozcięte tkanki od razu się zasklepiały.

Gdy szpiegowi opadła głowa, kat posmutniał i wyjął narzędzie. Popatrzył na rozżarzone ostrze, jednak po chwili umieścił je z powrotem w ranie. Usiadł w swoim ulubionym kącie przy biblioteczce i zaczął zastanawiać się, co chciałby przeczytać. Wziął do ręki pierwszą z brzegu nieprzeczytaną książkę, spojrzał na okładkę i zdziwił się. Otworzył dzieło opowiadające o sztuce manipulowania ludem i o psychologii człowieka. Tę książkę dostał od Neriva na urodziny. Król to rzekomo obowiązkowy podręcznik wszystkich władców. Tak przynajmniej powiedział mu przyjaciel. Gort słyszał już o odpowiednich sposobach mówienia, gestykulowania czy argumentowania, które pomagają łatwiej dotrzeć do odbiorcy. Tutaj się dziwił – dokładnie opisano gesty i słowa potrafiące wywoływać u ludzi wrażenie na przykład zaufania w stosunku do mówiącego. Przedstawione były czyny i prawa, które władca może wprowadzić dla zwiększenia swojej kontroli nad obywatelami. Gort zauważył sentencje typu: „Człowiek sam jest nikim przed majestatem monarchii, liczy się tylko grupa”. Na setkach stron opisano, jak przygotowywać polityczne prowokacje, aby dzielić nacje, jak sprawiać, by nikt nie ufał nikomu. Co robić, żeby na danych terytoriach powstawały mniejszości, jak wywoływać zamieszki skierowane w daną grupę etniczną. Najbardziej jednak wstrząsnął nim fragment o sposobach manipulacji wiedzą i inteligencją tłumu. Jednym ze sposobów przykładowo było odcinanie ludzi od informacji w taki sposób, żeby nie mogli się rozwijać. Wtedy żyłoby się w kraju mentalnych dzieci, których okłamanie nie stanowiłoby problemu. Odbieranie plebsowi dostępu do książek, gazet i źródeł informacji spowodowałoby, że ludzie wegetowaliby, bez szemrania płacąc narzucone podatki. Finansowi niewolnicy państwa, bez żadnej opcji na wybicie się ani ucieczkę, umierający na gospodarstwie ojca, dziada i pradziada, które później odziedziczy syn, wnuk, prawnuk. Nie byłoby w tym nic strasznego, gdyby nie fakt, że to prawdopodobnie już następuje – tego przynajmniej Gort nie mógł wykluczyć.

Drugą opcją było masowe wtłaczanie zbędnych, mylących informacji na temat czegoś, czego nie da się opisać obiektywnie. Tworzenie sporów, rozpuszczanie plotek, potem ich negowanie. Rozdawanie książek prawie za darmo, najlepiej jak najgłupszych, bez jakiejkolwiek wartości artystycznej czy informacyjnej, podobnie jak setek różnych stronniczych gazet.

Po chwili zadumy Gort z przerażeniem stwierdził, że prawdopodobnie ten drugi zabieg również jest w tej chwili praktykowany. Teoretycznie oba ruchy się znosiły, jednak w praktyce tworzyły genialną synergię ogłupiania mas. Kat nad jednym się tylko głowił: czy to po prostu zwykły zbieg okoliczności, czy Ereitan III potrafi cytować Króla z pamięci, a i pewnie dopisać własny rozdział? Moment, w którym Gort zdał sobie z tego sprawę, miał… ciekawy wpływ na jego psychikę. Kata dręczył strach – taki nienaturalny, którego nie potrafiłby racjonalnie umiejscowić na subiektywnej mapie emocji. On, nieodczuwający zazwyczaj nic, poczuł się… nieswojo. Przez chwilę siedział spokojnie, zastanawiając się, czy jest jeszcze wolny, czy już nie. W konsekwencji nie doszedł do żadnego wniosku, bo jęk więźnia gwałtownie przerwał jego rozmyślania. Gort wstał i podszedł do mężczyzny.

– Tak więc… jaki cel ma wasza organizacja? – zapytał spokojnie.

– Wy… Wyjmij mi to… – zajęczał więzień niczym dziecko, które płacze dopiero wtedy, gdy zauważy własną krew. Torturowany patrzył na rękojeść wystającą z kończyny. Sama świadomość bólu potęgowała jego siłę.

– Och… – Gort westchnął ze smutkiem. – Przeszkadza ci?

– Zabierz… Wyjmij…

– Mów, po co ta pieprzona siatka! – krzyknął na całe gardło Anakur, a przerażony więzień prawdopodobnie by podskoczył, gdyby nie fakt, że siedział zakleszczony w maszynie.

– Nie rób mi krzywdy… – wyjęczał. Gort westchnął tylko i wyjął ze spalonej rany szpiega ostygłą już klingę, po czym odłożył ją na stół.

– Nie zrobię ci krzywdy, jeśli powiesz, co ci wiadomo. Zresztą nie udawaj świnki morskiej. Wiesz, jak to działa – powiedział Gort głosem strażnika miejskiego, który złapał niesfornego dzieciaka na jakimś lekkim przewinieniu i zrobiło mu się go żal.

– Ale ja nic nie wiem! Naprawdę! – wyjęczał smutny więzień.

– No dobrze, w takim razie będę musiał cię wypuścić… – odpowiedział Gort.

Mężczyzna się rozluźnił, a Anakur chwycił niewielką fiolkę i rozlał jej zawartość na brzuchu ofiary. Z cichym sykiem kwas zaczął przeżerać się przez ubranie, a potem skórę. Krzyk rozniósł się po całej sali. Nie był to jednak zwykły krzyk. Był to rozrywający od wnętrza skowyt nienawiści i zniszczonych marzeń.

– Jakiś ty romantyczny – powiedział Gort, uśmiechając się. – Aż chciałbym cię teraz związać twoimi jelitami, ale mógłbyś tego nie przeżyć, a wtedy byłbym smutny. Widzisz, jak o ciebie dbam? Martwię się o ciebie! A ty co? Jesteś po prostu niewdzięczny! – oprawca ruszył korbą, rozpoczynając bolesny proces miażdżenia dłoni domniemanego szpiega. – Żyjemy w kraju pełnym miłości i wzajemnego szacunku, a ty igrasz z tym i chcesz obrócić w pył sen o potędze, bogactwie i szczęściu. Chcesz zmienić powodzenie i dobrobyt w rzeki krwi – Anakur, cytując słowa z przeczytanych przed chwilą stron, patrzył jak jego ofiara wije się i próbuje wyrwać z bezlitosnego systemu imadeł. – Nie jestem tu po to, żeby cię krzywdzić, chcę ci tylko pomóc. Chcę pomóc znaleźć odpowiedź na pytanie „dlaczego jestem takim parszywym kłamcą i świadomie szkodzę dobrym, uczciwym, pracującym ludziom?”. Chcę uświadomić ci, że z naszej dwójki to nie ja jestem potworem. To ty chcesz wymienić pieniądze na krew swoich bliskich, przyjaciół i sąsiadów. To ty sprzedajesz kraj! – Pośród odgłosów pęknięć kości i krzyków wprawne ucho usłyszałoby kapanie krwi na posadzkę. – Martwisz mnie…

– Zabiję cię! Zabiję jak psa! Dopadnę i rozerwę! Nie wiesz, kim jestem! Nie wiesz, co mogę! – zaczął wydzierać się więzień.

– Gówno możesz – odpowiedział spokojnie oprawca.

– Pomachaj na pożegnanie lewej ręce. A nie… nie możesz – Gort wyszczerzył się w uśmiechu i przekręcił mocniej korbę. Krew zwiększała częstotliwość kapania, jakby rywalizując z intensywnością krzyków. – W ogóle cóż to za cudowny pomysł grozić komuś, kto może cię w każdej chwili zabić! To chyba najgłupszy pomysł świata. Jeżeli liczyłeś na to, że przeżyjesz dzisiejszą przygodę, to niestety masz pecha. Chciałem cię wypuścić, ale jesteś dla mnie zbyt niebezpieczny.

Kat doszedł do wniosku, że prawdopodobnie wściekłość więźnia wywołały teksty zaczerpnięte z książki. Co prawda sam Anakur nie wierzył ani w państwo, ani w króla, a już tym bardziej w słuszność mordowania tysięcy ludzi dla nieumarłych niewolników. Nie dawał wiary w powszechny dobrobyt i wszechobecną wolność obywatelską, jaka została obiecana, tak jak nie wierzył w bezinteresowność i łaskę władcy, na jakiego próbował się wykreować Ereitan III. Po prostu król nie był idiotą i nie obchodziło go dobro ludzi. Może w legendarnych królestwach elfów tak było, ale u ludzi? Nawet w sytuacji niewyobrażalnego dobrobytu i bogactwa zawsze znajdzie się ktoś, kto podburzy lud i będzie chciał zabić monarchów. Gort był pewien, że w kraju nigdy nie będzie lepiej, zresztą jedynym pryzmatem, przez jaki patrzył, były jego własne pieniądze. Duże pieniądze, które dostawał prosto z królewskiego skarbca.

Najciekawszym osiągnięciem było jednak zmuszenie biednego idioty do wyrzutów sumienia. Przestał kręcić korbą i zamyślił się. Czy plan ogłupienia ludzi naprawdę wszedł już w życie? Zapadła cisza.

– Jaką książkę ostatnio przeczytałeś? – zapytał nagle Gort.

– Co? – zdziwił się szpieg.

– Nie słyszałeś? Jaką książkę ostatnio przeczytałeś?

– Ale… Co to ma do rzeczy? Nie wiem! Nie pamiętam! – odpowiedział więzień, przechodząc od zdziwienia do paniki. Nie miał pojęcia, do czego dąży stojący przed nim nieobliczalny, psychopatyczny kat. Najgorsze jednak było to, że sam oprawca też tego nie wiedział. Zapadła kilkusekundowa cisza. Po chwili korba znów zaczęła obracać się w dłoni Gorta, nieprzyjemnie zgrzytając, a więzień ponownie poczuł zaciskające się na dłoni imadło.

– Wiesz, jaki to cudowny wynalazek? Najpierw zmiażdży ci palce. Potem stawy, mięśnie. Dalej przejdzie z palców do dłoni, a na końcu do przedramienia. Żebyś na pewno wszystko czuł! Z twojej ręki zostanie papka o konsystencji błota. Co do mojego pytania, to i tak nie chcesz mówić o prawdziwym celu twojej szajki, więc pomyślałem, że porozmawiamy o literaturze. Nie czytasz książek? Trudno, będziemy rozmawiać o twoim bólu. Chyba pójdę przygotować wiadro! Ciężko zmyć krew z nierównych kamieni, na dodatek zmielone chrząstki i mięśnie wyglądają obrzydliwie. Poza tym – mówił dalej, idąc po blaszany kubeł – mogę z czystym sumieniem – tu zaśmiał się pod nosem – torturować cię, aż nie wydasz mi wszystkich szczegółów.

Podstawił metalowy ceber pod specjalny lejek. Więzień spojrzał ponuro na kata.

– Ile razy mam ci mówić!? Nie pracowałem dla żadnej pieprzonej siatki Valandriolu!

– O! – Gort wydał z siebie dźwięk sugerujący zaskoczenie. Szpieg początkowo wpatrywał się tępo w kata, a następnie na jego twarzy pojawił się grymas żalu i złości na samego siebie. – Nie wspominałem o żadnej siatce Valandriolu.

– Valandriol to nasz jedyny wróg! Czyja miałaby być ta siatka? – krzyknął rozżalony więzień. – To niczego nie dowodzi!

– Możliwe, że dla sądu nie – powiedział Gort, uśmiechając się szeroko, po czym kopnął drugą korbę, która zacisnęła się gwałtownie na prawej ręce torturowanego, wywołując u niego mimowolny spazm.

– Aaaa! Ja naprawdę nic nie wiem! Dostałem list! Jeszcze w Valandriolu, nie wiem od kogo… nie był adresowany zwrotnie… w którym było napisane, że jeżeli zamieszkam w stolicy Xynthialu, dostanę pensję. Jedyne moje zadanie polega na tym, że w odpowiedniej chwili wyślą mi listę zadań.

– Kto jest organizatorem?

– Nie mam pojęcia, mówiłem, nie było podpisane. Postanowiłem wyjechać do Xyranalu i rzeczywiście dostaję pensję przez listy, ale nie wiem, od kogo. Dostaję i już. W Nerokralu nie miałem pracy.

– Dobrze… – zamyślił się Gort.

– Dobrze?

– Ale wciąż mało! – krzyknął kat, po czym obrócił maszynę. Usłyszał cztery trzaski pękających kości palców.

– Nic więcej nie wiem! – mężczyzna wył z bólu.

– Nie wierzę! To jest nic! – krzyknął kat, obracając jeszcze kilka razy maszynę. Słyszał chrzęst kości. Mężczyzna ryczał rozdzierającym głosem, a do wiadra skapywała krwawa pulpa, niegdyś pełnoprawna część lewej ręki. Głos więźnia urwał się nagle i jego głowa opadła.

– Znowu zemdlał… – powiedział Anakur, mierząc mu puls. – Na czym to ja…?

Wrócił do książki, ciesząc się, że ją dostał. Nie mógł przestać się nią napawać. Spłynęło na niego jakże rzadkie uczucie szczęścia. Może Neriv wiedział, że sprawi mu tym przyjemność. Nie żeby ta książka mu się spodobała, wręcz przeciwnie, była przygnębiająca, a przynajmniej tak mógł ją opisać, jednak Anakur odzyskał wiarę w swoje człowieczeństwo.
Gort, mimo że nie miał wyrzutów sumienia z powodu mordowania czy ranienia ludzi, zastanawiał się często czysto filozoficznie nad znaczeniem swojej pracy w stosunku do społeczeństwa. Myślał, że jest potworem, ale tak naprawdę to on jedynie sprawia ból, na dodatek tylko jednostkom. W porównaniu z tworzeniem przekonań, które czasami kreują sposób myślenia całych pokoleń i nacji, to nie było nic wielkiego. Wielcy królowie i politycy budowali z myślą o sobie ideologie, które miały ogromny wpływ na życie poddanych. Często były one nierealne, czasami wzbudzały nienawiść, niektóre zbliżały ludzi, inne dzieliły, jednak wszystkie dążyły do jednego wspólnego celu. Przede wszystkim miały zachęcić do podporządkowania grupy pod egoistyczne pobudki danej jednostki. Ludzie, słuchając swoich idoli, zapominali często o tym, co liczy się dla nich; kupowali kłamstwa, płacąc za nie swoją miłością, lojalnością, a czasem i oddanym życiem. Gort postrzegał życie człowieka jako sumę zebranych doświadczeń i umiejętności na całej przestrzeni czasu spędzonego na tym świecie. Z tego punktu widzenia jedynie koniec pozostawał wspólnym mianownikiem kata i jego ofiar. Anakur według własnej teorii niszczył tylko cząstkę ich egzystencji… oczywiście można polemizować na temat przyszłych szczęśliwych lat. Jednak oprawca postanowił nie zaprzątać sobie głowy tymi nic nieznaczącymi dywagacjami. Wolał myśleć nad tym w inny, bardziej twórczy sposób – otóż nadawał sens życiu poszczególnych ofiar, poprzez cierpienie pokazywał im, jak ważne są ich ideały. To, jak długo więźniowie wytrzymywali katusze, było wyznacznikiem wagi ich dotychczasowego życia i pomagało znaleźć prawdę oraz odpowiedzi na pytania w stylu „dlaczego właściwie próbowałem zdradzić ojczyznę?”. To było prawdziwe. Znali tajemnice, za które chcieli tak bardzo walczyć. Co prócz ideałów liczy się w życiu człowieka? Dopiero trzymając w ręku tę książkę, Gort zaczął zastanawiać się, jakim trzeba być potworem, aby te ideały tworzyć. W praktyce nie miało znaczenia, po której stronie w bitwie się znajdziesz. To wynik był najważniejszy. Zarówno Xynthial, jak i Valandriol walczyły o to samo, o dominację w Eestirii. Wyspiarskie państwo Wschodu chciało udowodnić, że coś tak małego i nowego jak Xynthial nie jest dla niego zagrożeniem i nigdy nie będzie. „Kraj trupów” natomiast pokazywał, że nadszedł czas zmian na świecie i potrzeba nowego hegemona kulturalno-militarnego. Królowie wiedzieli, dlaczego walczą, a ci, którzy ginęli, byli pewni tego, że oddają życie za przyszły ład, bogactwo dla ludu, za wolność i inne tego typu słowa, które już dawno straciły znaczenie. Po przeczytaniu Króla Gort wiedział, że władca, który już nie ma przeciwników, musi albo stworzyć sobie nowych, albo ograniczyć swobody obywatelskie w celu utrzymania się na szczycie. Ludziom wbijało się do głowy kłamstwa, jednak dopiero on – kat – pokazywał prawdę.

Czy jestem wolny? To pytanie ponownie pojawiło się w głowie kata. Usiadł. Musiał się zastanowić. Przecież był uzależniony od króla. Teoretycznie nie mógł postępować suwerennie, w praktyce zaś robił to, co chciał, i dostawał za to ogromne pieniądze. Nie był idealistą, po prostu bardzo cenił sobie luksus i wygodę. Nie miał idei, za którą mógłby oddać życie, więc czy w takim razie, jako człowiek bez idei, jest pusty? Można być wolnym, znając sens życia? Mając idee i nie popadając w hipokryzję?

Wstał.

– Głupota – pomyślał i zdał sobie sprawę z błędu w swojej logice. – W życiu nie chodzi o to, żeby mieć za co umierać, bo ogólnie w życiu nie o to chodzi, żeby umrzeć. To, że żyję wygodnie i nie mam żadnych zobowiązań, czyni moją egzystencję wolną. Prawdziwa wolność nie istnieje, realna jest tylko niewola, w kajdanach. W dodatku przecież mam ideę i to bardzo prostą. Sprawiam, że ludzie odkrywają wartość swojej egzystencji lub wiary poprzez bezpośrednie cierpienie i zagrożenie życia. Uczę ludzi doceniać to, co mają i to, o co walczyli.

– Dlaczego to robisz? – odezwał się płaczliwy głos.

– Po pierwsze lubię, taki jestem. Po drugie płacą mi za to – powiedział Gort do wiszącego więźnia. – A teraz moja kolej na pytanie… więcej informacji! Hm… to właściwie nie było pytanie.

– Ale ja nic nie wiem! – krzyknął rozpaczliwym głosem mężczyzna.

– Masz pecha. Powtórzę się, ale… pożegnaj swoją rękę – powiedział spokojnie Gort, obracając korbę. Słychać było kolejne trzaski pękających kości, do wiadra skapywało coraz więcej krwawej miazgi. Więzień krzyczał i płakał. Po palcach nadeszła kolej na dłoń, potem nadgarstek, a gdy pękła kość promieniowa, ofiara krzyknęła pierwsze słowo od ponad godziny jednolitych jęków.

– Czekaj! Powiem wszystko! Naprawdę wszystko! Tylko ja nic nie wiem, ale mogę wsypać kogo chcesz! Moja matka kiedyś zabiła Xynthialczyka, dam wam jej adres. Ojciec walczył na wojnie! Jego też zabijcie! Tylko nie rób mi więcej krzywdy! Mój sąsiad kiedyś wsypywał trutki do studni w obozach Xynthialczyków! Błagam, zabijcie ich, ale zostawcie mnie! Zabij mnie, ale już nie torturuj! – krzyczał mężczyzna, dławiąc się łzami.

Każdy ma taki moment i Gort o tym wiedział. To jest chwila, kiedy okazuje się, czy ktoś jest winny, czy nie. Ból i rozbicie psychiczne, niepewność następnej minuty, poczucie uwięzienia, zapędzenia w pułapkę ostatecznie powodują, że każdy pęka. Mówi wtedy wszystko, najczęściej głupoty, ale to pokazuje, że nadszedł już kres tortur. Nikt nic więcej nie wie. Gort podszedł do dzwoneczka i zadzwonił. Uwolnił więźnia i zaczął opatrywać mu rękę. Dłoni nie dałoby się uratować, jednak ramię owszem. Strażnicy zeszli schodami w dół i otworzyli kraty.

– Był działaczem siatki, jednak nie wie, kto go najął ani w jakim celu. To tyle – powiedział Gort.

– Powtórzymy – odpowiedział jeden ze strażników. Więźnia wyniesiono, a kata zaciekawiło co zrobią z tym szpiegiem, który nawet nie musiał wiedzieć, że miał działać na szkodę Xynthialu.

Gort Anakur I

W ciemnym pomieszczeniu, delikatnie oświetlonym pochodniami, nie było widać prawie nic. Do lochów położonych tak nisko promienie słoneczne nie dochodziły nigdy, a blade światło rzucane przez ogień pozwalało na zobaczenie tylko zarysów postaci i sprzętów ustawionych w sali. Gort cieszył się tym miejscem, był to pokój przeznaczony specjalnie dla niego. Król Ereitan II Xynthia wiedział, że chłopak ma talent i postanowił go wykorzystać, więc darował mu własny, maleńki „pałac” w królewskim zamku. Na samym dnie lochów zostało zbudowane pomieszczenie według marzeń i fantazji Gorta, który stworzył idealną salę tortur. Miejsce to było owiane tak strasznymi legendami, że nawet król nigdy się tu nie zapuszczał, mimo że był najczęstszym zleceniodawcą usług Anakura. Właściwie jedyną osobą, która schodziła do tych ciemnych lochów oprócz Gorta i strażników przyprowadzających jeńców, był najserdeczniejszy przyjaciel kata, Neriv Arestog.

Każdy, kto słyszał o Anakurze, królewskim kacie Xynthialu, wyobrażał go sobie jako ponurego, obrzydliwego, garbatego grubasa, łysiejącego gbura, który odpędza ludzi wzrokiem, ale Gort był najlepszym przykładem tego, że nie ocenia się książki po okładce. Anakur był wysokim brunetem o pięknych zielonych oczach i ciemnej karnacji. Nie miał żony, gdyż, jak sam mówił: zdobycie kobiety na jedną noc nie było dla niego problemem, a miłości nie potrzebował. Gort nie potrzebował żadnych uczuć.

Tym, co mężczyzna kochał najbardziej w życiu, było sprawianie bólu. Kat często zastanawiał się nad swoją wyjątkowością i teza, jakoby był wybrańcem, całkowicie mu odpowiadała. Tłumaczył sobie, że jeżeli tym, co lubi przeciętny człowiek, jest sprawianie przyjemności sobie lub bliskim ludziom, to ranienie obcych jako inwersja tworzyła z niego coś ponad człowieka. Dzięki swoim specyficznym możliwościom, takim jak brak skrupułów, miłość do agonalnych wrzasków czy uwielbienie zapachu ciepłej krwi, Anakur osiągnął wiele. Mimo braku szlacheckiego stanu był słynną postacią w całym Xynthialu, a matki straszyły opowieściami o nim niegrzeczne dzieci.

Urodził się w biednej rodzinie Anakurów, którzy byli pachołkami na dworze szlacheckim gdzieś w Xynthialu. Rodzice późniejszego kata byli tak ubodzy, że w malutkim pokoju bliźniąt Gorta i Fergisa nigdy nie stanęło łóżeczko. Co po kilku latach uratowało im życie. Kiedy chłopcy skończyli sześć lat, w chatce wybuchł pożar, a bracia przeżyli tylko dzięki temu, że spali na podłodze i ogień ugaszono, zanim duszący dym ich zabił. Najprawdopodobniej to właśnie widok spalonego ciała matki doprowadził do silnych zmian w psychice młodego Gorta. Fergis szybko został przygarnięty przez chłopską rodzinę, która potem przeprowadziła się do Valandriolu, jego bliźniak natomiast po około roku w wojskowej szkole sierot został adoptowany przez rzemieślnika. Mimo dużej odległości chłopcy dość często wymieniali się listami. Byli sobie najbliższymi przyjaciółmi i powiernikami tajemnic przez wiele lat, mimo że obaj bardzo się od siebie różnili.

Gort, już będąc malcem, polubił zabijanie zwierząt, jednak dopiero po wstąpieniu do wojska spełnił swoje marzenie, pozbawiając życia pierwszego człowieka. Młody Anakur dzięki wrodzonej inteligencji i szerokim zainteresowaniom zarówno medycznym, jak i militarnym, bardzo szybko dostał się na studia i awansował. Przydzielony do jednej z placówek granicznych chętnie zgłaszał się do przesłuchiwania przemytników i bandytów, co zostało zauważone. Ostatecznie zaczął bardzo szybko piąć się do góry, aż wreszcie skończył jako królewski kat z bardzo dobrą renomą i statystyką skuteczności. Anakur bynajmniej nie wychodził na ulicę ścinać ludzi, to byłoby niszczenie jego talentu i niedocenienie umiejętności. Gort zdobywał informacje. Każdy w końcu okazywał się szpiegiem.

Rozmyślania bohatera nad własnym życiem przerwał rozdzierający ciszę krzyk; kat wstał i podszedł do przywiązanego do drewnianego krzesła potencjalnego szpiega. Mebel miał w oparciu zamontowane cieniutkie, wzmacniane magią igiełki. Specjalnie przytwierdzony pas po odpowiednim naciągnięciu coraz bardziej zbliżał plecy do oparcia, powodując głębsze ich wbijanie się. Oczywiście igły nie sprawiały wielkiego bólu, jednak miały różne zastosowania. Mogły być nasączone kwasem, który wyżerał wszystko dookoła rany lub też mogły być rozgrzewane specjalnym palnikiem z tyłu. Zapach palących się mięśni i ścięgien potrafił nakłonić do mówienia. Pozwalało to bardzo bezpiecznie dla życia sprawiać cierpienie na dość dużej powierzchni ciała.

– Och, obudziłeś się, ukochany – powiedział kat zatroskanym głosem – Nie żartuj nawet, wiem, że budowałeś te pieprzone mury.

– Kładłem tylko bruk! – wykrzyczał szpieg w przerwie między rozrywającymi powietrze jękami.

– Na pewno? – zapytał Gort, wkładając delikatnie drewniany kołeczek pod paznokieć.

– Na pewno! – ofiara zareagowała szybko przerażonym głosem – Co chcesz zrobić?

– Słyszałem, że robiłeś plany murów Deriolu – powiedział spokojnie Anakur.

– Co? Nie! Ja nieee! – odpowiedź zmieniła się w odbijany przez echo odgłos – Niee! Niee! Niee! Niee!

Torturowany krzyczał w rytm uderzeń młotka wbijającego drewniany klin pod paznokieć palca.

– Może jednak? Słyszałem, że wy, valandriolczycy, jesteście dość twardzi – odpowiedział Anakur, spokojnie patrząc mu w oczy. To było jak dwa różne bieguny. Piękny, czysty i silny Gort w ubraniu, którego pozazdrościłby szlachcic, a naprzeciwko niego brudny, skołowany, niepewny losu, cały we krwi i cierpiący torturowany.

– Niee! Niee! Niee! Naprawdę! Nie jestem twardy! Powiedziałem ci co chciałeś, wypuść mnie! Wiesz wszystko! Ja nic nie wiem! Mam żonę i dzieci! – krzyczał architekt w rytm drugiego kołeczka wbijanego pod kolejny paznokieć.

– Jestem pewien, że coś wiesz – uśmiechnął się łagodnie kat – Przecież nie krzywdziłbym cię, gdybym nie musiał, prawda? A co do twojej żony i dzieci, to nie bój się, szybko o tobie zapomną – odpowiedział, uśmiechając się promiennie.

– Nie wiem… Nie wiem… Naprawdę. Nie wiem, kim jesteś… Aaaaaaa! – wrzeszczał znów. Gort zauważył, że dźwięki wydobywające się z gardła ofiary nie są już rytmiczne w stosunku do uderzeń młotka i zaczynają psuć harmonię. To lekko zniszczyło jego zabawę i zasmuciło mężczyznę. Biedny architekt powinien zaraz zemdleć.

Anakur nie mylił się, głos szybko się urwał, a głowa bezwładnie opadła. Kat usiadł w kącie sali, gdzie było najjaśniej i zaczął czytać książkę. Opisywała zachodni kontynent Ghnti, z którego wróciło bardzo mało wędrowców, owiany tajemnicą i rzekomo nie należący do najbezpieczniejszych ziem. Według relacji występują tam krwiożercze potwory i zrodzone z magii demoniczne kreatury. Przez chwilę zastanawiał się, patrząc na prowizoryczne mapy przedstawiające Ghnti. Po chwili jednak zamknął książkę i zaczął mówić do siebie. Lubił to robić, był to jakiś skutek uboczny jego wyjątkowości, a może częściowa samotność.

– Kiedyś to były czasy. Człowiek czytał o derfach i myślał sobie: o mój Ethnu, ciekawe, czy one istnieją! Gdzieś tam, daleko… wyobrażał sobie, jak stworzenia pływają wolne wśród głębin – Gort lubił samotność tak samo jak swoich przyjaciół. Słuchał własnego głosu rozchodzącego się echem – A teraz? Przeklęci ryboludzie czyszczą mi buty. Zniszczyliście całą swoją legendę. Kiedyś, jak przybył derf, to ludzie obdarowywali go złotem i budowali mu ołtarze, a teraz? Leżą pobite, obrzygane i obszczane przez meneli w rynsztokach. One naprawdę nie mają dokąd pójść? Naprawdę ta niegdyś mityczna rasa musiała w naszych oczach tak nisko upaść? Nienawidzę ich. Zniszczyli siebie, swoją rasę i swoją dumę! Chociaż… Może jeszcze gdzieś tam, w odmętach, żyją prawdziwe, wolne i potężne derfy. A może i my tacy kiedyś byliśmy? Prastarzy wojownicy, legendarni łowcy, mężczyźni broniący swoich kobiet i dzieci. Umierający za kraj. To wszystko minęło, kiedyś było lepiej, teraz już tylko kurwy, złodzieje i mordercy. Wszędzie margines społeczny wałęsający się bandami, gotowy napaść nawet na króla, byle się uchlać jeszcze bardziej. Ludzie też się stoczyli, a elfy? Kiedyś szlachetna, dumna i przede wszystkim, dobra rasa. Niby Valandriol doprowadził do tego, że całe ich złoto spłynęło krwią, ale było to przecież całe 200 lat temu! Wtedy nie żył nawet mój prapraprapradziadek. Teraz to schlani durnie, właściwie nieróżniący się od ludzi. Brudny elf i brudny człowiek wygląda tak samo. Albo to pajacowanie z rezerwatami i drzewami. Co oni tam w ogóle czczą? Czemu nasz król pozwala tym zwierzakom tu mieszkać? Chociaż niby podatki, im więcej kasy, tym lepiej. Eh! Ten świat się sprzedał. Nie ma już smoków, nie ma prawdziwych wojowników, są tylko pieniądze. Może tam, w Ghnti, jest jeszcze choć odrobina…

– Aaaaaaaaaaa! – wydzierał się torturowany.

– …humanitaryzmu i prawdziwego życia – dokończył swój monolog Gort, po czym wstał i ruszył w stronę architekta. Zmienił swój ton na słodki i miły, po czym odezwał się – Ooo… nasz skarb się obudził. Więc jak, kochanie, przypomniałeś sobie, którędy najlepiej wejść do Deriolu? Najlepiej w grupie. Dość dużej.

– Nie widziałem żadnych planów! – odpowiedział architekt, a Gort już po pierwszym słowie zaczął umieszczać pod jego paznokciem kolejny kołek. Wtedy więzień przeszedł do krzyku – Niee! Niee! Niee! Niee! Niee! Nie! Nie widziałem!

– A ja jestem przekonany, że to nawet TY je zrobiłeś.

– Nieeeee! Nie widziałem! Przysięgam! Obiecuję! Na wszystko! – krzyczał torturowany z czterema klinami umieszczonymi pod paznokciami – Niee! Niee! Niee! Niee!

– Na co przysięgasz? Na Valandriol? Na Ethnu? Na rodzinę? A tak przy okazji, jaki kolor włosów ma twoja żona? – Anakur nie wierzył, był w tej pracy najlepszy i do niej został stworzony.

– Na rodzinę! Hmmm… Co? Blondynka! Na wszystko proszę, tylko nie wbijaj mi kolejnego kołka! – wykrzyczał, ale widać było, że jego ciało przyzwyczaja się do bólu.

– Za długo się zastanawiałeś, takie parszywe mendy jak ty nie mają rodzin. Nie mam już gdzie wbijać, chociaż… Faktycznie! Dziękuję za pomysł z kołkiem! Zapomniałbym, że masz drugą rękę… Póki jeszcze masz, oczywiście – mówił Anakur, udając rozbawione dziecko.

Mina architekta wskazywała, że nie spodobało mu się to. W momencie takiego bólu i stresu mózg pracuje naprawdę dużo wolniej, jest przepełniony impulsami. Torturowany zinterpretował wszystko jakby faktycznie to on podrzucił pomysł katowi. Gort uwielbiał takie zagrywki.

– Dziwne jest to nasze ciało, prawda? No bo zobacz! Czym jest ból? – zaczął mówić Gort, biorąc w dłoń szczypce i łapiąc koniec klina wystającego spod paznokcia – To jest informacja ciała przesyłana do mózgu. Mówi ona coś w stylu „jest uszkodzenie tu i tu”, nieprawdaż? Ale zobacz, że gdyby ból był naprawdę informacją mówioną, to byłbym bezrobotny. To jest krzyk miliardów gardeł na raz, to nakaz stopu dla całego świata. To rozkaz ucieczki dla samej podświadomości. Dziękuję ci Ethnu, że mam pracę. Wszystko dzieje się tak naprawdę w umyśle. Mógłbym ci to pokazać, ale to po pracy. Boję się, że możesz nie dożyć meritum, jakoś trepanacja czaszki wychodzi mi… nie perfekcyjnie. A teraz drogi architekcie, gdzie najlepiej uderzyć w Deriol?

– Nie wiem! Ile razy mam ci powtarzać! Nie wiem! Co robisz z tym? Co chcesz zrobić? Nie wiem! Nie wiem! Nie… Aaa!!! – Gort wyrwał silnym pociągnięciem paznokieć, a rozdzierający krzyk urwał się i głowa torturowanego opadła. Z rozerwanego palca powolnym strumieniem zaczęła sączyć się krew. Kat stał przez chwilę w całkowitej ciszy.

– Eh! Na czym to ja skończyłem? A… Tak. I jeszcze te trupy! – powiedział do siebie normalnym tonem, siadając przy swoim biurku i biorąc książkę w dłonie. Jednak nie patrzył na tekst, tylko na sufit.

– Jak ja nienawidzę tych cholernych trupów. Wszędzie, każda farma, tartak, fabryka, manufaktura czy nawet gabinety rzemieślnicze. Wszędzie te trupy! Ludzie z nimi chodzą, ubierają je, traktują jak zwierzątka domowe! Przy nich wychowują dzieci. Przecież cały kraj niedługo pełen będzie psychopatów! Cały! Dobrze, niektórym się to nie odbije na psychice, ale niektórym bardzo. Jasne, sprowadził je ojciec Neriva i rzekomo tylko dzięki nim Xynthial w ogóle istnieje, nie mówiąc o potędze, ale mimo wszystko… To się MUSI źle skończyć. Gdyby Ethnu chciał czegoś takiego, dałby nam życie wieczne tutaj. Może kiedyś wybiorę się do Ghnti, odwiedzę tamtejsze dzicze, odpocznę od tego chorego, przepełnionego nienawiścią, upadkiem moralnym i pogonią za pieniądzem miejsca. Może znajdę spokój swojej duszy, a zadawanie bólu przestanie sprawiać mi przyjemność? Mam dość patrzenia na te wszystkie kurwy z tawern. Te, co jak widzą przystojnego faceta, to zaczynają się rozbierać. Nienawidzę Xynthialu. Nienawidzę tego, czym się stał. Kiedyś kurwy się kamieniowało, a teraz? Teraz to jest modne. Eh! To wszystko schodzi na psy, aż strach pomyśleć, co będzie później.

– Aaaaaaaaaaaaa! – zaczął krzyczeć architekt.

– O, nasze kochanie się obudziło, znalazłeś idealny czas na to – Gort wstał ze szczerym uśmiechem. Wziął do ręki obcęgi, podszedł do torturowanego i chwycił za klin.

– Nie, błagam! Nie rób tego! Ja nic nie wiem! Przysięgam! – krzyczała ofiara kata.

– Jasne. Zdradzisz mi plany murów Deriolu albo wyrwę ci kolejny paznokieć – odpowiedział groźnie Anakur.

– Ale ja naprawdę nic nie wiem o… Aaaaaaaa! Nieeeeeeee! – kat mocno szarpnął, a na policzku torturowanego rozbiła się kropla krwi z urwanego, tkwiącego w obcęgach paznokcia. Cierpiący mężczyzna zaczął wymachiwać dłonią. Właściwie to pod wpływem bólu przez rękę poszła fala skurczów. Próbował zerwać się z krzesła, jednak przypomniał sobie, że był w nie „wbity” – zabezpieczenia uniemożliwiały ruch. Zanim skończył się wić, Gort znów złapał za klin wystający spod kolejnego paznokcia.

– Nie, błagam! Powiem wszystko! Powiem wszystko, co wiem! Nieee! – zaczął wrzeszczeć obłąkanym głosem architekt. – Dobrze, wydam ci! Dam ci plany! Dam wam plany, otworzę bramy. Wyłączę bariery! Tylko nie to!

– Dobrze. Idealnie. Wierzę ci. Na górze wszystko wyjawisz, a jak nie, to wrócisz tutaj, a ja będę się z tobą bawić cały dekar! – powiedział kat, uśmiechnął się i mrugnął znacząco.

Ignorując jęki architekta, bohater podszedł do krat i zadzwonił dzwonkiem, po chwili przyszli strażnicy. Podeszli do torturowanego, Anakur rozpiął pas z tyłu, a zakrwawiony, obolały mężczyzna wreszcie mógł odetchnąć pełną piersią. Kat dźwignią wyciągnął oparcie nabite szpilkami z pleców więźnia. Dało się słyszeć ciche stęknięcie, następnie żołnierze złapali torturowanego za ramiona. Gort odpiął klamry przytrzymujące nadgarstki i kostki, a potem obandażował architektowi palce. Na samym końcu strażnicy podnieśli więźnia i zaczęli prowadzić po kamiennych schodach na górę.

– Twardy był. Za miłość do ojczyzny i wierność wobec króla zniósł ogrom bólu – mówił do siebie kat, patrząc na wychodzących – Może jednak są jeszcze ideały na tym świecie? Niestety, one wszystkie wyglądają tak jak ten biedny architekt: okrwawione, wychudzone, zniszczone fizycznie, w obdartych szmatach, nie mogące zrobić kroku naprzód.

Po czym usiadł przy stoliku i wrócił do czytania. Gort Anakur uwielbiał zapach ciepłej krwi, zwiększała ona doznania wypływające z czytanych wydarzeń.