Iter

Ciężko było być niewidzialnym na trakcie, szczególnie z czarnym okiem na chorągwiach. Naraal siedział w powozie i wyglądał przez okno, starając się nie zauważyć ukłonów mijanych ludzi. Widząc powóz lorda Arestoga, wędrowcy reagowali różnie, niektórzy w ogóle, inni kiwali tylko głową i uśmiechali się, byli nawet tacy, którzy z oddaniem wręcz się kłaniali. Nie dało się jednak tego nie widzieć, ona też to widziała, czuł na sobie jej pytający wzrok. Co, jeśli ona nie jest anielicą? Co, jeśli Feyviti będzie zazdrosna? Co, jeśli mi ją odbierze? – pytał sam siebie.

– Kim jesteś, lordzie Arestogu? – zapytała, wpijając w niego swoje niesamowite jasnoróżowe tęczówki. – Jesteś dla mnie wielkim człowiekiem, bo mnie przygarnąłeś, ale widzę, że jesteś wielkim człowiekiem również dla tysięcy. W Andaronie nawet król jest rzadko traktowany z takim szacunkiem.

Naraal przypomniał sobie bitwę, teraz, dwadzieścia lat później wszystko wydawało się snem. Nawet to, że kiedyś był biednym chłopem, a i chłopcem, który uczył się czytać przy straganach. Wszystko widział jak przez mgłę. Wszystko oprócz Feyviti, pięknej anielicy. Spojrzał na swoją towarzyszkę i zdziwił się. Wyglądała dokładnie jak ona, kropka w kropkę, jednak zdawała się nią nie być. Nie pochodziła ze sfery światła, była zwykłą Andraonką z upadającego rodu, uciekającą do Xynthialu w poszukiwaniu lepszego życia. Uśmiechnął się do siebie – to on uczynił Xynthial miejscem do lepszego życia.

– Pani, to dość długa historia, miałem więcej szczęścia niż rozumu.

– Chciałabym ją znać! – powiedziała, a jej oczy rozbłysły w radosnym uśmiechu. Naraal wpatrywał się w nie jak zahipnotyzowany.

Wóz trzeszczał, a mężczyzna zastanawiał się, czy ma jej opowiedzieć. Nie lubił dzielić się tą historią, choć znał ją każdy Xynthialczyk. Wszyscy uważali go za bohatera, ale on wcale się nim nie czuł. Domyślał się, że to właśnie dlatego Ereitan II za nim nie przepadał. Miał ogromny powód, Naraal wydawał się od niego popularniejszy. Niemniej jednak podziwiał króla za to, że starał się wziąć na siebie całą odpowiedzialność za tamtą decyzję.

Nigdy nie zapomni jego miny, kiedy królewski ojciec – Ereitan I Xynthia, pod wpływem fioletu i czerni magii, wstał i zdjął z siebie zbroję. Obaj obserwowali, jak zrywa z siebie mięśnie i skórę, aż zostały z niego nagie kości, unoszące się w magicznej, czarnej mgle. Obaj wpatrywali się w pełne grozy i żalu spojrzenie jego lady Aryeh.

Naraal wiedział, że świeżo upieczony król nie mógł przewidzieć rozwoju wydarzeń. Po prostu nie brał pod uwagę takiej możliwości. Starał się, mimo wszystko, nie dawać po sobie niczego poznać. Nie obwiniał nikogo, oprócz siebie. Taka była cena za świadomość konsekwencji swoich czynów.

Pamiętał, jak kościotrup Ereitana uderzył czaszką w dębowe drzwi. Po pomieszczeniu rozeszło się głuche echo słyszalne, pomimo krzyków dobiegających zza murów wysokiego zamku. Ciało upadło, potem wstało i uderzyło znowu. Uderzało raz za razem, nie wierząc w ciężkie wrota, tak jak mucha uderzająca o szybę. Arcymag kazał mu iść, takie polecenie miały wszystkie trupy, on więc starał się to wykonać. Wtedy dowiedzieli się że, to zaklęcie nie wskrzeszało umarłych. Ono tylko budowało z ich kości konstrukty. Takie, jakie kiedyś Dawni budowali z gliny lub stali – nazywano je golemami. Dlatego dzieło Naraalowego zaklęcia nazwano kościanymi golemami. Czy król poczuł ulgę wiedząc, że w tej abominacji nie jest zamknięta dusza jego ojca? Na to wyglądało.

Grithianczycy wtedy uciekli, uciekali w popłochu, tratując się nawzajem. Bali się kościanego szkaradzieństwa bardziej niż śmierci. Bitwa się skończyła, wojna też, Meymuss skapitulował, Ereitan II podpisał traktat, ale wziął tylko symboliczny trybut. Chyba po prostu bał się, że król Gritihanu odkryje, że kościane golemy to tylko marionetki, żadni wojownicy. Nie chciał przedłużać układów.

– O czym myślisz? – zapytała go towarzyszka.

– O przeszłości – mruknął Naraal.

– Podziel się ze mną swoją przeszłością, lodzie Naraalu – kobieta namawiała go entuzjastycznie.

Chyba się w niej zakochał, od pierwszego wejrzenia. Nie potrafił tego wytłumaczyć, ale nie mógł się oprzeć jej urokowi, dlatego właśnie ją przygarnął. Miał swoje miłostki w życiu, ale żadna nie była podobna do tego uczucia. W niej widział radość i szczęście, więc tym bardziej bał się opowiadać jej o swojej przeszłości.

Jak na zawołanie wrócił myślami do tamtych czasów.

Ereitan zachował się trzeźwo i szybko znalazł zastosowanie dla kościanych golemów. Świetnie radziły sobie w polu, ścinały drzewo, rozładowywały statki. Król Xynthialu wziął ogromne pożyczki od Valandriolu, fundował edukację, uczył ludzi magii, żeby mogli zarządzać rosnącymi rzeszami kościanych szkieletów. Szybko zaczął karać śmiercią za próby nekromancji, która stawała się coraz bardziej popularna. Przywoływać umarłych mogła tylko korona Xynthialu, tylko podczas wojen lub za zdrady i morderstwa. Ereitan mówił, że jeśli ktoś zamorduje drugiego człowieka to powinien to odpokutować w czyśćcu ciężkiej pracy kościanego golema. Mówił to nie raz, nawet z uśmiechem. „Co z twoim ojcem?”, aż cisnęło się na usta, ale nikt nie zadał tego pytania. Wszyscy się uśmiechali i starali się, jak mogli ukryć strach przed tym, że mają w rękach machinę śmierci.

Czy Ereitan propagował kościane golemy, żeby zrzucić z siebie odpowiedzialność za ich stosowanie? Raczej nie, choć z tego trupiego interesu przychodziło wiele profitów. Xynthial wreszcie stał się tak bogaty i potężny, jak chciała tego trójca. Po tym nastąpiła rewolucja stanowa. Chłopstwo się przerzedziło, ,,magini’’ pojawiali się wszędzie. Tak nazywano tych, którzy opanowali magię tylko pod kątem obsługi i kontroli kościanych golemów. Każda wieś miała swojego magina, a państwo wzbogacało się szybciej niż ktokolwiek mógł to przewidzieć.

Bał się mówić Teyrenae o swojej historii, bo bał się, jak na niego spojrzy. Nie znał jej opinii w wielu sprawach, zaczynając od tego, że nie wiedział czy zaakceptuje jego chłopskie pochodzenie, czy uwierzy mu w to, że był w innej sferze. Niewielu w to wierzyło, a wielu twierdziło, że to niemożliwe, że wszystko było snem. Często sam w to wierzył, ale pytał: Skąd więc te wszystkie trupy? Nikt nigdy nie odpowiadał.

– Naprawdę chciałabym poznać twoją historię – zaczęła Teyrenae znowu. Jeszcze wtedy nie rozumiał, dlaczego tak bardzo jej na tym zależy.

– Jestem biednym chłopem, majtkiem, żołnierzem, podróżnikiem do sfer, zdrajcą ludzkości i śmiercią – wymamrotał Naraal tak nieświadomie, że dziwił się, słysząc swój głos.

To było zdecydowanie najgorsze, co mogłeś powiedzieć – pomyślał chwilę później.

– Czy chłopa i majtka stać w Xynthialu na orszak? – zapytała.

– Nie, ale byłem i chłopem, i majtkiem – odpowiedział. Poczuł ulgę, kiedy zadała to pytanie. Skoro powiedział jej same najgorsze rzeczy, a ona chciała wiedzieć więcej to mógł jej powiedzieć już tylko lepsze.

– Lordzie Arestogu, beznadziejnie się pan prezentuje, mówi pan to każdej dziewczynie? To jest pana sposób? – uśmiechnęła się szczerze i niewinnie.

– Nie, po prostu… – zaczął, ale urwał, bo nie wiedział, co powiedzieć.

– Przepraszam, nie chciałam… po prostu jestem ciekawa – nagle się zawstydziła. Opuściła wzrok i prawie szeptem dodała – jesteś moim bohaterem, nie mam dokąd pójść, nie mam pieniędzy, a ty przyjmujesz mnie do swego domu, nie oczekując niczego w zamian. Chciałabym po prostu wiedzieć, kim jest mój wybawca. Kim jest ten przystojny mężczyzna zdobiący swoją flagę czarnym okiem, dlaczego ludzie mu się kłaniają?

Milczał, wpatrując się w nią, potem odwrócił wzrok i spojrzał za okno. Kątem oka zobaczył, że jasnoróżowe tęczówki znów się w niego wpatrują. Na chwilę aż zaparło mu dech w piersiach. Teyrenae powiedziała:

– Kiedy będzie lepszy czas, żebyś wszystko mi o sobie opowiedział, lordzie? Kiedy, jeśli nie teraz?

W myślach przyznał jej całkowitą rację.

– Tak więc byłeś żołnierzem? – zapytała od niechcenia.

Naraal przypomniał sobie pasowanie na rycerza i nadanie tytułów, była przy tym cała arystokracja jeszcze w Irnifalu, dzień po bitwie. Pamiętał Kirifona ger Neroka i Fortana ger Nuriada, którzy go wtedy uratowali. Jego i króla, spod mieczy dzikich Grithianczyków. Uśmiechali się do niego, wydawali się być szczęśliwi jego szczęściem, choć ledwie go znali.

Ereitan II nie chciał zwlekać z pasowaniem, bo choć to on stanowił prawo, obyczaj mówił, że państwowe funkcje może obejmować jedynie szlachcic. Natomiast Arestog dostał zaproszenie do rady wojennej, miał być doradcą króla. Podczas pasowania Naraal miał łzy w oczach, parę dni wcześniej był jedynie podróżnikiem, parę dekarów wcześniej chłopem bez perspektyw. Teraz był doradcą króla, posiadał zamek – Irnikral, co prawda ruinę, ale zawsze. Wraz z przyległymi ziemiami był to jednak ogromny majątek, do tego nosił zbroję z wymalowanym czarnym okiem.

– Może nie tyle żołnierzem, co podróżnikiem, który dołączył do bitwy. Człowiekiem broniącym swojej ojczyzny przed dzikimi hordami z zachodu – odpowiedział.

– Zabiłeś kogoś, lordzie Arestogu? – zapytała go. Naraal widział w mowie jej ciała, że jest zainteresowana i podekscytowana, jednak oczy mówiły coś zgoła innego. Nie chciała wiedzieć czy kogoś zabił. Ucieszyło go to. Miał już dość śmierci.

Naraal przypomniał sobie minę zdziwionego Grithianczyka, którego zabił jako pierwszego.

– Tak – odpowiedział. – Można tak powiedzieć.

– Rozumiem – znów opuściła wzrok.

– Potem natomiast byłem doradcą króla – postanowił się pochwalić, odwrócić uwagę od tematu śmierci.

– Chłop doradcą króla? – zapytała z uśmiechem. Było widać, że ta kwestia się jej podobała. – Coś mi tu nie pasuje. Czy rzeczywiście byłeś chłopem?

– Ależ byłem, król pasował mnie dzień po bitwie, żebym mógł dostać się do rady wojennej. Dał mi przy okazji zamek – odpowiedział spokojnie Naraal.

– A nie byłeś nawet królewskim żołnierzem? Co zrobiłeś? – dopytywała się.

– Broniłem jego ojca przed hordą Grithianu przez kilkanaście minut – odpowiedział z dumą, jednak wiedział, że nie za to został pasowany.

– Przeżył? – zapytała z zaciekawieniem Teyrenae.

– Nie – uśmiechnął się Naraal, po czym dodał – ale ewakuowano go, mógł pożegnać się z synem.

– Jeśli król nie przeżył, to dlaczego naprawdę cię pasowano, lordzie Arestogu? – zapytała poważnie, a jej pozbawiony uśmiechu wzrok stał się potwornie przenikliwy i jakby znając już prawdę zapytała – Dlaczego nazwałeś się zdrajcą ludzkości i śmiercią?

Naraal zamilkł. Kiedy tak nazwał się po raz pierwszy? Chyba w Nerokranie, choć wtedy już Nerokralu. Meymuss miał szpiegów w Xynthialu, co akurat nikogo nie dziwiło, nawet samego Ereitana. Kiedy dowiedział się, że trupy były jedynie konstruktami, ogłosił się prorokiem Merita, ichniego bożka i wezwał do krucjaty przeciwko chodzącym potwornościom. Armia, która szła na wschód była potężniejsza niż w poprzedniej wojnie, zaledwie trzy lata wcześniej.

Xynthial jednak nie był już taki sam. Wszystko się zmieniło, ludzie się wzbogacali, a już nie setki, a dziesiątki tysięcy potrafiły posługiwać się magią. Nie było ludzi w szmatach i z motykami przeciwko wojom, a byli konni w magicznych zbrojach. Do tego dochodzili świeżo upieczeni adepci szkoły założonej przez Ereitana II Xynthię – Królewskiej Szkoły Rycerskiej w Xyranalu. Xynthial rozwinął się w niewyobrażalny wcześniej sposób. Xynthial na tę wojnę był gotowy.

Naraal nie miał zbyt wielkiego udziału w naradach wojennych. Wiedział, że jego rolą jest bycie bohaterem narodowym i podnoszenie morale. To wtedy odkrył, że sam król trochę zazdrości mu tej chwały, ale Ereitan podjął dobrą decyzję. Zaufał Naraalowi i bardzo często pokazywał się z nim publicznie. Kiedy Ereitan wykrzykiwał swoją mowę motywacyjną, to właśnie lord Arestog stał obok.

Wojska Meymussa IV zdobyły Ferwiskal – twierdzę niedaleko Ferqualu, na zachodniej granicy Xynthialu, ale potem zaczęły się problemy dzikusów. Ereitan II na bagnistych terenach odciął Grithianczyków od ich kraju, a następnie uskuteczniał wojnę podjazdową. Kiedy doszło do walnej bitwy, nawet najeźdźcy z zachodu wiedzieli, że jest przegrana.

Cena pokoju była ogromna. Meymuss został zmuszony do podpisania traktatu , wszyscy watażkowie, którzy przeżyli bitwę, musieli zrobić to samo pod groźbą śmierci. Na mocy dokumentu Nerokran wraz z otaczającą go Nerokranią miał stać się własnością korony, a najbliższe sto lat miało być wiekiem pokoju pomiędzy państwami. Dokument obarczony był klątwą, złamanie go kończyło się śmiercią. Do przeprowadzenia tak potężnego rytuału nad kartą, ściągnięto najpotężniejszych magów z całej Eestirii.

Grithianczycy wrócili do swoich domostw, a Nerokran przeszedł w ręce królestwa Xynthialu, stał się Nerokralem. Nie spodobało się to tamtejszym mieszczanom. Ereitan, a wraz z nim Naraal, wyruszył tam wprost z Ferqualu, gdzie podpisano pokój. Nerokrańczycy zbuntowali się, nie podobało im się zwierzchnictwo Xynthialu.

„Wyrżnijcie wszystkich, mieli wybór, mogli służyć Xynthialowi jako żywi, jeśli nie chcą – będą jako martwi” – powiedział wtedy król. Kiedy zdobyto mury, Naraal obserwował z Ereitanem II jak mężczyźni, kobiety i dzieci są mordowani, bez żadnej litości. Było to w jakiś sposób zwycięstwo, ale żaden z nich się z tego nie cieszył. Arestogowi wydawało się, że król patrzy na rzeź tylko dlatego, że chce się ukarać, poczuć odpowiedzialność za swoje rozkazy. Obaj wiedzieli, że to, co się dzieje ich przerasta, ale było to najlepsze wyjście. Naraal wiedział, że Ereitan nie ma już wyboru.

Naraal nazwał się zdrajcą ludzkości i śmiercią, bo gdyby nie przyniósł tego zwoju nigdy nie byłoby takich rzezi. Starał się brać na siebie odpowiedzialność za te śmierć. Czuł jednak, że nie tylko on próbuje to zrobić. Nigdy o tym nie rozmawiali, ale w królu Ereitanie II miał towarzysza w tej zgrozie.

– Widzisz, tam przy lesie jest tartak – powiedział nagle do Teyrenae. – Widzisz te białe postacie?

– Tak, miałam cię zapytać, czy wiesz co to jest – powiedziała, uśmiechając się do niego. – W Andraonie nigdy czegoś takiego nie widziałam. Początkowo myślałam, że to przewidzenie, ale widziałam tego coraz więc…

– To trupy – przerwał jej spokojnym tonem.

– Słucham?

– Trupy, martwe kości ożywione magią, kościane golemy – mówił szybko. – To ja je tu sprowadziłem, dlatego jestem bohaterem. Dlatego, że dałem Ereitanowi II Xynthii zwój z magicznym zaklęciem, dzięki któremu zwłoki wstają, zrywają z siebie ubranie, skórę i mięśnie, oblekają się dziwną, fioletową powłoką i w obłokach z czarnej, magicznej mgły wstają i czekają na rozkazy. Są ich dziesiątki, jeśli nie setki tysięcy. Wszyscy ci martwi ludzie to zdrajcy, mordercy, gwałciciele albo wrogowie ojczyzny. Są też może weterani bitwy pod Irnifalem, ale wtedy nie było czasu na odpowiedzialne decyzje.

Dziewczyna opuściła swoje jasnoróżowe tęczówki i wbiła spojrzenie w podłogę. Po czym zadała pytanie, którego Naraal się nie spodziewał, a które było najpiękniejszą rzeczą jaką usłyszał w dotychczasowym życiu.

– Czy one cierpią? – zapytała.

– Nie jestem magiem, nie znam się na tym, ale wydaje mi się, że… – urwał i poprawił się, to bardziej odpowiadało prawdzie – mam nadzieję, że to tylko kości.

– Rozumiem.

Ona również wydawała się usatysfakcjonowana odpowiedzią, choć nie prawdą. Wyjrzała przez okno, starając się dojrzeć magiczne kości.

– Skąd miałeś tak potężne zaklęcie?

Naraal długo patrzył w oczy dziewczyny, ale nie potrafił wytrzymać jej wzroku. Był spokojny i przeszywający, jednak z drugiej strony bezbronny i zrozpaczony. Fascynowały go te oczy. Dziewczyna wyglądała jak ta, która niemal dwadzieścia lat wcześniej dała mu ten zwój. Jak anielica z…? Właściwie skąd? Snu? Jawy? Ogrodów Ethnu? Nie wiedział, obudził się z magicznym sztyletem, listem i zwojem, ale czy naprawdę tam był, w sferze światła? Nie potrafił tego stwierdzić. Magowie mówili mu, że to niemożliwe, nawet w podręczniku do historii Królewskiej Szkoły Rycerskiej wspomina się, że pochodzenie zwoju jest „niejasne”.

Co miał odpowiedzieć swojej nowej przyjaciółce? Poczuł, że musiał odpowiedzieć prawdą. Czuł, że jest to wyjątkowa kobieta. Umówił się z nią, że przygarnia ją tylko na jakiś czas, ale czuł, a może miał nadzieję, że zostanie z nim do śmierci.

– Z innej sfery, ze sfery światła – powiedział spokojnie, próbując patrzeć jej w oczy.

– Naprawdę? – uśmiechnęła się. – Myślałam, że żartowałeś. Myślałam, że żartowałeś nazywając siebie śmiercią i zdrajcą ludzkości, że nie mówisz serio, mówiąc o sobie jako majtku i chłopie, ale wierzę ci. Wierzę w każde twoje słowo, bo nie starasz się pokazać siebie w jak najpiękniejszych barwach, gdybyś chciał to powiedziałbyś mi to na samym początku, od tego byś zaczął. Zacząłbyś od tego, że jesteś bohaterem i masz zamek. Powiedziałbyś mi to jeszcze w Xyranalu. Jesteś skromnym człowiekiem, lordzie Arestogu. Wierzę ci, bo widzę, że wstydzisz się swojej historii, bo nie wierzysz w to, że jesteś bohaterem, ale dla mnie jesteś i dla wielu też, więc może… może twoje zdanie się po prostu nie liczy? Może nie ma znaczenia, lordzie Arestogu?

Nie wiedział, co ma na to odpowiedzieć. Cieszył się, że mu wierzy i to bardzo, ale było w tym coś jeszcze. Zaimponowała mu, powiedziała coś, o czym nigdy nie myślał. Kościane golemy były bezsprzecznie profanacją życia, ale może powinien przestać się tym obwiniać. Nawet jeśli doprowadził do śmierci tysiące ludzi, to ilu uratował przed śmiercią pod Irnifalem? Tysiące? Dziesiątki tysięcy? Ilu dzięki niemu nie umarło z głodu? Ilu się narodziło?

– Co widziałeś w sferze światła? – zapytała, po czym z zachwytem dodała – to bardzo emocjonujące!

– Anielicę – odpowiedział spokojnie, po czym powtórzył i dodał: – anielicę, najpiękniejszą kobietę jaką widziałem.

– Piękniejszą ode mnie? – powiedziała i delikatnie na króciutką chwilę wystawiła kawałek języka, jakby podkreślając, że żartuje. Naraal, widząc to, z trudem powstrzymał jęk zachwytu. Była to najbardziej urocza rzecz, jaką widział w życiu. Dostrzegł też coś jeszcze, piękna Teyrenae nie żartuje, zobaczył w jej oczach, że i ona go pragnie tak mocno, jak on jej.

– Nie – powiedział całkiem serio. – Tak piękną jak ty.