Dziewczynka i kotek

Chmury tworzyły jednolity sufit szarzyzny, zakrywający dokładnie słońce i malujący miasto na kolor bladej czerni. Ponurość pogody mogłoby odebrać chęci do życia. Nie wszystkim jednak.

– Morda, Toser – powiedział pierwszy typ, prawie łysy. Na pierwszy rzut oka jego ciemnoszare spodnie wybijały się kolorystycznie na tle jasnoszarych ubrań kompanów. Dokładne oględziny wskazywały jednak na to, że były bardziej brudne. – Nie mam hajsu, czas kogoś skroić.

– Fytyl, kurwa, mówiłem ci z piętnaście razy, żebyś się nie darł tak, kiedy mówisz, że idziemy kogoś skroić! Chuj mnie to obchodzi, że ty nie masz hajsu, ja mam! – wrzasnął na niego niski i grubawy jegomość. To on najczęściej bywał głosem rozsądku szajki. Krótko przystrzyżony, w półeleganckiej, jasnej koszuli. Najbardziej zadbany, choć zdecydowanie najbrzydszy.

– To pożycz – bąknął Xil. Kiedyś studiował, co ostentacyjnie pokazywał wszystkim, przebierając się w togę. Dwa lata spędził na Uniwersytecie Xyranalskim. Uczył się zastosowań magii w naukach biologicznych. Studiował tak pilnie, że nie potrafił powiedzieć, na jakim konkretnie kierunku pobierał nauki. Potrafił jednak odpalić papierosa pstryknięciem. Rzadko jednak robił tę sztuczkę, odkąd skończyła się rozległym oparzeniem twarzy i utratą prawego oka. – Bo ja też nie mam – wycedził przez zęby.

– Co wy z tą kasą, kurwa, robicie? Oddajecie żebrakom czy jaki chuj? – wtrącił Astarifo, najstarszy z paczki i całkowicie siwy, co sprawiało, że wyglądał jeszcze starzej. Z resztą grupy łączyły go głównie interesy. Ostatnio zaczynał układać sobie życie z pewną dziewczyną z zachodniego Vesxyru – dzielnicy Xyranalu zamieszkiwanej głównie przez klasę średnią. Ponieważ cała czwórka pochodziła z głębokich slumsów, związek z Antralią uznać można było za awans społeczny. Miał jednak problem z „płynnością finansową”. Pracę w dokach przejęły trupy, doprowadzając do zmiany statusu ekonomicznego ich dzielnicy z bardzo niskiego na dramatycznie niski.

– Chuj ci do tego, co z tym robię – powiedział Fytyl. – Nawet jeśli macie pieniądze, to czy nie przydadzą się na później? Nie będziesz brał przypadkiem ślubu, Astarifo?

– No… – zastanowił się. Rzeczywiście o tym rozmyślał. Wiedział, że przydałoby się odłożyć trochę grosza.

– Trzech do jednego. Idziesz, pizdo, czy nie? – zapytał Fytyl Tosera.

– Dobra, idę. Morda już – odrzekł zniechęcony, jednak i tak zdecydowany na wypad grubasek.

Ruszyli w stronę licznych parków okalających Zamek Królewski, to tam, wśród drzew i krzewów można było najłatwiej ograbić jakichś arystokratów, albo innych bogaczy. Szczególnie upodobali sobie tereny przyległe do dzielnicy Nitfan vis-à-vis Królewskiej Opery Xyranalu. Tuż niedaleko Xyranalki – rzeki przepływającej przez Xyranal – znali kilka miejsc ogrodzonych od świata grubymi pasmami zieleni. W tym miejscu widoczni byli jedynie z okien opery, leżącej za rzeką.

Idąc przez zachodni Vosxyr, śmiali się na głos, krzyczeli i przeklinali. Ludzie mieszkający na zachodnim brzegu Xyranalu mówili, że tuż za rzeką kończy się cywilizacja. Tutaj chłopcy czuli się bezpieczni, jak u siebie.

Nagle Astarifo umilkł. Kątem oka zauważył coś niepokojącego. Jakiś szary punkt w bocznym zaułku. Kiedy jednak spojrzał tam jeszcze raz, miejsce było puste.

– Co tam, stary? – zapytał Xil. Pomimo niewielkich umiejętności magicznych miewał często intuicję. Ciężko sprecyzować jaką, przypominała ona jednak szczątkowy talent magiczny, wzmocniony lekko upośledzoną mentorską charyzmą, pomnożony przez średnio bystre oko i umiarkowaną wrażliwość. Można przez to rozumieć, że jako pierwszy dostrzegał, że coś jest nie tak.

– Nic, coś mi się przewidziało – powiedział siwy, uśmiechając się lekko. Nie mógł jednak przestać myśleć o szarym punkcie. Zdawał się być… nie z tej ziemi.

Chwilę później, kiedy szli mostem, dostrzegł znów tę szarość. Sztuczną, nienaturalną, żywą szarzyznę całego świata zamkniętą w jednym punkcie. Ulicą szła mała dziewczynka ubrana w szarawy, męski płaszcz. Wydawała się głodująca, wystarczyło spojrzeć na jej pobrudzoną kurzem ulicy i ziemią, wychudzoną twarz. W dziecięcych rączkach niosła zlewającego się kolorystycznie z jej ubraniem kotka. Zwierzę wyglądało na młode i zabiedzone. Dziecko trzymało je, przyciskając do piersi tak, że jedynie czubek noska i dwa sterczące uszka wystawały spomiędzy wieńca ramion. Astarifo przyglądał się jej, nie mogąc oderwać wzroku. Dziewczynka jednak uparcie wpatrywała się w ziemię tuż przed sobą i nie zwracała na nic uwagi. Gdy siwy rabuś na chwilę odwrócił wzrok, z niemałym zaskoczeniem stwierdził, że zniknęła. Rozglądał się chwilę, jednak nie mógł jej już dostrzec.

– Widzisz coś? – zapytał rozglądającego się kolegi Xil.

– Nie, nie… – wybąkał. – Po prostu… dziwny przechodzień.

Xil nie zadawał więcej pytań, choć widać było po jego jednookiej, pokrytej blizną twarzy, że zaniepokoiło go dziwne zachowanie kolegi.

Dzielnica Awerin znajdowała się na zachodnim brzegu. Różniła się od tych wschodnich – szare, czasami nigdy nie malowane, a jedynie tynkowane kamienice ustąpiły miejsca kolorowym i bogato zdobionym. Choć uliczki poprzecinano zielenią, to wszystko pokrywał jakiś nienaturalny, ponury płaszcz, jakby smutek, skaza dnia. Tutaj też zachowywali się zupełnie inaczej. Możliwe nawet, że nieświadomie, rozmawiali normalnie, nie przekrzykując się, a nawet mniej przeklinali.

Jest coś takiego w kulturze, że nawet największego chama trochę uszlachetnia, zwłaszcza gdy towarzyszą jej uzbrojeni strażnicy.

Idąc uliczkami luksusowej dzielnicy, cała czwórka czuła narastające napięcie. Mogli zostać aresztowani praktycznie bez powodu. W takich dystryktach strażnicy bywali nadgorliwi. Odetchnęli z ulgą dopiero wtedy, gdy wkroczyli do „bezbronnego” zwykle parku.

Astarifo zupełnie bez powodu odwrócił się, wchodząc na piaszczystą alejkę otoczoną zewsząd szarawą trawą. Zbladł, gdy kątem oka dostrzegł dziewczynkę z kotkiem. Dziecko i zwierzątko wpatrywali się w niego wzrokiem, który niczego nie wyrażał. Tonął w nienaturalnej szarości. Patrzył chwilę na nią, nie dowierzając oczom. Jednak kiedy mrugnął, zniknęła. Odwrócił się z niepokojem w stronę kompanów i podbiegł kilka kroków, aby ich dogonić.

Kilkanaście minut później schowani w krzakach obserwowali dwójkę elegancko ubranych mężczyzn, siedzących na ławce i pijących piwo. Słyszeli ich rozmowę, jednak zbytnio nie zawracali sobie nią głowy. Jeden – blondyn o długich włosach i dziwnych tęczówkach lśniących czystym fioletem – wyglądał na nieco młodszego. Drugi, starszy, miał krótkie, czarne włosy i roztaczał atmosferę zimnego, nienaturalnego spokoju, który korelował z jego pokrytymi mgłą, zielonymi oczyma. Nawet jeśli Xil czuł niepokój w związku z tą dwójką, nie chciał wyjść przed kolegami na tchórza i o tym mówić. Ich strój sugerował szlacheckie pochodzenie, co wróżyło dobre łupy, i choć wyraźnie widać było, że noszą broń, wydawali się potencjalnie łatwą ofiarą – większość arystokracji nosiła broń dla pozoru oraz lepszej prezencji. Paczka kumpli ze slumsów nie bała się broni, miała przewagę liczebną i każdy z nich posiadał przy sobie długi nóż – dość powszechną broń bandytów w Xyranalu, coś pomiędzy mieczem a nożem, idealne do napadów.

– Twój oddech jest teraz stały. – Z gmachu znajdującego się po drugiej stronie Xyranalki docierał do nich bas męskiego chóru. To sygnał. Czterech mężczyzn nagle wyskoczyło zza krzaków. Astarifo już w trakcie ataku zauważył omen. Zanim zdołali doskoczyć do celów, jeden z nich wstał i dobył miecza.

– Spokojnie, Gorcie, ja się nimi zajmę. Nie wstawaj – odezwał się młodszy blondyn z fioletowymi oczyma. Ku zaskoczeniu chłopaków nie zdawał się być wystraszony, nawet lekko się uśmiechał. Tak nie zachowują się ludzie podczas napadów. Przynajmniej nie ci napadani.

– Dobrze, Nerivie, ja poczekam – odpowiedział starszy z niezachwianym spokojem bijącym z tonu głosu. W tym momencie banda obeszła „ochotnika”.

– To napad! Oddajcie wszystkie pieniądze! – krzyknął Fytyl stojący po prawej stronie Astarifa. – Kosztowności oraz broń. No już! Szybciej! Oddacie hajs, a nikomu nie stanie się krzywda!

– Nie ma już ciepła dla twej skóry – rozbrzmiewała dalsza część opery. Tym razem do ich uszu dobiegł wysoki żeński chór.

– Posłuchaj mnie, aniołku. Mam dziś wyjątkowo dobry dzień – odrzekł mężczyzna zwany Nerivem do otaczających go napastników. Przy bliższym oglądzie stwierdzili, że wyglądał młodziej od nich. – Dlatego daję wam trzy sekundy na to, żeby spokojnie się oddalić.

Porywczy Fytyl nie wytrzymał. Zaatakował ostrzem odsłonięty lewy bok przeciwnika nazywanego Nerivem, jednak ten zareagował szybciej, niż wydawało się to możliwe. Ofiara wolną od miecza, lewą dłoń przystawiła do czoła stojącego za nim Xila. który nie zdążył nawet drgnąć i z głośnym plaśnięciem zamienił się w rozbryzgujący się na wszystkie strony czarno-czerwony śluz. Cios Fytyla został błyskawicznie sparowany mieczem, a ręka blondyna wykorzystując siłę ciosu, zwinęła się jak sprężyna. Kiedy stawy nie pozwoliły na większe zgięcie ręka rozwinęła się, wprowadzając ostrze w demonicznie szybki ruch, które śmignęło tuż przed twarzą Astarifa.

– Nie bój się… – Połączone chóry męski i żeński przyjęły niski ton, nadając utworowi siły i patosu.

Tak mu się przynajmniej wydawało. Poczuł ból i nagle zdał sobie sprawę, że jego żuchwa ledwo wisi, rozcięta na dwie luźne części. Robiąc zeza, z niedowierzaniem wpatrywał się w swój rozcięty nos. Poczuł, że już z tego nie wyjdzie, że jego koniec nadszedł. Momentalnie pomyślał o ukochanej Antralii, dla niej chciał się zmienić. Z wolna osunął się na ziemię, a jego wzrok zatrzymał się na zaroślach i piętrzącej się w oddali operze.

– Nie ma już sposobu, żebyś mógł tutaj zostać…

Wtem pojawił się szary punkt, ten sam, który tak uparcie nie dawał mu spokoju przez cały dzień: dziewczynka kurczowo przyciskająca do serca kotka. Powoli szła w jego stronę. Każdy jej krok wydawał się przepełniony niesprecyzowanym, kojącym pietyzmem.

– Właśnie teraz opuszczasz ten świat…

Malutkie, brudne rączki postawiły szarobure zwierzę tuż obok niego. Kiciuś zaczął swoim małym języczkiem chłeptać krew wylewającą się szeroką strugą z jego rany. Chciał coś powiedzieć, ale rozcięta żuchwa nałożyła się jedynie na siebie z lekkim zgrzytem, powodując potworny ból.

– Wszystkie światła powoli gasną…

Dziewczynka przyklęknęła tuż przed nim. Astarifo patrzył na nią w skupieniu. Ta zerknęła na niego i uśmiechnęła się kącikiem warg.

– Pozostaw za sobą wszystkich, których kochasz, i tych, których znasz – śpiewał chór wspólnym, pełnym mocy głosem.

Spojrzał jeszcze na dziewczynkę, która na jego oczach przeszła monstrualną metamorfozę. Potworne, długie jak palce mężczyzny zęby bestii szczerzyły się w przerażającym grymasie. Szalone, puste ślepia, wyrwane z odmętów koszmarnych snów, patrzyły na niego w bezdennej chęci krzewienia obłędu. Szybki ruch głową spowodował, że długie, krzywe kły wbiły się w jego ciało. Krew rozbryzgnęła się we wszystkie strony wraz z oderwanymi od ciała kawałkami mięsa. Zaczął wierzgać i pomimo rozpłatanej szczęki – krzyczeć.

– Nie bój się…

Nie czuł już nic więcej.

„Szepczący w ciemności” – recenzja filmu

Moja miłość do Howarda Phillipsa Lovecrafta zaczęła się paradoksalnie, bowiem nie była wywołana przez autora, a utwór Metalliki „The Call of Ktulu”. Pokochałem tę muzykę tak bardzo, że w końcu poprosiłem mamę o książkę „The Call of Cthulhu” (o gitarę w sumie też, ale ta kurzyła gdzieś w kącie). Muszę jednak przyznać, że po przeczytaniu pierwszego opowiadania wciągnąłem się w mitologię i magię tego pisarza. Lovecraft ze swoją niesamowitą, eteryczną pierwszoosobową narracją zapanował nad moim emocjami. Opisywał stwory śmieszne i absurdalne w taki sposób, że po lekturze człowiek bał się zgasić światło. Z czasem więc przeczytałem wszystkie opowiadania, przeszedłem grę, a nawet obejrzałem kilka filmów i na ten przykład: z nudnego „Cthulhu” podobał mi się wyłącznie tytuł, a pozostałe projekcje okazały się być jeszcze nudniejsze i niesamowicie tandetne. Ostatnio jednak w moje ręce wpadł „Whisperer in the Darkness” (reż. Sean Branney) z 2011 r. , pomyślałem – zobaczę, może w końcu nagrali coś naprawdę dobrego, coś godnego Lovecrafta.

Na początku mojej recenzji muszę Wam się do czegoś przyznać – nie lubię czarno-białych filmów. Do tego jednak postanowiłem się zmusić, pomyślałem, że może warto. Cóż… Nie pisałbym, gdybybyło inaczej.

Jak wiadomo Lovecraft żył na przełomie XIX i XX wieku, czyli w okresie przed wynalezieniem i popularyzowaniem telewizji, gdzie głównym środkiem medialnym były radio i prasa. Były to też czasy, w których ludzie korespondowali za pomocą tradycyjnych listów, a wszystko wydawało się bardziej tajemnicze i romantyczne niż dziś. Taki właśnie wizerunek świata postarali się oddać twórcy tego filmu. Dzieło jest przede wszystkim intensywne – nie jest to bynajmniej film, który możemy oglądać jednym okiem czy rozmawiać z kimś w trakcie. „Szepczący w ciemności” zmusza nas do maksymalnej koncentracji, a powinniśmy go oglądać samodzielnie, przy zgaszonym świetle i misce pełnej popcornu.

Film rozpoczyna się od przedstawienia nam postaci Alberta Wilmartha (Matt Foyer), naukowca specjalizującego się w amerykańskim folklorze i sceptyka do teorii obecności kosmitów na świecie. Jego zdanie zmieniają dowody otrzymane od Henry’ego Akeley’a (Barry Lynch) oraz zaproszenie do Vermont, aby mógł przekonać się na własne oczy. Albert postanawia przyjąć tę propozycję.

Tyle względem fabuły, jest jeszcze wiele rzeczy czysto technicznych, które sprawiały, że ten film stawał się lepszy. Szczerze podziwiałem dobrze dobranych aktorów, którzy idealnie wpasowali się w dobrane kreacje. Widać było też ogromną dozę przestrzeni, jaka została stworzona dając odtwórcom ról większe pole do popisu, a nam, widzom, możliwość docenienia kunsztu profesjonalistów. Akcenty z jakimi mówią były wyczuwalne i jakby bardziej czytelne niż w dzisiejszych hollywoodzkich produkcjach. Sama akcja staje się w pewnym momencie nudna, potem ożywa, jednak już nie jest tak porywająca, jak na początku. Efekty specjalne są… specyficzne. Jestem skłonny uwierzyć, że cięcia budżetowe zmuszają do wyszukiwania tańszych grafików czy zmniejszają możliwości, ale w niektórych momentach miałem wrażenie, że twórcy wręcz „chwalą się” efektami, rodem filmów z klasy Z. Dopiero później zrozumiałem, że był to celowy zabieg. Stało się wtedy dla mnie jasne, że jest to hołd skierowany do okresu życia i twórczości Lovecrafta

Moją uwagę zwróciły również ujęcia – wydają się być bardziej rozwinięte niż w nowoczesnych produkcjach. Pokazywane są detale, które zmuszają do ciągłej koncentracji, a czasem nawet ponownego obejrzenia danego fragmentu. Są to często drobiazgi, które możemy odkrywać wraz z głównym bohaterem, ale pozwalają cieszyć się akcją i doświadczać tego, co Branney chciał nam pokazać na podstawie Lovecrafta

Dla podsumowania napiszę, że większość filmów oceniam głównie przez pryzmat muzyki i historii, jaką chce opowiedzieć nam twórca. Jednak ten film wydaje się jaśniejszy i czytelniejszy niż większość oglądanych przeze mnie produkcji. Jest w pewnym stopniu hipnotyzujący, ponieważ został stworzony w nim klimat, który wessał mnie do środka i pozwalał docenić kunszt, z jakim go nakręcono. Dla mnie to miła odmiana na tle kolorowych, prostych obrazów pełnych biegania, głupich dowcipów i seksu. Polecam każdemu, kto ma dość oglądania podobnych do siebie hollywoodzkich dzieł i chciałby wreszcie obejrzeć coś nieco innego. Uważam, że jest to film, który każdy fan Lovecrafta powinien zobaczyć.

Tytuł: Szepczący w ciemności
Gatunek: horror, sci-fi, thriller
Produkcja: USA
Reżyseria: Sean Branney
Scenariusz: Sean Branney, Andrew Leman
Czas trwania: 105 min.
Premiera: 12 marca 2011 (świat)
Obsada: Matt Foyer, Barry Lynch, Matt Lagan, Daniel Kaemon
Ocena: 4,25/5