Strażnik

Wrodzona dobroć elfów bardzo szkodziła im samym – Eri zauważył to już jako dziecko, kiedy to pierwsi ludzie przekroczyli granice Nevriyanu. Miał wtedy sześć lat, ale pamiętał, jak bardzo podekscytowało jego rodziców i inne elfy to wielkie, wręcz przełomowe wydarzenie. Uznano wtedy, że ludzie mogą się od nich wiele nauczyć i dzięki nim odkryją drogę pokoju.

Elfy miały nadzieję, że ludzie nawrócą się na poddaństwo Noctiferi albo chociaż zaczną wzorować się na wierzeniu w elfią stwórczynię, jej przykazania miłości i pomocy innym, poświęcenia życia dla chęci zmiany świata na lepszy – pozbawiony nienawiści i agresji.

Nevriyan nie miał w tym absolutnie żadnego interesu – elfy żyły bogato i dostatnio, doskonaląc się w kulturze i sztuce. Osiągnęły niesamowitą biegłość w posługiwaniu się magiczną energią, której odpowiednie wykorzystanie gwarantowało wyżywienie. Dzięki wysoce rozwiniętej magii, w brukowanych, utwardzonym złotem, pięknych miastach, nikt nie umierał z głodu. Elfy wykorzystywały to, co dawała im ziemia, nie marnując jej owoców.

Nie od razu okazało się, że naturalna dobroć elfów stanowiła barierę nie do przeskoczenia. Po złączeniu się w jeden lud i wspólnym egzystowaniu przez kilkaset lat, w dobrobycie i bez
znajomości ciężkiej pracy, ta rasa po prostu przestała rozumieć agresję. Stworzenia te były wręcz patologicznie dobre. Każdemu, kto miał gorzej niż one, współczuły i chciały pomóc, wierząc w otaczające ich dobro tkwiące w każdej żywej istocie. Uważały, że wszelkie negatywne uczucia mogły być tylko skutkiem błędu. Nawet jakakolwiek broń nie miała dla nich sensu.

Choć Eri widział od tego czasu ludzi, dopiero mając osiem lat, przeżył szok przy spotkaniu z przedstawicielem tej rasy. Ojciec zabrał go wtedy na spacer po jednym z parków w Eyerilyanie, terenach zielonych, otaczających siedzibę imperatora. Niespodziewanie w zbiorowisko elfów wbiegł przedstawiciel ludzi, wyjął miecz i zaczął krzyczeć:

– Pierdolone elfy! Bijcie mnie, skurwysyny! Uderzcie! – machał mieczem jak opętany, wciąż krzycząc. – Uderzcie mnie, elfie dziwki! Przeklnijcie!

Choć był młody, Eri wiedział, co się działo. Dotknął go syndrom Nevriyanu. Ludzie, przyjeżdżający z dzikiej północy do złotych wspaniałości, wpadali w szał i po dekarze, dwóch czy pięciu, nawet roku, zaczynali mordować. Otoczenie promieniującymi dobrocią elfami powodowało, że na ich umysły i serca spadała okrutna choroba. Nie było pewne, czy nieliczni byli na nią odporni, czy było tylko kwestią czasu, kiedy dotknie każdego.

Eri pamiętał z tamtego spaceru swoich krajan pytających, jak pomóc człowiekowi, który ich mordował. Najgorsze jednak było to, że jego ojciec również chciał podejść i pomóc biednemu, zagubionemu człowiekowi. Chłopcu ledwo udało się odciągnąć rodzica. Z odrazą patrzył, jak dorośli próbowali wytłumaczyć atakującemu ich mężczyźnie, że nie jest to wskazane zachowanie.

Mężczyzna, na oczach tłumu, ostatecznie wbił sobie miecz w brzuch, ale nie był to koniec jego szaleństwa. Tłum gęstniał, a zebrani rozpoczęli magiczne rytuały powodujące, że rany człowieka zaczynały się zasklepiać. Elfy nie chciały jego śmierci. Całkowicie zdrowy fizycznie napastnik, rozpychając się, uciekł na północ. Lata później, Eri wiedział już, że tacy ludzie biegli tak długo aż gdzieś w lesie, ze zmęczenia, eksplodowało im serce.

Wspominał to doświadczenie z mieszaniną strachu i zażenowania. Tkwiło w nim coś innego niż w jego rodakach. Po prostu jaśniej patrzył na otaczającą go rzeczywistość i nie mógł zrozumieć, dlaczego przybyszowi nikt nie próbował wyrwać miecza, dlaczego nikt go po prostu nie uderzył czy nie powalił, o co zresztą sam prosił. Trzy piękne kobiety i sześciu mężczyzn zginęło w trakcie tego „wypadku”, na oczach dzieciaka.

Wraz z upływającymi latami, Eri doświadczał coraz więcej takich sytuacji. Człowiek – kobieta rzuciła się na elfy z nożem i zaczęła je ranić. Sprawczyni atakowała tak długo, aż zemdlała ze zmęczenia po szesnastu godzinach. Ugodziła śmiertelnie czterdzieści dwa elfy. Przemęczoną kobietę wyniesiono poza granicę Nevriyanu i zostawiono jej list podpisany przez imperatora z prośbą, by nie wracała. Eri, znając te fakty, nie mógł pozbyć się wrażenia, że wychował się i żył w upadającym kraju. Miasta wyłożone złotem, latające pałace i tysiące lat tradycji oraz rozwoju, a jednak wyraźnie widoczna była pewna wada w tym cywilizacyjnym planie. Elfy potrafiły posługiwać się magią prawie tak dobrze jak podwodna rasa oceanicznych derfów, jednak nikt nie potrafił nic zrobić z jednym, agresywnym człowiekiem. Unieruchomienie czy obezwładnienie było jawnym naruszeniem wolności, którą tak ceniła sobie szlachetna rasa.

***

Mając szesnaście lat, Eri, był studentem druidytyfiki na Magicznej Akademii Eyerilyianu. Często podczas odrabiania prac domowych patrzył na ulicę i przechodniów. Lubił obserwować przechadzających się po złotym bruku, ubranych dostojnie mężczyzn i piękne kobiety. W trakcie jednego z takich dni poczuł ścisk w sercu, kiedy zobaczył człowieka. Nosił skórzaną zbroję, a na plecach miał długi, dwuręczny miecz. Blask słońca, który odbił się w ostrzu na chwilę go oślepił.

Przybysz z północy początkowo szedł normalnym krokiem, jednak kiedy wpadł na przechodnia, zaczął się koszmar: mężczyzna wyjął miecz i silnym uderzeniem prawie odciął elfowi głowę. Krew zaczęła tryskać z tętnicy, farbując na czerwono wszystko dookoła, a głowa wisząca na kawałku skóry machała się na wszystkie strony. Zanim jeszcze ciało zdążyło upaść, Eri usłyszał swojego ojca:

– Proszę się uspokoić, zaraz panu pomo… – urwał z ostrzem wbitym aż po samą rękojeść w mostek.

Chłopak nie poczuł złości, a jedynie dziwny, chłodny spokój. Zszedł schodami do kuchni, w jego ruchach nie było wściekłości czy desperacji, szedł mechanicznie jak kontrolowane przez adepta druidytyfiki drzewo. Jego matki nie było już w kuchni, został po niej jedynie nóż do krojenia owoców leżący na desce. Sięgnął po niego, wiedział gdzie ją znajdzie. Za drzwiami wejściowymi zobaczył rodzicielkę z czaszką rozchlastaną aż po samą żuchwę. Spomiędzy rozpłatanej głowy, na złoty bruk, wypływał szeroki strumień krwi, łącząc się z sąsiednimi „rzeczkami” czerwieni, tworząc małe bajorko formujące się w szczelinach chodnika.

Człowiek w szale odwrócił się w jego stronę. W oczach widać było jedynie obłęd, ślepy wzrok powodował, że nie wydawał się nawet istotą myślącą, zresztą w tamtej chwili nawet nią nie był. Szaleniec zamachnął się, a Eri poczuł jak świat zwalnia, z łatwością uniknął pędzącego w jego stronę miecza i wepchnął kuchenny nóż w gardło przybysza. Szybkim ruchem wyprostował ręce, rozcinając gardło, aż ostrze utkwiło w kręgosłupie. Agresor zrobił zdziwioną minę i na chwilę w jego oczach znów było widać człowieka. Eri przez moment myślał, że przerazi się widokiem tego wzroku, ale dostrzegł w nim jedynie wdzięczność. Zupełnie jakby człowiek dziękował mu za pomoc. Nie trwało to długo, twarz szybko stężała, zbladła, zanim jeszcze szaleniec padł na ziemię, wypuszczając dwuręczny, obusieczny miecz na wybrukowaną złotem uliczkę.

Eri rozejrzał się po otaczającym go tłumie i dostrzegł w elfach zdziwienie. Patrzyły na niego z wyjątkową dla nich mieszaniną pogardy i podziwu, jakby jego czyn był bluźnierstwem, abominacją, czymś niewyobrażalnym. A przecież zabił tego człowieka wyłącznie dlatego, że chciał ich chronić.

Odwrócił się od nich w stronę domu i stanął w miejscu. Nie wiedział, co robić. Po prostu wrócić? Zabrać zwłoki swoich rodziców? Iść do imperatora? Co się z nim stanie? Zostanie adoptowany? Czy jutro rano normalnie pójdzie do szkoły i opowie, jak to zabił człowieka, który zamordował jego rodziców?

Wbiegł do domu i zatrzasnął za sobą drzwi. Chodził godzinami w kółko, nie rozumiejąc, co ma o sobie myśleć. Był niewątpliwie inny, ale jakakolwiek logika podpowiadała mu, że zachował się odpowiednio. Nie miał sobie nic do zarzucenia, po prostu bronił swoich bliskich i nie tylko ich, bronił też zwyczajne elfy, przechodniów. Uporczywie szukał czegoś, co mógłby sobie zarzucić. Wreszcie, zmęczony chodzeniem, położył się na łóżku. Myślał też o rodzicach, nie chciał patrzeć przez okno na zalany krwią matki i ojca bruk. Czuł żal i smutek, ale przede wszystkim nienawiść. Irytowało go to, że jego rodzice zachowali się tak, jak inni, prosili się o śmierć. Z tą świadomością ciężko było mu ich nawet opłakiwać. Starał się przestać o tym myśleć, aż w końcu zmógł go sen.

Rankiem obudziło go pukanie do drzwi. Kiedy je otworzył, zobaczył przed sobą dwóch mężczyzn.

– Jego Wysokość, imperator Fenyrial VII, prosi Eriego Neyiri do cesarskiego pałacu w Eyerilyian – powiedział wysoki elf o typowej urodzie, jasnych blond włosach i szmaragdowych oczach. Eri zajrzał mu przez ramię i zobaczył, że ulica lśni swoim standardowym, złotym blaskiem. Nie było nawet śladów krwi.

– W sprawie?

– Nie możemy powiedzieć. Jego Wysokość nie przekazał.

Eri chwilę zastanawiał się nad tym, czy iść. W końcu mógł zostać ukarany. Tylko, że w Nevriyanie nie istniała żadna prawna forma kary czy nawet kodeks karny. Hegemonia poddaństwa Noctiferi, którą wyznawały wszystkie elfy nie zakładała takiej ewentualności, jak przestępstwo. Właściwie jedyne, co mógł zrobić imperator to poprosić go, żeby więcej tego nie robił.

Droga do pałacu, w towarzystwie dwóch dygnitarzy królestwa w barwach Fenyriala VII, dłużyła się w nieskończoność. Eri czuł na sobie wzrok przechodniów. Mijane przez niego elfy obserwowały go, ale trudno było ocenić, co o tym wszystkim myślą. Zdawało się, że czekają z osądem na decyzję imperatora.

Twarde złoto stukało pod obcasami butów, kiedy mijali park Eyerilyianu, nad którym znajdował się cesarski pałac. Chwilę szli długimi, złotymi schodami, które szeroką spiralą pięły się ku wrotom unoszącego się w powietrzu pałacu. Chłopak zerknął z góry na biegające pośród drzew jelenie i przechadzające się dumnie pawie. Park zamieszkiwało rzekomo wiele gatunków zwierząt, ale poza tymi dwoma, żadnego nie widział.

Kiedy wszedł już na górę, zobaczył przed sobą ciężkie, lśniące wrota, które rozwarły się przed nimi zapraszająco. Unoszące się budowle, drzwi, które wytrzymałyby uderzenie potężnego tarana. Tradycja budowania pałaców obronnych była chyba jedynym wspomnieniem krwawej historii elfów. Dawniej działy się tu rzeczy, które w czasach Eriego były niewyobrażalne.

Chłopak rozejrzał się przed bramą. Mówiono, że z pałacu imperatora widać było cały Nevriyan. Nie wiedział, ile w tym prawdy, ale wydawało mu się, że błękit malujący się na horyzoncie mógł być oceanem.

– Najjaśniejszy imperatorze, przybył Eri Neyiri – zawiadomili urzędnicy, którzy przyprowadzili chłopaka do pałacu.

Eri, po minięciu bramy, oniemiał na widok tak ogromnej sali. Ponad sto metrów przed sobą zobaczył imperatora siedzącego na złotym tronie. Prowadził do niego szeroki, czerwony dywan. Ściany oddalone były o dwadzieścia, może trzydzieści kroków w obie strony. Wszystkie miały kolor złota lub bursztynu. Pełne były płaskorzeźb, malowideł i różnego rodzaju dzieł sztuki. Smukłe filary z masy perłowej dodawały budynkowi lekkości i gracji. Miriady kolorowych kamieni szlachetnych mieniło się barwnie odbijającświatło słoneczne dostające się przez ogromną, kryształową kopułę, która zwieńczała szczyt budynku kilkanaście metrów ponad głowami. Szesnastolatek, otworzył usta, przygwożdżony otaczającym go ogromem i przepychem.

– Witaj, chłopcze – przemówił Fenyrial VII. Choć był daleko i nie krzyczał, to Eri usłyszał go wyraźnie. Sala wyglądała na zaprojektowaną tak, żeby każdy szept był słyszalny.

– Witam, Panie! – krzyknął Eri i ukłonił się do samej ziemi. Przynajmniej próbował, bo wydawało mu się, że tak powinien zrobić.

– Podejdź tutaj – powiedział Fenyrial tonem kogoś, kto jedynie oznajmia innym, co mają robić.

Młody elf czuł się nieswojo, idąc tą ponad stumetrową ścieżką wyznaczoną przez czerwony dywan. Widział, że król na niego patrzy, czuł, że patrzą na niego również dygnitarze stojący przy wrotach, wydawało mu się, że patrzą na niego wszystkie popiersia dawnych, wielkich elfów, a on sam miał wrażenie, że zapomniał jak się chodzi. Wizyta u imperatora była dla niego czymś wyjątkowym i prawdopodobnie były to tylko nerwy, ale wydawało mu się, że dziwacznie się garbi i nadmiernie prostuje jednocześnie, a do tego komicznie zgina kolana.

Z każdym krokiem dostrzegał też wygląd imperatora. Co prawda widział jego pomniki, ale nie oddawały one jego majestatu. Fenyrial VII był bardzo wysoki i szczupły, długie czarne włosy opadały mu na ramiona, a szaroniebieskie oczy zdawały się przewiercać rozmówcę. Miał proste, pełen wytworności ruchy i mentorski wyraz twarzy. Sprawiał wrażenie kogoś, komu się nie odmawia.

– Chodź za mną – powiedział imperator, kiedy chłopak był już blisko. Władca wstał i ruszył w stronę małych drzwi umieszczonych w ścianie za tronem.

Eri nie miał innego wyboru niż ruszyć za monarchą. Kiedy minął małe drzwiczki, znów się zdziwił. Zobaczył pokój o seledynowych ścianach wypełniony ciemnymi meblami. Na środku stał okrągły stół, mogący pomieścić tuzin osób. Choć pomieszczenie było sporych rozmiarów, to przy poprzedniej sali wydawało się bardzo ciasne.

– Usiądź – zaproponował Fenyrial VII, wskazując krzesło obok siebie, po czym zapytał: – Napijesz się czegoś?

– H… herbaty? – zająknął się odpowiadając pytaniem na pytanie, Eri cały czas w nerwach, oczekując na rozwój wypadków.

Zadzwonił dzwoneczek i po chwili przez drugie drzwi weszła jedna z najpiękniejszych elfek, jakie chłopak widział. Prawdopodobnie podobała mu się tak bardzo, gdyż była pierwszą nagą kobietą w jego życiu. Eri nie wiedział, dlaczego nie miała nic na sobie. Odniósł wrażenie, że magia jaką roztaczał wokół siebie imperator była tak niezwykła, że gdy czegoś sobie zażyczył, to nikt nie zastanawiał się nad zasadnością tych rozkazów. Kiedy herbata została już postawiona na stole, a piękność zniknęła za zamkniętymi drzwiami, monarcha odchrząknął i spojrzał swoim przenikliwym wzrokiem na Ariego.

– Zabiłeś wczoraj człowieka – powiedział oznajmującym tonem.

Eri już miał otwierać usta, żeby odpowiedzieć, ale zdał sobie sprawę z tego, że nie było to pytanie. Gdyby na przykład Fenyrial VII zapytał „Czy zabiłeś wczoraj człowieka?”, sprawa byłaby prosta. Tu jednak nie było, na co odpowiadać, więc chłopak ograniczył się jedynie do skinienia głową.

– Dlaczego to zrobiłeś? – zapytał imperator.

– Zabił moich rodziców – odpowiedział prosto.

– Ale dlaczego to zrobiłeś?

Eri zastanowił się chwilę, czy w nerwach nie odpowiedział czegoś innego, ale postarał się odtworzyć swój własny głos mówiący ostatnie zdanie i okazało się, że powiedział to, co myślał.

– Zabił moich rodziców – powtórzył.

– Widzisz, może będzie to dla ciebie zaskoczeniem, ale już kilkaset elfów zginęło z rąk ludzi w przeciągu ostatniej dekady. Staramy się im pomóc, robimy, co możemy, jednak oni zbyt wolno się uczą. Natomiast martwy człowiek? To u nas precedens – oznajmił ze spokojem imperator. Eri zastanawiał się, czy władca w ogóle zdaje sobie sprawę z problemu, o którym mówi, czy uznaje, że te kilkuset jego braci i sióstr to tylko niewinne wypadki, natomiast zabójstwo człowieka to już zezwierzęcenie. – Tak więc… Dlaczego to zrobiłeś?

– Bo ludzie mordują elfy na naszych ulicach.

– No tak, ale nie o to mi chodzi. Dlaczego to zrobiłeś?

– Ponieważ zagrażał on innym elfom.

– Rozumiem, rozumiem, chodzi mi jednak o coś innego. Widzisz… Jakby to określić?… Dlaczego to zrobiłeś?

– Nie wiem! – krzyknął Eri w nerwach, odnosił wrażenie, że jest na egzaminie, do którego ktoś dołączył zły klucz odpowiedzi. – Bo mogłem! Bo chciałem! Nie wiem!

– Rozumiem – oznajmił nagle imperator. Zapadło milczenie, jakby Fenyrial VII chciał coś przemyśleć. Szesnastolatek nie wiedział, czy w nerwach stracił poczucie upływu czasu, czy rzeczywiście władca parę minut patrzył w ciemny brąz stołu. Chłopak czuł się zdezorientowany, nie wiedział, czy przerwać prawdopodobnie bardzo złożony proces myślenia pana Eyerilyianu, czy patrzeć wraz z nim w stół.

– Mianuję cię generałem Nevriyanu – powiedział nagle władca, nie odrywając wzroku od mebla.

– Kim?! – spytał z pewną dozą niedowierzania.

– Najwyższym dostojnikiem, odpowiedzialnym za działania wojenne i pokrewne sprawy. Tak się to chyba nazywa na północy albo nazywało za czasów Imperium? Nie jestem pewien.

– Ale… Przecież my nawet nie mamy wojska? – zaczął zdanie, oznajmiając, jednak zakończył je wyraźnym znakiem zapytania.

– Ty będziesz naszym wojskiem. Potrafiłbyś to zrobić ponownie?

– Tak, raczej potrafiłbym, jednak chyba nie na tym polega idea wojska.

– Będziesz patrolował z bronią Eyerilyian. Ściągnę tutaj najlepszych ludzkich wojowników, żeby cię wyszkolili. Sam będziesz prowadził szkołę, gdzie postarasz się znaleźć… podobnych do ciebie. Staniesz się bohaterem Nevriyanu, będziesz legendą za życia.

Zapadła cisza. Szesnastolatek, wychowywany w środowisku pełnym miłości i akceptacji, nie spodziewał się, że zostanie oficjalnym zabójcą, chociaż rozwiązywałoby to wiele problemów, takich jak „co mam ze sobą zrobić, kiedy moi rodzice nie żyją”.

– Zgadzam się – powiedział Neyiri.

– Co? – spytał zaskoczony władca.

– Zgadzam się – powtórzył.

– Na co? – dopytywał.

– No, na propozycję najjaśniejszego imperatora.

– Czy ja pytałem cię o zdanie? – spytał zdziwiony.

Eri dostrzegł to, że jak na kompletnie bezbronną osobę, przewodzącą kompletnie bezbronne państwo, Fenyrial VII zachowywał się jakby rzeczywiście mógł mu coś zrobić. Musiał przyznać, że siła woli imperatora robiła na nim wrażenie. Wiedział, że mógłby, choćby i na złość mu się sprzeciwić, jednak nie chciał. Raz, że cieszyła go wizja awansu społecznego, dwa, że czuł, że po to się urodził. Trzecim powodem była, jak musiał przyznać sam przed sobą, niesamowita aura władcy Nevriyanu. Był to ktoś, komu po prostu nie odmawiało się z przyjemnością.

Nowemu generałowi od razu wyznaczono własny apartament w pałacu Eyeryilianu i rozpoczęto budowę sali treningowej. Planowano też szkołę. Nikt nie wiedział, czy specjalne moce jakimi obdarzony został Eri można znaleźć również u innych elfów.

Możliwe, że była to nowa tradycja, ale nowy generał Eyerilyianu dostał wszystkie rzeczy człowieka, którego zabił. Była to skórzana zbroja i lekki, dwuręczny miecz. Pancerz był na niego zbyt mały, jednak nie stanowiło to wielkiego problemu. Założył na plecy pochwę, która tak naprawdę była jedynie paroma, utwardzonymi w strategicznych miejscach, rzemieniami. Wziął do ręki zbroję i ruszył do najbliższego kowala. Po drodze widział towarzyszący mu, zdziwiony wzrok współbraci. Widok przedstawiciela ich rasy z bronią wzbudzał niemałe zainteresowanie. Mniej więcej tak, jak śnieg, o którym w Nevriyanie słyszano tylko plotki, a i to z niepewnych źródeł.

Elficcy kowale nie używali młotów, a przynajmniej nie trzymali ich rękoma. Wszystkim kierowano za pomocą specjalnych, magicznych maszyn. Eri o tym wiedział, ale jedynie z książek. Nigdy nie miał interesu w kuźni i zdziwił się, jak bardzo jego wyobrażenia odbiegały od rzeczywistości. Zobaczył ogromne, żeliwne kotły wypełnione wodą i potężne stalowe ramiona wyłożone gdzieniegdzie świecącymi kryształami, zakończone płaskimi zgrubieniami. W oczy rzucały się wysokie piece i odchodzące od nich rynny prowadzące do ogromnego stołu, na którym umieszczone były szyny na różne formy. Kowal nie był okopconym mięśniakiem, jak go sobie wyobrażał, a zwykłym, smukłym elfem o szkarłatnych oczach, blond włosach i jasnej jak chmury w słoneczny dzień, karnacji. Choć przyznał, że nigdy czegoś takiego nie robił, obiecał jak najszybciej rozpocząć pracę nad poprawieniem zbroi.

Następnego ranka od razu ruszył w to samo miejsce, niosąc dumnie miecz na plecach. Może i nie było to zgodne z tradycją elfów, ale czuł się wyjątkowy. „Generał Neyiri, to dumnie brzmi, a mam dopiero szesnaście lat!”, myślał sobie, choć, jak miało się okazać, nikt nigdy nie tytułował go generałem.

– Chciałem jedynie go poszerzyć – powiedział Eri, patrząc na pancerz.

– Słyszałem o tobie – powiedział półgłosem kowal. – Skoro imperator uważa, że to, co zrobiłeś jest chwalebne i cię popiera, to oznacza, że wszyscy powinniśmy cię popierać.

– No tak, ale ja nie mam za co zapłacić za wbicie metalowych płytek z… Z czego właściwie?

– To tajemny stop przekazywany w mojej rodzinie z pokolenia na pokolenie – szepnął kowal. Eri zastanowił się chwilę, czy każdy nevryiański kowal ma jakiś tajemniczy, rodzinny stop. – Jest twardszy od wszystkich niemagicznych rzeczy, jakich próbowałem.

– No właśnie, i jeszcze została wzmocniona magią!

– Nie obawiaj się, Eri Neyiri, Strażniku! Nie musisz za nic płacić. Służysz imperatorowi, któremu i ja służę. Chronisz kraj, do którego ja należę – stwierdził kowal, wracając do półgłosu, po czym zapytał: – Mogę zobaczyć to… ten miecz?

– Skąd znasz moje imię? – zapytał zdziwiony Eri. Był to impuls, nigdy nieznajomi ludzie nie zwracali się do niego po imieniu. Czuł, że będzie musiał przyzwyczaić się do tej sytuacji. W tym samym momencie uświadomił sobie, że nie musi płacić. Wyciągnął więc miecz i przekazał go kowalowi. – To miło, że nie muszę płacić. Zaraz… Strażniku?

– Wzmocnię go magią! – powiedział głośno kowal. Słuch Eriego przyzwyczaił się do szemrania rozmówcy, więc kiedy ten nagle zmienił ton, chłopak aż podskoczył. – Jesteś Strażnikiem wszystkich elfów! Najwspanialszym bohaterem dzisiejszego Nevriyanu.

– Aha – wyjęczał skonsternowany tym dziwacznym zachowaniem. Wziął wdech i nabrał pewności siebie, jak mu się wydawało, odzyskał panowanie nad sobą i dodał, sztucznie obniżając swój głos: – wzmocnij ten miecz magią, kowalu. Żebym mógł godnie i skutecznie dbać o bezpieczeństwo Eyerilyianu!

Kowal jedynie na jedno uderzenie serca podniósł głowę i spojrzał na Ariego, ale wystarczyło. Generał Nevriyanu do końca życia zastanawiał się, czemu to powiedział i dlaczego w ten sposób – bardzo się tego wstydził.

Kiedy już odebrał zbroję nabitą metalowymi płytami, z lekko fioletowawym poblaskiem, z nieznanego mu materiału oraz miecz, który nie wiedzieć czemu, przy rękojeści świecił trochę na pomarańczowo, a przy czubku już na zielono, ruszył przed siebie. Początkowo nie wiedział, gdzie ma iść. Potem zdecydował, że będzie skręcał intuicyjnie, aż może uda mu się uratować jakieś elfy od, tak naprawdę, samobójczej śmierci.

Szybko zdał sobie sprawę z tego, że niewiele wiedział o Eyerilyianie. Jego rodzice odprowadzali go do szkoły, czasem chodzili z nim na spacery lub do restauracji. Odwiedzali kiedyś dziadków, kiedy ci jeszcze żyli, jednak cały czas chodzili tymi samymi, wydeptanymi ścieżkami. Pierwszego dnia, z ogromnym zdziwieniem odkrył, że się zgubił.

Drugiego również.

Trzeciego dnia, podczas obchodu Eyerilyianu, natknął się na człowieka. Miał on przy pasie widoczną broń – długi nóż. Eri zanotował w pamięci, aby powiedzieć imperatorowi o bezwzględnym zakazie noszenia broni przez ludzi. Strażnik doszedł do wniosku, że jeśli ma bronić elfy przed ludźmi to powinien ich śledzić, a przynajmniej obserwować. Po kilkuset metrach obserwowany cel zniknął w drzwiach jednego z domów mieszkalnych. Nie mógł wejść za nim do budynku, więc po prostu ruszył dalej.

Eri – Strażnik, odkrył, że plany Fenyriala VII dotyczące sprowadzenia ludzkich nauczycieli miały pewien defekt. Pierwszą oficjalną akcją było właśnie zamordowanie swojego trenera. Nie oznaczało to wcale, że uczeń przerósł mistrza. Możliwe, że elfy, poza byciem niezdolnymi do walki, świetnie walczyły, możliwe, że ten dar miał tylko Eri, ale potrafił on poruszać się dużo szybciej niż ludzie, a jego refleks zdawał się niesamowicie wyostrzać podczas walki.

Resztę szkolenia odbył na północy, w Valandriolu – wśród ludzi, tam nauczył się również ofensywnej magii, skradania się i po prostu bicia. Dowiedział się wiele o kulturze ludzi, Błogosławionym Imperium i anarchii, jaka dotknęła kontynent. Doszedł do wniosku, że nie są tak dzicy jak mu się wydawało. Zaczynał rozumieć, czym jest syndrom Nevriyanu. Rozumiał powód ludzkiego szaleństwa przy, wiecznie kochających swoje otoczenie, elfach. Jego bracia zdawali się po prostu nienaturalni i dziwni, w jakiś sposób… wyraźnie chorzy.

Po dwunastu dekarach, kiedy wrócił z Valandriolu, był pełen nadziei. Liczył na to, że uda mu się znaleźć podobnych jemu. Elfy dotknięte darem mordu. Szybko zdał sobie jednak sprawę z tego, że nie wiedział nawet, jak ich szukać. Starał się szkolić przypadkowe dzieci z naboru, ale nie potrafił za bardzo wytłumaczyć, a jego uczniowie zrozumieć, na czym polega agresja. Żadnemu uczniowi nie udało się przełamać i go zaatakować. Nie pomagało nawet tłumaczenie, że ludzie dotknięci syndromem Nevryianu odczuwają ulgę, kiedy umierają. Nie mógł wyperswadować uczniom, że agresja jest tym, o co werbalnie proszą. Starał się nawet wytłumaczyć swoim uczniom, że agresja wśród ludzi jest naturalna i normalna, natomiast w elfiej naturze tkwi chęć pomagania innym. Bijąc człowieka, który o to prosi, elf nawiązuje międzyrasowy kontakt, którego i ci, i tamci pożądają. Wyglądało na to, że Eri był jedynym w swoim rodzaju elfem obdarzonym nadnaturalnym talentem.

W międzyczasie stał się bardzo szanowaną postacią. Elfy często mu się kłaniały, kiedy przechodził, co utrudniało pozostanie niezauważonym. Choć szybko okazało się, że ludzie ogarnięci
chorobą – syndromem Nevriyanu, nie zwracali uwagi na jego obecność.

Z biegiem czasu Strażnik dochodził do przełomowych wniosków na temat swojej pracy, cywilizacji i rasy. Pierwszą z nich było to, że śmierć nie jest jedynym lekarstwem na chorobę, która dotyka ludzi. Podczas jednego z ataków na szaleńca, uderzył człowieka tak, że jego nos prawie eksplodował krwią i odłamkami chrząstki. Oczy, te same, nieludzkie oczy, które towarzyszą każdemu z dotkniętych obłędem, od razu zmieniły się w normalne, bystre spojrzenie. Człowiek spojrzał trzeźwym wzrokiem na elfa.

– Tyle słyszałem o syndromie Nevriyanu, ale nigdy nie sądziłem, że mnie dotknie. Dziękuję ci. To jednak nie jest miejsce dla mnie – powiedział, wstał, ukłonił się i odszedł, przepraszając wszystkich.

Chyba najbardziej zdziwiony był Eri. Wszyscy dookoła niego klaskali, a on sam, rumienił się, dziwnie się czując w centrum uwagi. Stał z sobie właściwym wstydem i pełną zażenowania miną. Próbował powiedzieć coś w stylu „nie trzeba”, „to moja praca”, „to mój obowiązek”, jednak wszyscy w ekstatycznej wdzięczności dziękowali mu za to, że kogoś uderzył. W takich chwilach czuł, że gdyby głupota skumulowana dookoła niego przybrała formę mgły, to nie widziałby własnego nosa. Zebrane wokół niego elfy były uzdolnione magicznie, wykształcone i inteligentne. Patrzyły na swojego pobratymca jak na półboga za to, że potrafił strzelić kogoś w szczękę. Część z tych, którzy go otaczali, potrafiło sprawić, że drzewa ożywały i były gotowe wykonać dowolny rozkaz. Inni powodowali, że budynki, a nawet całe miasta mogły unosić się w powietrzu i lewitować przez milenia. Magia elfów obejmowała kontrolę nad niższymi umysłami, głównie zwierząt. Ale te same istoty, w absurdalnej chęci pomocy innym, poszłyby prawie dobrowolnie na śmierć. Nie próbowałyby nawet uciec, ponieważ nie zostawiłyby nikogo w potrzebie.

Wtedy odkrył drugą rzecz. Nie było mu szkoda dziesiątków, które już zabił, nie dając im szansy. Zmienił się i choć rozumiał ludzi, to nie miał w stosunku do nich litości. Nie było mu również szkoda swoich pobratymców. Zabijanie samo w sobie nie przynosiło mu szczęścia, czuł, że robi dobrze, że „idzie odpowiednią ścieżką swego życia”, jak mówiły elfy. Po prostu nie było mu już żal nikogo. Kiedy zdał sobie z tego sprawę, poczuł się dziwnie obco, wydawało mu się, że nie jest ani do końca elfem, ani tym bardziej człowiekiem.

Trzecią rzeczą była pogarda elfów w stosunku do niego. Nie był pewien, czy nie dostrzegał tego zjawiska, bo nie istniało, czy po prostu dlatego, że nie chciał go dostrzegać. Elfy, pomimo całego szacunku i wdzięczności do niego, gardziły nim. Ich tworzona przez wieki filozofia, która wydawała im się jedyną dobrą i odpowiednią, bankrutowała. Może właśnie strach przed świadomością zbiorowego szaleństwa powodował, że tak bardzo broniły się myślą przed Erim. Nadal miały nadzieję na to, że kiedyś ludzie się ucywilizują i będą tacy jak oni. On sam wiedział, że dzięki temu czuły się lepsze.

Lata mijały, a podczas jednej z „misji” Eri znalazł miłość. Nerina Alweri, bo tak się nazywała jego ukochana, która zaledwie parę dekarów później stała się Neriną Neyiri. Zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia, a ona zdawała się kochać w nim. Początkowo ich miłość rozkwitała bezwarunkowo, jej bardzo imponowała jego praca, wiedziała, że jest Strażnikiem, legendą za życia, najpotężniejszym elfem Nevriyanu. On uwielbiał zapach jej pięknych, złotych włosów i głębię oczu koloru morza. Owocem ich miłości był Ari. Eri modlił się do Noctiferi o to, żeby jego syn był taki jak on. Nie wiedział, że po cichu Nerina modliła się o to, żeby ten był „normalny”.

Ich miłość nie trwała długo. Co prawda, nigdy nie zniknęła, ale przeistoczyła się w więź. On nadal uwielbiał zapach jej złotych włosów i oczy koloru morza, kochał ją jak nikogo, ale ona była „normalna”. Nie rozumiała go, nie rozumiała agresji, nie była tak wyjątkowa. Nerina na swój sposób nadal go kochała i co było pewne – oddałaby za niego życie, zaczynała się go jednak obawiać. Widział, w tych samych oczach koloru morza, które niegdyś pochłonęły jego serce, strach za każdym razem kiedy zbliżał się do dziecka, jakby bała się o to, że chwyci za miecz.

Kiedy dziecko Eriego miało zaledwie roczek, Strażnikowi zdarzyła się nietypowa sytuacja. Podbiegł do niego jakiś człowiek i powiedział, że ktoś oszalał. Samo w sobie nie było nietypowe, ludzie często wołali Strażnika, kiedy był potrzebny. Elfy były zwykle zajęte ginięciem.

Eri ruszył biegiem na kolejną misję. Rzeź miała miejsce daleko, na przedmieściach Eyerilyianu. Kilkanaście minut biegu wyczerpało go, ale odkąd miał rodzinę, jeszcze pilniej wykonywał swoje obowiązki. Bał się, że kiedyś nie uda mu się obronić swoich bliskich przed ludźmi. Krew widział już z daleka, spływała pomiędzy kostkami złotego bruku, a mordercę otaczał tłum elfów pozbawionych instynktu samozachowawczego. Eri nie próbował nawet się przeciskać, zwinnie wyskoczył, ignorując rwący ból w piersi i wylądował na tłumie. Pół biegnąc, pół czołgając się po barkach i głowach stłoczonych elfów, zbliżał się do epicentrum. Częściowo zapadając się w tłumie, spróbował wyskoczyć i uderzyć człowieka pięścią. Cios był tak lekki, że szaleniec mógł go równie dobrze odebrać jako głaskanie. Elf jednocześnie spadł na czworaka, zapadając się prawie po łokcie w rozchlastanych resztkach elfich ciał. Usiłował wstać i utrzymać równowagę, jednak pokryta krwią i wnętrznościami złota kostka była wyjątkowo śliska. Jeszcze na klęczkach krzyknął, ile sił starczyło mu w bolących płucach:

– Jestem Strażnikiem! Rozbiec się! To oficjalny rozkaz w imieniu imperatora Nevriyanu, Fenyriala VII!

Uzbrojony mężczyzna nadal miał wzrok szaleńca. Eri nie był pewien, czy uderzył za słabo, ale wiedział, że czasem jedynym lekarstwem na syndrom Nevriyanu była śmierć. Strażnik złapał za rękojeść miecza, gotów dobyć go w każdej chwili. Był pewien swojej przewagi, ale zamierzał poczekać aż tłum się przerzedzi. Nie chciał przypadkiem skrzywdzić kogoś niewinnego.

– O, ty skurwysynu – wykrzyczał mu w twarz mężczyzna, po czym pchnął ostrze prosto w bok Strażnika.

Eri był na to gotowy. Spróbował zrobić unik, ale poślizgnął się w elfich flakach i miecz trafił go w zbroje. Twardy pancerz praktycznie zniwelował pchnięcie, ale siła ciosu pozbawiła go równowagi i runął na plecy.

Zanim zdążył się podnieść, zobaczył ostrze lecące prosto w jego oko. Skontrował je przedramieniem, po czym kopnął człowieka ciężkim butem w łydkę. Ten również się poślizgnął, wprost na Strażnika. Człowiek całą masą oparł się na Erim, który ze wszystkich sił odepchnął przeciwnika, a ten padł na twarz krok dalej. Elf przeturlał się w krwawym błocie złożonym z pociętych, świeżych zwłok i zerwał się na nogi. Okutym, twardym butem kopnął człowieka w głowę między uchem a skronią. Poczuł, jak czaszka pęka, szaleniec powinien już nie wstać, a chwilę później przestać oddychać. Odwrócił się i zaczął krzyczeć do nadal ściśle go otaczającego, elfiego tłumu, żeby się rozeszli. Wtem poczuł wyraźnie magiczne wibracje. Odwrócił się i zobaczył obłęd w oczach stojącego naprzeciw niego człowieka.

„Nie wierzę, uleczyli go” – było ostatnim, co pomyślał.

Cum Daemonibus

Naraal Arestog odłożył delikatnie książkę na miejsce. ,,Przygody podróżnika Vaa” były bardzo stare nawet wtedy, kiedy je znalazł, a było to przeszło dziesięć lat temu. Znalazł ją na strychu rodzinnego domu. Pomimo tego, że miał już siedemnaście lat, dalej uwielbiał przeglądać ją przed snem. Właściwie to nigdy się z nią nie rozstawał. Zaciekle bronił swojego skarbu przed niszczycielskimi łapskami swojego młodszego rodzeństwa. Była dla niego bezcenna. Symbolizowała wolność, ucieczkę od rzeczywistości. Inspirowała do walki o marzenie, które miało się spełnić.

Naraal pochodził z chłopskiej, wielodzietnej rodziny. Całe jego życie skupiało się na pomaganiu w prowadzeniu gospodarstwa. Przytłaczała go nuda, każdy dzień był taki sam. Praca na roli, posiłek i sen zdawały się przeplatać. Chłopak nie dostrzegał żadnych perspektyw, ale nie przeszkadzało mu to dopóki przypadkiem nie znalazł owej książki. Ojciec nigdy nie był zainteresowany kartkami poznaczonymi niezrozumiałymi dla niego znakami. Podobnie jak większość chłopów, tak i on, nie potrafił czytać.

Naraal również tego nie potrafił i nic nie zapowiadało zmiany tego stanu, aż do momentu, kiedy będąc na jarmarku wykorzystał chwilę nieuwagi matki i wymknął się. Siedmioletni wtedy chłopak podszedł do handlarza wyglądającego na obcokrajowca i zapytał o tajemnicze litery. Traf chciał, że spotkał mężczyznę, który może z dobrego serca, a może z braku lepszego zajęcia zaczął objaśniać mu głoski. Minęło trochę czasu, zanim rodzicielka spostrzegła nieobecność pierworodnego. Jeszcze więcej, zanim go odnalazła. Te parę godzin wystarczyło, jednak chłopcu na nauczenie się większości liter. Sam handlarz był pod wrażeniem chłonności umysłu dziecka. Nawet próbował przekonać jego rodziców, by wyprawili go na nauki. Ojciec jednak nie podszedł do tego zbyt entuzjastycznie, szczególnie, że nie było go na to stać.

Od tego czasu Naraal, w każdej możliwej chwili, uczył się czytać. Co tydzień jeździł z rodzicami na targ, aby tam prosić przypadkowych handlarzy o pomoc w nauce. W zamian za to oferował im symboliczną pomoc lub drobne przedmioty, które udało mu się podkraść z rodzinnego domu. W końcu, po czasie, chłopcu udało się przeczytać samemu pierwszy rozdział ,,Przygód Podróżnika Vaa”. W kolejnych kilku rozdziałach odkrył ze zdziwieniem jak myląca była ta nazwa. Vaa nie był ani podróżnikiem, ani nie miał żadnych przygód. Vaa był jedynie marionetką w rękach pozaziemskich istot. Naraal zaczął zastanawiać się, czy i jego losem nie rządzi jakaś tajemnicza siła, której nie jest w stanie się oprzeć.

Gdy tylko nadarzyła się przerwa w pracy, on czytał. To właśnie ta, pokryta wytartą już czernią i tajemnicza zarazem, księga poszerzyła horyzonty dziecka. Naraal zaczął rozumieć ogrom świata. Świat Nur’estiri’gh wydawał się mu nieskończenie wielki i ciekawy. Śnił więc w nocy i marzył w dzień, o nieznanych zachodnich krainach oraz południowych krańcach świata. Myślał o tajemniczym kontynencie Ghnti, gdzie rządziła magia, a jego powierzchnia nigdy nie została zbadana. Pożądał Nur, gdzie cywilizacja upadła. Wzdychał tęsknie do Błogosławionego Imperium. Dziwił się, że niegdyś jego ojczyzna – Xynthial nie istniała na mapie. Zapragnął wyruszyć w świat, zmieniać go, być kimś.

Rodzina jednak podcinała mu skrzydła. Pochwalił się kiedyś matce, że chciałby zostać podróżnikiem. Snuł opowieści o zwiedzaniu niezliczonych krain. Chciał widzieć setki ludzi, oglądać niewyobrażalne dziwy, jakich nie uświadczyłby w rodzinnych stronach – przeżyć przygodę.

– Wyrośniesz z tego – odpowiedziała. – Kto będzie zajmował się twoimi braćmi i siostrami, kiedy nas zabraknie?

Naraal zapamiętał te słowa. Choć się rozczarował, poczuł jakąś wewnętrzną dumę z tego, że ktoś pokłada w nim nadzieję i uważa odpowiedzialnym za przyszłość rodziny. Słowa matki głęboko na niego wpłynęły i zmieniły postrzeganie niektórych spraw. Kobieta, która dała mu życie i miłość, przecież nie mogła źle mu życzyć. Postanowił dojrzeć. Przestał śnić na jawie. Zaczął myśleć o sprawach bardziej przyziemnych. A przynajmniej się starał.

Siedemnaste urodziny sprawiły, że coś w nim pękło. Zew zwyciężył. Dziwne uczucie kazało mu ruszyć w drogę. Po zachodzie słońca, kiedy wszyscy położyli się spać, spakował najpotrzebniejsze rzeczy i ruszył na wschód w stronę wielkiego oceanu. Wreszcie poczuł się wolny.

Trakt wydawał mu się zatłoczony. Nigdy nie widział takiego tłumu. Podziwiał różnorodnośćstrojów ludzi spotykanych po drodze. Poznał wielu pomocnych i bezinteresownych wędrowców, którzy pomagali mu w taki sposób, że zaczynał zastanawiać się, czy to zasługa jego czaru, czy może każdy samotny wędrowiec spotyka się z taką gościnnością. Obcy ludzie często zapraszali go do swoich obozów i gościli. Dzięki nim Naraal wiele się nauczył, zyskał doświadczenie oraz cenne umiejętności. Jak na wieśniaka, był bardzo otwartym i wzbudzającym zaufanie kompanem. Charyzma i otwartość powodowały, że rozmowa z nim zadowalała nawet szlachetnych panów i uczonych. Jego największą zaletą pozostawało nadal to, że potrafił słuchać. Zapamiętywał fakty i cały czas rozbudowywał swój światopogląd. Każdy, kogo spotkał na tym irnifalijsko-istrolijskim trakcie, wydawał się niesamowity, nietypowy i odmienny. Napotkani ludzie, między którymi byli zarówno magowie, jak i duchowni czy rycerze, jawili się mu jako inna historia, inny punkt widzenia. Chłopak podczas podróży dowiedział się dużo o polityce, swojej ojczyźnie – Xynthialu, ekonomii oraz geografii. Napotkani mówili mu o matematyce, chemii i magii. Słuchał z pasją o legendach, przygodach tudzież odległych lub bliskich krainach, gdzie żyją niesamowite stworzenia i inne rasy. Na tym trakcie pierwszy raz zobaczył derfa. Poprzysiągł sobie, że musi odwiedzić kiedyś podwodny kraj Rph’eaenm – ojczyznę tych istot. Na tej drodze nauczono go, jak można przetrwać jedząc tylko to, co rośnie w lesie. Zaczął bać się potęgi Grithianu czyhającego na Xynthial i nie mógł się doczekać aż zobaczy Złoty Valandriol oraz jego perłę – legendarne stare miasto Deriolu.

Nie mógł włóczyć się w nieskończoność. Na końcu szlaku malował się krajobraz, wznoszących się ponad budynki Istrolu, portowych żurawi.

Poczuł, że morze jest jego przeznaczeniem. Nie szukał rozwiązania długo. Porozmawiał chwilę z kapitanem na przycumowanym statku „Głodny Marynarz”. Nawet zdziwił się, jak łatwo mu poszło, nie wiedział czy to kwestia jego erudycji, czy zapotrzebowania na załogę, ale został przyjęty od razu. Jeszcze tego samego dnia wyruszył jako majtek na wyspę Aryol. Szczęście dopisywało mu od początku podróżny tak bardzo, że nie wierzył w to, że w tym nowym, szczęśliwszym świecie bywali w ogóle ludzie nieszczęśliwi.

***

Naraal wpatrywał się w horyzont, opierając się o drewniany reling. Spoglądał na gwiaździste niebo. Zapowiadała się spokojna noc. Wrócił pamięcią do swojego życia na wsi. Przez siedemnaście lat, każdy dzień był podobny do poprzedniego. Spojrzał na podniszczony już egzemplarz „Przygód podróżnika Vaa”, westchnął, po czym udał się w stronę swojej kajuty. Wszedł do ciasnego pomieszczenia, usiadł na posłaniu i położył ukochaną książkę na skrzynce leżącej obok łóżka, w której znajdowały się wszystkie jego rzeczy. W kajucie nie było niczego więcej, tylko skrzynia, stara prycza i ten cholernie niski sufit. Tak niski, że nie było sensu wsadzać tam nawet krzesła. Wyjął ze specjalnego otworu kryształ, który wydał z siebie dźwięk przypominający kliknięcie i zgasł, a w pokoju zapadła ciemność. Położył się na pryczy i chwilę wpatrywał w dominującą w pokoju czerń. Następnego ranka mieli dotrzeć do Aryolu. Buzowały w nim niewytłumaczalne emocje. Miał dziwne wrażenie, że czeka go tam coś niezwykłego. Udało mu się zasnąć dopiero nad ranem. Pamiętał, że niebo już szarzało.

Obudził go dźwięk rogu, który oznajmiał przybycie do portu. Naraal przypomniał sobie ze zgrozą, że miał pełnić poranną wartę i wystraszył się, że pierwszy oficer zauważył jego spóźnienie. Ubierając się w pośpiechu, wybiegł na pokład i po chwili z ulgą stwierdził, że nikt nie zwrócił uwagi na jego nieobecność. Na horyzoncie wyraźnie malowała się już wyspa. Zamierzał udawać, że cały czas był na pokładzie.

– Dużo do rozładowania, pierwszy oficerze? – zapytał podchodząc jakby mimochodem.

– Trochę – odburknął, wiecznie zamyślony, wyższej rangi marynarz.

– Długo nam to zajmie, pierwszy oficerze?

– Trochę… – odpowiedział śpiąco, a po chwili zapadła męcząca cisza.

Czuł się nieco zbity z tropu.

– Jak długo tu zostaniemy? – spytał w końcu.

– A na trochę… – odpowiedział spokojnie.

Po tej ‘’dynamicznej” wymianie zdań Arestog zdecydował się stanąć trochę dalej. Po prostu czekając na dalsze rozkazy.

– Arestog!

– Tak?! – zareagował od razu chłopak. Odwracając się, zobaczył znajomą twarz i od razu dodał – kapitanie?

– Co zamierzacie? Załoga zajmuje się przygotowaniem do rozładunku, a wy stoicie przy maszcie i patrzycie w dal, niczym jakiś idiota – kapitan miał skłonności to mówienia pełnych zdań na jednym wdechu. Wypowiedź zajęła mu raptem dwa uderzenia serca. Chłopak przez chwilę stał jak wryty i zastanawiał się, co właściwie teraz usłyszał.

– Już idę! – odkrzyknął zdecydowanie. – Kapitanie!

– Gdzie idziecie? – odezwał się kapitan.

Naraal przez ten krótki rejs nauczył się, że jego przełożony miewał różne nastroje, rozmowa z nim zawsze kierowała się jakąś abstrakcyjną logiką.

– Pomóc swoim kolegom, załodze… – odpowiedział niepewnie.

– Nie kazałem wam iść pomagać załodze! – krzyknął przełożony.

– Nie…? To znaczy. A tak, oczywiście!

– Zapytałem, co zamierzacie!

– Pomóc! – krzyknął ochoczo, jednak po chwili dodał zmieszany pytaniem – wykonać swoje obowiązki!

– Dobrze! Zuch chłop! Macie wolne na dziś! – powiedział kapitan z dziwacznym entuzjazmem, po czym dodał – opowiadaliście o tych swoich przygodach, co je chcieliście przeżyć, to teraz idźcie i przygodujcie.

Naraal patrzył przez chwilę, to na pracującą w pocie czoła załogę, to na siwobrodego kapitana z fajką w ustach, który właśnie przestał się nim interesować i spoglądał na panoramę miasteczka. Ponad gromadę niskich domów wybijały się jedynie dwa budynki. Jednym był kościół Ethnu, drugim ratusz.

Kiedy tylko przybili do brzegu, młodzieniec zdecydował się ruszyć na „przegląd wyspy”. Nie zastanawiał się dokąd idzie, nie miał celu. Szybko jednak zaczęły towarzyszyć mu dziwne uczucia, których doznał poprzedniego wieczoru. Miał nieodparte wrażenie, że idzie w konkretnym kierunku.

Nie mylił się.

Bezwiednie wszedł do gęstego lasu. Nie zwracał nawet uwagi na uspokajającą zieleń i charakterystyczny, kojący zapach boru. Po zaledwie kilkuset metrach, zamknięty pośród ścian drzew otaczających wąską ścieżkę, stanął. Odsłonił gałęzie krzewów, a jego oczom ukazały się ruiny. Ruszył przed siebie. Czuł, że to może być właśnie jedno z takich miejsc, dla których opuścił rodzinny dom. Liczył na coś niepowtarzalnego. Na schodach prowadzących w dół znajdowało się pełno liści oraz ziemi. Nie dostrzegał na nich żadnego tropu, czy też odcisku stopy. Przecież to niemożliwe, że tak blisko ruchliwego portu, na zaludnionej od setek lat wyspie, ukrywały się niesplądrowane lub nieodwiedzane przez nikogo ruiny. Choć im bardziej zbliżał się do budynku, tym większy niepokój go ogarniał, to nadal zwyciężała chęć przygody. Zdawało mu się nawet, że coś go tam przyciąga.

Kiedy zszedł kilka stopni w dół, zanurzył się w ciemności, ale już parę kroków dalej dostrzegł zieloną poświatę, docierającą gdzieś z drugiego końca tunelu. Trochę dalej to światło zaczęło nabierać formy, były to dwa ogromne kryształy. Nigdy nie widział magicznych klejnotów o takiej wielkości – były wyższe od niego. Podszedł do nich i zaczął się im przypatrywać. Fosforyzujące zielenią kamienie stały osadzone w idealnie dopasowanych, kamiennych niszach.

Niespodziewany rozbłysk oślepił go na tyle mocno, że chłopak musiał zasłonić sobie oczy ręką, lecz kiedy je odsłonił nie był już w kamiennym tunelu. Miejsce, w którym się znajdował, nie wyglądało mu na Eestirię. Tkwił w zawieszeniu pośród szarej nicości. Wokół niego, w ciasnym kręgu skupiały się setki, jeśli nie tysiące, dziwnych, przerażających, człekokształtnych istot. Potworne sylwetki, składające się głównie z półprzeźroczystej, szarawej tkanki i dziesiątek losowo wtopionych w nią oczu. Tysiące ślepi zamykało się w amebicznych ciałach, znikając bez śladu i pojawiając się w zgoła innych miejscach. Młody Arestog na początku pomyślał, że to sen, zwodniczo realny koszmar, ale z każdą chwilą utwierdzał się w przekonaniu, że znalazł się w bardzo złym miejscu, w dość niekorzystnym czasie. Zamarł i czekał na rozwój sytuacji. Kolejne, co do niego dotarło to odkrycie, że świat, w którym się aktualnie znajdował, posiadał więcej niż trzy wymiary. Istoty stały jedne w drugich, wtapiając się w siebie, tworząc bezkształtną, lepką mgłę, jednocześnie widocznie były od siebie oddzielone. Naraalowi nie dotykał ich, a jednocześnie wydawało mu się, że przenika je, czując przy tym coś pomiędzy lekkim mrowieniem a zimnem.

Przyglądał się światu, w którym się znalazł, a z każdą chwilą zdawał się dostrzegać nie tyle więcej (jak po gwałtownym zanurzeniu się w ciemności), ile inaczej. Kiedy tak stał, czekając na rozwój wydarzeń, które jak się obawiał, miały zakończyć jego życie, wszystko stawało się bardziej jaskrawe. Zarysy istot były coraz ostrzejsze, bardziej ludzkie, a niebo, które się nad nim otwierało, zmieniało barwę w przyjemny, różowawy błękit zachodzącego słońca.

– Witaj, przybyszu – odezwał się w jego głowie damski głos. Miał dziwaczny ton, jakby coś, co nigdy nie spotkało człowieka próbowało go uwieść. – Czekaliśmy na ciebie.

– Tak? Ale… gdzie ja teraz jestem? – wydukał.

– W sferze światła – rozległa się odpowiedź. – W sferze wiecznego szczęścia.

– Czym jesteście? – rzucił z lekką odrazą.

– Nasza rasa nazywa się Ghfn’youy’phf – tu padły niemożliwe do wypowiedzenia głoski, usadowione na różnych wysokościach skali głosu, których praktycznie nie dało się zapamiętać. Nazwa była na tyle skomplikowana, że od razu wiedział, że nie powtórzy jej, choćby słyszał ją setki razy.

– Dlaczego tu trafiłem? – dociekał Naraal.

– Z powodu anioła, który poprosił nas, byśmy cię ugościli.

Naraal od razu skojarzył to z książką, która go wychowała, ale myśl ta szybko znikła, jakby wyparowała.

Istoty, choć nadal przerażające, wydawały się coraz przyjaźniejsze, a głos przybierał milszy wydźwięk. Słychać w nim było prawdziwą miłość i ukojenie, co przywodziło na myśl spokój rodzinnego domu, a zarazem seksualną rozkosz.

– Jesteś wybrańcem.

– Ja? Wybranym? Do czego? – zdziwił się.

– Do wielkich rzeczy. Będziesz musiał uratować swoją ojczyznę, Xynthial – usłyszał w myślach.

Z kłębowiska ciał pozostała tylko jedna, stojąca przed nim postać, która z minuty na minutę coraz bardziej przypominała kobietę. Niezwykłą kobietę. Najpiękniejszą kobietę, jaką Naraal kiedykolwiek mógł sobie wyobrazić.

– Jesteś wybrańcem. Tym, który zmieni los Eestirii na zawsze.

– Ale dlaczego ja? – dalej pytał Naraal, wpatrując się w postać formującą się przed nim.

Rozejrzał się i dostrzegał coraz więcej szczegółów otoczenia, których wcześniej nie widział. Kiedy spojrzał pod nogi, uświadomił sobie, że nie stoi na niczym konkretnym, ale jednak coś go utrzymywało. Wpatrując się w dziwaczny grunt, potrafił wyłapać drobne elementy powierzchni. Widział każde ziarenko pozawymiarowej, piaszczystej substancji, które w końcu zlewały się w jedną strukturę, ginąc gdzieś w oddali. Rozróżniał nie tylko fakturę konkretnych substancji, ale również ich wnętrze i powierzchnię z każdej strony oraz boków. Towarzyszyło temu niesamowite uczucie, którego nie potrafił opisać nawet we własnych myślach.

– Jesteś wyjątkowy – powiedziała kobieta ubrana teraz w jedwabną, skromną, ale seksowną suknię.

Zrobiła krok w jego stronę.

– Bystry… – zbliżała się do niego – inteligentny… – znajdowała się już nie dalej niż na wyciągnięcie ręki… – odważny, prawdomówny, otwarty, skromny…

Naraal bezustannie patrzył w jej jasnoróżowe, hipnotyzujące oczy. Przysunęła się tak blisko, że czuł jej oddech na swojej twarzy. Miała taki niewinny wzrok, kiedy na niego spoglądała.

– I utalentowany – skończyła, zarzucając mu ręce na szyję, po czym zaczęła całować.

Nagle zrobiła krok do tyłu. Przez chwilę taksowali się wzrokiem. Jej jasnoróżowe oczy skrywały głębię ukrytych emocji. Miały jakiś magnetyczny, nieziemski urok. Badawczo i jakby trochę poddańczo, wpatrywała się w Naraala, a chłopak czuł, że rośnie w nim podniecenie. Przyglądał się chwilę jej piersiom, których zarys malował się w fałdach prostej sukni. Dziewczyna, widząc to poruszyła delikatnie ramionami i ubranie bezszelestnie osunęło się do jej stóp, ukazując niespotykanie perfekcyjne ciało. Krew odpłynęła z mózgu, a sam chłopak, o dziwo, poczuł się zrelaksowany. Wszelkie znamiona niepewności i strachu odeszły. Patrzył chwilę na piękno, które stało przed nim, nie wierząc własnym oczom. Nagle zdał sobie sprawę, że oboje są nadzy. Naraal całe swoje życie czekał na taką chwilę, śnił o niej, marzył wielokrotnie. W tym momencie to wszystko było rzeczywiste, a jego rajski ogród znajdował się tu i teraz. Stał i patrzył niczym zahipnotyzowany. Dziewczyna znów podeszła do niego, muskając delikatnie jego ciało swoim. Wpiła swoje usta w jego wargi, a on długo rozkoszował się ich smakiem i zmysłowym dotykiem. Czuł subtelny napór jej nagich piersi. Ciepło, bijące od miękkiej skóry, powodowało u niego gorące dreszcze, płynące falami wzdłuż kręgosłupa. Ręce automatycznie objęły kochankę i wędrowały w dół, muskając koniuszkami palców jej delikatną skórę. Zatracony w niekończącym się pocałunku, złapał ją za pośladki i ścisnął mocno. Były zadziwiająco przyjemne. Wszelkie troski i lęki odpływały w nicość. Istota, odrywając usta od jego nienasyconych warg, wydała z siebie zduszony jęk. Spojrzał na nią, próbował wyłapać najmniejsze detale urody. Jej dolna warga drżała z podniecenia, podczas gdy oczy mówiły tylko jedno: zrób ze mną, co chcesz, jakby jutra nie było. Odwróciła się niespiesznie i z gracją. Poczuł, jak jej pośladki ocierały się o jego nagie ciało, a dłonie złapały jego ręce i ułożyły na krągłych, apetycznych piersiach. Jego palce zacisnęły się mocno. Połączenie bólu i podniecenia spowodowało, że anielica cicho westchnęła. Ujął ją, kusząco wypiętą w jego stronę, drżącymi rękami i zbliżył się. Oddech dziewczyny przyspieszył jeszcze bardziej, a po chwili przeistoczył się w subtelny jęk, kiedy w nią wszedł. Ten głos był najbardziej podniecającym dźwiękiem na świecie. We wszystkich światach. Poczuł rosnące podniecenie, po czym przyspieszył tak bardzo, że aż zabrakło mu tchu. Starał się utrzymać rytm mocnych pchnięć, ciągnąc ją za trzymane w garści, czarne jak węgiel i błyszczące jak diament. włosy. Dziewczyna zaczęła krzyczeć, a on wpijał się, wciąż głodnymi ustami, w jej alabastrową, długą szyję. Podniecenie wzmagało się, aż wreszcie eksplozja pożądania przesłoniła oczy i rzuciła go z impetem na ziemię.

– Musiałam podziękować ci za to wszystko, co dla mnie zrobisz, mój ukochany – powiedziała kojącym, słodkim głosem. – Muszę cię jeszcze wiele nauczyć skarbie. Muszę nauczyć cię walczyć. To kiedyś uratuje ci życie. Czy masz jakąś broń? – zapytała.

– Mam… miałem nóż, kiedy tu wchodziłem – odpowiedział Naraal, nawet nie zdziwił się, jak szybko od zbliżenia zeszło do rozmowy. Nie wywołało u niego zdumienia nawet to, że nie był zdyszany. Był przecież w sferze światła.

– Twoje rzeczy są w skrzyni, która stoi za tobą – odpowiedziała.

Odwrócił się i dostrzegł kufer. W tym wymiarze widział go jednocześnie ze wszystkich stron, jak i ze środka. Dostrzegał ułożone w środku ubranie i spoczywający na nim nóż w pochwie. Widział każdy zadzior na ostrzu, nitkę ubrania i drzazgę kufra jednocześnie, choć obserwował jedynie skrzynię.

– Przynieś swoją broń. Nauczę cię walczyć.

– Dobrze Feyviti, moja ukochana – odpowiedział Naraal.

To imię w nim tkwiło, nie wiedział od kiedy, nie wiedział dlaczego, ale widząc tę kobietę był pewien, że nazywa się Feyviti. Możliwe, że był po prostu młody, jednak wydawało mu się, że czuje do niej coś niespotykanego. Nie tylko przez to, co się stało i jak wyglądała, lecz także dlatego, że było w niej coś zniewalającego, coś co powodowało, że Naraal wierzył w każde jej słowo i ruch. Wydawała się prawdziwsza niż cokolwiek, co ujrzał dotychczas w swoim życiu.

Ze skrzyni wyciągnął ostrze i kiedy schylał się po ubranie, głos odezwał się za nim.

– Ukochany, nie ma sensu się ubierać, nie uważasz? Jesteś tak… podniecający, jesteśmy tu tylko my dwoje. To jest raj, ukochany, a ja jestem twoją anielicą – odpowiedziała. – A teraz pokaż, co potrafisz tym nożem. Nie bój się mnie zranić, mój jedyny, tutaj rany goją się od razu, nie panuje głód ani pragnienie. To jest raj, tu nie trzeba nam niczego – dodała, przyjmując postawę gotową do walki.

Ciężko było określić, ile czasu minęło w pozawymiarowej przestrzeni na seksie, treningu, rozmowach i jedzeniu.. Był to piękny sen, istny raj, najprzyjemniejszy okres w życiu Naraala i pragnął, by ten nigdy się nie skończył. Tam nie występowało coś takiego, jak potrzeby, nikt nigdy nie był głodny, jadł kiedy chciał, nie musiał pić, nigdy się nie męczył, kochał się, bo chciał. Sfera światła była miejscem, gdzie nigdy nie zapadał zmrok, dosłownie i w przenośni. Była rajem.

Ile czasu minęło? Nie dało się stwierdzić. W sferze światła nigdy nie było czasu. Naraal wahał się między dekarem a dekadą.

Niespodziewanie Feyviti przemówiła:

– Ukochany, jesteś w dolinie światła, jednak do niej nie należysz. Należysz do swojej ojczyzny – Xynthialu. Nauczyłam cię już wiele i teraz musisz tylko dopełnić swojego przeznaczenia. Kocham cię i zawsze będę tu na ciebie czekać, tu w raju…

– Jak to? – przerwał jej zdziwiony Naraal.

– Nie puszczam cię jednak do Eestirii bezbronnego. Daję ci twój nóż wraz z pierwiastkiem światła. Teraz będzie ranił twoich nieprzyjaciół dużo skuteczniej, nigdy go nie zgubisz – kontynuowała, jakby nie słyszała jego pytania. – Daję ci coś jeszcze. Jest to zwój z magicznym zaklęciem…

– Ale ja nie umiem czarować. Nawet nie umiem czytać tych szlaczków! – krzyczał, znów jej przerywając.

– … który dasz magowi, kiedy twój kraj będzie cię naprawdę potrzebował. Kiedy nadejdzie pora, będziesz o tym wiedział – dokończyła.

– Ale jak to mam odejść? Chcę tu zostać! – krzyknął.

Obudził go dźwięk rogu, który oznajmiał przybycie do portu. Naraal poczuł, jakby to wszystko już się wydarzyło, jakby doświadczył tego wszystkie. Nie potrafił przypomnieć sobie gdzie. Szybko uznał, że jest to jedno z tych dziwnych, niewytłumaczalnych uczuć. Po chwili przypomniał sobie ze zgrozą, że miał pełnić poranną wartę i wystraszył się, że pierwszy oficer zauważył jego spóźnienie. Ubierając się w pośpiechu, wybiegł na pokład i po chwili z ulgą stwierdził, że nikt nie zwrócił uwagi na jego nieobecność. Na horyzoncie wyraźnie malowała się już wyspa. Zamierzał udawać, że cały czas był na pokładzie.

– Dużo do rozładowania, pierwszy oficerze? – zapytał podchodząc jakby mimochodem, Naraala nie opuszczało wrażenie, że dokładnie wie co odpowie zarówno on jak i oficer. Miał wrażenie, że ta rozmowa już się odbyła.

– Trochę – odburknął, wiecznie zamyślony, wyższej rangi marynarz.

– Długo nam to zajmie, pierwszy oficerze?

– Trochę… – odpowiedział śpiąco, a po chwili zapadła męcząca cisza.

Nie czuł się zbity z tropu, choć wiedział, że ta rozmowa jest dziwna znał dokładnie cały przebieg.

– Jak długo tu zostaniemy? – spytał w końcu.

– A na trochę… – odpowiedział spokojnie.

Wiedział, że zaraz usłyszy kapitana krzyczącego jego nazwisko.

– Arestog!

– Tak… kapitanie?

– Co zamierzacie? Załoga zajmuje się przygotowaniem do rozładunku, a wy stoicie przy maszcie i patrzycie w dal, niczym jakiś idiota – kapitan miał skłonności to mówienia pełnych zdań na jednym wdechu. Wypowiedź zajęła mu raptem dwa uderzenia serca. Chłopak przez chwilę stał jak wryty i zastanawiał się, co właściwie teraz usłyszał.

– Już idę! – odkrzyknął zdecydowanie. – Kapitanie!

– Gdzie idziecie? – odezwał się kapitan.

– Pomóc swoim kolegom, załodze… – odpowiedział niepewnie.

– Nie kazałem wam iść pomagać załodze! – krzyknął przełożony.

– Nie…? To znaczy. A tak, oczywiście!

– Zapytałem, co zamierzacie!

– Pomóc! – krzyknął ochoczo, jednak po chwili dodał zmieszany pytaniem – wykonać swoje obowiązki!

– To róbcie! Za co daje wam żarcie?! Za to, żebyście gapili się, jak osły przed siebie?! Do roboty!

Dwie godziny później, kiedy wszystko było już wyładowane, usłyszał krzyk kapitana:

– Macie przerwę! Za dwie godziny wszyscy zaczynają ładować statek i wyruszamy dalej.

Naraal zdecydował się wrócić na chwilę do kajuty, a potem przejść się po porcie. Kiedy jednak wszedł zgięty w pół do pomieszczenia, w którym zwykle spał, zauważył na skrzyni kopertę. Gdy ją otworzył, oczom ukazał się zwój z jakimiś dziwnymi znakami oraz kartka, na której było napisane:

Pamiętaj o mnie.
Feyviti

Serce zabiło mu mocniej, wspomnienia wróciły. Spojrzał na wiszący u pasa nóż, wyjął go z pochwy, która miała teraz dziwny fioletowawy poblask, a ostrze zalśniło intensywnym, seledynowym blaskiem.

Dziewczynka i kotek

Chmury tworzyły jednolity sufit szarzyzny, zakrywający dokładnie słońce i malujący miasto na kolor bladej czerni. Ponurość pogody mogłoby odebrać chęci do życia. Nie wszystkim jednak.

– Morda, Toser – powiedział pierwszy typ, prawie łysy. Na pierwszy rzut oka jego ciemnoszare spodnie wybijały się kolorystycznie na tle jasnoszarych ubrań kompanów. Dokładne oględziny wskazywały jednak na to, że były bardziej brudne. – Nie mam hajsu, czas kogoś skroić.

– Fytyl, kurwa, mówiłem ci z piętnaście razy, żebyś się nie darł tak, kiedy mówisz, że idziemy kogoś skroić! Chuj mnie to obchodzi, że ty nie masz hajsu, ja mam! – wrzasnął na niego niski i grubawy jegomość. To on najczęściej bywał głosem rozsądku szajki. Krótko przystrzyżony, w półeleganckiej, jasnej koszuli. Najbardziej zadbany, choć zdecydowanie najbrzydszy.

– To pożycz – bąknął Xil. Kiedyś studiował, co ostentacyjnie pokazywał wszystkim, przebierając się w togę. Dwa lata spędził na Uniwersytecie Xyranalskim. Uczył się zastosowań magii w naukach biologicznych. Studiował tak pilnie, że nie potrafił powiedzieć, na jakim konkretnie kierunku pobierał nauki. Potrafił jednak odpalić papierosa pstryknięciem. Rzadko jednak robił tę sztuczkę, odkąd skończyła się rozległym oparzeniem twarzy i utratą prawego oka. – Bo ja też nie mam – wycedził przez zęby.

– Co wy z tą kasą, kurwa, robicie? Oddajecie żebrakom czy jaki chuj? – wtrącił Astarifo, najstarszy z paczki i całkowicie siwy, co sprawiało, że wyglądał jeszcze starzej. Z resztą grupy łączyły go głównie interesy. Ostatnio zaczynał układać sobie życie z pewną dziewczyną z zachodniego Vesxyru – dzielnicy Xyranalu zamieszkiwanej głównie przez klasę średnią. Ponieważ cała czwórka pochodziła z głębokich slumsów, związek z Antralią uznać można było za awans społeczny. Miał jednak problem z „płynnością finansową”. Pracę w dokach przejęły trupy, doprowadzając do zmiany statusu ekonomicznego ich dzielnicy z bardzo niskiego na dramatycznie niski.

– Chuj ci do tego, co z tym robię – powiedział Fytyl. – Nawet jeśli macie pieniądze, to czy nie przydadzą się na później? Nie będziesz brał przypadkiem ślubu, Astarifo?

– No… – zastanowił się. Rzeczywiście o tym rozmyślał. Wiedział, że przydałoby się odłożyć trochę grosza.

– Trzech do jednego. Idziesz, pizdo, czy nie? – zapytał Fytyl Tosera.

– Dobra, idę. Morda już – odrzekł zniechęcony, jednak i tak zdecydowany na wypad grubasek.

Ruszyli w stronę licznych parków okalających Zamek Królewski, to tam, wśród drzew i krzewów można było najłatwiej ograbić jakichś arystokratów, albo innych bogaczy. Szczególnie upodobali sobie tereny przyległe do dzielnicy Nitfan vis-à-vis Królewskiej Opery Xyranalu. Tuż niedaleko Xyranalki – rzeki przepływającej przez Xyranal – znali kilka miejsc ogrodzonych od świata grubymi pasmami zieleni. W tym miejscu widoczni byli jedynie z okien opery, leżącej za rzeką.

Idąc przez zachodni Vosxyr, śmiali się na głos, krzyczeli i przeklinali. Ludzie mieszkający na zachodnim brzegu Xyranalu mówili, że tuż za rzeką kończy się cywilizacja. Tutaj chłopcy czuli się bezpieczni, jak u siebie.

Nagle Astarifo umilkł. Kątem oka zauważył coś niepokojącego. Jakiś szary punkt w bocznym zaułku. Kiedy jednak spojrzał tam jeszcze raz, miejsce było puste.

– Co tam, stary? – zapytał Xil. Pomimo niewielkich umiejętności magicznych miewał często intuicję. Ciężko sprecyzować jaką, przypominała ona jednak szczątkowy talent magiczny, wzmocniony lekko upośledzoną mentorską charyzmą, pomnożony przez średnio bystre oko i umiarkowaną wrażliwość. Można przez to rozumieć, że jako pierwszy dostrzegał, że coś jest nie tak.

– Nic, coś mi się przewidziało – powiedział siwy, uśmiechając się lekko. Nie mógł jednak przestać myśleć o szarym punkcie. Zdawał się być… nie z tej ziemi.

Chwilę później, kiedy szli mostem, dostrzegł znów tę szarość. Sztuczną, nienaturalną, żywą szarzyznę całego świata zamkniętą w jednym punkcie. Ulicą szła mała dziewczynka ubrana w szarawy, męski płaszcz. Wydawała się głodująca, wystarczyło spojrzeć na jej pobrudzoną kurzem ulicy i ziemią, wychudzoną twarz. W dziecięcych rączkach niosła zlewającego się kolorystycznie z jej ubraniem kotka. Zwierzę wyglądało na młode i zabiedzone. Dziecko trzymało je, przyciskając do piersi tak, że jedynie czubek noska i dwa sterczące uszka wystawały spomiędzy wieńca ramion. Astarifo przyglądał się jej, nie mogąc oderwać wzroku. Dziewczynka jednak uparcie wpatrywała się w ziemię tuż przed sobą i nie zwracała na nic uwagi. Gdy siwy rabuś na chwilę odwrócił wzrok, z niemałym zaskoczeniem stwierdził, że zniknęła. Rozglądał się chwilę, jednak nie mógł jej już dostrzec.

– Widzisz coś? – zapytał rozglądającego się kolegi Xil.

– Nie, nie… – wybąkał. – Po prostu… dziwny przechodzień.

Xil nie zadawał więcej pytań, choć widać było po jego jednookiej, pokrytej blizną twarzy, że zaniepokoiło go dziwne zachowanie kolegi.

Dzielnica Awerin znajdowała się na zachodnim brzegu. Różniła się od tych wschodnich – szare, czasami nigdy nie malowane, a jedynie tynkowane kamienice ustąpiły miejsca kolorowym i bogato zdobionym. Choć uliczki poprzecinano zielenią, to wszystko pokrywał jakiś nienaturalny, ponury płaszcz, jakby smutek, skaza dnia. Tutaj też zachowywali się zupełnie inaczej. Możliwe nawet, że nieświadomie, rozmawiali normalnie, nie przekrzykując się, a nawet mniej przeklinali.

Jest coś takiego w kulturze, że nawet największego chama trochę uszlachetnia, zwłaszcza gdy towarzyszą jej uzbrojeni strażnicy.

Idąc uliczkami luksusowej dzielnicy, cała czwórka czuła narastające napięcie. Mogli zostać aresztowani praktycznie bez powodu. W takich dystryktach strażnicy bywali nadgorliwi. Odetchnęli z ulgą dopiero wtedy, gdy wkroczyli do „bezbronnego” zwykle parku.

Astarifo zupełnie bez powodu odwrócił się, wchodząc na piaszczystą alejkę otoczoną zewsząd szarawą trawą. Zbladł, gdy kątem oka dostrzegł dziewczynkę z kotkiem. Dziecko i zwierzątko wpatrywali się w niego wzrokiem, który niczego nie wyrażał. Tonął w nienaturalnej szarości. Patrzył chwilę na nią, nie dowierzając oczom. Jednak kiedy mrugnął, zniknęła. Odwrócił się z niepokojem w stronę kompanów i podbiegł kilka kroków, aby ich dogonić.

Kilkanaście minut później schowani w krzakach obserwowali dwójkę elegancko ubranych mężczyzn, siedzących na ławce i pijących piwo. Słyszeli ich rozmowę, jednak zbytnio nie zawracali sobie nią głowy. Jeden – blondyn o długich włosach i dziwnych tęczówkach lśniących czystym fioletem – wyglądał na nieco młodszego. Drugi, starszy, miał krótkie, czarne włosy i roztaczał atmosferę zimnego, nienaturalnego spokoju, który korelował z jego pokrytymi mgłą, zielonymi oczyma. Nawet jeśli Xil czuł niepokój w związku z tą dwójką, nie chciał wyjść przed kolegami na tchórza i o tym mówić. Ich strój sugerował szlacheckie pochodzenie, co wróżyło dobre łupy, i choć wyraźnie widać było, że noszą broń, wydawali się potencjalnie łatwą ofiarą – większość arystokracji nosiła broń dla pozoru oraz lepszej prezencji. Paczka kumpli ze slumsów nie bała się broni, miała przewagę liczebną i każdy z nich posiadał przy sobie długi nóż – dość powszechną broń bandytów w Xyranalu, coś pomiędzy mieczem a nożem, idealne do napadów.

– Twój oddech jest teraz stały. – Z gmachu znajdującego się po drugiej stronie Xyranalki docierał do nich bas męskiego chóru. To sygnał. Czterech mężczyzn nagle wyskoczyło zza krzaków. Astarifo już w trakcie ataku zauważył omen. Zanim zdołali doskoczyć do celów, jeden z nich wstał i dobył miecza.

– Spokojnie, Gorcie, ja się nimi zajmę. Nie wstawaj – odezwał się młodszy blondyn z fioletowymi oczyma. Ku zaskoczeniu chłopaków nie zdawał się być wystraszony, nawet lekko się uśmiechał. Tak nie zachowują się ludzie podczas napadów. Przynajmniej nie ci napadani.

– Dobrze, Nerivie, ja poczekam – odpowiedział starszy z niezachwianym spokojem bijącym z tonu głosu. W tym momencie banda obeszła „ochotnika”.

– To napad! Oddajcie wszystkie pieniądze! – krzyknął Fytyl stojący po prawej stronie Astarifa. – Kosztowności oraz broń. No już! Szybciej! Oddacie hajs, a nikomu nie stanie się krzywda!

– Nie ma już ciepła dla twej skóry – rozbrzmiewała dalsza część opery. Tym razem do ich uszu dobiegł wysoki żeński chór.

– Posłuchaj mnie, aniołku. Mam dziś wyjątkowo dobry dzień – odrzekł mężczyzna zwany Nerivem do otaczających go napastników. Przy bliższym oglądzie stwierdzili, że wyglądał młodziej od nich. – Dlatego daję wam trzy sekundy na to, żeby spokojnie się oddalić.

Porywczy Fytyl nie wytrzymał. Zaatakował ostrzem odsłonięty lewy bok przeciwnika nazywanego Nerivem, jednak ten zareagował szybciej, niż wydawało się to możliwe. Ofiara wolną od miecza, lewą dłoń przystawiła do czoła stojącego za nim Xila. który nie zdążył nawet drgnąć i z głośnym plaśnięciem zamienił się w rozbryzgujący się na wszystkie strony czarno-czerwony śluz. Cios Fytyla został błyskawicznie sparowany mieczem, a ręka blondyna wykorzystując siłę ciosu, zwinęła się jak sprężyna. Kiedy stawy nie pozwoliły na większe zgięcie ręka rozwinęła się, wprowadzając ostrze w demonicznie szybki ruch, które śmignęło tuż przed twarzą Astarifa.

– Nie bój się… – Połączone chóry męski i żeński przyjęły niski ton, nadając utworowi siły i patosu.

Tak mu się przynajmniej wydawało. Poczuł ból i nagle zdał sobie sprawę, że jego żuchwa ledwo wisi, rozcięta na dwie luźne części. Robiąc zeza, z niedowierzaniem wpatrywał się w swój rozcięty nos. Poczuł, że już z tego nie wyjdzie, że jego koniec nadszedł. Momentalnie pomyślał o ukochanej Antralii, dla niej chciał się zmienić. Z wolna osunął się na ziemię, a jego wzrok zatrzymał się na zaroślach i piętrzącej się w oddali operze.

– Nie ma już sposobu, żebyś mógł tutaj zostać…

Wtem pojawił się szary punkt, ten sam, który tak uparcie nie dawał mu spokoju przez cały dzień: dziewczynka kurczowo przyciskająca do serca kotka. Powoli szła w jego stronę. Każdy jej krok wydawał się przepełniony niesprecyzowanym, kojącym pietyzmem.

– Właśnie teraz opuszczasz ten świat…

Malutkie, brudne rączki postawiły szarobure zwierzę tuż obok niego. Kiciuś zaczął swoim małym języczkiem chłeptać krew wylewającą się szeroką strugą z jego rany. Chciał coś powiedzieć, ale rozcięta żuchwa nałożyła się jedynie na siebie z lekkim zgrzytem, powodując potworny ból.

– Wszystkie światła powoli gasną…

Dziewczynka przyklęknęła tuż przed nim. Astarifo patrzył na nią w skupieniu. Ta zerknęła na niego i uśmiechnęła się kącikiem warg.

– Pozostaw za sobą wszystkich, których kochasz, i tych, których znasz – śpiewał chór wspólnym, pełnym mocy głosem.

Spojrzał jeszcze na dziewczynkę, która na jego oczach przeszła monstrualną metamorfozę. Potworne, długie jak palce mężczyzny zęby bestii szczerzyły się w przerażającym grymasie. Szalone, puste ślepia, wyrwane z odmętów koszmarnych snów, patrzyły na niego w bezdennej chęci krzewienia obłędu. Szybki ruch głową spowodował, że długie, krzywe kły wbiły się w jego ciało. Krew rozbryzgnęła się we wszystkie strony wraz z oderwanymi od ciała kawałkami mięsa. Zaczął wierzgać i pomimo rozpłatanej szczęki – krzyczeć.

– Nie bój się…

Nie czuł już nic więcej.

Sen

PROLOG

Przez koronę drzew przebijało się słońce rzucając złotawe plamy światła na leśną ścieżkę. Lasy w południowym królestwie elfów, Nevriyanie, były dzikie i nieczęsto odwiedzane przez mieszkańców. Nie przypominały tych ułożonych i wygładzonych na północy, znajdujących się bliżej stolicy królestwa – Eyerilyanu.

Magister Rillyin, prowadzący wycieczkę nawykł już do zdziwienia, jakie obserwował wśród swoich studentów druidytyfiki. Wychowanych w miastach lub parkach, gdzie położenie każdego źdźbła trawy szczegółowo rozplanowano. Tu wszystko rosło, żyło i umierało samo, tutaj natura pokazywała swoje prawdziwe oblicze.

Rillyin starał się nie myśleć o tym z jakimi problemami boryka się królestwo elfów. Jednak obecność wśród uczniów wnuczki legendarnego „Strażnika”, młodej i pięknej Aryeh Neyiri naprowadzała jego myśli w kierunku identyfikacji własnej rasy jako „żałosnych kreatur”. Elfy przez tysiące lat pokoju oduczyły się agresji. Kiedy Ari Neyiri – legendarny dziadek jego uczennicy stał się Strażnikiem ludzie dopiero zaczynali przybywać do Nevriyanu. Czytał, że wtedy wydawało się, że ludzie mogą wiele nauczyć się od elfów. Szybko jednak okazało się, że barbarzyńscy mieszkańcy północy nie potrafili egzystować z krajanami Rillyina. Początkowo imperator Fenyrial VII zarządził, aby wpuszczać każdego, zresztą nawet nie było nikogo, kto mógłby kogolwiek zatrzymać. Szybko jednak okazało się, że goście szaleli. Dosłownie wpadali w szał po dekarze, dwóch, sezonie czy roku. W końcu chwytali za swą odrażającą, północną broń, którą tak hołubili i mordowali elfy tak długo, aż nie umierali z wycieńczenia. Potem pojawił się on, Strażnik, Ari Neyiri, bohater, którego elfy potrzebowały. Zamordował oprawcę, który w jednej z jatek zabił jego rodziców, a potem został mianowany generałem Nevriyanu. Generałem jednoosobowej armii. Kiedy umarł nie nadszedł jego następca, na co liczył imperator. Przedsięwzięcie założenia szkoły strażników umarła wraz z nim. Problem stawał się coraz poważniejszy, młodziutkie królestwo północny – Valandriol zauważyło, że skoro Nevriyan nie potrafi poradzić sobie z jednostkami to co dopiero z całą armią. Imperator musiał kupić pokój płacąc ludziom regularny trybut w złocie. Sam pomysł miał dość wyraźne wady, ludzie żądali coraz więcej, a elfy, choć nadal bajecznie bogate, niedługo mogły zbankrutować, okazać się niewartymi utrzymania przy życiu. Problem ten występował, aż do śmierci Fenyriala VII i przejęcia władzy przez jaśnie panującego imperatora Fenyriala VIII. Wymyślił on, że najlepsi elficcy magowie mogą wytworzyć nad całym królestwem magiczne pole siłowe, które ochroni kraj. Na zewnątrz prowadzić miała jedynie jedna droga, magiczny portal prowadzący do malutkiej, skalistej wyspy, która będzie potężnym, ufortyfikowanym portem chronionym przez zaufanych ludzi. To założenie sprawdzało się bardzo długo, ale każdy wiedział, że to rozwiązanie chwilowe, dużo rzeczy mogło pójść nie tak. Valandriolczycy mogli „złamać barierę”, bariera mogła zapaść się sama z powodu wad konstrukcyjnych lub nawet sami Grithianczycy pilnujący jedynego wyjścia z elfiej krainy mogli najechać Nevriyan i spalić Eyerilyan. Plan jednak okazywał się działać od całych dekad, a elfy mogły nadal cieszyć się swoją kulturą i sztuką, wiarą, że poddaństwo Noctiferi to jedyna, prawdziwa droga. Myślą, że świat polega tylko na odrzucaniu agresji i nienawiści w stosunku do innych. Jedno należało jednak oddać imperatorowi, starał się ze wszystkich sił, aby zagwarantować swoim poddanym bezpieczeństwo.

– Źle się czuję – powiedziała niespodziewanie Griya Tyiovi przerywając przemyślenia nauczyciela.

Szóstka jego podopiecznych stanowiła paczkę najlepszych przyjaciółek. Ta dziewczyna już na pierwszy rzut oka wyglądała na czarną owcę.

– Wolałabym stąd iść.

– Spokojnie skarbie, nic dziwnego. Ten las wygląda jak inny świat. Nie martw się, nic złego ci się tu nie stanie. Zobacz, magister Rillyin niczym się nie przejmuje – odpowiedziała Halfyin, jej najlepsza przyjaciółka.

– Hayn, ja naprawdę źle się czuję, boli mnie głowa – dodała Griya.

Rillyin nie chciał się wtrącać. Miał nadzieję, że problem sam się rozwiąże. Faktycznie dziewczyna uspokoiła się, jednak grymas bólu nie schodził z jej twarzy. Nie przeszli nawet stu kroków kiedy dziewczyna upadła. Kiedy magister postanowił zainterweniować, dziewczyna się odezwała.

– Nie pójdę dalej, źle się czuję, wydaje mi się, że… – Elfka próbowała wstać. Dostała jednak silnego zawrotu głowy i padła z powrotem na ziemię.

– Tam coś jest… Woła mnie, ale się boję. Jest… złe, ja…

– Co się z nią dzieje? – zapytał magister Rillyin. – Czy coś takiego zdarzyło się wcześniej?

– W sumie… jesteśmy pierwszy raz poza Eyerilyan, więc ciężko nam powiedzieć – powiedziała szybko Halfyin, w jej oczach widać było zaniepokojenie z lekką nutką strachu.

– Pierwszy raz widzę taki atak paniki. Lepiej zabierzemy ją z powrotem – odrzekł magister odwracając się. Jego ręce zapłonęły zielenią.

Oczy nauczyciela zajarzyły się malachitem, a duża lipa rosnąca nieopodal… drgnęła, po czym jej gałęzie poruszyły się. Drzewo wyrwało korzenie spod ziemi i ruszyło w stronę grupy elfów. Magister przesunął się, żeby zrobić ożywionemu drzewu miejsce. Niespodziewanie oczy Gri zaczęły emanować niezbadanym, złotym światłem. Drzewo zgięło swój pień, żeby chwycić jej ciało, wystarczyło jednak, że jeden liść musnął jej skórę, a całe zaczęło się rozpadać, w kilka sekund zamieniając się w pył.

– Uczennico Griyo Tyiovi, elfom nie wolno używać magii ofensywnej! Jest to wbrew zasadom moralnym! – krzyknął magister. Jego głos brzmiał trochę niepewnie, wyczuwał dziwną atmosferę, jaka zaczynała panować w lesie.

– Milcz śmiertelniku! – Rozległo się jakby zewsząd. Ptaki nerwowo poderwały się do lotu. Wiatr przestał wiać, a cały las zdawał się zamrzeć. Wszyscy umilkli. Ich myśli zdominowała chęć ucieczki. Niespodziewanie światło w oczach elfki zgasło.

– Za mną! – powiedziała radosnym głosem, po czym podniosła się i pobiegła w knieje.

Magister znieruchomiał, jednak po chwili poczucie obowiązku wzięło górę – w końcu był odpowiedzialny za swoich studentów. Popędził za uczennicą, a za nim cała reszta.
Dziewczyna zniknęła w krzakach, co sprowokowało Rillyina do jeszcze szybszego i bardziej niebezpiecznego slalomu przez leśne ostępy. Nagle coś wzbudziło jego zaniepokojenie. Może było to skrzypienie, zamieniające się w głośny trzask spróchniałych desek pod jego stopą. Może to brak gruntu pod stopami. W ciągu sekundy znalazł się na dnie jednego z szybów starych kopalni, które kiedyś drążono w tych rejonach. Przez chwilę leżał na plecach i dziwił się, jak udało mu się nic nie złamać.

– Witaj – odezwał się głos. Ten sam, który wydobywał się z ust dziewczyny, kiedy jej oczy nabrały intensywnie złotego koloru.

– Wolę ciebie – powiedziała nagle Griya wychodząc z cienia, brzmiała normalnie, ale nauczyciel czuł, że nie ona to mówi.

– Kim jesteś? – zapytał Rillyin. Nie zadawał pytania uczennicy, a temu czemuś co zawładnęło jej ciałem. Nie opuszczało go wrażenie, że te dwa głosy, dziewczyny i nieznanej mu istoty, były tą samą osobą, ale prawdopodobnie znajdującą się w dwóch różnych ciałach. To coś zdawało się być gdzieś niedaleko i wszystko obserwować, mówiąc jednocześnie swoim głosem jak i zdominowaną przez siebie uczennicą.

– Zostałam wezwana – odezwało się.

– Przez płacz tysięcy – powiedziała dziewczyna z uśmiechem. Po czym przygryzła dolną wargę i spojrzała na nauczyciela z podnieceniem w oczach.

Magister przez chwilę nie mógł poznać dziewczyny o urodzie „szarej myszki”. W jakiś niewyobrażalny sposób stała się ona zabójczo piękna, chociaż przed nim nadal tkwiła płowa Gri. Powoli, nie odrywając od niego wzroku, zaczęła zdejmować suknię. Ponętnie i z gracją, jakby znając sztuki uwodzenia lepiej niż doświadczona kurtyzana. Lecz w jej oczach dostrzegał, że to nie jest ona. Przedzierało się przez nią coś obcego, niezidentyfikowanego. Coś, co siedziało w ciele biednego dziewczęcia. Przez chwilę chciał spróbować to z niej wypędzić, ale jej uroda hamowała go, otumaniała. Poczuł, że jedyne czego teraz pragnie, to ta stojąca przed nim postać. Wszystko inne przestało się liczyć. Nie słyszał nawet krzyków dobiegających z góry. Zahipnotyzowany patrzył na uwodzicielskie, idealnie kształtne piersi uwalniające się spod przykrywającego je materiału. Obserwował w zdenerwowaniu i niepewności, jak suknia lekko zsuwa się, odsłaniając coraz większe fragmenty ciała.

Wtedy zrozumiał wszystko. Stała przed nim legendarna Noctiferi, bogini wieczora, matka elfów. Wiedział też, że został wybrańcem, którego według legend raz na tysiąc lat nawiedza bosko piękna istotna. Przestał się bać. Poczuł ulgę i zaczął obserwować to, co bóstwo chce mu pokazać. W jej ręku nagle pojawił się nóż. Ostrze rozcięło skórę i żyły na pięknych przedramionach dziewczyny. Krew zaczęła kapać na ziemię nietkniętą od setek lat elfią stopą. Złoty blask na chwilę rozbłysł z ciała uczennicy rozrywając ciemność i oślepiając Rillyina. Chwilę później Gri padła na ziemię. Magister zauważył, że nie ma śladów skaleczeń i jest ubrana, lecz nad nią unosiła się utkana złotym światłem, kobieca postać. Naga, kobieca postać zdawała się w niego wpatrywać.
W tej chwili do szybu dostali się pozostali uczniowie. Podczas gdy wszyscy rzucili się do leżącej koleżanki, Aryeh Neyiri podeszła do nauczyciela i zapytała, czy dobrze się czuje. Nikt nie zdawał się dostrzegać postaci, która wyraźnie nakazywała mu czekać.

– Aryeh, muszę tutaj zostać. Nie mogę ci tego wytłumaczyć. Zabierzcie Gri i powiedzcie, że uciekłem na południe, albo gdziekolwiek. Niech mnie nikt nie szuka. Powiedzcie, że groziłem wam magią ognia czy czymkolwiek. Dobrze? – Starał się mówić składnie i prosto, choć podejrzewał, że może to akurat tak nie zabrzmieć. Sam nie był do końca pewien tego, co widział.

– Jesteś pewien, magistrze? – zapytała tylko, trzeźwo patrząc mu w oczy. Widział po niej, że i ona coś wyczuwa. Przemawiał przez nią rzadki talent. Choć była młoda i niedoświadczona podejrzewała, że cokolwiek się tu dzieje to nie ona powinna podejmować decyzję.

– Tak – odpowiedział.

– Zabierajmy Gri i uciekajmy, magister Rillyin zostaje na własne życzenie. Wytłumaczę wam w drodze – powiedziała autorytarnie. Wystarczyło tylko, że przyjaciółki zobaczyły jej wzrok, żeby zrozumiały powagę sytuacji.

Hayn podeszła do drzewa schylonego nad szybem, którym dostały się do środka i magicznie ożywiła je. Gałęzie zaczęły układać się w prowizoryczne nosze, w tym czasie pozostała trójka dziewczyn przyniosła przyjaciółkę. Kiedy ułożyły ją na liściach, Aryeh dołączyła do nich.

– Żegnaj, magistrze – powiedziała, kiedy konary zaczęły się unosić.

– Jeszcze się zobaczymy, Aryeh – rzekł nie odrywając wzroku od postaci stojącej cierpliwie przed nim.

– Zanim cię wybiorę – odezwał się ten sam głos, jednak teraz zdawał się milszy i cieplejszy, bardziej kobiecy. – Musisz udowodnić swojej wartości.

Postać podpłynęła do niego. Patrzyła mu w oczy wzrokiem, od którego nie można uciec. Wtedy magister poczuł ostry ból w płucach. Zaczął się dusić. Kaszlnął krwią.

– Za mną – powiedziała radosnym głosem należącym do Gri i ruszyła w głąb tunelu, a jej złota poświata spowodowała, że stało się tak jasno, jak w dzień.

Rillyin, uciskając ranę w klatce piersiowej, ruszył za boginią. Początkowo szedł szybko, potem natarczywy kaszel zmusił go do zwolnienia tempa. Po chwili. padł na czworaka i zaczął czołgać się za znikającym w ciemności złotym blaskiem.

***

Młody elf starał się nadążyć za swoją panią, jednak ta tylko się oddalała. Nie potrafił skoncentrować wzroku, bladł, starał się wstać, co rusz upadał. Kiedy poczuł, że nieubłaganie nadchodziło jego ostatnie tchnienie, a jaźń ginęła w ciemności, coś się wydarzyło. Powoli budził się do życia, jednak nie w szybie opuszczonej kopalni. Pod sobą czuł miękką trawę zamiast twardej skały, a światło słoneczne rozlewało się po otoczeniu oślepiając go. Wszystko jednak wydawało się w jakiś sposób nierealne. Gdy rozglądał się dookoła widział spacerujące elfy, złote budynki, jednak architektura przypominała mu tę z epoki antycznej, kiedy jeszcze pośród jego braci zdarzały się rozlewy krwi. Nie tylko to wzbudziło jego niepokój. Wzrok zdawał się nie sięgać do pewnych miejsc. Zupełnie jakby coś blokowało mu do nich dostęp. Nie mógł tego zrozumieć, wszystko wyglądało trochę jak we śnie. Nic nie zasłaniało mu widoku, jednak pewne bariery zdawały się nie do przebrnięcia. Nie potrafił się na nich skupić, choć nie rzucały się w oczy i wydawały się naturalne. Wtem poczuł na swoim barku dłoń. Odwrócił się na plecy i zobaczył przed sobą niesamowicie piękną, znajomo wyglądającą postać. Choć nie od razu poznał ją z pomników stojących w rodzinnym Eyerilyanie. Była w niej nutka czegoś znajomego, jakby znał tę osobę od dawna. Złapał postać za dłoń i odpłynął w ekstazie. Jego świadomość prawie zanikła, tliła się gdzieś na granicy życia i śmierci. Potworny ból w płucach uzmysłowił mu, że coś go niesie. Możliwe, że to z powodu cierpienia, jakiego doświadczał, ale nie potrafił powiedzieć kto, lub co, to robi.

Kiedy obudził się w ciepłym łóżku, opatrzony, nie opuszczało go uczucie pustki. Spróbował wstać, jednak paraliżujący ból spowodował, że opadł z powrotem na poduszkę. Jak na zawołanie pojawiła się boska piękność.

– Kim jesteś? – zapytał.

– Jestem Noctiferi, bogini wieczora, matka elfów, opiekunka – odrzekła spokojnie patrząc mu w oczy.

Rillyin czekał na dalszy ciąg, jednak go nie było. Czuł się tak słaby i zniszczony. Nie mógł się nawet skoncentrować.

– Gdzie jestem? – dopytywał.

– Musisz sam znaleźć odpowiedź na to pytanie – odpowiedziała. – Musisz leżeć i odpoczywać.

– Dlaczego czuję się tak dziwnie? – spytał, próbując ponownie spojrzeć w jej oczy, jednak coś mu w tym natarczywie przeszkadzało i nie mógł zrozumieć co.

– Jak? Ranny? – odparła.

– Nie… inny.

– Niestety, nie wiem o czym mówisz.

– Jak ja się tu w ogóle znalazłem?

– Poszedłeś za mną.

Opiekunka zniknęła. Nie mógł zrozumieć, czy zasnął zanim ona wyszła, czy po prostu „wyparowała”. Jednak kiedy znów spojrzał w miejsce, w którym ją widział, nie było jej. Nie było też bólu. Czuł się jak ułamek samego siebie, nie potrafił tego opisać, był zdezorientowany, zmieniony i w jakiś dziwny sposób znieczulony. Rozejrzał się po pokoju.. Stało tam jedynie łóżko, a w oczy kłuła biel ścian. Nad łóżkiem znajdowało się okno, przez które agresywnie wlewało się słoneczne światło. Wyszedł z pokoju i trafił na korytarz, który prowadził do kilku pomieszczeń. Pokój na lewo od niego stanowił idealny klon tego, w którym się obudził. Nie zwrócił nawet uwagi na to, że patrząc w okno w tym pomieszczeniu również widział słońce, choć wychodziły one w zupełnie innym kierunku. Drzwi „obcego” pokoju sąsiadowały z dębowymi, dwuskrzydłowymi wrotami prowadzącymi, jak się okazało, do biblioteki. Rillyin przekroczył jej próg i zobaczył piękność leżącą na szerokim, miękkim, przypominającym szezlong łóżku, z książką w ręku. Bogini zdawała się nie dostrzegać go, a tytuł czytanej przez nią pozycji był aż nadto wyraźny. Na białej okładce czarne litery układały się w słowo „Neyighitee”. Kiedy jednak elf rzucił okiem na resztę dzieł, nie mógł dojrzeć ich nazw. Wydawały się jakieś rozmazane, nieczytelne lub napisane obcym mu alfabetem. Zerknął na Noctiferi i prawie podskoczył ze strachu, gdyż teraz jej oczy wpatrywały się w niego.

– Jak się czujesz? – spytała. Wystraszył się tonu jej głosu. Wszystko co robiła zdawało się gwałtowne i nieprzewidywalne.

– Cieleśnie lepiej, duchowo… nadal inaczej – odpowiedział.

– Zawsze taki byłeś – stwierdziła.

– Kiedyś byłem inny – zanegował.

– Zawsze taki byłeś – powtórzyła dokładnie tym samym tonem, zabrzmiało to dziwacznie, nienaturalnie.

– Coś się zmieniło.

– Może ty się zmieniłeś? – zapytała. Wydawało mu się to w jakiś stopniu możliwe.

– Czuję się pusty – usłyszał ze zdziwieniem swój głos. Nie powiedział tego zdania świadomie, a i sam nie zdawał sobie sprawy z wewnętrznej pustki, aż do tego momentu.

– Zawsze byłeś pusty – odpowiedziała spokojnie zatapiając swoje hipnotyzujące spojrzenie w tekście. W jej głosie można było wyczuć pewien żal i pogardę. – A co jeśli popełniłam błąd ufając ci – zapytała, i nie czekając na odpowiedź, dodała – Chodźmy na spacer.

Wstała, zamknęła książkę i odłożyła na stolik stojący na środku biblioteki. Rillyin znów zwrócił uwagę na tajemniczy tytuł. Wydawał mu się dziwnie znajomy, choć przysiągłby, że nigdy nie spotkał się z tym obco brzmiącym wyrazem.

– Spacer? – zapytał z lekkim niedowierzaniem, jakby już dawno zapomniał znaczenia tego słowa.

– Dokąd?

– Na słońce – odrzekła.

Kobieta otworzyła drzwi naprzeciw wejścia do biblioteki i ich oczom ukazała się świetlista polana, która kilkadziesiąt metrów dalej zmieniała się w gęsty, mroczny las. Noctiferi stanęła na trawie i zrobiła bosymi stopami kilka kroków po miękkich, zielonych źdźbłach. Rillyin patrzył na nią przez chwilę zbity z tropu. Nie mógł się skupić i ogarnąć myśli, ale czuł, że powinien starać się za wszelką cenę. Widział, że to wszystko zdaje się jakieś nierealne. Kolory były zbyt nasycone, chociaż miały odcień szarej barwy. Przypomniało mu się to uczucie kiedy pewnego razu, będąc jeszcze małym elfem, wsypał soli do herbaty. Mimo dużej ilości cukru, którego potem dodał, sól była wyczuwalna. Tak, teraz widział, wszystko wydawało mu się zbyt realne i świadome, a jednocześnie nie niwelowało się.

Zrobił krok i zamknął za sobą drzwi. Budynek, który opuścił był najdziwniejszym jaki widział. Z zewnątrz zdobiły go cegły przypominające złoto, a ściany zaś zbudowano idealnie płaskie. Zdawało się, że dach również jest płaski. Dom bogini wydawał się doskonałym prostopadłościanem położonym na środku polany. Elf nigdy nie spotkał się z taką architekturą.

– Idziesz, czy nie? – krzyknęła stojąc w połowie drogi do stawu, który dopiero zauważył Rillyin.

– Idę – odpowiedział tylko i ruszył wpatrując się w trawę. Wyraźnie dostrzegł pośród równo przyciętego trawnika gęste kępy trawy o kształcie elfich stóp. Gdy podszedł bliżej zauważył, że ziemia, na której stanęła bogini, natychmiast się zazieleniała.

– Usiądziemy na pomoście? – powiedziała rzucając mu przelotne spojrzenie. – Mam ochotę pomoczyć nogi.

Lekkim i zwiewnym krokiem podeszła do kładki. Zwrócił uwagę na to, jak delikatnie się poruszała. Patrzył na każdy stawiany przez nią krok. Wydawało się, że mogłaby stanąć nawet na powietrzu. Oparła się i usadowiła wygodnie na kładce opuszczając zgrabne stopy do wody.

– Usiądź przy mnie – rzekła spoglądając na niego.

Jej niesamowite piękno i boskość onieśmielały go. W milczeniu podszedł do niej i usiadł obok.

– Usiądź bliżej – powiedziała. Zanim jeszcze zdążył się zgodzić, zadała pytanie – Chciałbyś być bogiem w Eestirii? Marzyłeś o tym kiedyś?

Rillyin wpatrywał się w nią przez chwilę, po czym się przysunął. Zatopił swoje nogi do kostek w wodzie. Przynosiła ulgę. Zaczął zastanawiać się nad odpowiedzią. Wbił źrenice w taflę i zasępił się.

Powoli przeniósł oczy na trawę. Obserwował jak źdźbła delikatnie gną się na wietrze i poczuł jak jego włosy zmierzwił lekki podmuch. Przyłożył rękę do głowy, żeby się podrapać, ale jego palce napotkały jedynie idealną łysinę. Zwrócił wzrok na towarzyszkę, a ta jedynie uśmiechnęła się oczyma. Wpatrywał się głębiej w zieleń roślin, a jego zmysły zdawały się szaleć. Początkowo zaczął odczuwać mdłości. Miał wrażenie, że się rozpada i słyszy w oddali wyraźny szept: „poddaj się, puść”. Rozluźnił się i wtedy uderzyła w niego gwałtowna, ciężka do wytłumaczenia zmiana. Poczuł się w pewien sposób nagi, ale zarazem i wolny. Jedynie w pewnym stopniu jego świadomość się nie zmieniła – Rillyin rozumiał, że to jego dusza. Wszystko pozostałe to jedynie ciało, ze swoimi zmysłami i doświadczeniem. Ogarnęła go ekstatyczna błogość. Zdał sobie sprawę, że jest… trawą. Dostosowywał się jeszcze chwilę do nowej formy. Korzenia, liści. Upił trochę wody przez korzenie, poczuł jak płyn przelewa mu się przez nowe ciało ku liściom, gdzie poczuł słodki smak cukru.
Mrugnął i na powrót był w swoim ciele. Jego ciało zdawało się przez ten czas „wyłączone”, otwarte oczy zaczęły piec. Zamknął je, a po jego policzkach pociekły łzy pieszczone wiatrem.
„Wiatr?” pomyślał.

– Nie! – krzyknęła, ale dźwięk jej głosu ugrzązł gdzieś w przestrzeni.

Poczuł jednocześnie ból i pieszczotę. Odezwały się w nim sprzeczne emocje. Radość i gniew zawrzały. Horyzonty rozszerzyły się do obszaru, którego zwyczajna dusza nie potrafiła ogarnąć. Widział cały świat jednocześnie oraz to, jak go otacza, jak przewiewa pomiędzy bezlistnymi gałęziami drzew, czując rozrywający ból. Doświadczał, jak delikatnie łaskoczą go mijane liście, i jak rozrywa budynki i drzewa furią burzy.

Trzask!

Obudził się leżąc na pomoście, a nad nim stała piękna bogini. Chwilę patrzył w boskie oczy, potem zerknął na jej zgrabne nogi, które tak pragnąłby dotknąć, a które dzieliło od jego rąk zaledwie kilka centymetrów. Wtedy narodziła się w jego głowie nadzieja, która zaowocowała ogromnym pożądaniem.

– Myślisz, że nie potrafię czytać ci w myślach? – zapytała uśmiechając się lekko, pomimo tego jej oczy niewiele zdradzały, ciężko było odgadnąć co bogini myśli.
Przerażenie pomieszało mu w głowie. Starał się przestać myśleć o tym, jak chętnie ległby w ramionach Noctiferi, jednak nie mógł.

– Zaimponowałeś mi – powiedziała spokojnym tonem. – Byłam pewna, że śmiertelnym wystarczy ułamek sekundy w ciele wiatru, żeby oszaleli. Ty jesteś inny. Może jednak dobrze się stało, że ciebie wybrałam.

Ruszyła w stronę domu.

– Chodź, musisz się jeszcze wiele nauczyć – rzekła.

Podniesienie się przyszło mu z niemałym trudem, jednak już po chwili szedł za swoją panią. Czuł się niesamowicie ze świadomością pozyskania takiej umiejętności. Odniósł wrażenie jakby stawał się kimś bardziej boskim, a jego wewnętrzna pustka zdawała się zmniejszać. Teraz jednak marzył tylko o jednym, o tym, by choć raz dotknąć matkę elfów. Uśmiechnął się do siebie, kiedy do głowy przyszedł mu pewien plan. Postanowił zamienić się w trawę, żeby dotknąć choć stopy opiekunki. Znów ogarnęło go to samo uczucie, świadomość posiadania korzenia i liści. Chwilę grzał się w świetle gorącego słońca, gdy nagle zapadła ciemność, po to by sekundę później, w kontakcie z jej skórą, odczuć ekstatyczną rozkosz. Niespodziewanie wrócił do swojego ciała. Przeszły go potężne dreszcze po czym osunął się na ziemię.

Kiedy otworzył oczy znów leżał w swoim łóżku. Nie wiedział, czy może to wszystko było snem, czy może ona zaniosła go do posłania. Miał nadzieję, że to drugie. Wstał, wyszedł z pokoju i dojrzał, że pomieszczenie po lewej stronie jest puste. Minął biblioteczne wrota, żeby spojrzeć na nią, czytającą książkę o zagadkowym tytule „Neyighitee”.

– Co to znaczy? – zapytał.

– Nas – odpowiedziała spokojnie.

Zajrzał jej z uwagą w oczy, jednak ten wzrok zdawał się być zbyt boski, by Rillyin dał radę go wytrzymać. Mrugnął po to, by oderwać się od tego piękna. Wpatrywał się w łóżko, na którym leżała. Pragnął poczuć jak to jest być tą rzeczą. Przeszły go dreszcze przeszywające jego tkaninę. Elf czuł drewnianą ramę w środku, i podłogę, na której stał. Całym sobą koncentrował się tylko na miejscu, które dotyka naga skóra Noctiferi.

– „Naga?” – zapytał sam siebie ze zdziwieniem.

Wtedy zdał sobie sprawę z tego, że oboje są nadzy. Cały czas byli. Ogarnęło go zawstydzenie, ale nie chciał dać tego po sobie poznać.

– Urodziłeś się śmiertelnikiem. Lecz twoja dusza jest boska, nie wiem, czy to dzięki sile determinacji, czy czemuś zgoła innemu – oznajmiła nie odrywając wzroku od książki. – W każdej chwili stajesz się coraz mniej zaślepiony moją boskością, a coraz bardziej postrzegasz mnie jak śmiertelniczkę, nawet kiedy tego nie chcę. Dobrze, że wybrałam ciebie. Już wiesz po co?

– Jestem bytem. Świadomością. Nie ma we mnie nic, co mogłabyś opisać jako „elf”. Ale nie jestem sam. Jest nas dwoje. Dwa byty. Dwie świadomości. Jesteśmy. Trwamy. Nie mieliśmy wiary, ale teraz mamy. Istniejemy. Mężczyzna i kobieta. Nazwij to jak chcesz. Żeby powstał kolejny byt – najpierw dwa inne muszą tego chcieć. Muszą się ze sobą zetrzeć. My jesteśmy Neyighitee.
Noctiferi wstała, zmierzyła go wzrokiem. Po czym rzuciła na łóżko i skoczyła na niego.

– Jesteś gotów – wyszeptała mu do ucha. A dźwięk jej głosu był jak ciepło rozlewające się po ciele.

Każdy dotyk rozpalonej bogini był pozawymiarowym szczęściem. Dopiero teraz spojrzał na jej krągłe, idealne piersi i zrozumiał, że jego podświadome marzenie się spełnia. Ścisnął więc pośladki Noctiferi z taką siłą, aż ta jęknęła.

– Dobrze – szepnęła cicho uśmiechając się. – A teraz spójrz mi w oczy.

Kiedy opierała się swoimi lędźwiami o Rillyina, ten wpadł w jakiś seksualny szał. Gdzieś w głowie, na granicy słyszalności, dobiegł go głos: „Mój drogi Rillyinie”. Bogini drapała go po klatce piersiowej, ujeżdżając go i krzycząc z podniecenia. „Jesteśmy teraz jednym bytem” – kontynuował głośniej głos. Patrzył w jej wypełnione rozkoszą boskie oczy, wpatrzone w niego. „Zakochałam się w tobie, pierwszym śmiertelniku w moim życiu” – mówiła w jego głowie. Ściskał jej podskakujące piersi i patrzył, jak jego opiekunce oczy błyszczą jeszcze bardziej. „Choć już nim nie jesteś, poświęciłam się dla mojego ludu i dla ciebie” – głos rozbrzmiewał już dość głośno. Nagle poczuł falę gorąca, która ogarnęła jego ciało. „Teraz jesteś bogiem, obudź elfy i broń je, a ja czekać będę na ciebie w sferze duchów” – usłyszał i obudził się na ziemi w szybie kopalni.

***

EPILOG

Wielu śmiertelników przysięgłoby, że postać stojąca w cieniu drzew i obserwująca ze wzgórza rzeź elfiej, nadgranicznej wsi, jest ślepa. Nie miała ani źrenic, ani tęczówek. Jednak Neyighitee widział wszystko, a nawet więcej.

– Zostawcie to miejsce w spokoju – powiedział jakby do siebie, jednak jego głos rozbrzmiewał nad doliną wprowadzając chwilowy zamęt.

Rzeź momentalnie ustała. Ludzie zamarli z niepokojem rozglądając się dookoła. Dowódca zaczął krzyczeć, wydając rozkazy, żeby jego oddziału przypadkiem nie ogarnął chaos.
Ktoś wskazał mu postać stojącą na wzgórzu. Ogarnia go lęk, jednak ambicja wzięła górę. Wyciągnął miecz i pobiegł w stronę intruza. Żołnierze patrzą w zaciekawieniu na swojego przełożonego, który wspina się na wzniesienie, obserwują ślepca, który w bezruchu czeka na nadejście mordercy. „W końcu to elf” myślą sobie. „Niektóre nawet nie uciekają przed śmiercią”.
Kiedy dowódca zmniejszył dystans, wziął zamach.

– Zarozumiali idioci – rozbrzmiał potworny głos w chwili, kiedy mężczyzna z mieczem implodował, pozostawiając po sobie jedynie krwawą zawiesinę.

– Wszyscy zginiecie! Wszyscy!

Las otaczający wieś ze wszystkich stron zdawał się ożywiać. Setki drzew ruszyło w stronę ludzi, których część zmarła w wyniku samej paniki. Neyighitee przyglądał się temu, jak pnącza wiążą uciekających, a drzewa rozrywają ich swoimi gałęziami.

Uśmiechnął się do siebie. Czuł, że Noctiferi, obserwująca go ze sfery duchów, jest dumna. szczęśliwa.

Trup Nuriego VI

Nuri przebudził się i zobaczył otwarte drzwi balkonowe. Zasłona falowała od lekkich powiewów wiatru, światło szarzejącego nieba wdzierało się do pokoju. Spojrzał na zegar parowy stojący na półce. Spał niespełna pół godziny. Z jednej strony miał dużo energii, lecz z drugiej wydawało mu się, że jego organizm jest wycieńczony, prawdopodobnie w efekcie „goblina”. Odwrócił się w stronę Nidrii, jednak jej nie było. Odczuł jakiś silny niepokój w sercu, jakby miało się coś wydarzyć. Przerażony błyskawicznie odwrócił się w stronę balkonu i rzucił się do niego biegiem. Pierwszą rzecza jaką zobaczył: to krągłe pośladki, kształtne plecy i burzę skołtunionych, blond włosów.

– Uwielbiam zapach poranka – powiedziała dziewczyna.

– Jesteś… naga – stwierdził zakłopotany. Nie chodziło o to, że onieśmielało go jej ciało, chociaż w sumie tak było. Kruk chciał podkreślić tym, że wdzięki jego ukochanej mogło teraz zobaczyć setki ludzi.

– Lubię być naga na powietrzu. Szczególnie w taki dzień jak dziś. Ten chłód i delikatny wiatr jest… miły. – Mówiła jak natchniona.

– Mimo wszystko teraz każdy może cię zobaczyć – próbował przekonywać Nuri.

– Powiedziałabym, że powinieneś spróbować, ale właśnie tego próbujesz. – Kontynuowała nie odwracając się w jego stronę.

Chłopak zdał sobie sprawę z tego, że nie ma sobie żadnego ubrania.

– Ale masz rację. Chodźmy do środka. – Dodała.

Nuri jak na zawołanie ruszył za nią. Wystarczyło mu kilkanaście sekund, by stwierdził, że jest mu przeraźliwie zimno. Zrobił kilka kroków, a dziewczyna pchnęła go na łóżko.
– Zgadnij na co nadszedł czas? – wyszeptała, drapieżnie pocierając swoimi nagimi lędźwiami o jego.

Nie musiał zgadywać. Przewidywał prawdopodobnie, że blondynka nie odwzajemniała jego uczuć, na tyle silnie jak on. Młody mężczyzna gdzieś w myślach, w odległej przyszłości planował już, jak dadzą na imię swojemu pierwszemu synowi.

***

Obiad zjedli w niedalekiej jadłodajni. Właściwie to tylko dla zasady. Narkotyki uśmierzały głód. Potem ruszyli na spacer do ojczyzny studenckiej imprezy – tajemniczego lasku przy internatach. Minęli gmach KRK. Nie zastanawiali się nad przyszłością, a przynajmniej Nuri o tym nie myślał… Zdawał sobie sprawę z tego, że ojciec pewnie już go szuka, ale nie zaprzątał sobie teraz głowy tą myślą. Do chwili, kiedy zauważył wpatrującą się w niego postać, stojącą przy białym gmachu głównym, Królewskiej Szkoły Rycerskiej. Odruchowo zacisnął rękę. Zaraz usłyszał syk Nidrii.

– Jesteś moją dziewczyną, przedstaw się ładnie. Zobaczył nas mój ojciec. Dobra? – wyszeptał prawie niezrozumiale i tak szybko, że wszystko zdawało się zlewać w jedno słowo.

– Co? – spytała blondynka odruchowo. Ułamek sekundy później kiwnęła potakująco.

– Słyszałaś, czy nie? – upewnił się

– Tak.

Pomimo delikatnie rozmazanego „goblinem” obrazu, chłopak dostrzegł wyraźnie ojca, który najpierw zlustrował go wzrokiem, a następnie towarzyszkę. Kilka kroków dalej, Serik skręcił gwałtownie i ruszył w stronę budynku. Było jasne, że starał się wyglądać jakby ich nie zauważył. Wyszło mu to jednak bardzo sztucznie. Początkowo zdziwiony Kruk w końcu doszedł do wniosku, że ojciec nie był tak głupi jak się wydawało, i rozumiał odwieczny konflikt pokoleń – nie zamierzał spłoszyć partnerki syna.

– To na pewno on? – spytała Nidria, kiedy zniknął za drzwiami bocznego wejścia do gmachu.

– Tak… – odpowiedział.

– Widział nas?

– Tak…

– Dlaczego nie podszedł?

– Nie mam pojęcia.

Trzymając się za ręce, skierowali kroki w stronę gąszczu zieleni, alejek oraz pijanych studentów.

***

Kolejne popołudnie z piękną Nidrią w krzakach, i tajemniczym proszkiem w organizmie spowodowało, że w głowie Nuriego zaczynały pojawiać się pytania. Zastanawiał się, kiedy wróci z tej oazy szczęścia do swojego nudnego i szarego życia. Opuścił dwa dni zajęć. Nie widział się też w tym czasie ze swoim ojcem, co mogło być ich najdłuższą rozłąką. Nie mógł przyznać się sam przed sobą, że nie chciał siedzieć w swoim pokoju w internacie i kontynuować roli szkolnego popychadła. Czuł gdzieś wewnątrz, wszystko bardzo szybko stanie się takie jak kiedyś. Nie opuszczało go wrażenie, że przygoda skończy się tak dynamicznie, jak tylko zaczęła, a jego najbliższa przyjaciółka – śmierć, da o sobie znać w najmniej spodziewanym momencie.

Ścisnął mocniej dłoń dziewczyny, kiedy paniczny strach zaatakował jego skołatany umysł.

– Auć! – syknęła

– Przepraszam – bąknął jedynie pod nosem i zamyślił się, patrząc przed siebie. Jak żeglarz obserwujący ciemniejące burzowe chmury na horyzoncie, choć pogoda była piękna.

Powoli zachodziło słońce. Ostatkiem sił przebijajało się pomiędzy konarami, na których ledwo trzymały się resztki suchych, brązowych liści. Wszyscy dookoła zdawali się rozkoszować ostatnimi ciepłymi dniami przed nadchodzącymi śniegami pory demona. Wydawało się, że cały internat opustoszał a ludzie kręcili się bez celu po kampusie poszukując ciepła. Nuri i Nidria mieli jednak wyznaczony kierunek – szli do apartamentu pięknej kochanki. Prawdopodobnie jedynej prawdziwej miłości chłopaka. Mijali spacerowym krokiem gmachy KRK, ale tym razem chłopak już się nie rozglądał w poszukiwaniu Serika. Nie bał się, że go spotka. Zresztą i tak prawdopodobnie ojciec był gdzieś w Xyranalu, gdzie wraz z innymi mistrzami lubił raczyć się piwem w miejscowych oberżach.

Kiedy po spokojnym spacerze dotarli prawie na miejsce, na niebie tkwił już Naer – biały księżyc. Gwar uliczny przerodził się z jednostajnego hałasu, w przyciszony, skryty szum. Przerywany od czasu do czasu głośniejszymi okrzykami dobiegającymi z wnętrza szynków. W powietrzu dało się wyczuć zapach nadchodzącego przymrozka. Kilkadziesiąt schodów później znajdowali się już w mieszkaniu. Ona – do połowy naga, on – gorączkowo rozbierający się.

***

Nuri obserwował jak ujeżdżająca go, krzycząca Nidria, się ponetnie wyprostowała, a jej pełne piersi zawadiacko podskakiwały. Kręgosłup lekko odchylał się w tył, napinając skórę i ukazując linię żeber. Poczuł jak ekstatyczna fala przyjemności opada na jego ciało, a od nagłej ekstazy przymykają mu się oczy.

Chwilę później dziewczyna wstaje i narzuca na siebie szlafrok. Przez moment jakby się zawahała. Potem kiedy ich wzrok się spotkał, uśmiechnęła się. A był to najpiękniejszy uśmiech jaki widział w życiu. Wydawał się tak szczery, szczęśliwy i radosny, jednocześnie pozbawiony trosk. Nuri widząc to piękne zjawisko, miał wrażenie jakby wszystkie wcześniejsze kłopoty zbladły i zniknęły. Po raz kolejny w jego głowie narodziła się jakaś nadzieja, że może ta kobieta będzie kiedyś matką jego dzieci. Przez sekundę widział ich razem – starych, bawiących się z wnukami. Pomyślał o tych wszystkich przygodach i trudach, które będą wspólnie dzielić. Choć to wszystko trwało jedynie chwilę, była to jedna z tych chwil, która pozostają w duszy na zawsze.

Dziewczyna podeszła do stolika nocnego.

– Mam coś dla ciebie – powiedziała, otwierając dolną szufladę. – Znalazłam to kiedyś w domu i od razu mi się spodobało, ale wolałabym żebyś miał to ty.

„Ethnu, co to piękne stworzenie we mnie widzi?” – spytał w myślach sam siebie, a potem dostrzegł w jej dłoni srebrną klamrę do płaszcza w kształcie kruka.

– Dziękuję – powiedział. – To… naprawdę piękne, ale… ja nic dla ciebie nie mam.

– Może kiedyś będzie miał. – Znów uśmiechnęła się, po czym wyciągnęła woreczek z „goblinem” i zapytała – Chcesz?

– Małą kreseczkę – odpowiedział z uśmiechem.

Odłożył sprzączkę na stolik nocny. Mimochodem zaczął obserwować, jak blondynka nożem do kopert dzieli narkotyk w odpowiedni sposób. Potem zwija leżący na stole kawałek papieru i wciąga go nosem. Odchyliła głowę do tyłu i wyciągnęła rękę do chłopaka. Gdy ten przejął „rurkę”, powolnym krokiem ruszyła w stronę balkonu. Nuri zerwał się z łóżka, podszedł do stołu. Po chwili w jego nosie zniknęło to, co przygotowała mu jego ukochana „na kolację”. Ostry, gorzki smak podrażnił śluzówkę. Wziął duży łyk wina z wypitej do połowy butelki, po czym ruszył za Orethówną.

Dziewczyna usłyszała jego kroki, odwróciła się i przytuliła bez słowa. Zrelaksowany i szczęśliwy Nuri, niespodziewanie poczuł szarpnięcie. Nidria zesztywniała. Zaczęła wydawać z siebie dźwięki jakby się dusiła. Puścił ją i zaczął obserwować jak z obu dziurek w nosie spłynęła krew. Młody Quankos zamarł. Niespodziewanie blondynka wychyliła się i bezgłośnie wypadła za niską, kamienną balustradę. Nuri wychylił się jedynie po to, żeby w słabym świetle ulicznych latarni dostrzec piękne, okryte niedbale szlafrokiem ciało, leżące z czaszką rozbitą o bruk.

W sekundzie jego tchórzliwe serce podpowiedziało mu co robić. Ubrał się, chwycił klamrę i pobiegł do internatu.

***

Nałożył na siebie płaszcz z szerokiem kapturem i wyszedł. W kieszeni leżała klamra. Dziękował Ethnu, że jej nie zapomniał. Ruszył w stronę centrum Xyranalu. Stamtąd udał się na północ ulicą Aerusa Xynthii, a potem skręcił na północny zachód w „Bohaterów Nur”. Kilkadziesiąt metrów dalej zobaczył bielejące pentagramy cmentarza. Urna z prochem znajdowała się już na honorowym miejscu. Dookoła zebrali się ludzie, których nie znał. Zarzucił szeroki kaptur na głowę i przysłuchiwał się odmawianej mszy. Był to standardowy pogrzeb kościoła Ethnu. Nigdy tak żarliwie się nie modlił. Mimo wszystko, chciał w tej chwili pozostać niezauważony. Omiótł wzrokiem tłum. Coś zwróciło jego uwagę. Dostrzegł pewną postać, która przez chwilę wydała mu się jego ojcem, lecz szybko zniknęła gdzieś w tłumie. Patrzył przez łzy, obraz się rozmazywał. Uznał to jednak za absurd, i już nie podnosił głowy oddając się żałobie. Nikt z zebranych nie zwracał uwagi na nieznajomego.

***

Zielona mgła rozprzestrzenia się we wszystkich kierunkach. „Co ja robię na pustyni?” – pyta sam siebie Nuri. Jego stopy grzęzną w piachu. Jest nagi na środku niczego. Jedyne, co widzi to nadchodzącą biel, która zbliża się w błyskawicznym tempie. Zatrzymuje się, spiętrza, jakby gęstnieje. Nie da się ocenić odległości. Czasem jest tuż przed nim, a czasem dzielą ich kilometry. Niespodziewanie tuż przed nosem Kruka, wyłania się z niej ręka, a po chwili druga. Staje nad nim ogromny rycerz, w pełnej zbroi płytowej. Trzyma w ręku miecz, który wydaje się nie mieć końca, a zielona zawiesina, ciągnie się za potworną postacią, niczym szkaradny cień. Na piersi woja widnieje wymalowane błękitne oko, które wykrzywia się w demoniczne oblicze, przybiera przerażające kształty.

– Kim jesteś? – pyta Nuri.

– Śmierć… – Słyszy szept, jak szum liści. Wydaje się jakby dobiegał z oddali.

– Gdzie jestem?

– Śmieeerć – sapie zjawa. Brzmi to jak ostatnie tchnienie człowieka z przebitymi płucami.

– Co się tutaj dzieje?! – krzyczy Nuri.

– Śmierć nadchodzi! – rozbrzmiewa niski, diabelski głos. Miażdży swoim basem psychikę młodego Quankosa. Od otaczającej ich niezidentyfikowanej, nienaturalnej pustki odbija się echo, które wzmaga się zamiast cichnąć.

– Kim jesteś?! – krzyczy chłopak, cofając się na wpółleżąco.

– Zdrajca! – rozbrzmiewa szept. Do niego dołącza inny zza pleców Nuriego, a następnie kolejne. Mówiące na przemian „śmierć” i „zdrajca”. W końcu zlewają się w jeden plugawy, jednostajny jazgot.

– Śmieeeerć… Nadchodzi! – wybija się ponad demoniczny chór głos spod hełmu upiora, brzmi jak mroczny dzwon z nekropolis, a Nuri błaga w myślach, żeby ten koszmar się skończył.

– Śmierć! Nadchodzi! – ryczy zjawa, przerywając co chwilę; wydaje się, że nie może złapać oddechu.

– Z twojej ręki! – ostatnie zdanie przeradza się w trupi skrzek. Rycerz zdejmuje hełm i schyla się. Nuri patrzy na bladą, martwą twarz swojego ojca.

– Oni wszyscy! Zginęli! Z twojej ręki! Jesteś! Zdrajcą! Ludzkości! – dyszy Serik, a jego oczy zdają się zbliżać. Wyglądają, jakby były ogromnymi dziurami w całej multisferze. Swoją pustką zasysają chłopaka do środka. Ten w tych koszmarnych źrenicach, będących uosobieniem śmierci, widzi jedynie tysiące trupów. Armie kościanych golemów. W swoim odrażającym kroku po tej bezmyślnej, pozbawionej ducha drodze sługi. Wtem martwa machina staje, wpatruje się dymiącymi, zwęglonymi oczyma. Salutuje, kłania się i rozpada.

***

Nuri budzi się z ogromnym bólem głowy. Początkowo nie poznaje miejsca, lecz po chwili odnajduje się we własnym namiocie. Wspomnienia poprzedniego wieczoru napawają go niepokojem. Dziwi łatwość z jaką rozmawiał z osobą nie posiadającą twarzy. Konwersacja z kimś, o takim wyglądzie wydaje mu się potworna, ale nie może ukryć przed sobą, że polubił lisza. Powoli wstaje z łóżka, w chwili kiedy wbiega doń królewski posłaniec.

– Lordzie Quankosie! Król pragnie oficjalnie zaprosić waszą lordowską mość na wieczorne spotkanie. – Mówi oficjalnym tonem goniec.

– Dziękuję, a gdzie? – pyta Kruk.

– Lordzie, przyjdzie po pana królewski wysłannik. – Odpowiada tak, jakby było to oczywiste. Nuri nie wie, że Ereitan III, robił tak zawsze. Podobnie, jak cały jego dwór i wszyscy bogatsi arystokraci. Jeszcze pół roku wcześniej był zwykłym, szarym studentem KRK.

– Rozumiem, a o której? – dopytuje.

– Spotkanie odbędzie się około dwudziestej. Około szesnastej przybędzie wysłannik, który pomoże się przebrać w wyjściową zbroję jego lordowskiej mości.

– Nie mam – stwierdza krótko. Etykieta nakazuje na wszelkie oficjalne uroczystości wkładać zbroje wyjściowe. Były one dość wygodne, dzięki użyciu magicznych stopów, ale nie nadawały się do walki. Dodatkowo kosztowały mniej więcej tyle, co dwa domy Quankosów wraz z ziemią.

– Rozumiem, królewski wysłannik przyniesie odpowiednią dla lorda. – Kontynuuje oficjalnym tonem.

– Dziękuję – mówi automatycznie Kruk. – W czymś jeszcze mogę pomóc?

– Jego ekscelencja przekazuje lordowi Quankosowi, żeby zgłosił się do królewskich stajni. – Oświadcza i wychodzi

Młody Quankos, lekko zdziwiony przygotowuje się do wyjścia. Myje się, a następnie ubiera. W momencie kiedy już ma opuszczać swoje prowizoryczne mieszkanie, jego wzrok pada na płaszcz leżący na ziemi. Chwilę się waha, po czym zakłada go na siebie, spinając pod szyją klamrą w kształcie kruka – jedyną pamiątką po miłości i prawdziwym szczęściu.

Wychodzi z namiotu, światło dzienne lekko go oślepia, szybko się przyzwyczaja. Po głowie wciąż chodzi mu ten dziwny sen, z którego pamięta jedynie, że był przerażający. Rozgląda się na boki, szukając stajni. Jednak w morzu namiotów nie może jej odnaleźć. Rusza wzdłuż głównej drogi, biegnącej przez obóz, stamtąd już bez problemu widzi swój cel.

– Tak? – Odzywa się stajenny. Nie było to raczej pytanie. Coś na zasadzie nieudanej próby zadania pytania.

– Nuri Quankos.

– Dyroni.

– Ja jestem Nuri Quankos… – Zaczyna, ale po chwili zawiesza się, czuje zbity z tropu. – Król wysłał mnie, po coś tutaj… tylko nie powiedział po co… panie… eee Dyroni. – jąka się młody lord.

– Dyroni to imię lordowskiego wija – odpowiada spokojnie mężczyzna, po czym znika w drzwiach prowizorycznej budowli.

Po chwili otwierają się wielkie odrzwia, a w nich ukazuje się czysta, demoniczna, istota czarna jak noc. Nuri wpatruje się w osłupieniu. Rozbłyskują żółte ślepia, a potężny gad zwija swoje skrzydła wielkości domu i opada na ziemię.

– To jest Dyroni – stwierdza stajenny. – Król kazał ją przekazać tobie panie. Co prawda lepiej, żeby nocowała tutaj. W sumie jeśli lord chce, może się na niej przelecieć?

Nuriemu głupio jest odmówić, ale podejrzewa, że jest jedynym wysoko urodzonym, który nigdy nie siedział na wiju. Ostatecznie decyduje się spróbować. Po krótkiej lekcji pilotażu, wsiada i rusza. Ludzie potem opowiadali, że cały obóz był w wymiocinach.

***

– Nuri Quankos – Kruk słyszy głos króla. – Lordzie Quankosie proszę podejść.

Nigdy nie był tak zestresowany jak teraz. Przechodzą go po plecach ciarki. Musi przejść przez czerwony dywan, wśród najwybitniejszych osobistości Xynthialu do prowizorycznego tronu, na którym siedzi Ereitan III. Potem musi uklęknąć i wbić swój miecz w drewniany podest, który jest częścią podłogi w ogromnym namiocie narad.

Nuriemu wydaje się, że dywan ciągnie się w nieskończoność, a wszyscy wytykają go palcami i się z niego śmieją. Zastanawia się, czy nie wygląda komicznie w świeżo sprezentowanej przez króla reprezentacyjnej zbroi. Wewnątrz ogarnia go panika, jedna z tych przy której człowiekowi wydaje się, że zapomina jak się chodzi.

Kiedy już pada na kolano przed władcą, ten się do niego odzywa.

– Za swoją wierną służbę, szlachetną walkę, przełamanie południowego frontu oraz oficjalne zdobycie miasta, ja król przekazuje rodowi Quankos, którego najstarszym żyjącym mężczyzną jest Nuri Quankos: willę, ziemię niedaleko Xyranalu, wija z królewskiej stajni i pięcioletnią pensję wysokości dwustu dukatów.

– Dziękuję panie, to zaszczyt móc ci służyć. – Nuri mamrocze pod nosem formułkę poprzednika.

– Obyś zawsze wiernie służył królowi i ojczyźnie – odpowiada monarcha.

– Fortan ger Nerok! – krzyczy król. – Lordzie Neroku, proszę podejść!

„I już” – myśli sobie Nuri. Ta myśl go uspokaja. Bardzo nie lubi być w centrum uwagi. Szybko wchodzi w zgromadzony tłum lordów. Gdzie oczekują na niego gratulacje poszczególnych autorytetów. Nagle zaczyna sobie zdawać sprawę, że zaczyna lubić bycie w centrum uwagi.

***

Nuri usilnie, przez resztkę wina, próbuje dostrzec dno pozłacanego kielicha. Wydaje mu się to jedyną ciekawą rzeczą, jaką może robić podczas dłużącej się narady.

Początkowo nawet trochę słuchał. Król mówił coś o zdobyciu Deriolu. Pochwalił kilka osób – w tym jego. Wytknął parę błędów, a potem temat przeszedł na oblężenie Istrolu, które tak udane nie było, ponieważ miasto nadal jest w trakcie działań wojennych. Rozmawiano o dalszych planach, kierunkach ofensywy i tego typu sprawach.

Kruk jest wdzięczny wszystkim za to, że nikt nie pyta go o zdanie. W sumie i tak nie wiedziałby co powiedzieć. Właściwie to taka nieformalna narada. To tylko burza mózgów, a właściwie sprawdzeniem czy któryś z „młodych” (czyli takich jak Nuri) lordów, wpadnie na jakiś interesujący i godny uwagi pomysł. Wszystko i tak zostanie ustalone na tajnym spotkaniu, które odbędzie się gdzieś i kiedyś. Tego się mogli jedynie domyślać.

– Myślę, że już wszystko ustalone – głos Ereitana III dobiega do uszu młodego Quankosa. – Czas przejść do istotniejszych spraw.

Król wstaje, wszyscy z zainteresowaniem skupiają na nim wzrok.

– Wóda i dziwki! – krzyczy król tak niespodziewanie, że Nuri aż podskakuje.

Zgromadzeni zaczynają bić brawo, a chłopak w oszołomieniu rozgląda się na boki. Zza kotary wychodzą nagie dziewczęta, każda niosąca duży, kryształowy kielich wypełniony po brzegi przezroczystym płynem. Patrzy na naczynia, ale nie może odgadnąć co jest w środku. Władca wspomniał o wódce, ale kielichy wyglądają na około półlitrowe. Kiedy w końcu naczynie zostaje mu wciśnięte do ręki, i pochyla się nad nim uśmiechająca naga brunetka, o pełnych piersiach i smukłej talii, szkło prawie wypada mu z dłoni. Z przerażeniem patrzy na zgromadzonych: lordów, nauczycieli, dowódców czy magów, często starszych mężczyzn. Dostrzega klepnięcia po tyłkach, czy przytulania. Zdezorientowany zerka na króla, który wykrzykuje: „Za zwycięstwo panowie, dziś świętujemy! Do dna!”. Trzema haustami wypija zawartość i rozbija o drewniany podest misternie rżnięte, szklane arcydzieło. Nuri kilka miesięcy wcześniej ukończył KRK i nie spodziewał się, że podczas narady wojennej, z całą powagą i królewskim majestatem, na jego oczach będzie ogrywała się samobójcza, alkoholowa orgia. Sam zapach tego trunku go odrzucał. Jednak ostatecznie zatyka palcami nos i rozpoczyna mozolną próbę wychylenia zawartości do gardła. W tym samym czasie do jego uszu dochodzi brzęk rozbitego szkła, śmiech dziewczyn i ożywione rozmowy. Kiedy wreszcie opróżnia szkło, dławiąc się wódką, rozbija je o podest. Patrzy w błękitne oczy usłużnie stojącej przed nim brunetki W końcu ta odzywa się do niego uwodzicielkim tonem:

– Słyszałam, że jesteś bohaterem? Może pomóc ci zdjąć zbroję? – Nuri nie słyszy. W jego umyśle kołacze tylko myśl: „Za trzy minuty skończy się dla mnie ta impreza”.

Dziewczyna prawdopodobnie uznaje, że milczenie jest potwierdzeniem. Przystępuje więc do rozbierania chłopaka. Kruk nagle wpada w panikę, ale szybko dochodzi do siebie rozgladając sie nerwowo. Ku swojej uldze dostrzega, że reprezentacyjnych zbroi pozbywają się wszyscy. Rozluźniony wygodniej mości się na krześle. I to jest jedna z ostatnich rzeczy jakie pamięta z tego wieczoru.

***

Patrzy na przykrytą szerokim kapturem, nagą czaszkę. Z oczodołów której „wypływają” kolorowe płomienie.

– Dlaczego… dlaczego jesteś taki? – Pytał Nuri otumaniony pijackim zwidem.

– Martwy? – Pyta Veyrix, po czym wlewa w siebie duży łyk fosforyzującego seledynem napoju. Kruk nie ma pojęcia co on pije, bo co może upijać trupy?

– Dokładnie – odpowiada z trudem chłopak.

– Umarłem. – Stwierdza lisz.

– Aha – Potwierdza, ale zajmuje mu to chwilę, żeby przetrawić wszelkie informacje. – Ale dlaczego żyjesz?

– Przecież nie żyję.

Nuri wpada w konsternację. Jego otumaniony alkoholem umysł wie, że w tej rozmowie wszystko się zgadza, ale jakoś jego prywatne meritum zostało pominięte.

– Żartuję oczywiście. – Dodaje po chwili prawa ręka króla. Nuriemu przychodzi do głowy, że „martwa ręka” pasowałaby bardziej. – Widzisz, lisze są potężnymi magami, którzy w obawie przed śmiercią przeprowadzili potężne rytuały. Ich ciała uległy rozkładowi, nigdy jednak nie obumierają, wspierane magią zamkniętą w duszy, która nie ulatuje przed obliczę Ethnu. Jak już mówiłem ciało jeszcze żyje, przynajmniej hipotetycznie.

– Mądre – kwituje. Chociaż nie rozumie ani słowa, ogólny sens wydaje się mu jasny. Po chwili dopytuje dalej.

– Warto było? Jak długo tak już żyjesz? Ile masz w ogóle lat?

– Żyje już dobre sto trzydzieści pięć lat, w takiej formie siedemdziesiąt. Czy warto było? Z perspektywy wszystkich lat, które już egzystuję, okropności które widziałem, zawodów których doświadczyłem, porażek które mnie dotknęły – to tak. – Stwierdza.

Nuri mysli, że Veyrix uśmiechnąłby się teraz, gdyby tylko miał usta.

– Słuchaj, a jak można się nauczyć tego tam… wiesz. – Bełkocze Nuri

– Wiesz co Nuri? Lubię cię, dlatego powiem ci, że jest pewna księga. – Chłopak zdaje sobie sprawę, że lisz jest już podpity. Nuri miał wcześniej problemy z zauważeniem tego, ponieważ jego towarzysz było bardzo blady.

– Jaka księga?

– Czarna.

– Czarna księga?

– Tak.

– A gdzie znajdę tę księgę.

– No i tu jest problem. Została zamknięta przez valandriolskich arcymagów w piwnicach Wielkiej Biblioteki Królewskiej w Vironolu. Nie oddadzą jej za nic, dlatego niestety – umrzesz. Jest jeszcze inna droga, można czytać przekłady wielkich mistrzów, lecz są one często niebezpieczne albo też nieskuteczne.

Po tym zdaniu czerń znów wlewa się w pamięć Nuriego, pozbawiając go części wspomnień z tegoż wieczoru. Cała rozmowa wydaje mu się jedynie wysepką w morzu alkoholowego upojenia.

***

Nuri budzi się po „naradzie wojennej” z koszmarnym bólem głowy. Jedna myśl zrywa go ze snu o wschodzie słońca, coś co nie daje mu spać. Dość szybko, jak na skacowany mózg, identyfikuje problem i zdaje sobie sprawę, że chodzi o jedną z niewielu rzeczy jakie pamiętał z ostatniego wieczoru – rozmowę o „Czarnej Księdze”. Coś niepowstrzymanie ciągnie go w jej stronę. Może to jego własne tchórzostwo i pragnienie nieśmiertelności? Może to przyjemne wrażenia z poznania nieumarłego? A może odwieczna fascynacja jego najbliższą i jedyną przyjaciółką, która przez całe jego życie, wciąż niespodziewanie je zmieniając, pojawiała się i znikała – śmiercią?

***

Kruk kracze. Siedzi na nagiej skale. Dziobie dwukrotnie suchy kamień i kracze znów. Wzlatuje tuż nad oceanem. Z głębin wyrywają się wiecznie głodne szczęki rozpruwając powierzchnię wody, o milimetry tylko mijając ptaka.

Nuri leci nad nieskończonym morzem, zalewającym całą planetę. Nie wie jak długi czas spędził już w tej sferze. Zdaje mu się, że czas nie płynie. Oprócz pieniących się co jakiś czas pod nim mikrofal, nic nie ulega tu zmianie. Nieliczne, suche skały wystające ponad powierzchnię wody, zawsze są w tym samym kształcie. Powierzchnia wody jest prawie zawsze idealnie gładka. Odbijające wszystko w swojej niezmierzonej toni jak w zwierciadle. Jedynie, gdy stwory wynurzają się z głębin, tafla tylko drga. Nigdy nie pojawiają się żadne chmury czy deszcz. Temperatura nie ulega zmianie, a słońce zawsze wisi wysoko, dokładnie nad nim, i nie opuszcza go ani na krok. Czasem dostrzega w oddali zarysy innych osób, ptactwa czy mistycznych stworzeń. Jednak nie potrafi stwierdzić czy to inni potępieni, miraż czy wytwór jego oszalałego z samotności, pragnienia umysłu.

Chce mu się pić. Niewyobrażalnie. Ileokroć zbliża się do położonej pod nim wody, potworne szczęki wyłaniają się, starając go chwycić. Zetknięcie z nimi to niewyobrażalny ból, taki który żywych ludzi zwykle popycha do samobójstwa.

Nuri zastanawia się czy „oprawcy”, jak ich nazywa, (choć nigdy nie miał pewności, że jest więcej niż jeden) są rzeczywiście jego katami, a nie jedynie uwięzionymi po drugiej stronie piekła, wiecznie głodnymi potępieńcami. Ethnu miał poczucie humoru, zamykając go w ciele kruka, w tym piekle.

Niespodziewanie robi się ciemno, a po chwili ptak zaczyna widzieć więcej. Przypomina mu to czas, kiedy jeszcze jako człowiek gasił światło, a oczy miarowo przyzwyczajały się do mroku, wychwytując coraz to więcej szczegółów. Kiedy to było? – Nie pamięta, ale koszmarnie dawno. Teraz natomiast widzi setki do złudzenia przypominających wpatrzone oczy płomieni, świecących setkami kolorów. Zauważa jednak od razu, że coś się zmieniło. Widzi jakby więcej ma też wrażenie że czuje swoje ręce i dłonie, ale i jednocześnie skrzydła. Czy Ethnu wymyślił mu nową potworną, obłąkaną karę? Na co mógł wpaść umysł tak nieskończenie bystry i obszerny jak jego? Patrzy przez chwilę na swoje dłonie, wydają mu się jakimiś potwornymi kończynami, kamiennymi szponami. Ogląda swoje skrzydła wyglądające jak poskładane z drewnianych belek, szkaradne i pełne okropieństwa, niczym nie przypominające jego poprzednich, pięknie opierzonych i lśniących.

Wtem coś dostrzega, spogląda w dół i zauważa dwa płomienie „wpatrzone” w niego. Widzi po chwili upiorny, trupi zarys, dwukrotnie mniejszy od niego. Spogląda w oczy osobie, która wydaje się być jego pierwszym towarzyszem, od czasu upiornej wieczności, jakiej doświadczał. Uderzenie zwala go z nóg i pozbawia świadomości. Niewyobrażalny ból jakiego doświadczał przy dotknięciu potwornych szczęk oceanu piekła, powraca. Makabrycznym szponami łapie się za swoją kościstą głowę i wyje. Napawa go to obrzydzeniem. Potworny dźwięk dochodzi z jego gardła. Dookoła niego fioletowe barwy błyskają oślepiającym światłem. Groteskwoe szkielety otaczają go ze wszystkich stron. Stara się tego nie dostrzegać. Chce znów być krukiem, nie zasłużył na to. Cokolwiek robił w poprzednim życiu. Na to nie zasłużył. Czerwień zalewa wszystko. Czuje pewną zmianę. Otrzymuje coś na wzór wolności. Jego kąt widzenia zmniejsza się i zapada prawie całkowita ciemność. Znów jest ptakiem. Odlatuje z tego beznadziejnego wybryku Ethnowej rządzy sprawiedliwości. Kiedy już jest kilka metrów nad ziemią, jego duszę przechodzi przenikliwy ból… już wie wszystko. Macha dwa razy skrzydłem, obserwując tysiące płomyków świecących pod nim. Schodzi niżej i znów zmienia się w gigantnyczne obrzydlistwo, złożone z kości i magii. Obserwuje chwilę swoje ręce i patrzy w dół. Dostrzega teraz wyraźnie płomienie w oczach i wszystko pamięta.

– Witaj panie – rozczytuje z feeri barw w magicznym płomieniu.

– Naer… – szepcze, choć nie wierzy, żeby z jego skamieniałej czaszki dochodzi dźwięk.

– Oczekiwaliśmy ciebie, witaj w swoim królestwie. – Oświadcza jego namiestnik, a Kruk znów czuje się Nurim. Teraz nabiera pewności siebie, to miejsce wydaje mu się domem, którego nigdy nie miał. Trafił z piekła wprost do swojego własnego raju.

Trup Nuriego V

– Gdzie ja, kurwa, jestem?! – krzyknęła nagle, budząc Nuriego. Ten zerwał się na równe nogi i przypomniał sobie wydarzenia z wczorajszego wieczoru. – Znam cię. Widziałam cię wczoraj na schodach. Co ja tutaj robię? Dlaczego jestem związana? Co mi zrobiłeś?!

– Po kolei… – zaczął uspokajająco. – Związałem cię dla twojego i swojego bezpieczeństwa. Nic ci nie zrobiłem… Co tutaj robisz? – powtórzył pytanie jakby do samego siebie. – Nie jestem pewien… Po prostu byłem świadkiem… niecodziennych wydarzeń. Widzisz… Wczoraj… zabiłaś człowieka.

Dziewczyna wpatrywała się chwilę w przestrzeń, a następnie spojrzała na Nuriego.

– Kogo? – zapytała wreszcie.

– Nie znam. Był na schodach, kiedy… – zaczerwienił się zawstydzony. – Kiedy spadałem ze… nieważne.

– Ach, to ten gnój, co cię popchnął?

– To on? Byłem pewien, że nikt młodszy nie ośmieli się na taki wybryk.

– Teraz na pewno nie. No, ale dlaczego leżę tu związana?

– Rzuciłaś się na mnie z nożem. Musiałem się bronić; ogłuszyłem cię i przyprowadziłem tutaj.

– A co z trupem? – spytała tak, jakby mordowanie studentów było dla niej czymś na porządku dziennym.

– Spaliłem go na popiół.

– Przykro mi, że ciebie zaatakowałam.

– Byłaś naćpana.

– Ten gnój i tak na to zasłużył. Pomijając nawet to, co zrobił tobie. Próbował mnie zgwałcić.

Nuriemu spadł kamień z serca, kiedy to usłyszał. Nie chciał, żeby dziewczyna, w której się zakochał, była jakąś walniętą psychopatką.

– Rozwiążesz mnie? – spytała nagle.

– Oczywiście. Bałem się, że obudzisz się w nocy i poderżniesz mi gardło – powiedział, po czym odwiązał jej jedną rękę. Aby uwolnić drugą, musiał zawisnąć nad dziewczyną.

– Tobie bym nigdy czegoś takiego nie zrobiła – powiedziała namiętnie, złapała go wolną dłonią za plecy i przycisnęła do siebie, wpijając się w jego usta.

***

Nuri poczuł przyjemny prąd, który przeszedł wzdłuż jego kręgosłupa. Chwilowo go zamroczyło, osłabł, a jego ciało zaczynało ogarniać pełne rozkoszy odrętwienie. Momentalnie cały się rozluźnił i opadł obok nagiej piękności.

– To był twój pierwszy raz? – zapytała.

– Tak… – wysapał z trudem.

– Nie było tak źle – powiedziała z uśmiechem na ustach. – Trochę popracuję nad tobą i będziesz idealnym kochankiem.

Zapadła cisza. Quankos zastanawiał się nad tym, co się właściwie dzieje. Jeszcze kilkanaście godzin temu całe jego życie było nudne i szare, bez perspektyw na poprawę. Potem zdarzył się dziwny wypadek, a następnie był świadkiem morderstwa. Zdał sobie sprawę, że owe dwa trupy przysłużyły się mu bardziej niż cokolwiek innego. Nie potrafił tego zrozumieć, postanowił więc ten fakt zaakceptować. Uznał w dodatku, że jest zakochany i nie powinien analizować takich rzeczy.

– Nidria – powiedziała nagle.

– Słucham?

– Nidria Oreth – powtórzyła. – Tak się nazywam.

– Ach… – zamyślił się. – Nuri… Nuri Quankos.

– Twój ojciec jest lordem magistrem?

– Tak.

Znów zapadła cisza. Tym razem chłopak podniósł się ciężko na ramieniu i popatrzył na piękność leżącą w jego łóżku. Nigdy nie widział nagiej dziewczyny. Nawet nie miał gdzie. Natomiast teraz jedna, o prawie idealnym ciele, leżała naga, związana, w jego łóżku i wykazywała co najmniej zainteresowanie jego osobą.

– Rozwiązałbyś mnie? – spytała retorycznie.

– Oczywiście! – odparł szybko Nuri. – Zapomniałem o tym.

Uwolnił jej kostki i ręce. Właściwie ze swojego pierwszego razu niewiele pamiętał. Dziewczyna rzuciła się na niego, kazała się najpierw rozwiązać, rozebrać, a potem znów związać i „pieprzyć”. Patrzył na jej zjawiskowe, nagie ciało, nie będąc w stanie oderwać wzroku. Nie mógł zrozumieć, jak to się stało, że zakochał się w dziewczynie i następnego dnia wylądował z nią w łóżku. Było to coś, co zawsze zdarzało się komuś innemu.

Patrzył urzeczony, jak się ubiera. Nawet nie chodziło już o to, że było to dla niego coś ekstremalnie podniecającego – chociaż było. Przyglądał się jej z ciekawością biologa, który obserwuje nieznany sobie gatunek zwierzęcia odprawiającego dziwny rytuał.

Nidria ubrała się szybko, wstała i podeszła do biurka. Wyjęła drewniane, ozdobne pudełeczko i wysypała z niego jakiś zielony proszek.

– Masz tu gdzieś jakąś kartkę papieru? – spytała.

– Po co ci?

– Weźmiemy po kresce.

– Co? Żebyś znów chciała mnie zabić?

– Nie! To nie to! Wczoraj wzięłam coś innego, eksperymentalnie. Tamtego gówna nigdy już nie zażyję.

Nuri czytał kiedyś broszurkę o narkotykach i ich zgubnym działaniu: o tym, jak niszczą człowiekowi życie, gdy zaczyna oszukiwać sam siebie, o tym jak trują i zabijają – jednak kompletnie ją zignorował. Głównie dlatego, że narkotyki były dla niego tym, czym dla większości ludzi – czymś, co gdzieś jest, ale nikt nie wie gdzie. Wiedział oczywiście, że studenci z KRK ćpają, ale nie wiedział co, ani kto. Natomiast teraz miał wreszcie okazję posmakować zakazanego owocu, który kojarzył mu się z ludźmi popychającymi słabszych, w tym jego. A jak każdy gnębiony człowiek – chciał gnębić.

– W szufladzie – powiedział, patrząc jej w oczy. Serce zaczęło mu kołatać. Stresował się. – Co po tym będzie?

– Będziesz czuł się lepiej, myślał jaśniej i szybciej, nic nie będzie cię boleć.

– Ciekawe – stwierdził krótko. – Jak się nazywa?

– Goblin – odparła krótko.

– Głupia nazwa – ocenił jak prawdziwy znawca. – Jest w ogóle taki wyraz?

– Teraz już jest – mówiła, rwąc kartkę i odpowiednio ją składając, by powoli uformować rurkę.

Usypała dwie kreski z zielonego proszku i do jednej z nich przyłożyła wetkniętą do nosa papierową rurkę. Po chwili połowa leżącego na stole Goblina zniknęła.

– Twoja kolej – powiedziała, podając zwitek Nuriemu. Zrobił to samo, naśladując dziewczynę.

***

Mimo, że był już na siódmym roku, dopiero teraz, pierwszy raz w życiu, opuścił zajęcia. Wiedział, że ojciec i tak się dowie, ale w tej chwili miał to gdzieś.

Leżeli razem nago, jakby nigdy nic, wpatrywali się sobie w oczy i rozmawiali. Patrzył na jej nagie piersi i na jej cudowną talię. Trzymał swoją dłoń na jej krągłym pośladku i opowiadali sobie nawzajem z nienaturalną szczerością całe życie. Nie wstydzili się niczego. Chłopak wspominał swoją przeszłość, oczekiwania ojca wobec niego czy ich wspólne wycieczki. Szczególnie tę pamiętną, w góry Irnifalii. Nidria natomiast opowiadała mu o swojej rodzinie, o tym, że uczy się magii w żeńskim oddziale KRK. Nadmieniła, że pochodzi z portowego Arxialu, a rodzice kupili jej mieszkanie w Xyranalu. Wszystko, co mówiła, wydawało mu się interesujące, a z drugiej strony chciał się podzielić wszystkim, co przychodziło mu na myśl. Rozmawiali tak, nie licząc godzin, które płynęły niezatrzymanie.

Nagle blondynka rzuciła propozycję, żeby udać się do niej, na co Nuri ochoczo przystał. Kiedy tak szli przez kampus KRK, trzymając się za ręce, napompowani mieszanką narkotyków i miłości, chłopak czuł niewyobrażalne wcześniej szczęście. Nie pamiętał żadnych trosk ani zmartwień, które nękały go jeszcze dobę wcześniej.

***

Kolejny akt miłosny wprowadził w osłupienie organizm Nuriego bardziej niż jego samego. Z jednej strony on – siedemnastoletni prawiczek, zawsze bez przyjaciół, zawsze samotny, pozbawiony osoby, która mogłaby go wesprzeć, z ojcem wymagającym rzeczy, które wraz z jego dorastaniem okazywały się niemożliwe do wykonania. Natomiast z drugiej ta piękna blondynka – o ponętnych kształtach, i jednocześnie ćpunka, która nie wiadomo dlaczego, wybrała akurat jego – dawała mu wszystko. Czuł, że ona rozumie go lepiej niż ktokolwiek inny kiedykolwiek, a przecież znali się ledwie kilkanaście godzin. I to zrozumienie nie wynikało z faktu, że była jego pierwszą kobietą, ale że akceptowała go takim, jakim jest.

– Nad czym tak myślisz? – spytała nagle. Siedział na krańcu łóżka i wpatrywał się w ścianę. Rozkoszował się tą sytuacją, chwilą, czymkolwiek, co wyrywało go z dna, za jakie uważał własne życie.

– Kocham cię.

Zachichotała i spojrzała mu w oczy, jakby czekając, aż się uśmiechnie. Jednak on nadal po prostu patrzył.

– Znamy się dość krótko.

– To nic zobowiązującego.

– Jak to?

– Po prostu twoje pojawienie się uświadomiło mi, jak bardzo moje życie jest beznadziejne. Nigdy nie miałem przyjaciół ani możliwości, by choć dotknąć kobiety. Zresztą, co ja gadam, chociaż z nią porozmawiać. Podzielić się emocjami. Kiedy tylko cię ujrzałem, tam na schodach do gmachu, pomyślałem sobie: „Zabiłbym się dla takiej dziewczyny”. Teraz kiedy ciebie widzę – najwspanialszą piękność, jaką kiedykolwiek cieszyły się moje oczy – wiem, że byłem głupi i słaby. Wiem, że teraz powinienem stwierdzić: „Zabiłbym dla takiej dziewczyny”. Moje życie to pasmo porażek i dopiero ty pomogłaś mi uświadomić sobie, że nie zawsze tak musi być. Dotarło do mnie, że może nadejść czas, kiedy to ja będę kreował środowisko dookoła mnie, a nie jedynie się do niego dostosowywał.

– Masz trochę racji – powiedziała z zamyśloną miną. Nuri obserwował jej oczy, choć tak naprawdę obserwował kątem oka kształtną pierś unoszącą się wraz z każdym oddechem. Cieszył się, że wreszcie znalazł osobę, która nie tylko go słucha i rozumie, ale z którą znalazł wspólny język.

– Walniemy kreskę? – zaproponowała nieoczekiwanie, jakby przypomniała sobie o czymś ważnym.

Nuri posmutniał, ale gdy spojrzał znów na jej nagie piersi, doszedł do wniosku, że w sumie nie jest tak źle.

***

– Nie żyje – dociera do uszu Nuriego.

Początkowo czuje dziwne, przyjemne odrętwienie, ale w momencie, gdy chce choćby dać znać swoim ciałem, że żyje, łapie go potworny ból.

Każdy jego mięsień zaczyna drgać, a setki informacji o uszkodzonych tkankach płyną połączeniami nerwowymi do mózgu.

– Porusza się – słyszy inny głos. – Oddycha! Żyje!

Nieskutecznie próbuje otworzyć oczy. Przez półotwarte powieki dostrzega tylko zarys dwóch postaci; po chwili w większej odległości pojawiają się inne. Paraliżujący ból przeszywa jego ciało.
– Niemożliwe, że to przeżył – mówi pierwszy głos, który teraz wydaje się jakiś dziwny, w pewien sposób martwy i kościsty.

– Quankosi zawsze przeżywają. Twardy ród. Może i mało liczny, ale od pokoleń niemożliwy do wybicia – mówi drugi. – Niewątpliwie to jego miecz tkwi w trzewiach namiestnika Deriolu.
Nuri, wyrywany przez ból i zmęczenie poza świadomość, podnosi rękę w stronę głosów.

– Ulecz go – kontynuuje drugi głos. Po kilku sekundach krzyczy, w jego tonie słychać osobę, która często wydaje rozkazy. – Ulecz go, durniu!

– Już! Oczywiście, panie! – odpowiada ten brzmiący martwo.

Błękitne światło przesłania Nuriemu i tak już zamazany i ledwo majaczący widok. Kilkanaście sekund później czuje ulgę, jednak nadal nie może na niczym skoncentrować wzroku.

– Gratulacje, chłopcze – zwraca się do niego głos. Chaos, jaki następuje w głowie chłopaka, uniemożliwia identyfikację. – Zostałeś bohaterem. Należy ci się nagroda.

– Zdejmij z niego zbroję – dodaje po chwili.

Kruk czuje szarpnięcie. Ból przechodzący przez ciało wzmaga się.

– Nie tak, durniu! Magią! – krzyczy znów ten sam głos.

Feeria barw ponownie go oślepia. Ogarnia go przyjemny chłód, a jedynie od czasu do czasu ma wrażenie ciepła we wszystkich członkach. Czuje, jak jego umęczone, skatowane ciało, w niektórych miejscach unieruchomione uszkodzoną zbroją, jest masowane magią delikatnie niczym podmuchem wiatru. Pomimo bólu powoli ogarnia go relaksująca senność. Odpływa w kojącą krainę nieprzytomności.

***

– Witaj, mój chłopcze – dobiega go dziwnie znajomy głos; ten sam, który zdawał się być jedynie nocną marą. Nuri otwiera powoli zaspane oczy i patrzy na stojącą nad nim postać. Identyfikuje ją jako Ereitana III Xynthię – króla Xynthialu.

– Królu? – pyta zaspanym głosem.

– Osobiście przyszedłem sprawdzić, jak się czujesz – mówi z uśmiechem władca.

– Wydaje mi się, że… dobrze. Właściwie, to zadziwiająco dobrze! – Chłopak zrywa się z łóżka i pyta zdezorientowany – Co się stało?

– Panie? – słyszy głos, drugi, jakby kościsty. Kruk nie traci wrażenia, że głos ten jest w pewien sposób martwy. Kiedy tylko postać wchodzi do namiotu, domyśla się dlaczego. Stoi przed nim lisz.

– Słucham cię, Veyrixie – król przemawia spokojnym tonem.

Lord Arestog prosi o jak najszybszą audiencję. Mówi, że jest to dla niego bardzo pilne i ważne.

– Naraal?

– Neriv. Lord Naraal nie żyje od pięciu lat.

– Gdzie jest?

– Przed królewskim namiotem.

– Dobrze, już do niego idę. Ty tymczasem odpowiedz na pytania lorda Quankosa.

Nuri początkowo nie jest pewien, czy rozmowa dotyczy jego czy ojca. Musi minąć ułamek sekundy, zanim odkrywa, że to o nim mowa. Momentalnie czuje dumę, że jest tytułowany przez samego króla lordem, a przecież liczy sobie ledwo osiemnaście lat.

– Veyrix Duren, prawa ręka jego królewskiej mości – mówi lisz, wyciągając w stronę chłopaka swoją pozbawioną skóry i mięśni dłoń. Ten waha się, ale ostatecznie ją ściska.

– Nuri Quankos – mamrocze nieśmiało. Widok postaci zbudowanej z kości połączonych magią, której oczy płoną dziwacznym, różnobarwnym światłem, jest krępujący. Zapada kilkusekundowa cisza, którą przerywa lisz:

– Tak więc może zacznę od przekazania przykrych wieści. Lord Serik Quankos wczorajszego dnia oddał swoje życie ku chwale ojczyzny. – Brzmi to dumnie, jednak w jego tonie nie ma ani krzty żałoby. Właściwie mówi to tak, jakby przekazywał: „Bezpiecznie wrócił do domu i jest szczęśliwy”. – Król powinien być tu osobiście, jednak z racji tego, że ma dziś setki spraw na głowie, musiał przysłać mnie. Lord Arestog to tylko wymówka, setki innych chce się z nim spotkać. Musisz mi, chłopcze, opowiedzieć wszystko, o tym, co wydarzyło się wczoraj.
Nuri w kilku zdaniach streszcza, jak to sforsował front przy południowej bramie, a następnie prowadząc biegnących za nim przypadkowych ludzi, wprowadził ich do samego Złotego Pałacu, gdzie w samobójczej misji udało mu się zabić lorda-namiestnika Deriolu. Następnie z trudem przypomina sobie uderzenie zaklęcia i moment, kiedy uniósł się w powietrzu, a wszystko finalizuje doznaniem czarnej luki w pamięci.

– Wpadłeś na drewnianą ścianę wieży kościoła ethnustów. Budynek pod wpływem wybuchu przechylił się, a ty zsunąłeś się i wylądowałeś w miękkim błocie. Wyczerpałeś już chyba swój limit szczęścia. Ethnu musi nad tobą czuwać – dopowiada lisz. – Ostatnie punkty oporu zostały złamane godzinę po zabiciu lorda-namiestnika, potem zaczęło się poszukiwanie rannych. Kiedy zameldowano królowi o mieczu rodziny Quankosów, nasz pan był pewien, że to twój ojciec tego dokonał, jednak znaleźli się świadkowie, którzy mówili, że zginął z rąk jakiegoś kowala, zanim jeszcze pierwsza fala dotarła do murów. Dlatego musieliśmy wypytać cię o okoliczności.

– Tak, to ja zabiłem lorda-namiestnika – stwierdza Nuri.

– Dlatego jesteś zaproszony jutro wieczorem na zebranie rady lordów. Zbroja i miecz dla ciebie będą gotowe rano i przyniesione tutaj.

Osiemnastoletni młody lord Quankos, słysząc te słowa, czuje jak serce bije mu szybciej. Do niedawna żył w przekonaniu, że przez następne lata będzie patrzeć w oczy swojego ojca, zażenowanego jego postawą, że nigdy mu nie dorówna ani umiejętnościami, ani zasługami. Zaproszenie na zebranie rady lordów samo w sobie stanowiło ogromne wyróżnienie, a to dopiero początek lawiny nagród i zaszczytów. Szkoda tylko, że ojciec nie dożył tej chwili, momentu chwały własnego syna.

Rozmawia jeszcze kilka godzin z Veyrixem. Początkowo dyskutują o bitwie i jej przebiegu oraz o dalszych planach ofensywy Xynthialu – teraz Nuri jest człowiekiem, przed którym, wedle prawa, nie trzeba ukrywać spraw państwowych. Kruk szybko oswaja się z obecnością nieumarłego, a sama rozmowa zaczyna go w niewyjaśniony sposób fascynować.

Trup Nuriego IV

Stanął jak wryty. Zbladł. Niewątpliwie ujrzał najpiękniejszą kobietę w swoim życiu. Wydawała się idealna: piękne oczy, miękkie, lekko pofalowane blond włosy. Patrzył jak zahipnotyzowany na jej długie, zgrabne nogi, których zarys przebijał się przez wąskie, tkane spodnie. Podziwiał jej obfite piersi wyeksponowane przez głęboki dekolt. Spojrzała na niego i obdarzyła przelotnym uśmiechem. Jej spojrzenie miało jakiś tajemniczy, uwodzicielski poblask, jakby oznajmiało: „kochasz mnie”. Poczuł fale ciepła rozchodzące się po ciele jak po mocnym alkoholu, który podkradł kiedyś z ojcowskiego barku.

I nagle… zobaczył schody z bliska. Promienisty ból u nasady nosa na chwilę go otępił. Leżał na schodach, a na białym marmurze zaczęły pojawiać się czerwone krople.

– Kra! Kra! Kra! – usłyszał za sobą prześmiewcze krzyki.

Banda gówniarzy z młodszych roczników biegała dookoła, kracząc i symulując machanie skrzydłami. Spojrzał na miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stała jego bogini, ale teraz było puste. Zażenowany wstał i ruszył szybkim krokiem w stronę internatu. Rzucił jeszcze okiem na stojącą na schodach hałastrę – gnojki mogły się z niego wyśmiewać, ale żaden nie odważyłby się go tknąć. Nie potrafił powiedzieć, któremu zawdzięcza upadek.

Przypomniał sobie Neriva Arestoga, który skończył szkołę dwa lata wcześniej. Jak on tego człowieka nienawidził! Był uosobieniem wszystkiego, czego Nuriemu brakowało. Nie dość, że walczył i czarował jak demon, to jeszcze imponował skromnością. Niewielu uczniów podczas tradycyjnej walki z mistrzem potrafi choćby dosięgnąć ciosem swojego nauczyciela. Młody Arestog to zrobił. I pokonał mentora. Potem zrobił krok dalej i rzucił wyzwanie: on przeciwko trzem mistrzom. Mówiono, że co prawda Neriv był zdolny, ale nikt w Xynthialu, a nawet i w Eestirii, nie podołałby temu zadaniu. Potem jednak wszyscy przecierali oczy, w zdumieniu patrząc, jak syn słynnego lorda, Naraala Arestoga, kładzie jednego mistrza po drugim. Pisano o tym w gazetach w całym Xynthialu.
Kolejnym powodem nienawiści Nuriego było powodzenie Neriva u dziewczyn. Nie dość, że przystojny i inteligentny, to jeszcze skromny; niewiele było dziewczyn w szkole, ale wszystkie się w nim kochały. Natomiast mężczyźni czuli do niego dziwną mieszankę szacunku i strachu. Tam gdzie pojawiała się owa „legenda”, zawsze znajdował się ktoś gotów zrobić dlań wszystko tylko po to, by choć przez chwilę pławić się w blasku bohatera.

Młody Arestog często ignorował takie adoracje. Wydawało się, że zawsze mówi to, co myśli, a mimo to sprawiał wrażenie człowieka w pewien sposób odizolowanego od innych. Zawsze też patrzył w oczy, kiedy z kimś rozmawiał, wpatrywał się swoimi unikalnymi, fioletowymi tęczówkami tak, jakby szukał czegoś w ludzkiej duszy. No i był ulubieńcem ojca Nuriego – Serika. Lord Quankos, gdy tylko odkrył talent Neriva do walki, został jego osobistym trenerem i często spędzał z nim więcej czasu niż z własnym synem. Nuri nienawidził za to zarówno ich obu, jak i samego siebie – widział, że ojciec wolałby mieć za syna właśnie młodego Arestoga, a nie jego, łamagę i tchórza.
Zawsze chciał być jak Neriv i teraz poczuł, że jeśli czegoś nie zrobi, to jego życie nigdy się nie poprawi. Stanął, obrócił się w miejscu, wskazał palcem na jednego z gówniarzy i krzyknął:

– Zapłacisz mi za to, gnojku!

Zapadło milczenie, wszyscy naraz obrócili się i spojrzeli w stronę młodego Quankosa. Zaraz potem ryknęli śmiechem. Nikt nie krył się z okazywaniem Nuriemu, za jakiego śmiecia jest uważany.

– I co mi zrobisz?! – krzyczał gnojek, rechocząc. – Zakraczesz mnie na…

Urwał nagle w połowie zdania. Śmiechy jeszcze chwilę trwały, ale dzieciak stał jak sparaliżowany. Złapał się za klatkę piersiową, otworzył szeroko usta, kaszlnął krwią i padł martwy na marmurowe schody prowadzące do głównego holu Królewskiej Szkoły Rycerskiej w Xyranalu.

***

– Jakiego użyłeś zaklęcia? – zapytał lord Aerlim, który był dyrektorem Królewskiej Szkoły Rycerskiej w Xyranalu.

– Żadnego.

– Ja właściwie nawet nie znam takiego zaklęcia – powiedział lord Parfi.

– Ja także nigdy o takim nie słyszałem – dodał lord Vyro. – Wygląda na to, że dzieciak padł na zawał i tyle. Miał słabe serce, pękło mu. No cóż… Zdarza się.

Nuri siedział przed komisją pedagogiczną podejrzany o zamordowanie jednego z uczniów. Sprawa wyglądała na wygraną. Nuriemu – według świadków – nie zapłonęły oczy, nie krzyknął żadnego dziwnie brzmiącego słowa ani nie robił jakichś unikalnych magicznych gestów. W dodatku nikt nie znał zaklęcia, które powodowałoby atak serca.

– Zdarza się? – zwrócił się Aerlim do Vyro – Ja nie pamiętam zbyt wielu przypadków, żeby trzynastoletni chłopak nagle zszedł na zawał, stojąc na schodach.

Z racji powiązań rodzinnych i możliwego nieobiektywnego podejścia do sprawy lord Serik Quankos został wykluczony z posiedzeń rady.

– Nie mówię, że często, ale bywają takie wypadki – tłumaczył się mistrz.

– Nie mogę wierzyć ci na słowo, chłopcze – dyrektor zwrócił się teraz bezpośrednio do Nuriego. – Jednak nie mogę uznać, że w jakikolwiek sposób przyczyniłeś się do śmierci chłopaka, ponieważ nie ma na to najmniejszego dowodu. Świadkowie zeznali, że nie znaleźli śladu użycia magii, tak więc nie możemy cię uznać za winnego śmierci… Jak mu tam?
Zapadła krótka cisza, mistrzowie popatrzyli sobie po kolei w oczy, ale żaden nie mógł sobie przypomnieć imienia ani nazwiska biednego chłopca.

– Eh… Tak czy siak, na zdarzenie niewątpliwie wpłynął słaby stan zdrowia ofiary – stwierdził Aerli, a jego wypowiedź brzmiała oficjalnie. – Proszę znaleźć mi imię i nazwisko tego biednego chłopaka, a tymczasem nadzwyczajne obrady komisji pedagogicznej uważam za zakończone.

***

Podczas krótkiej drogi z gmachu głównego KRK do swojego pokoju w internacie Nuri zauważył dziwną zmianę. Nikt teraz nie szeptał za jego plecami, nie słyszał też przytłumionych śmiechów. Początkowo tego nie zauważał, ale kiedy nie musiał obchodzić szerokim łukiem grupki młodszych uczniów – po prostu rozstąpili się przed nim – był zszokowany. Co prawda jeden chłopak wpadł na niego na korytarzu internatu, ale natychmiast zbladł i uciekł.

Kiedy wszedł do pokoju, zapalił świecący klejnot i w fioletowej poświacie spojrzał na swoje odbicie w lustrze. Uśmiechał się. Zaczynał rozumieć: ktoś puścił plotkę, że Nuri zabił chłopaka, wskazując na niego palcem i bez używania magii. Teraz ludzie podejrzewają, że ma jakieś zdolności parapsychiczne, więc boją się go. Poczuł się tak, jak Neriv musiał czuć się zawsze – dumny z siebie. Duma go wręcz rozpierała. Śmierć gnojka pomogła mu odzyskać szacunek do samego siebie i stać się bardziej pewnym siebie. Wreszcie zauważył w sobie człowieka. Wyprostował się i pierwszy raz od tygodni postanowił wieczorem wyjść z pokoju.

Nuri spojrzał na przebijający się przez chmury biały księżyc – Naer – i ruszył w kierunku sąsiadującego z kampusem KRK ogromnego, sztucznego parku. Miał on ciągnące się kilometrami, splątane alejki, na których nie trudno było się zgubić. Uczniowie często zapuszczali się na nieznane tereny tego parku, organizowali w nim imprezy i nielegalnie pili alkohol lub zażywali coś, co akurat było modne.

Po kilku krokach Nuri wciągnął do płuc powietrze: uwielbiał charakterystyczny zapach pierwszych dekarów pory demona. Po kilkunastu metrach skręcił z głównej ścieżki w prawo. Lekka mgła unosiła się nad trawą i robiło się coraz chłodniej. Mimo wszystko miał ochotę iść dalej – rześki wiaterek i to, że pierwszy raz od dłuższego czasu nie gnił w swoim pokoju, dawało mu siłę. Teraz kiedy miał ochotę spacerować po zielonym parku, chciał to wykorzystać, zamiast siedzieć w zamknięciu tych samych czterech ścian. Gdzieniegdzie słychać było imprezujących uczniów, którym prawdopodobnie spadająca temperatura nie robiła już różnicy. Wraz z gęstniejącą mgłą widoczność malała coraz bardziej, a młody Quankos zaczynał się powoli obawiać, że mógłby nie znaleźć drogi powrotnej do internatu.

Kiedy już miał zawracać, zobaczył zarys dwóch postaci. Usłyszał damski głos, który zdawał się krzyczeć. Odruchowo schował się za drzewo i z nieznanego sobie powodu obserwował przebieg wydarzeń. Wytężył wzrok i dostrzegł dziewczynę, która popchnęła stojącego obok chłopaka. Nie potrafił ich zidentyfikować, ale zdawało mu się, że oboje są z jego szkoły. Coś błysnęło w jej ręku, a druga postać złapała się za szyję i upadła. Pokierowany impulsem rzucił się w stronę rannej osoby. Nie potrafił zrozumieć, dlaczego to zrobił, ale kiedy się zbliżył, stanął jak sparaliżowany. Leżący na ziemi chłopak był jednym z tych gnojków, którzy stali rano na marmurowych schodach. Miał poderżnięte gardło.

Blondynka natychmiast się do niego odwróciła i Nuri zauważył od razu trzy rzeczy: z noża w jej dłoni kapała świeża jeszcze krew, zza rozszerzonych, dziewczęcych źrenic nie widać było tęczówek i była to ta sama piękność, w której zakochał się od pierwszego wejrzenia tuż przed porannymi wydarzeniami.

Przez chwilę patrzyli sobie w oczy, po czym dziewczyna skoczyła w jego kierunku z nożem. Nuri zrobił odruchowy unik i rzucił w nią zaklęcie uderzenia – jedno z najprostszych, mierząc w bok. Blondynka padła na ziemię, jednak wydawało się, że nic nie poczuła. Oniemiały patrzył chwilę na uśmiechającą się przerażająco napastniczkę podnoszącą się z ziemi. Zaczynał powoli przypominać sobie zaklęcia, w których ostatecznie nie był taki zły, po czym zebrał w sobie siłę i wyciągając rękę w stronę jej głowy, urzeczywistnił zaklęcie chwilowego pozbawienia przytomności. Blondynka nagle jakby zmiękła i padła na ziemię.

Nuri wpatrywał się przez sekundę, nie mogąc zrozumieć, co się wydarzyło. Miał swoje spokojne, nudne życie i nagle ktoś umiera na schodach, potem dziewczyna, w której właśnie się zakochuje, zabija kogoś w lesie, a on sam musi z nią walczyć o życie. Tego dnia widział więcej ciał niż w całym swoim dotychczasowym życiu. Co gorsze, zastanawiał się, co dalej. Postanowił wybrać najbardziej emocjonalne, głupie i niebezpieczne wyjście. Wyjął z ręki morderczyni nóż i położył go na martwym ciele chłopaka, którego z kolei podniósł i przeniósł kilkanaście metrów od ścieżki. Tam położył go w krzakach ukrywając pomiędzy drzewami. Przykląkł i zaczął medytować. Przeprowadzał rytuał, który miał zdecydowanie zwiększyć moc zaklęcia, którego chciał użyć. Nie miał talentu do magii, był po prostu przeciętny, ale nauka w KRK wiele go nauczyła. Czuł, jak energia zaczyna dookoła niego falować i wibrować, jak jej pozaziemskie cząsteczki wirują dookoła niego. Skupił zaklęcie ognia na nożu i patrzył jak szybko zaczyna on świecić, a po chwili rozpuszcza się na zwłokach chłopaka i w końcu je podpala. Pomimo męczącej medytacji przeprowadzanej w połączeniu z dość silnym jak na niego zaklęciem nie odpuszczał i utrzymywał koncentrację tak długo, aż po ciele, ubraniu i butach pozostał jedynie popiół.

Następnie wstał i wrócił do dziewczyny. Nie wiedział, co z nią zrobić – pozbawiona przytomności mogła w nocy zmarznąć, a nawet umrzeć. Gdy podjął decyzję, wziął ją pod ręce i powoli zaczął ją prowadzić w stronę uczelni. Po zaledwie kilkudziesięciu krokach lunął sążnisty deszcz. Nuri był przerażony i zszokowany, jednak szedł z piękną blondynką przez park. Nie wiedział, ile mu to zajęło czasu – poruszali się w ślimaczym tempie. W końcu ujrzał budynek.

Była już późna noc, więc w recepcji, jak zwykle o tej porze, nikogo nie było. W takiej sytuacji należało zadzwonić magicznym kryształem, aby po wylegitymowaniu się móc wejść. Kiedyś, na drugim roku, Nuri znalazł na ziemi klucz do głównych drzwi; wiedział, że kiedyś mu się przyda. Teraz był jego zbawieniem. Po cichu przemieszczali się przez korytarz, aż w końcu znaleźli się bezpiecznie w pokoju. Położył piękną blondynkę na swoim łóżku, na wszelki wypadek ją przywiązał, a następnie sam położył się na podłodze. Czego nie robi się dla miłości?

***

Nad miastem niespodziewanie pojawia się błękitna bańka. Pierwszy nieudany punkt ofensywy na Deriol. Mimo wszystko wszyscy prą naprzód. Ich zadaniem jest uderzyć na to valandriolskie miasto od południa. Zdjęcie potężnej magicznej bańki może wiązać się z opóźnieniem w ataku, lecz stworzenie wyłomu trwa czasami kilka minut, a czasem dni. Oni jednak poruszają się naprzód. Jeden z wyłomów w murach jest już widoczny; przelatujący w pierwszej fali wijów magowie zrobili go, żeby wojska idące z tyłu miały ułatwione zadanie. Taki był plan Ereitana III Xynthii – wysłać najpierw elitę głównie na wijach, rzadziej konno i utorować drogę. Magowie tego oddziału mają za zadanie w każdy możliwy sposób ułatwić walkę regularnym wojskom: stworzyć wyłomy w murach i zniszczyć strategiczne miejsca obronne, takie jak baszty czy zbrojownie. Natomiast wojownicy i rycerze mają ich bronić i zrobić wszystko, by tamci mogli wykonać swoje zadanie.

Młody Quankos idąc pośród oddziałów zmierzających do południowego wyłomu, obserwuje, jak zamknięta w błękitnym polu siłowym pierwsza fala dramatycznie walczy o życie. Nuri należał do drugiej fali czyli południowej dywizji głównych wojsk, które powoli podchodzą pod mury i czekają. On sam patrzy na północ, gdzie stoi główna armia. Arcymagowie zaczynają odprawiać tam swoje rytuały, które mają na celu zniszczenie bańki.

Wszyscy xynthialscy żołnierze patrzą ze zniecierpliwieniem, jak kilku kolejnych największych magów Kraju Trupów zawodzi, próbując zdjąć tę bańkę, natomiast po jej drugiej stronie kwiat xynthialskich żołnierzy pada jeden po drugim podczas zmasowanego kontrataku Valandriolu. W końcu pojawia się jeden mag, łysawy i ubrany w czarną togę, i odpycha arcymaga odprawiającego potężny rytuał. Robi kilka dziwnych gestów, jego oczy zaczynają płonąć błękitem, a z dłoni unoszą się delikatne opary magii widoczne jako połączenie mgły z iskrami. Przykłada ręce do bańki i pole siłowe bezdźwięcznie znika. Następuje cisza. Nuri odwraca wzrok i patrzy na mury obsadzone magami i rycerzami Deriolu.

Nagle ognista kula wbija paru Xynthialczyków w ziemię, a eksplozja rozrywa ciszę. Nuri słyszy wybuchy ze wszystkich stron: zarówno od północnej strony, niedaleko siebie, jak i przy murach obrońców. Obie strony wymieniają się magicznym ogniem, a wojownicy – głównie ci zamożniejsi z antymagicznymi amuletami – rzucają się do ataku. Czasem eksploduje pod nimi ziemia, innym razem obryzgują ich flaki tych, którzy przed chwilą stali obok. Ci, których stać na amulety, są niewrażliwi na magię – ich celem jest jedynie, żeby powstrzymać wojowników nadbiegających z naprzeciwka.

Potężny dźwięk szczęku metalu dochodzi do uszu Nuriego – to dwa fronty wojowników starły się ze sobą. Młody Quankos obserwuje, jak powoli zawalają się mury ze stojącymi na nich obrońcami. Xynthial ma zdecydowaną przewagę liczebną i lepiej wyszkolonych żołnierzy. Odkąd nikt nie musi pracować w polu, coraz więcej młodych mężczyzn lgnie do wojaczki. Kilka minut minęło od zniknięcia bańki, a już niektórzy napastnicy zaczynają wspinać się po gruzowisku powstałym z murów.

Nuri wyrywa się naprzód. Biegnie, ile sił w nogach, ponieważ stojąc na wolnej przestrzeniza bardzo naraża się na atak. Gdyby stał tam jeszcze kilka sekund, zostałby rozerwany przez wybuch, który starł z powierzchni ziemi stojących obok niego rycerzy. Wokół trwa szał eksplozji. Valandriolczycy zmieniają taktykę – niszczą wszystko. Nuri biegnie nieprzerwanie naprzód, a w końcu pada i zaczyna się czołgać. Ma jeden cel: chce udowodnić ojcu swoją wartość.

Pobliski wybuch pozbawia go przytomności.

***

Cegła z walących się murów Deriolu spada na Nuriego i odbija się od metalowego hełmu na głowie. Powietrze jest gęste od wyładowań magicznych. Nuri nie widzi żadnego sposobu, w jaki mógłby ujść z życiem z tej śmiertelnej pułapki. Wał, który utworzył się z gruzowiska, topnieje, a podniesienie głowy choćby o kilkanaście centymetrów wiąże się z nieuchronną śmiercią. Utknął. Jedyne co pozostaje, to skulenie się i liczenie na cud.

Wał niknie w oczach, a zaklęcia wydają się coraz bardziej niebezpieczne. Kolory mieszają się ze sobą, tworząc piękny, tętniący pełną paletą barw morderczy wir.

– Zabiją mnie tutaj… – szepcze do siebie skulony z przerażenia Nuri – Zabiją mnie…

Świadomość nadchodzącej śmierci sprawia, że zaczyna myśleć o ojcu, który wprawdzie gardzi nim ze wzajemnością, ale jest jedyną bliską mu osobą. Gdzie on teraz jest? Był w pierwszej fali, więc prawdopodobnie już nie żyje. Nuri dziwi się, jak bardzo jest mu to obojętne. Czy ojciec byłby z niego dumny? Czy śmierć podczas bitwy, gdy leży się skulonym gdzieś na wałach, modląc się o cud, jest śmiercią chwalebną? Czuje do siebie wstręt, ale po chwili ogarnia go furia. „Żyłeś, jak zwierzę i popychadło, chociaż zgiń jak człowiek!” – krzyczy do siebie w myślach. Jest już tak pewien własnego końca, że to czy przeżyje wydaje mu się obojętne W końcu świadomość śmierci i strach przed nią staje się nieznośny.. Wstaje z gruzowiska z zamkniętymi oczyma i rusza prosto w fale magicznego chaosu.

Cisza.

Nuri powoli otwiera oczy. Myślał, że ujrzy jakieś niebo, ewentualnie piekło dla tchórzy. Jednak widzi jedynie plecy magów w barwach Valandriolu, którzy odchodzą niespiesznym krokiem. „Dlaczego mnie nie zabili?” – zastanawia się Nuri. „No, dalej! Zabijcie mnie teraz, kiedy jestem gotowy!”. Oni jednak idą, nie odwracając się za siebie. Buzująca w ciele chłopaka adrenalina zaczyna zmieniać swoje ukierunkowanie. Podświadomość impulsywnie podpowiada Quankosowi, że ci oto magowie drwią z niego i nie chcą dać mu tego czego w tej chwili żąda – śmierci. Ogarnia go żądza krwi, wpada w furię, wyjmuje z pochwy miecz z wygrawerowanym błękitnym okiem i biegnie ile sił za swoimi niedoszłymi zabójcami. Wszystko widzi jak przez mgłę. Jednemu wbija miecz w plecy, wyszarpując go wraz z żebrem, innego tnie w szyję aż po kręgosłup. Magowie zaczynają reagować, ale Nuri robi unik i topi ostrze w kolejnym ciele.

Nagle zdaje sobie sprawę, że leży przy nim dziewięć trupów, a dookoła wiwatuje kilkudziesięcioosobowy tłum xynthialskich żołnierzy. Wiwatują na jego cześć. Dokonał niemożliwego – zabił kogoś w chwalebnej walce i przeżył. Czuje coś, czego nigdy nie doświadczył: mieszankę euforii i dumy, a nawet wrażenie własnej niezniszczalności. W głowie kiełkuje mu świadomość pewnej idei. Czegoś, co mógłby zrobić, żeby spełnić odwieczne marzenie Serika. Odwraca się w stronę legendarnego, złotego pałacu – zdobędzie miasto! Zabije lorda – namiestnika i tym samym zdobędzie miasto.

***

Chociaż płuca krzyczą o litość, Nuri nie zatrzymuje się i z uporem brnie przed siebie w stronę stromych schodów. Podąża za nim kilkunastu rycerzy, magów i wojowników; niektórzy należą do rozbitków z pierwszej fali, inni towarzyszyli chłopakowi u stóp zniszczonych murów. Wszyscy oni brali udział w szaleńczym maratonie za mężczyzną w zbroi z wymalowanym błękitnym okiem na piersi i plecach.

Nuri czytał już wcześniej o Złotym Pałacu Deriolu – legendarnej budowli, której twórcy nigdy nie zostali zidentyfikowani. Nie wiadomo nawet, kiedy powstała. Cały kompleks składał się z trzech kamiennych półpierścieni połączonych mostem z dużą, idealnie okrągłą platformą osadzoną na kilkunastometrowych filarach, na których wznosił się Złoty Pałac. Same półpierścienie od wewnętrznej strony były rozchodzącymi się na wszystkie strony schodami, natomiast od zewnętrznej łączyły się kładką z główną platformą. Sam twór intrygował wszystkich badaczy Eestirii, ponieważ był to jedyny taki obiekt, nie licząc Zamku Królewskiego w Xyranalu. To, co było najbardziej specyficzne i tajemnicze w tej budowli, to fakt, że była niezniszczalna. Nigdy nie udało się jej nawet zarysować. A ostatecznie wszystko to wyglądało jakby ktoś próbował sobie to jedynie wyobrazić. Oprócz pyłków naniesionego kurzu i drobnego piasku schody, półpierścienie i platforma były idealnie szare, sam pałac natomiast pozostawał jednolicie złoty. Jedyny wyjątek stanowiły rubinowe, szmaragdowe i turkusowe fragmenty udające szlachetne klejnoty. Całość sprawiała wrażenie ulepionej boskim, niewidocznym spoiwem, a fakt, że budowla nie rzucała cienia sprawiał, że stawała się ona tym bardziej tajemnicza.

Właśnie po tych niezniszczalnych, dziwacznie szarych schodach wspina się Nuri, prowadząc xynthialskie wojska na szczyt – do samego Złotego Pałacu. Euforia i chęć triumfu dodaje mu lekkości i pomimo dość ciężkiej zbroi, nie czuje zmęczenia. Przeskakuje ostatnie kilka schodów i staje jak wryty: na ogromnej platformie stoi zebrane wojsko. Któryś z valandriolskich magów szybko reaguje i pomarańczowy blask wżera się w źrenice Nuriego. Jakiś podświadomy odruch samoobronny powoduje, że rzuca się na ziemię. Zanim udaje mu się zrobić jakikolwiek ruch, dziesiątki sylwetek oddziela go od przybyłych za nim obrońców. Zaciska dłonie. Zmęczenie po morderczym biegu, jaki ma za sobą, daje mu znać o sobie bólem w płucach. Chłopak jednak się nie poddaje: tysiące myśli i idei o chwalebności męstwa i rozsławiania rodu, które wpajał mu ojciec, powoduje nagły przypływ motywacji. Najszybciej, jak jest to możliwe w sztywnej zbroi, podnosi się i staje na nogi. Słyszy potężny wybuch. Obok niego ląduje noga, do oczu dostaje się czyjaś krew. Przeciera je tylko skórą nabitą na płytowe rękawice, po czym podnosi leżący obok miecz. Czuje swąd palonego ciała i ten dziwny słodko-metaliczny zapach magii. Wyrywa się do przodu i toruje sobie drogę wprost do Złotego Pałacu. Następuje kolejna eksplozja, po której chłopak słyszy tylko pisk, a fala uderzeniowa zwala go z nóg i zmiata go na sam brzeg mostu. Młody Quankos przez chwilę patrzy wprost na dachy drewnianych domów znajdujących się pod nim. Xynthialscy wojownicy spadają z krzykiem, z hukiem uderzając o zadaszenia. Kolejne fale napastników nacierają przez schody, a Valandriolczycy, tłocząc się na ciasnej przestrzeni, odpierają atak przy Złotym Pałacu. Nuri wstaje i próbuje dopchać się do środka mostu. Nawet teraz, w destrukcyjnym szaleństwie, nie chciałby zginąć od upadku.

Drewniany ratusz zaczyna się powoli zawalać; połowa budynku jest już zniszczona, a druga, nadpalona, walczy o stabilną pozycję. Gołe, poziome belki wystające z chwiejącej się konstrukcji desperacko łapią równowagę. Nagle konstrukcja zaczyna się niebezpiecznie przechylać w stronę Złotego Pałacu.

Chłopak z niebieskim okiem na zbroi stoi jak wryty pośród wojennego ścisku i patrzy na walący się budynek. Dobiega go dźwięk pękającego drewna, a następnie grubych bali łamiących się na ciałach obrońców. Potem już tylko wrzask dziesiątek gardeł i kolejna eksplozja. Purpura i błękit rozbłyskują u wrót Złotego Pałacu, a zawalisko tuż przed nimi farbuje się na czerwono czymś, co przypomina zmielonego człowieka. Nuri, wyrwany z otępienia, skacze naprzód i wywraca się, potykając o gruby łańcuch służący do mocowania budynków. Widzi jedynie, jak kilka kolejnych postaci wbiega przez bramę, potem następuje seria wybuchów, a smród palonych zwłok rozprzestrzenia się w eterze. Quankos powoli się podnosi i zaczyna biec. Przeskakuje ponad zwalonymi belkami i uwięzionymi pod nimi trupami. Otwiera ciężką bramę i widzi dwójkę zakrwawionych ludzi. Jeden ma na sobie czarną togę z czerwono-złotym smokiem – herbem Valandriolu. Prawdopodobnie to arcymag Deriolu. Ten sam symbol wymalowany na zbroi posiada lord-namiestnik. Mózg Nuriego wykonuje kilkaset kalkulacji, jego ręce zaciskają się mocniej na jednoręcznym mieczu, odchylają się do tyłu i z całym impetem wyrzucają ostrze w stronę postaci w zbroi. Czas zamiera. Chłopak patrzy na obracający się w powietrzu miecz, który zmierza wprost ku lordowi-namiestnikowi. Klinga wbija się na wysokości mostka. Wzrok młodego Quankosa pada na drugą postać w momencie, kiedy z jej dłoni uwalnia się pomarańczowe światło. Nuriego ogarnia nienaturalna lekkość. Niespodziewanie widzi otwarte drzwi Złotego Pałacu i setki żołnierzy szturmujących bramę na wielkiej, okrągłej platformie. Wszystko zdaje się oddalać. Dostrzega domy znajdujące się pod legendarną budowlą i dziesiątki trupów dookoła. Czuje uderzenie w plecy, a do jego uszu dobiega dźwięk łamanego drewna. Staje się ciemniej, a on ląduje na podłodze w jakimś deriolskim domu. Choć wydaje mu się, że umiera, uśmiecha się, bo czuje, że jego ojciec, gdziekolwiek jest, jest z niego dumny.

Trup Nuriego III

Rano nadal panowało nie tyle milczenie, co martwa cisza. Quankosowie nie rozmawiali ze sobą, konie nie parskały, nie słychać było śpiewu ptaków, a wiatr zdawał się wiać ciszej. Nuri myślał tylko o jednym: czy kiedykolwiek zdarzy mu się zobaczyć coś równie pięknego? Nie formował tego w wyrazy – czuł przejmującą tęsknotę za tajemniczym stworzeniem, którego już pewnie nigdy nie zobaczy. To „coś” wydawało mu się absolutnie spoza tego świata, a obserwując ojca, dochodził do wniosku, że i on jest podobnego zdania. Tego dnia wyruszyli w drogę powrotną do domu.
Nuri jadł spieczone mięso i wpatrywał się w wiszącą na rożnie pozostałą część kozicy. Ojciec pakował ich do wyjazdu. Chłopiec za wszelką cenę starał się nie patrzeć na rozerwane kawałki wywerny porozrzucane nieopodal ich obozowiska. Gdy skończył się posilać, bez słowa wstał i zaczął pomagać Serikowi w składaniu namiotu. Potem umieścili wszystko w jukach i bez zbędnego rozczulenia odjechali.

Tęsknota, którą odczuwał Nuri, nie dotyczyła samego miejsca, a raczej wydarzeń rodem z mitycznego raju. Jakby dotknął Ethnu lub usłyszał jego głos. W ogromnym, nienaturalnie pięknym stworzeniu było coś wykraczającego poza granice normalnej identyfikacji: jakaś eteryczna siła, przenikająca wskroś duszę człowieka.. Zdawało mu się, że to właśnie jej doświadczył wszystkimi zmysłami, całym swoim jestestwem. Tak jakby faerqi ratujące ich wczoraj przed wynwerną w jakichś sposób dotknęło jego duszy.

Jechał ślepy i głuchy na otoczenie, pogrążony we własnych myślach. Zagubiony pośród niezrozumiałego piękna i skazany na życie w niedającej się opanować, rozdzierającej tęsknocie. Jego siedmioletni umysł zastanawiał się jedynie nad tym, czy po śmierci ujrzy jeszcze owo piękne stworzenie.

Nie zauważył, jak ziemia nabiera płaskich kształtów, nie obserwował półpustynnej flory. Myślał jedynie o tajemniczym wybawicielu, który prawdopodobnie uchronił od śmierci jego ojca. Znana z legend, niespotykana siła czy energia z innego wymiaru przybyła tylko po to, żeby uchronić ich przed agresywnym paskudztwem. Nie przeszkadzało mu słońce świecące w oczy. Przeszywał niewidzącym wzrokiem krzewy i trawy. Nie zwracał uwagi na niezbadane, bezdenne jaskinie. Jego myśli błądziły w innej rzeczywistości, pośród piękna świata, który choć był realny, to nacechowany magią. Niesamowite doświadczenie, tak zaklęło jego duszę tak, że nie zauważył, że nadeszła noc. Nie czuł nawet, że jest głodny – po prostu wpadł w trans, z którego nie chciał się obudzić. Doświadczał wewnątrz siebie cienia wczorajszego dnia. Nie pamiętał, żeby robili przerwy, nie mógł sobie przypomnieć, kiedy znaleźli się na łąkach wschodniej Ferqualii. Tonął w medytacji, której żaden siedmiolatek nigdy nie zaznał. W jakiś dziwny sposób, poprzez pryzmat poprzedniego wieczoru, małemu chłopcu nasuwał się jeden dziwny wniosek: śmierć jest piękna.

Wszystko to minęło niespodziewanie, a Nuri zdał sobie sprawę, że leży w łóżku i wpatruje się w księżyc – Naer. Patrzy nań, obserwując szare plamy, tworzące pierścień na białej tarczy.
Po chwili odwrócił się na bok. Był przekonany, że to błogie uczucie właśnie odeszło, a jutro z rana obudzi się i rozpocznie kolejny dzień treningu.

***
Kruk kreśli na prowizorycznej tablicy znaki, tłumaczy trupom ideę alfabetu. Nie robi tego po raz pierwszy i wie, czego się spodziewać. Po kilkukrotnym powtórzeniu robi im sprawdzian, a każdy trup ma za zadanie przepisać ciągi znaków dziesięciokrotnie, by utrwalić wiedzę. Nuri spełnia się w roli nauczyciela. Na podstawie własnych doświadczeń opracował coś, co można nazwać programem nauczania.

Od zakończenia wojny poczuł pewne pragnienie, a po przywłaszczeniu Czarnej Księgi, wraz z upływem czasu, dojrzewała w nim idea stworzenia trupiego państwa. Miejsca, gdzie nieumarli będą mogli mieszkać i tworzyć własną cywilizację. Był to cel, dzieło życia, za które Nuri gotów był zginąć. Długo zastanawiał się nad odpowiednią lokacją, ale wystarczyło sięgnąć pamięcią wstecz, żeby wybór padł na ferqualijskie jaskinie. Jeśli najwyższym pięknem jest stworzenie nowego życia, czym jest niezmarnowanie już istniejącego?

Nuri uśmiecha się do siebie, edukując kolejne „pokolenie” chodzących szkieletów. Jak szacuje, w podziemnych, niekończących się korytarzach powinno przebywać ich ponad dwie setki. Zgubił się przy liczeniu, nie robił przecież notatek, lecz każdego znał jak własne dziecko. Próbował im kiedyś nadawać imiona, ale trupy wyraźnie tego nie lubiły. Jego najbliższym celem było utworzenie około pięciusetosobowej enklawy, by potem wdrażać kolejne etapy szkolenia. Pomóc im się zorganizować i tworzyć własne państwo. Potem nastanie wojna, Xynthial znów zaatakuje Valandriol – był tego pewien. Kraj Trupów zacznie inwazję, w momencie kiedy Złota Korona przestanie płacić trybut. Wtedy na wielu terenach, jak chociażby na półpustynnej, niezamieszkałej Ferqualii, nastąpi lekka anarchia, a na to liczył Kruk. Nazwa „Kraj Trupów” wydawała się Qunakosowi zawsze paradoksalna, ponieważ z jednej strony było to państwo, w którym główną siłę roboczą stanowiły przyzwane z ofiar wojen bezmyślne kościane golemy, natomiast z drugiej za uprawianie nekromancji groziła kara śmierci.

Nuri wstaje i rozdaje „dzieciom” kartki i ołówki, następnie siada na kamieniu i notuje w pamiętniku dodatkowe uwagi. Wierzy, że notatnik będzie kiedyś bezcenny; prawdopodobnie wtedy, gdy on jako król Państwa Umarłych patrzeć będzie na rozwijającą się nową cywilizację. Rozważa, czy kiedyś nieumarli uzyskają równy ludziom status, czy odnajdą się między elfami i derfami. Po wynikach tej grupy nie spodziewa się żadnych rewelacji. Czytając z nagrobków i cmentarnych pentagramów, zauważył pewną zależność: magowie albo uczeni przyswajali wiedzę szybciej, natomiast wojownicy i rycerze mieli talent do walki. Wydawało się, że trup, który za życia rozwijał się w określonym kierunku, po śmierci był bardziej od innych w nim utalentowany. Jeszcze ciekawszą zależnością okazały się dziwne powiązania rodzinne – jeśli para trupów była spokrewniona lub łączyły ją więzy małżeństwa, wszystkiego uczyła się szybciej.

Kruk wstaje, podchodzi po kolei do każdego swojego podopiecznego, odbiera poznaczone kartki. Siada na kamieniu i sprawdza – poziom zawsze jest zróżnicowany. Odrzuca pierwszy papier, w której trup pomylił się w czwartym znaku. Następny zapisał alfabet dziesięciokrotnie poprawnie, kolejny znów nawalił byków. Zaczyna czytać czwartą kartkę i mimowolnie otwiera usta. Przebiega wzrokiem jeszcze raz, ale nie wierzy własnym oczom. Czuje jak ogarnia go euforia, ale treść nie znika, wyraźnie napisane jest:

Nie będę pisał alfabetu, gdyż to uwłacza moim zdolnościom
Z wyrazami szacunku
Ferian Nuer

– Kto to napisał? – krzyczy, podnosząc kartkę. – Kto?

Z ziemi podnosi się szkielet i przeciągle patrzy w oczy Nuriemu. Chociaż z pustych oczodołów wydobywa się kolorowy dym, spojrzenie wydaje się być żywe jak u człowieka.

***
Z euforycznym zainteresowaniem patrzy w parujące, trupie oczy, spuszcza wzrok na zapisaną koślawym pismem kartkę.

Nie mamy aparatu mowy, nie będziemy nigdy potrafili mówić. Z naszej perspektywy potrafimy się odróżniać. Ja na przykład dużo wyraźniej widzę barwy, wydają mi się pełniejsze, nasze oczy są źródłem naszej komunikacji.

Kruk bierze w rękę pióro i pisze pod spodem. Początkowo pytał werbalnie, ale doszedł do wniosku, że chciałby móc przytoczyć każde słowo, które padło podczas tej rozmowy, w swoim dzienniku, dlatego ostatecznie decyduje się zapisywać pytania. Możliwość komunikacji z kimś przez niego ożywionym, kto na dodatek potrafił w miarę jasny sposób wytłumaczyć stosunki panujące pomiędzy innymi trupami, jest bezcennym doświadczeniem. Chce jak najwięcej wyciągnąć od pierwszej rozumnej istoty, którą udało mu się przywrócić. Oddaje kartkę i od razu zaczyna notować w pamiętniku – to prawdziwy przełom. Próbuje przypomnieć sobie szczegóły przywoływania Feriana Nuera, ale oprócz tego, że wydarzenia miały miejsce w czasie burzy, nie przychodzi mu do głowy nic więcej. Burza nie była jednak niczym dziwnym. Co prawda, w tych rejonach zdarzała się dość rzadko, jednak na południu, na przykład w Neyiralii, bywało, że odprawiał rytuał podczas silnych wyładowań elektrycznych. Podczas przywracania Nuera wszystko wydawało się normalne, więc pozostaje jedynie wierzyć w wyjątkowość samej osoby. O ile osobą można nazwać lekko połyskujące fioletem, ruszające się kości z kolorowym dymem wypływającym z pustych oczodołów. Jego myśli przerywa ruch dostrzeżony kątem oka – Ferian oddaje kartkę z dopisanymi linijkami.

Zmieniamy kolor naszych „świateł duszy”. Takie określenie po przełożeniu na język ludzki ma ten kolorowy dym unoszący się z naszych oczodołów; to co z twojego punktu widzenia jest po prostu dziwnym, barwnym zjawiskiem, w rzeczywistości jest dla nas wszystkim i ty też masz w sobie kolorowy, płonący dym. Natomiast wracając do twojego pytania, nasze myśli są bardzo uporządkowane i mają odpowiednie barwy, jakbyśmy myśleli tęczą. Nie jest to bezpośredni przekaz słów, a coś w rodzaju transmisji całych idei jedynie za pomocą kolorowych mieszanek. Coś jak malarstwo, chyba.

Jego wzrok pada na pożółkłą i lekko zszarzałą kartę. Czyta kilkukrotnie krótki tekst dopisany ołówkiem przez siedzącego naprzeciw niego trupa wpatrującego się pustymi oczodołami dymiącymi czerwienią. Kruk zawiesza wzrok na jasnym, popołudniowym niebie, jakby zastanawiając się, o co może jeszcze zapytać. Jest tyle pytań, a tak mało czasu! Może powinien wrócić do oberży i spędzić jeszcze kilka dni na rozmowach z Ferianem? Trafia mu się nagle, zupełnie niespodziewanie, skarbnica wiedzy. Dopisuje szybkimi ruchami kolejne pytania, a następnie podaje kartkę Nuerowi. Sam skrupulatnie wszystko notuje, cytuje siedzącego przed nim trupa i wysnuwa wnioski z jego wypowiedzi. Opisuje cały przypadek i tworzy nowe teorie na temat nekromancji, jej idei i działania. Wszystko zmienia możliwość przywrócenia do życia człowieka, który pamięta swoje życie. Co prawda człowieka, który funkcjonuje w pewnym ograniczonym i upośledzonym stopniu, ale zawsze. Czym jest cielesność dla naukowca, który odkrywa nowe dziedziny magii, czy dla genialnego matematyka? Może i sekta „ciemnych” raczej nie korzystałaby z jego usług zbyt często, mogliby jednak odłożyć swoje uprzedzenia dla tej akurat dziedziny magii. Kruk wierzy, że dokonał przełomu i wreszcie pokonał swojego odwiecznego wroga, swoją odwieczną fascynację i źródło paraliżującego strachu – śmierć.

***

Nuri wciąga z ręki zielony proszek i zaczyna z zaciekawieniem i ekscytacją obserwować, jak Ferian Nuer przemawia do zgromadzonych na cmentarzu trupów. Wytłumaczył mu już, dokąd powinni się udać: mają kierować się na południe, najlepiej pod osłoną nocy, wzdłuż drogi, aż dotrą do głównego gościńca łączącego Ferqual z Irnifalem i aż znajdą znak, zwykłą niewzbudzającą podejrzeń strzałkę wbitą w pień starego, zasuszonego drzewa. Po skręceniu w stronę przeciwną od wskazywanej przez strzałkę dotrą do bezdennych jam, a tam już będą czekać na nich ich bracia.
Kruk uczył już wiele trupów, każdemu przybliżył arkana pisania oraz wyszkolił w podstawach samoobrony. Dodatkowo w jamach zebrał sporą bibliotekę, z której jego martwe dzieci mogły czerpać wiedzę. Oprócz podstawowych podręczników z zakresu nauki Królewskiej Szkoły Rycerskiej w Xyranalu pojawiały się również opowiadania, jego zdaniem najlepsze, z gatunku prozy czy poezji. Odpowiednio przygotowywał się do swojego życiowego projektu, był wizjonerem śmierci.

Nuri oficjalnie ogłosił Feriana Nuera namiestnikiem trupiego, podziemnego państwa, a jednocześnie swoją prawą ręką. Z racji tego, że od dawna nie zaglądał w ciemność bezkresnych jaskiń, a jedynie dostarczał tym opuszczonym przez Ethnu korytarzom nowych mieszkańców, podarował swojemu ulubieńcowi list uwierzytelniający.

Teraz jednak Kruk z zafascynowaniem wpatruje się w dymiące oczodoły i po chwili zaczyna dostrzegać zmieniające się delikatnie odcienie trupich, nieśmiertelnych dusz. Przez ciało Nuriego przechodzą dreszcze, a po chwili ogarnia go uczucie ogromnej, spontanicznej satysfakcji. Patrzy na układające się w charakterystyczne odcienie migawki i zdaje się rozumieć. W pewnym momencie wydaje mu się, że wszystko jest proste, idealnie logiczne i intuicyjne, tak jakby znał ten „język”. Odruchowo bierze do ręki pióro i zaczyna błyskawicznie spisywać kolejne myśli, które „wysyła” Ferian. Próbuje choćby zdawkowo opisać ideę „języka duszy”, która, jak zaczyna rozumieć, jest w każdym z żyjących. Między środkowy i serdeczny palec wkłada ołówek, żeby móc szybko szkicować i zapisywać notatki, obserwuje jednocześnie Nuera, który zaczyna tłumaczyć zebranym na cmentarzu nieumarłym drogę i samą ideę ich ponownego życia. Opowiada im o życiu ludzkim, czy elfim, ogólnie o egzystencji żywego bytu, której każdy z nich kiedyś doświadczał. Natomiast Nuri siada na ziemi, a właściwie na nią pada, żeby łatwiej mu było wszystko uporządkować. Klnie pod nosem na to, że nie ma sześciu rąk. Sygnały wciąż się zmieniają, a wszystko coraz bardziej układa się w mózgu pobudzonym tajemniczym, sproszkowanym stymulantem. Zaczyna rozumieć, że trupi dym to jedynie mapa, na której w zależności od otoczenia i koloru pojawiają się kolejne informacje. Rozgląda się po słuchających i w ich dymiących oczodołach również dostrzega pewne zalążki myśli i słów, zaczyna rozumieć różnicę w kolorach, która jest odzwierciedleniem nastroju, osobowości i podejścia. Wszystko to wyrażone jest w prostych kolorach, zagięciach, zawirowaniach i odbarwieniach.

Nuri wyrywa kartkę z notatnika i zaczyna na nowej stronie rysować dwa puste oczodoły emanujące kolorowym dymem, zaczyna dopisywać do nich odnośniki i tłumaczenia, w końcu schemat staje się niemal nieczytelny. Przewraca stronę i szkicuje kolejny, a potem następne. Nuer przemawia od godziny, a od tego czasu Nuri maluje płomienie i je opisuje, a co jakiś czas zerka w stronę swojej prawej ręki. Dopisuje coraz to nowe odnośniki i zależności, a wszystko nagle staje się jasne. Kończy niespodziewanie, sam zdziwiony tym, że wszystko się urywa. Nie czuje nadchodzącego końca informacji, po prostu nagle przestały spływać. Przegląda czternaście narysowanych schematów z setkami danych i rozumie, że wyraził już wszystko, reszta to tylko wariacje. Tak jakby opisał wszystkie słowa, z dumą wpatruje się w swoje notatki. Teraz naprawdę mógłby napisać drugą albo i trzecią Czarną Księgę. Nagle cień nad nim rośnie, podnosi do góry oczy, a koścista ręka trzyma nad nim kartkę papieru.

Czy wszystko dobrze?

Kruk zwija papier w niedbałą kulkę i rzuca na ziemię, po czym podnosi się i mówi z euforycznym uśmiechem:

– Lepiej niż dobrze. Rozumiem was. – Ferian schyla się po leżący zwitek papieru, jednak Nuri powstrzymuje go gestem ręki.

– Nie rozumiesz – mówi patrząc w kolorowy dym. – Naprawdę was rozumiem. Rozumiem duszę człowieka, rozumiem język duszy.

– Naprawdę? – zabarwił się dym Feriana.

– Naprawdę! – krzyczy ze szczęścia Nuri. – Naprawdę! Naprawdę! Naprawdę! Rozumiem wszystko, co do mnie mówisz. Rozumiałem twoje przemówienie! Rozumiałem, co im mówisz! Naprawdę! Rozumiem duszę!

– To cud – ułożyły się światła w oczodołach trupa.

– Tak… – mówi Kruk i dziwi się jak spokojnym i beznamiętnym głosem to powiedział. – To cud.

***

Jest już po zachodzie słońca. Bezksiężycowe, zachmurzone niebo otula ciemnością cmentarz. Kruk przygotowuje się do rozstania. Widzi rozpacz, smutek i tęsknotę w oczach swoich dzieci. Jeszcze dwa dni wcześniej jedynie się domyślał tych uczuć, teraz jest ich pewien. Rozmawia chwilę z Ferianem, daje mu ostatnie wskazówki. Czuje niewypowiedzianą radość z życiowego osiągnięcia. W końcu jest w stanie rozmawiać ze swoimi dziećmi, rozumieć ich słowa i komunikować się z nimi jak z innymi ludźmi. Początkowo było to trudne, jednak już po kilku godzinach nie sprawiało mu problemu czytanie z dymiących oczodołów. Nie może się doczekać kolejnego cmentarza i kolejnej rodziny, jednak tym razem wszystko pójdzie dużo szybciej.

W końcu Nuer podchodzi do niego i obejmuje go kościstymi rękoma i mówi:

– Żegnaj, ojcze. Dziękuję ci za moje życie.

A wszystkie szkielety powtarzają to samo jednolitym chórem. Nuri czuje falę szczęścia, która łamie mu duszę, a ona sama trafia do swojego prywatnego Edenu. Zaczyna płakać ze wzruszenia i uśmiechać się. Dziękuje wszystkim, a trupy powoli odwracają się i odchodzą na południe, w stronę ich nowego wspaniałego kraju, symbolu ich nowego, pięknego życia, które odzyskały dzięki swojemu „ojcu”.

Wtem Dyroni zaczyna warczeć. Nuri podchodzi, wciąż uśmiechając się do wija, i zaczyna go delikatnie głaskać powolnymi ruchami. Czuje pod rękami setki twardych jak kamień, nachodzących na siebie łusek. Uspokajająco szepcze do czarnej bestii, jednak w swoim przypływie szczęścia ignoruje jej zachowanie, traktując je jako kolejny wybryk – czasami tak się zdarza. Nagle wierzchowiec jednym potężnym szarpnięciem zrywa się z drzewa, łamiąc gruby jak udo mężczyzny pień niczym zapałkę.

W taki sposób Dyroni nigdy się jednak tak nie zachowywała, Nuri patrzy przez chwilę, jak potężny ogon sunie po trawiastym podłożu. Kilka metrów od niego wij podnosi się na ogonie i rozwija wielkie jak dom skrzydła. Ryczy. Potem atakuje. Teraz Kruk widzi, jak czerwone ostrze błyska, a jakaś postać robi unik i turla się parę metrów dalej. Dyroni zwija się jak sprężyna i odbija od ziemi, rozpościerając skrzydła zmienia kierunek lotu i atakuje frontalnie postać ukrytą w ciemności.

– Co tu się dzieje?! Kim jesteś?! – krzyczy w ciemność Kruk i zakłada na głowę szeroki kaptur. Wie, że to nie zagubieni wieśniacy. Ci nie mają świecących mieczy.

Odpowiada mu cisza i ryk rannej Dyroni. Nuri wyjmuje krótki miecz z pochwy i rusza powolnym krokiem w stronę wija. Widzi jedynie leżący zarys przy bezksiężycowym niebie. Nagle dostrzega jak świecący na czerwono miecz ginie w ciemności czegoś, co miał za Dyroni. Potężny wij lekko trzepocze skrzydłami, jakby przybity do ziemi, ale są to już tylko pośmiertne podrygi. Wyje, a dźwięk roznosi się po całej okolicy. Kiedy echo ostatecznie milknie zapada cisza. Quankos jest w szoku. Już wie, że ten człowiek nie zabił jego wierzchowca przypadkowo, chociaż miał taką nadzieję. Postać idzie żwawym krokiem w jego stronę. W czerwonej poświacie rzucanej przez ostrze widzi białe włosy i krwistoczerwone oczy, które zdają się skrzyć. Postać wygląda jak nie z tego świata. Kruk przyjmuje pozycję obronną, kiedy niespodziewanie czuje chłód ostrza na swojej szyi. Ktoś stoi za nim, ktoś, kto porusza się bezszelestnie, a po przyjemnej miękkości na wysokości klatki piersiowej wnioskuje, że to kobieta. Kiedy do jego nozdrzy dostaje się woń kwiatów, jest już pewien.

– Zaraz! Może się dogadamy! – krzyczy Nuri. – Mam dużo złota!

– Nuri Kruk Quankos? – pyta stojący naprzeciw niego chłopak. Wygląda na dwadzieścia lat.

– Tak – odpowiada Nuri.

Jest przerażony. Czuje ukłucie na krtani, jednak tym się nie przejmuje. Boi się, że wszystko zostało odkryte, że dzieło jego życia zostanie zniszczone, a on sam skazany i zabity przez władze Xynthialu. Skąd mogli wiedzieć? Dlaczego akurat teraz? Dlaczego w tym momencie, kiedy wszystko zdawało się być tak piękne? Nawet nie czuje, że z rozerwanej krtani obfitym strumieniem wypływa krew. Jest zbyt przerażony i zrozpaczony, by wiedzieć, że umiera.

Trup Nuriego II

Koń cicho chrapnął, a mały Nuri otworzył oczy. Siedmioletni chłopiec był wykończony po długiej podróży, a jednak wiedział, że musi spać czujnie. Do jego uszu dobiegł odległy szelest i parsknięcie.

– Tato, tato. – powiedział cicho, szturchając śpiącego obok ojca. – Tato! Wstawaj!

– Czego? – zapytał pogrążony w półśnie Serik.

– Konie się boją, a mi się wydaje, że coś jest niedaleko – wyszeptał chłopiec.

Ojciec zerwał się na nogi i złapał leżący obok miecz. Uzmysłowił sobie, że zapomniał rozłożyć pole ochronne.

– Zaraz wrócę – szepnął, wychodząc z namiotu. – Na wszelki wypadek przygotuj się do ucieczki.

Przez moment nie było słychać nic. Nuri wyglądał dyskretnie przez szczelinę w namiocie. W świetle czerwonego księżyca widział przygarbioną postać z mieczem w ręku, sylwetki koni nieco dalej, uschnięte drzewo…

Potężny ryk odbił się echem od skał. Serik wyprostował się nagle i skamieniał w bezruchu. Tyryie zasłoniła chmura, a w obozowisku zapadła całkowita ciemność.

– Nuri, znajdź pierścień w mojej torbie, ten z błękitnym okiem, co kiedyś ci pokazywałem, ten złoty. Szybko – wyszeptał Serik.

Chmura przeszła, jednak chłopiec już nie patrzył, szukał tylko rozpaczliwie złotego świecidełka, a chrzęst kamieni sugerował, że ojciec zrobił kilka kroków. Co jakiś czas jeszcze do jego uszu dochodził dziwny dźwięk, jakby odległe charczenie. W końcu małe paluszki zacisnęły się na magicznej biżuterii. Pierścienie ochrony były dość powszechne w Xynthialu i Valandriolu. Wystarczyło uruchomić klejnot i w promieniu kilku metrów tworzyła się magiczna kopuła o strukturze siatki. Do złamania tego czaru wystarczały najprostsze umiejętności magiczne, jednak osłona była zdolna powstrzymać każde dzikie zwierzę. Ryk, tym razem bliższy, poniósł się echem po otaczających ich kamiennych skałach, a chmura, która znów zakryła jedyny widoczny księżyc, ukryła obozowisko Quankosów pod całunem ciemności.

– Mam, tato – wyszeptał mały Nuri.

– Dobrze, mały, biegnij na trzy – szeptał Serik. W jego głosie słychać było niepokój.

– Raz – chłopiec usłyszał niskie uderzenia, jakby coś ogromnego leciało w ich kierunku.

– Nieważne, biegnij! – krzyknął na całe gardło Serik.

Młody Quankos zerwał się i biegł w stronę ojca, który złapał konie za uzdy i starał się sprowadzić je jak najbliżej obozu. Nuri poczuł silny wstrząs, jakby gdzieś niedaleko spadł ogromny głaz, a chmura znów przykryła księżyc. Biegł mimo wszystko kilka metrów na oślep i wpadł na rodzica. Czerwień znów zalała ziemię.

– Prowadź konie do namiotu! Szybko! – krzyknął Serik i wyrwał złoty pierścień z delikatnej rączki.

Nuri patrzył, jak potężne, skrzydlate stworzenie idzie w ich stronę. Bez trudu rozpoznał wywernę. W końcu w pokoju miał obraz przedstawiający jedno z tych stworzeń. Znów zapadła całkowita ciemność. Biegł, ile sił w nogach. Był pewien tego, że ojciec ma wszystko pod kontrolą, nie bał się, a gdy tylko chmura przepędzona przez wiatr odsłoniła Tyryię, zobaczył kątem oka rodziciela, który ze świecącym już klejnotem na ręku biegnie w stronę potwora. Przysiągłby, że wywerna była nawet większa niż ta na obrazie, wyglądała na co najmniej dziesięć metrów długości. Lord Quankos skoczył i uderzył mieczem bydlę w pysk, jednak cios tylko rozjuszył potwora. Ogon uderzył w Serika i odrzucił go do tyłu. Ojciec chłopca widząc, że jest blisko obozu, zerwał się biegiem w jego stronę i wtedy znów zapadła ciemność. Nuri czekał przy namiocie, z trudem utrzymując wyrywające się konie. Z mroku dobiegał łopot skrzydeł, niemal zagłuszając odgłosy kroków ojca. Zaczął się bać.

Nagle zalśniło błękitne światło, a magiczne kraty rozpostarły się nad nim, fosforyzując fioletem i błękitem. Głuchy dźwięk wywerny uderzającej w magiczną barierę dobiegł do uszu Nuriego. Serik wyprostował się, zrobił jeszcze kilka kroków w stronę syna i wbił miecz w ziemię. Zdjął pierścień i zawiesił na jelcu.

– Teraz możemy iść spać – powiedział Serik, ziewając. – Jestem wyczerpany. Puść konie i tak nie przecisną się przez kraty.

Nuri jeszcze przez chwilę obserwował jak wywerna stara się sforsować osłonę, ale widać było, że jej się nie uda. Ojciec niewzruszony próbami potwora wszedł do namiotu. Chłopcu serce biło tak mocno, że zastanawiał się, czy w ogóle zaśnie. Obserwował przez szparę w namiocie, jak bestia odlatuje, po czym zamknął oczy i poczuł jak jego ciało się rozluźnia. Chwilę później znajdował się już w objęciach Morfeusza.

***

– Wstawaj, młody! – dotarło do umysłu chłopca, rozrywając jego senną półświadomość i niwecząc rozkosz odpoczynku. – Zrobiłem śniadanie.

Nuri powoli otworzył oczy i spojrzał tępo przed siebie. Po chwili przez rozpięte płachty namiotu dostrzegł twarz ojca. Przewrócił się na drugi bok i zamknął oczy. Policzył do sześćdziesięciu i podniósł się. Jego wzrok padł na szarzejące niebo.

– Długo spaliśmy? – spytał, nadal nie do końca obudzony.

– Wystarczająco – odpowiedział spokojnie Serik. – Sześć godzin, ale nie bój się, po południu również utniemy sobie drzemkę.

– Co jest na śniadanie?

– Suszone mięso, chleb, herbata.

– Nie jestem głodny, ale za to spragniony – mamrotał chłopiec.

– Wody? Herbata jeszcze nie gotowa, musisz trochę poczekać.

– Dziękuję, wystarczy woda.

Kilka łyków dodało chłopcu energii, jednak dopiero smak ciepłej, słodkiej herbaty wzbudził apetyt i przypomniał o ostatnim posiłku, który spożyli kilkanaście godzin wcześniej. Szybko opróżnił miskę, mięso było dobrze przyprawione, odpowiednio pikantne. Lubił kuchnię swojego ojca, a przedwczorajszy chleb pieczony z różnymi ziarnami idealnie współgrał z cała resztą. Nie mógł marzyć o lepszej strawie. Chłopiec poczuł się przyjemnie rozleniwiony i senny. Sięgnął po koc i umościł sobie wygodne legowisko na zewnątrz.

– Sprawdziłeś, czy nie ma żadnych podejrzanych jam? – spytał Serik, przypatrując się synowi. Nuri zdał sobie sprawę, że popełnił błąd. Zerwał się szybko, podniósł koc i spojrzał.

– Czego powinienem szukać? – zapytał niepewnie.

Serik podszedł, stanął obok chłopca i cierpliwie tłumaczył. Uczył Nuriego, na co trzeba uważać, pokazywał dziury w skałach kilka metrów dalej, gdzie prawdopodobnie mogły kryć się mrówki. Przeszedł kilka kroków wzdłuż ściany i zaczął wskazywać duże jamki o nieregularnych kształtach, które mogły zamieszkiwać jakieś małe zwierzęta. Tak rozpoczęli spacer wzdłuż ścian gór. Lekcja była ciekawa choć krótka. Ojciec czasami brał chłopca na barana, żeby pokazać mu wysoko położone szczeliny, gdzie ostrożnie, z bezpiecznej odległości, mały dostrzegał ślady pajęczyn. Tłumaczył, że jamy przy samej ziemi mogą być kryjówkami jadowitych węży. Okazało się, że miejsce, na którym pierwotnie siedział Nuri, wyglądało najbezpieczniej.

– To dlatego, że zanim rozbiliśmy tu obóz, obejrzałem wszystkie ściany dookoła – powiedział Serik, podkreślając swoje umiejętności przy wyborze miejsca.

– Przecież było ciemno, tato – powiedział Nuri.

– Mam dobry wzrok.

– I byliśmy strasznie zmęczeni.

– Błąd, młodzieńcze! Ty byłeś zmęczony! Ja mógłbym nie spać całe tygodnie! – zakończył dyskusję ojciec. – Ale nie bój się, synku, kiedyś będziesz w tym lepszy niż ja. Zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby tak było.

– Wątpię, tato. Myślę, że nie da się być lepszym od ciebie! – odpowiedział szczerze chłopiec. Ojciec był dla niego największym bohaterem. – Ale dam z siebie wszystko, żeby chociaż ci dorównać!

To brzmiało jak przysięga w ustach dziecka, ojciec tylko się uśmiechnął i pogłaskał synka po kruczoczarnych włosach. Nuri z kubkiem herbaty w ręku usiadł na kocu i oparł się o kamienne, prawie pionowe zbocze góry. Kilka metrów nad nim wisiała ogromna półka skalna, jednak ojciec wyjaśnił, że nie ma powodu do obaw, bo „skoro przez tysiące lat się nie zawaliła, to raczej nie zawali się i teraz”. Sam przysiadł przy ognisku i palił fajkę. Przez jakiś czas opowiadał o zwierzętach występujących w górach, o wężach, skorpionach i wielkich jaszczurach, o wywernie, harpiach, gryfach, chimerach, mantikorach i furidach.

– Wywerna to nic w porównaniu z furidą.

– Naprawdę? A co to? – dopytywał się chłopiec.

– Wyobraź sobie wywernę czterokrotnie większą! Z ośmioma łapami i łbem jak nasz namiot!

– One atakują ludzi? – zapytał z przerażeniem chłopiec. – Dlaczego smoki i Ethnu pozwalają takim stworzeniom żyć w Eestirii?

– Czasami atakują, ale rzadko, podobnie jak wczorajsza wywerna prędzej zaatakowałyby konie – jesteśmy dla nich zbyt małym pożywieniem. Natomiast dlaczego pozwalają im żyć? Nie wiem. Może skoro Ethnu stworzył takie istoty, miał jakiś powód? A smoki nie mają bronić ludzi przed potworami, tylko nasz świat – Eestirię – lub, jak mówią inni, Nur’estiri’gh przed drapieżnikami z zewnątrz. Takie są przynajmniej legendy, tak jest zapisane w księgach.

– Tato, czy smoki są złe?

– Nie, synku, smoki są bardzo dobrymi stworzeniami, są sojusznikami ludzi i gdyby nie one, może by nas w ogóle tu nie było.

Rozmowa trwała, chłopiec słuchał uwag ojca na temat różnych jadalnych ssaków oraz o wielu przyprawach rosnących właśnie tutaj. Kiedy już osuszyli garnek z herbatą, wyruszyli w drogę. Znaleźli okrężną ścieżkę, która dość łagodnie prowadziła w górę. Wchodzili coraz wyżej. Ojciec zrywał niskie, trawiaste rośliny, porastające suchą ziemię lub schowane w szczelinach skalnych, ale pokazywał również gatunki niejadalne lub nawet trujące.

Nagle usłyszeli głuche, rytmiczne uderzenia. Nuri zobaczył kątem oka, jak ojciec napina cięciwę łuku i wpatruje się w punkt nad nimi. Na skalnej półce stała kozica. Słyszał, jak ojciec reguluje oddech, po czym wypuszcza strzałę. Pocisk niczym łyżka rzucona o ścianę odbił się od skały i upadł. Zwierzę nadal z niezmąconym spokojem obserwowało dwa nieznane mu stworzenia. Najwyraźniej czuło się bezpieczne. Druga strzała poszybowała ze świstem i trafiła ssaka w nogę. Kozica straciła równowagę i spadła z półki skalnej, becząc głośno. Połamała sobie nogi, jednak nadal oddychała. Chłopiec poczuł coś chłodnego dotykającego jego dłoni.

– Masz, teraz twoja próba męskości – powiedział Serik, wciskając nóż w palce syna.

– Podejdź i zarżnij kozicę. Będzie naszym obiadem.

– Ale…

Patrzył, jak zwierze nieporadnie próbuje uciec na pogruchotanych nogach. Chłopiec najchętniej pozwoliłby zwierzęciu odejść. Wydawało mu się, że słyszy w swojej głowie ciche błaganie o litość, ale było już na nią za późno. Nie wiedział, czy była to wyobraźnia, czy jakaś dziwna ponadgatunkowa telepatia. Zdawało mu się, że czuł marzenia umierającego stworzenia, chcącego wrócić do swojego stada i opowiedzieć o dwóch dziwnych osobnikach, którzy po prostu przeszli obok. Wydawało mu się, że słyszy, jak kozica modli się, żeby był to tylko sen. W umyśle dziecka wszystko zlewało się w przygnębiające przerażenie.

– Tak będzie dla niej lepiej, synku – powiedział Serik. – I mnie jest niełatwo zabijać coś, co żyje, ale to tylko zwierzę. Dziś na śniadanie również jadłeś mięso, jak myślisz, skąd się wzięło?

– Tak…, tato.

– Będę cały czas przy tobie, nic ci się nie stanie – mówił dalej uspokajającym tonem ojciec.

– Pomyśl o tym stworzeniu: wie, że umrze. Nawet jeśli je zostawimy, to zabije je coś innego albo… umrze z głodu. Spójrz, jak ono cierpi, a teraz ty będziesz jego wybawieniem, synku. Śmierć jest zła, ale bywa najlepszym wyjściem dla ciebie lub dla innych.

Nuri podszedł na drżących nogach. Ojciec przytrzymał ranne zwierzę.

– Przyłóż nóż do szyi. O, dokładnie tak. Teraz naciśnij i powoli pociągnij. Nie staraj się robić tego delikatnie, bo zwierzę będzie tylko bardziej cierpiało, i pamiętaj: teraz jesteś jego wybawieniem, jego aniołem.

Chłopiec mocno pociągnął ostrzem i poczuł ciepłą krew na swojej twarzy. Chciał płakać, ale nie mógł, musiał być mężczyzną, musiał walczyć ze słabością, nawet kiedy wykrwawiająca się kozica beczała jeszcze bardziej rozpaczliwie.

***

Zapach pieczonego mięsa powoli wyprowadził małego Nuriego ze snu. Spojrzał przez szparę pomiędzy niedopiętymi płachtami namiotu i zobaczył ojca obracającego na rożnie, upolowaną wcześniej i obdartą ze skóry kozicę. Czuł głód. Przetarł oczy rękami i podniósł się.

– Dzień dobry – powiedział zaspanym głosem.

– Obiad gotowy – odpowiedział Serik, obracając korbę jedną ręką, a w drugiej trzymając fajkę.

– Przynajmniej z wierzchu mięso jest już odpowiednio przypieczone. Jeśli podasz talerz, to mogę ci kawałek odciąć. Jesteś głodny?

Nuriemu burczało w brzuchu, ale po „polowaniu”, w którym brał udział, najchętniej jadłby do końca życia marchewki. Jednak w końcu ociągając się, podał talerz. Ojciec odłożył fajkę na leżący nieopodal kamień i wielkim nożem powycinał najładniej przypieczone kęsy mięsiwa. Chłopiec początkowo ociągał się, ale w końcu zaczął pochłaniać pieczyste i ze smakiem zagryzał chlebem. I od tej chwili patrzył na swoje życie inaczej. W jego dziecięcej świadomości kiełkowała myśl, że śmierć nie jest czymś tak naprawdę złym. Kozica to dumne i wolne zwierzę, ale czy jej życie było więcej warte niż zaspokojenie głodu istoty od niej wyższej? Możliwe, że gdyby nie on i ojciec, tego samego dnia owa istota zostałaby zjedzona przez mantikorę czy inne paskudztwo. Śmierć jest nowym życiem, sensem życia.

Nuri nie zdawał sobie sprawy z tego, jak jego dziecięcy umysł podświadomie dochodzi do takich wniosków. Nie zmieniało to jednak faktu, że zalążek tej idei zaczął kiełkować w jego głowie właśnie wtedy, gdy żuł mięso pieczonej nad ogniskiem kozicy.

***

Serik podrapał się po brodzie.

– To chyba tam – powiedział, wskazując palcem w ciemność.

– Na pewno, tato? – spytał zmęczonym głosem Nuri.

– Na pewno! – powiedział dobitnie Serik. – Myślisz, że twój ojciec się zgubił?

– Nie, tato.

W niemal całkowitej ciemności chłopak widział tylko plecy ojca. Pechowo niebo było pochmurne, a światło wszystkich trzech księżyców z trudem przebijało się na ziemię. Kiedy po popołudniowej drzemce wyszli na spacer, przewidywali, że mogą wrócić dopiero po zmroku. Ojciec jak natchniony opowiadał o kolejnych jadalnych i niebezpiecznych formach zamieszkującej góry fauny i porastającej flory. Zachód słońca obserwowali razem, stojąc na kamiennym urwisku. Kiedy już świetlista tarcza zniknęła za widnokręgiem, zaczęły pojawiać się problemy: coraz gęstsze chmury zakrywały księżyce, zmniejszając widoczność, w końcu całkowicie odcięły ich od światła, utrudniając znalezienie drogi do obozowiska. Serik denerwował się, że nie wziął żadnego świecącego kryształu – znał tylko podstawy magii, co nie ułatwiało im zadania. Tymczasem błądzenie po omacku, po stromych zboczach i urwiskach, mogło być fatalne w skutkach.

Nagle usłyszeli nad sobą potworny ryk, a potem szum skrzydeł. Serik przykląkł i pokazał ręką Nuriemu, żeby zrobił to samo.

– Co to? – szepnął chłopiec.

– Dziś możesz nauczyć się jeszcze jednej ważnej rzeczy – mówił szeptem ojciec. – Wywerny mają dobrą pamięć, dzięki czemu znajdziemy drogę do obozu.

– Jak to?

– Ta wywerna, po wczorajszej klęsce chce wrócić i dopiąć swego. Widocznie jest głodna. Leci w stronę naszego obozu, żeby pożreć mnie, ciebie i nasze konie.

– Co w tym dobrego? – zapytał szeptem Nuri.

– Doprowadzi nas do obozu!

– A co jeśli pożre konie?

– Nie pożre, przed wyjściem uruchomiłem pierścień ochrony.

– Więc jak wejdziemy?

– Znam odpowiednie zaklęcie – odpowiadał lekko poirytowany.

– Mam na myśli to, jak wejdziemy, kiedy wywerna będzie próbowała się przebić przez magiczną siatkę?

– Tego jeszcze nie wiem, nie zadawaj głupich pytań. Idziemy, poleciała tam – wyszeptał ojciec i wskazywał gdzieś palcem. Chłopiec nie mógł dostrzec jego dłoni.
Serik ruszył przed siebie.

– Tato, jak wywerna trafi do naszego obozu, skoro jest tak ciemno, że nawet my tego nie potrafimy? – wyszeptał chłopiec.

– One poruszają się w głównej mierze kierując się słuchem – tak gdzieś czytałem. Piszczą, czy coś, to się odbija i wiedzą gdzie są.

– Aha. – Nuriemu taka odpowiedź wystarczyła, nie zrozumiał co prawda wszystkiego, ale to co najważniejsze było dla niego proste: ojciec nie wiedział, o czym mówi.

Quankosowie ruszyli przed siebie, kierując się w stronę obozowiska. Po kilkunastu minutach zaczął wiać dość silny wiatr, chmury się przesunęły, a żółtawe światło rozlało się po górach. Nie było już jednak potrzebne, Serik prawie biegł, znał już drogę. Ryki, uderzenia i głośne, płochliwe rżenie koni dochodziło do nich z oddali, później dopiero zauważyli potwora próbującego zniszczyć jarzące się błękitem kraty. Wywerna na przemian gryzła, uderzała ogonem i skrzydłami, jednak magiczna bariera była nie do przejścia. Ruch kilka centymetrów przed Nurim odwrócił jego uwagę od stwora, prowadzącego tę nierówną walkę. Zobaczył wyciągniętą w jego stronę dłoń ojca, który pokazywał, że chłopiec ma się położyć, sam natomiast cicho wyjął miecz i skradał się w stronę maszkary. Gdyby nie rżenie koni i ryczenie bestii, skradanie się do wywerny obdarzonej doskonałym słuchem byłoby samobójstwem, teraz jednak Serik stawiał na to, że dźwięki przyrody zagłuszą jego cichy chód. Chłopiec patrzył, jak ojciec jest już kilkanaście metrów od celu i jak z każdym krokiem zbliża się coraz bardziej. Zabrakło mu tchu w płucach, kiedy widział rodzica w bardzo odważnej, ale niewiarygodnie głupiej, próbie podejścia potwora. Nuri liczył kroki… cztery, trzy, dwa, jeden. Patrzył uważnie, jak ojciec, nie dotykając stwora, wchodzi pod niego. Błysk ostrza. Cięcie przez skrzydło. Wywerna wyła z bólu, schyliła się, żeby zidentyfikować zagrożenie. A Serik wymierzył pchnięcie prosto w gardło. Bestia jednak zrobiła szybki unik i wzbiła się w powietrze. Ranne skrzydło zdecydowanie jej to utrudniło, jednak wystarczyło, aby Lord Quankos stracił w tej walce wszelkie atuty. Wywerna, ze złożonymi skrzydłami, przyjęła pozycję bojową, wystawiając do przodu łeb i rozwierając paszczę, pełną wielkich kłów.

Młody obserwował walkę z zaniepokojeniem, serce mu przyspieszyło, nie wiedział, co robić. Nie powinien krzyczeć, żeby przypadkiem nie zwrócić na siebie uwagi potwora, ani biec do ojca, bo tylko by mu przeszkadzał.

Wywerna rzuciła się na Serika bez konkretnej taktyki. Ten sparował mieczem potężny atak, jednak siła uderzenia rzuciła go na plecy. Potwór w mgnieniu oka znalazł się nad potencjalnym pożywieniem i kiedy już szykował się do śmiertelnego ciosu, nagle zamarł.

Chłopiec usłyszał szum jak nad morzem, jak wtedy, kiedy był na plaży niedaleko Xyranalu. Dźwięk narastał przerywany odgłosami wyładowań elektrycznych. Nuri zerknął na wywernę, jednak ta jak sparaliżowana wpatrywała się w przestrzeń za nim. Eksplozja światła rozerwała ciemność. Złoto, zieleń i fiolet przecinały się ze sobą i jakby walczyły o dominację nad mrokiem. Chłopiec zadarł głowę do góry i jego oczom ukazał się najbardziej niesamowity widok, jaki mogły ujrzeć oczy śmiertelnika. Tak jak płaszczka sunie po morskim dnie, tak ogromne stworzenie leciało w stronę wywerny. Dwie ogromne, mięsiste od spodu płetwy porośnięte od góry świecącym na złoto zielonym, nienaturalnie nasyconym światłem, falowały rytmicznie wraz z podobnie zbudowaną płetwą ogonową. Jaśniejący fioletem tułów zakończony był maleńką, opalizującą paszczą.

Chłopiec, patrząc na tajemnicze stworzenie, miał wrażenie, jakby został oderwany od realnego świata. Hipnotyzujące, płynne ruchy niezidentyfikowanej istoty i barwy o odcieniach poza granicami wyobraźni napełniały go pewną rozluźniającą energią, szczęśliwym paraliżem, euforycznym odrętwieniem. Patrzył w otępieniu, jak wywerna rozpada się na kawałki, a jej części unoszą się w powietrze i znikają w niewyjaśnionych okolicznościach, gdzieś w barwach unoszącego się przybysza. Wszystko wydawało się całkowicie normalne, Nuri niczemu się nie dziwił, całkowicie bierny patrzył, jak czyste kości spadały bezgłośnie na ziemię. Nie był pewien, czy jakikolwiek dźwięk był wtedy słyszalny, czy wszystko zagłuszała niesamowita muzyka, którą słyszał w głowie: jak szum morza i trzask błyskawic – hipnotyczny i kojący. Nie wiedział, czy była wytworem jego własnej wyobraźni czy śpiewem tajemniczego stworzenia… Niczego nie był pewien…
Istota niespodziewanie zawróciła i bardzo szybko zniknęła pośród gór, pozostawiając po sobie pustkę, samotność i spokój.

Jakiś czas jeszcze okolica była pod wrażeniem tego, co nastąpiło. Konie nie parsknęły, nikt się nie odezwał, kilka minut musiało minąć, żeby Nuri poczuł szturchnięcie w ramię i ujrzał swojego ojca nad sobą. Zapytał tylko:

– Co to?

Uszy aż go zabolały, poczuł się, jakby był wyrwany z pięknego snu, który koniecznie chciał dośnić do końca.

– Faerqi – opowiedział krótko ojciec. Był w podobnym stanie.

Nie odzywali się do siebie przez cały wieczór, w ciszy zjedli trochę kozicy, otępiali poszli spać, w nadziei, że owe faerqi przyśni im się tej nocy.

***

Kruk opowiada, trupy słuchają. Ustawione w kółku szkielety dymią różnobarwnie z oczodołów. Nuri czytał o tym, ale nie wierzył. Dopiero kiedy sam zaczął przywoływać nieumarłych, zdał sobie sprawę, że każdy kolor świecącego dymu u poszczególnego szkieletu jest inny. Każdy odpowiada w jakiś sposób pierwotnej duszy. Kruk nie wie tylko jak, i to stara się zbadać. Nie może zrozumieć, skąd właściwie ów trup bierze energię do życia. Ma jeszcze wiele pytań, dotyczących nekromancji, na które on – ojciec i badacz – odpowie kiedyś i stworzy potężny tom, który będzie równie legendarny jak „Czarna Księga”.

Kruk opowiada, trupy słuchają, o tym jaki jest świat i jak wygląda. Nie potrafi przywrócić im pamięci. Powstawali z martwych z cechami i umiejętnościami, które posiadali za życia, ale jakby ich nie pamiętając. Zauważył, że niektóre już po kilku godzinach potrafią walczyć lepiej niż on, niektóre potrafią czarować. W naturalny sposób najchętniej wykonują i uczą się czynności, w których kiedyś byli dobrzy. Przynajmniej tak się Nuriemu wydaje, nie znał ich w poprzednim życiu. Wszystko przemawia za tym, że umiejętność, która była kiedyś ich domeną, teraz jest ich talentem. Kruk widzi, jak się ze sobą kontaktują, wydaje się również, że słyszą i rozumieją mowę, widzą na pewno, jednak nie wydają dźwięków.

Kruk opowiada, trupy słuchają, o tym jaki świat jest smutny i dołujący, o tym jak bardzo cieszy się, że jest tu z nimi. Opowiada o swojej całej rodzinie, o ich „krewnych” porozrzucanych po cmentarzach w całym Xynthialu, rozpościera przed żywymi trupami perspektywy, nie wiedząc, że rok później to państwo będzie składać się z samych trupów.

Trup Nuriego I

– Jesteś… piękna… – sapie Nuri Quankos, zaciskając mocniej drżące dłonie na świeżo wykopanej, lekko zabłoconej czaszce. Wpatruje się przez chwilę w jej puste oczodoły, po czym wyciąga z cmentarnego dołu. – I będziesz już zawsze…

Wstaje, i trzymając w dłoniach rozkładający się czerep, podchodzi do leżącego nieopodal ułożonego w całość szkieletu. Lekka mżawka osadza się na czarnych, krótkich włosach młodzieńca i skapując spływa z czoła malutkimi kroplami. Jednak jemu to nie przeszkadza – Nuri czuje się jak w domu.

– Będziesz piękna na wieki! Minęło twoje śmiertelne istnienie, a teraz rozpocznie się to prawdziwe, upragnione, które nie będzie miało końca. Pasmo porażek i utrapień to przeszłość, a nadejdzie wreszcie czas miłości, wolności i szczęścia.

Kościotrup, zamknięty w wyrysowanym na błocie heptagramie, zdaje się wpatrywać pustymi oczodołami w lekko zachmurzone, ciemne niebo. Przez szum liści wzbudzany delikatnym wiatrem przebijają się ciche inkantacje wypowiadane półgłosem przez klęczącą nad ciałem postać. Kolor złota mieszający się z głębokim fioletem zaczyna łączyć poszczególne kości, tworząc nadnaturalną spoinę. Martwa dotychczas czaszka lśni i nabiera cech do złudzenia przypominających mimikę osoby budzonej ze śpiączki. Fala świetlistej materii pokrywa zwapnione kończyny niczym mięśnie i skóra, budzi ze snu stare kości. Niezidentyfikowana jasność zdaje się pojawiać znikąd i równie niespodziewanie gaśnie we wnętrzu pustej klatki piersiowej. Potężny huk wzdryga klęczącą postać, a gorejąca nad ponurym cmentarzem łuna w jednej chwili znika. Tylko szkielet wciąż jarzy się eterycznym blaskiem.

– Jesteś wolna – mówi. Jest to pierwszy głos – głos ludzki – który słyszy od czasu swej śmierci. Tak miły i delikatny, tak kochany, tak pełen uczuć. – Jesteś wolna. Teraz możesz dołączyć do swoich braci i sióstr. Wreszcie nadszedł dla ciebie czas raju.

*

Światło brutalnie przebiło się przez powieki, wdarło się przez źrenice i wyrwało śpiący mózg ze spokojnego snu. Siedmioletni Nuri poderwał się z łóżka i spojrzał na stojącą w drzwiach postać, która wciąż trzymała rękę na krysztale. Ojciec patrzył przez chwilę na swojego jedynego syna, po czym poinformował chłopca, że dziś jadą na wycieczkę. Mały miał trzydzieści minut na umycie się, ubranie i spakowanie niezbędnych rzeczy. Trzy dni w namiocie to nie lada wyzwanie. Drzwi zamknęły się z delikatnym stukiem, a przez cienkie drewno dochodził odgłos oddalających się kroków. Nuri obserwował przez chwilę wiszący na ścianie kiczowaty obraz przedstawiający Erela Quankosa walczącego z wywerną. Malowidło lekko wypłowiało, od lat towarzysząc rodzinie. Sam Erel kazał je namalować, a o ile chłopiec dobrze liczył, przedstawiona na nim postać musiała być jego prapradziadkiem. Genealogia rodu Quankosów była od wieków niemal czczona przez kolejne pokolenia. Nuri przetarł energicznie oczy i zeskoczył na podłogę. Jego łóżko było również rodzinną pamiątką, podobnie jak cały dworek. Wyłamał stawy w palcach, otworzył drzwi i podszedł do ustawionej w kuchni miednicy. Zamoczył dłonie w zimnej wodzie i obmył twarz. Ojciec, Serik Quankos, uważał, że ciepła woda to rozpusta. Terakotowa podłoga biła zimnem w małe stópki dziecka, jednak chłód orzeźwiał. Wróciwszy do swojego pokoju, Nuri szybko się przebrał, a następnie zaczął pakować. Do torby schował ubrania na zmianę. Z szafy wyjął skórzane ochraniacze na ręce i kaftan, ze stojaka na broń wziął małą kuszę, a ze stołu sztylet. Czuł się gotowy do podróży. Miał jeszcze około dwudziestu minut, więc odsłonił zasłony i spojrzał w noc. Dwa księżyce – zielony Eferi i biały Naer – wydawały się być obok siebie; trzeciego, czerwonego – Tyryi – nigdzie nie widział. Blade, zielono-białe światło wpadało przez okno. Wzrok Nuriego padł na nieposłane łóżko. Podjął szybką decyzję. Ułożył równo kołdrę, na niej czerwono-złotą, wyblakłą narzutę – prawdopodobnie kolejną pamiątkę rodu Quankosów, używaną od setek lat do nakrywania łoża. Cały ten patetyczny kult rodzinnej spuścizny był niezrozumiały dla sześciolatka, jednak skoro ojciec tak kazał, widocznie tak trzeba. Szybkim jak na dziecko krokiem zbliżył się do kryształu i przekręcił go. W pokoju zapadła ciemność zakłócana jedynie przez światło dobiegające zza odsłoniętego okna. Podszedł do łóżka i wziął krótki sztylet leżący na szafce nocnej. Serik starał się wpoić synowi, że w każdej chwili powinien być gotowy na wszystko. Chłopak położył się na świeżo ułożoną narzutę, przymknął piekące z niewyspania oczy i wystawił poza łóżko rękę, trzymającą nóż. Odpoczywał, miał jeszcze piętnaście minut. Rozkoszował się kojącym mrokiem i walczył ze snem. W końcu opadł w jego ciemną otchłań snu i wydawało mu się, że spał godzinami, dopóki odgłos spadającego na twarde deski noża nie wyrwał go z objęć Morfeusza. Podpatrzył tę metodę od swego rodzica, który tak robił, kiedy chciał odpocząć, ale nie zaspać. Młody wstał leniwie z łóżka, wziął starą torbę i wyszedł na zewnątrz. Ojciec już czekał, trzymając za lejce dwa czarne konie z ich własnej hodowli. Sama stajnia była po części symbolem upadku rodu. W trzydziestu dwóch boksach, które kiedyś wybudowano, pozostały jedynie dwa rumaki.

– Wziąłeś kuszę? – spytał Serik tak niespodziewanie, że Nuri poczuł tę dziwną wibrację w uszach, kiedy przyzwyczajony do ciszy człowiek słyszy głośny dźwięk.

– Tak, tato – powiedział z wyrzutem. Wiedział, że spakował wszystko, nie robił tego przecież pierwszy raz.

– Sztylet?

– Tak

– Ochraniacze?

– Tak

– Jedzenie i wodę?

– T… Zapomniałem – zawstydził się Nuri w myślach. Zdenerwował się na ojca, że ten wypytuje go jak małe dziecko, okazało się, że nie bezzasadnie.

– Masz jeszcze trzy minuty.

Młody pobiegł do kuchni i w pośpiechu zebrał ze stołu przygotowane wcześniej kanapki z szynką oraz napełnioną skórzaną manierkę. Przystanął przy stole i zastanowił się, czy czegoś nie zapomniał. Nic nie przychodziło mu do głowy.

– Gotowy? – spytał Serik.

– Tak, tato – odpowiedział lekko zawstydzony swoim niedbalstwem.

– No to wsiadaj!

– Ale… – nie dokończył. Był za mały, żeby wsiadać na konia i nigdy tego nie robił.

– Dasz radę, jesteś już duży – upewnił go ojciec.

– Na pewno?

– Na pewno!

Chłopiec starał się włożyć nogę w strzemię, jednak nie mógł go dosięgnąć. Wiedział, że ojciec zdenerwuje się, jeśli się podda, nie próbując do skutku.

– Następnym razem ci się uda – uśmiechnął się Serik i podniósł syna, usadawiając go na koniu.

– Dziękuję, tato. Dokąd jedziemy? – spytał zaciekawiony.

– W góry, mały, w góry.

*

Ferqualia była piękną krainą zamkniętą od północy i zachodu górami Kirifinolu. Miasto od którego pochodziła ta nazwa znajdowało się kilkaset mil w górę rzeki, lecz valandriolskie nazewnictwo przejęte przez Xynthial pozostało bez zmian. Wzdłuż gór płynęła największa rzeka Xynthialu – Neyiral, której miano pochodziło od portowego miasta przy oceanie południowym, gdzie zaczynała swój bieg, przepływając następnie przez środek Krifinolu, by ujść w oceanie północnym. Rzeka Neyiral i łańcuch gór tworzyły naturalną granicę z Grithianem, zarówno w przypadku Xynthialu jak i Valandriolu. Kształt samej Ferqualii był ściśnięty od południa górami Irnifalu, od północy Wielkim Jeziorem, na północnym wschodzie graniczył z bagnistą Nerokralią, a na południowym z nadmorską Neyiralią.

Mały Nuri całym sobą chłonął piękno natury. Zmęczenie odeszło, odkąd przysnąwszy w pierwszej godzinie drogi, spadł z konia. Szczęśliwie nic mu się nie stało, jednak strach oddalił senność. Ojciec przypatrywał się z wierzchowca, jak radzi sobie młody, następnie powoli zsiadł, podał chłopcu rękę i wsadził go z powrotem w siodło. Nuri rozumiał, dlaczego Serik nie zerwał się, żeby mu pomóc w pierwszym odruchu. Mężczyzna musi być samodzielny i silny, ale również konsekwentny i odpowiedzialny. Upadek spowodowany drzemką był bolesną nauczką. Od porannego „lotu” minęło jednak trochę czasu, toteż chłopak, teraz nadzwyczaj rześki, podziwiał widoki.

– Dokąd jedziemy, tato? – spytał Nuri. Od czterech godzin jechali na południowy wschód, jednak chłopiec dopiero teraz przerwał ciszę. Tak był wychowywany.

– W góry Irnifalu, mały – odpowiedział spokojnie ojciec, nie odwracając się do niego. – Jedziemy w góry. Poznasz surowy klimat, roślinność, zwierzęta, świeże powietrze. Nauczę cię, jak sobie tam radzić, kiedy jesteś sam i nie ma pożywienia. Będziesz potrafił przetrwać nawet latami. Nauczę cię, co można jeść, a czego należy unikać.

Serikowi odpowiedziało milczenie.

– I będziemy się przy tym świetnie bawić – dodał niepewnie ojciec.

– Wiem, tato – wybąkał syn.

– O co chodzi? Skąd ten brak entuzjazmu? – spytał lekko poirytowany.

– Co to jest entuzjazm?

– To jakby radość i zaangażowanie i… No… jakby radość.

– Jestem szczęśliwy, tato, ale i zmęczony – odparł Nuri, choć wyczuł zdenerwowanie ojca. Rozumiał, że to wszystko dla jego dobra. – Cieszę się, że zabierasz mnie w góry.

– Mam nadzieję, synu – powiedział z uśmiechem Serik. – To wszystko dla twojego dobra. Kiedyś mi za to podziękujesz!

Jednak Nuri nigdy nie miał okazji podziękować. Przez całą drogę milczeli. Od czasu do czasu ojciec wydawał tylko zdawkowe polecenia. Mimo wszystko chłopiec nie nudził się. Patrzył na otaczającą go zieleń, na bluszcz, pnący się po ziemi i nielicznych drzewach. Przypatrywał się uważnie kolorowym motylom, które przelatywały w chaotycznym tańcu z jednego kwiatka na drugi. Wsłuchiwał się w ćwierkanie ptaków. Dla niego to wszystko było nowością, czymś ekstremalnie interesującym, bo związanym z obcowaniem z naturą z dala od domu, gdzie zna się każde drzewo i każdy krzew, gdzie wszystko wygląda tak samo. Tutaj jednak było inaczej. Im dalej od rzeki, tym bardziej otaczająca ich kraina wydawała się sucha, drzewa coraz rzadsze, a gdzieniegdzie widać było gołą ziemię. Na horyzoncie malowały się ośnieżone szczyty gór. Nuri oddałby wiele, żeby móc zapamiętać ten widok do końca życia. Teren stawał się coraz bardziej płaski, jakby zbierał siły na nadchodzące strome wzniesienia. W pewnej odległości od głównej drogi wyzierały niezbadane, bezdenne jamy łączące się pod ziemią z tunelami i jaskiniami, które wiły się kilometrami pod całą Ferqualią. Chłopak obiecał sobie, że kiedyś je zbada. Pokona zamieszkujące je potwory, uwolni porwane księżniczki, odnajdzie skarb i przyniesie chwałę i fortunę swojemu rodowi. Przyrzekał w duchu, że kiedy już będzie najwspanialszym wojownikiem w całej Eestirii, to zrobi wyłącznie to, na co przyjdzie mu ochota. Nie tyle wierzył w taką przyszłość, co był jej bezwzględnie pewien.
W końcu ojciec zarządził przerwę. Miał już swoje lata i dokuczał mu nadwyrężony podróżą kręgosłup. Zatrzymali się, a ojciec rozłożył swój koc i położył się na płaskiej ziemi, natomiast mały Nuri zeskoczył zwinnie z konia, przysiadł obok i jadł kanapki. Leżeli w milczeniu, przypatrując się przepływającym nad nimi chmurom. Księżyc Eferi rzucał bladozieloną poświatę z trudem przebijając się przez wartswę szarych chmur. W rodzinie Quankosów nie rozmawiało się zbyt wiele, wszystko było z góry wiadome, przynajmniej z założenia. Serik, ucząc Nuriego milczenia, uczył go również pokory i cierpliwości, tak niezbędnych w życiu prawdziwego wojownika.

Gdy tylko ojciec poczuł się lepiej, ruszyli dalej w drogę. Tym razem miało już nie być odpoczynków. Droga była prosta, nie mieli konkretnego celu, a ogromny masyw górski piętrzył się przed nimi. Im bardziej odsuwali się na wschód tym ziemia stawała się bardziej sucha, a roślinność rzadsza. Żółtawe plamy gołej ziemi tworzyły coś na kształt łysych placków na połaciach trawiastej zieleni, robiły się coraz większe i coraz częściej się łączyły. Słońce zaczynało chylić się ku zachodowi, a cel zdawał się nie zbliżać. Światło zaczynało coraz bardziej różowieć, a złoty dysk znikał za horyzontem. Młody próbował kilka razy odwrócić się i dostrzec choć przez chwilę piękno zachodu, jednak oślepiający blask mu na to nie pozwalał. Patrzył więc przed siebie, a tam na brązowych plamach jałowej, suchej ziemi dostrzegał przebiegające czarne jaszczurki, które po całodniowym nagrzewaniu się w promieniach słońca uciekały przed nocnymi drapieżnikami do swoich jam. Góry jednak nadal zdawały się być daleko.

– Tutaj – powiedział Serik zachrypłym od wielogodzinnego milczenia głosem. Obaj odruchowo odchrząknęli. – Tutaj się zatrzymamy. Myślisz, że to dobre miejsce?

– Myślę, że tak, tato – powiedział Nuri i ziewnął. Na nocnym niebie lśniła Tyryia – czerwony księżyc – która w połączeniu z drugim, zielonym Eferim dawała bladożółte światło. W takiej półciemności mogli się poruszać, jednak widoczność była w dużym stopniu dużo gorsza. Brnęli przez podnóża gór prawie po omacku. – Myślę, że idealne, tato. Jestem już zmęczony.

– Wiem synu, rozumiem cię, ja również. Ale powinniśmy znaleźć w miarę możliwości najbezpieczniejsze i najwygodniejsze miejsce. Uważam, że to jest odpowiednie.

Faktycznie, miejsce wydawało się dość dobre: na płaskim gruncie, osłonięte z trzech stron dość stromą ścianą skalną. Quankosowie rozbili w milczeniu namiot i w ubraniu posnęli na prowizorycznych legowiskach z koców.

*

Nuri śpi na łóżku w oberży w jakiejś zapyziałej wiosce nieopodal Nerokralu. Nie jest do końca pewien, czy jest niedaleko Nerokralu, ale z podstawowych założeń geograficznych, których ojciec go nauczył, tak wynikało. Roślinność też się zgadzała – wszędzie porośnięte lasem bagna. Na wsi w środku nocy zwykle panuje martwa cisza, dzięki temu każdy dźwięk jest doskonale słyszalny. Głuche postukiwanie wyrywa go więc ze snu, początkowo nic nie widzi w panującej wszędzie ciemności. Czeka chwilę, aż wzrok przyzwyczai się do mroku.

Nasłuchuje. Lekkie skrzypienia, skrobanie i szum jakby… morza? Coś podchodzi pod drzwi i przekręca zardzewiałą, stalową klamkę. Zamek trzeszczy. Do pokoju wlewa się blade, błękitne światło. Nuri stoi przy drzwiach z nożem schowanym w ręku, ale już wie, co za szkaradztwo weszło do jego pokoju w środku nocy. Łapie kościotrupa na oślep za żebra, wciąga do pokoju i zamyka jak najciszej drzwi.

– Mówiłem, żebyście trzymali się z daleka! Przyjdę jutro! – stara się krzyczeć szeptem. – Wyjdź przez okno. Będę wieczorem!

Trup patrzy na niego jakby smutniej. Coś w jego parujących błękitem oczodołach wygląda po prostu mniej szczęśliwie, choć trudno w jednoznaczny sposób określić wyraz twarzy martwej czaszki, gdy jedyną widoczną emocją pozostaje świecący dym dematerializujący się kilka centymetrów powyżej linii czoła.

– Teraz! Won na cmentarz! – kontynuuje Nuri. – Jeśli nas złapią razem, nawet nie wyobrażasz sobie, co się stanie!

Nieumarły zdaje się mieć teraz wyraz twarzy kogoś, kto jest na siebie zły.

– Słuchaj, to nie jest twoja wina – dodaje Nuri spokojnym głosem. – Wiem, że tęsknisz i ja też tęsknię. Ale niestety… Musisz iść. Najpóźniej jutro wieczorem was odwiedzę, dobrze?
Trup dalej sprawia wrażenie nieprzekonanego.

– No już! Chodź – mówi Nuri i przytula gołe kości. – Jutro się zobaczymy! Spokojnie! Wszystko będzie dobrze! A teraz wyjdź przez okno, tylko uważaj, żebyś sobie niczego nie złamała!

Podchodzi do okna i stara się je cicho otworzyć. Wymaga to nie lada umiejętności, siły i starań, o ile w ogóle jest możliwe podnieść bez najmniejszego skrzypienia starą, drewnianą, trzymającą szyby ramę. Kiedy już szpara jest na tyle duża, żeby chuda jak śmierć postać przeszła przez otwór, Nuri wie, że tej nocy nie będzie spać sam: tysiące komarów z otaczających wioskę bagien zleciało się, by czatować właśnie pod jego oknem. Widocznie nauczyły się, że w nocy okna otwierają tu tylko przyjezdni. Szkielet patrzy po raz ostatni na Quankosa i zeskakuje w ciemność. Do uszu chłopaka dociera łoskot jakby ktoś wrzucił garść żwiru do metalowego wiadra, a te wraz z kilkoma deskami umieścił w pralce i włączył wirowanie. Wychyla się jedynie, żeby zobaczyć, czy błękit nadal jest widoczny. Dwa świecące punkty patrzą w jego stronę i „mrugają”, że wszystko w porządku.

Zamyka jak najdelikatniej okno i słyszy kroki na korytarzu. Tego tylko brakowało! Co robić? Otworzyć mu w piżamie i udawać, że się spało, jednocześnie się kompromitując, czy otworzyć w narzuconym na głowę płaszczu, wzbudzić podejrzenia, ale uratować swój wizerunek? Słyszy pukanie do drzwi, postanawia działać inaczej. Szybko narzuca skórzane spodnie i koszulę, a na to czarny, szeroki płaszcz z zasłaniającym twarz kapturem z wielką klamrą w kształcie kruka. Miał przydomek „Kruk” jeszcze od Królewskiej Szkoły Rycerskiej w Xyranalu, gdzie mówiono tak na niego z powodu czarnych włosów. Miał wiele przezwisk nieodłącznie związanych z funkcją szkolnego popychadła, ale Kruk mu się podobał.

– Przepraszam, czy coś się sta… – oberżysta przerywa w wpół zdania, drzwi otwierają się zamaszyście, a przed nim w nikłym świetle latarni stoi ponura, tajemnicza postać.

– Co tu się, kurwa, dzieje? – krzyczy Kruk na całą wieś potwornym głosem, który wyćwiczył w wolnych chwilach. – Co to, kurwa, za hałasy?!

Po czym przykłada ostrze miecza do gardła mężczyzny i spokojnym szeptem zwiastującym kłopoty dodaje:

– Idę to sprawdzić, ale pamiętaj. Jeszcze raz coś zagłuszy mój sen, to wypruję z ciebie flaki.

Karczmarz spogląda przerażony na demoniczną postać, a jego umysł zaczyna szwankować. Przyzwyczaił się już do takich gróźb, ale najczęściej ze strony bandytów, szlachetnie urodzonych, czasami magów. Jednak ten facet wyglądał inaczej, w dodatku było w nim coś dziwnego. Roztaczał wokół siebie atmosferę śmierci – jakby wszyscy, na których spojrzał, mieli umrzeć.

– Nie… Nie trzeba, panie. Sam to sprawdzę. – mówi przerażony. Czuje, jak oblewa go zimny pot.

– Mądra decyzja – szepcze Nuri, po czym odkłada miecz i zatrzaskuje za sobą drzwi do pokoju.

Quankos jest beznadziejnym wojownikiem i prawdopodobnie przegrałby z oberżystą, nawet gdyby miał miecz, a tamten nie posiadał żadnej broni. Do Królewskiej Szkoły Rycerskiej w Xyranalu, dostał się tylko dlatego, że jego ojciec tam nauczał. Edukował się również w dziedzinie magii, ale i w tym fachu był słaby. Jedynie w nekromancji czynił niewielkie postępy, w tajemnicy czerpiąc wiedzę ze starych ksiąg bibliotecznych przywiezionych jeszcze z Valandriolu. Przyswoił też „tworzenie wizerunku” w stopniu zadowalającym.

Quankos opiera miecz o ścianę przy wejściu, płaszcz rzuca na drzwi, zabija komara siedzącego mu na ramieniu. Zdejmuje koszulę i skórzane spodnie, zabija kolejnego owada, tym razem na czole. Przykrywa się jak najdokładniej puchową, miękką kołdrą i zasypia.

*

Nuri przewraca się na bok i zdaje sobie sprawę z tego, że już nie zaśnie. Podnosi zapuchnięte powieki i widzi tarczę analogowego zegara parowego. O ile się nie myli, takie urządzenia są zabronione przez kościół Ethnustów – tylko magia, dar od Ethnu, może pomagać nam w życiu, a nie jakieś parowe cuda. Jednak to nie obecność nielegalnego przedmiotu go przeraża, a fakt, że jest godzina czternasta. Zrywa się z łóżka, zakłada lnianą, czarną koszulę i skórzane spodnie, nasypuje trochę zielonego, fosforyzującego proszku na rękę i zlizuje. Za dziesięć minut, kiedy środek zacznie działać, nie będzie odczuwać zmęczenia przez kilkanaście godzin. Zakłada obszerny płaszcz i spina go wielką, czarną spinką w kształcie kruka. Spod kaptura wypływają długie, czarne włosy. Nuri patrzy w lustro i dochodzi do wniosku, że prawdopodobnie bałby się sam siebie. Otwiera drzwi. Na korytarzu stoi oberżysta. Prawdopodobnie czekał tam od rana.

– Miłościwy panie! – skomle. – Przepraszam, jaśnie panie, za wczorajsze hałasy. Nie mam pojęcia, co to było! Szukaliśmy i nic. Tam z tyłu mamy składzik, a właściwie śmietnik, może wpadł tam jeleń albo inne cuś.

– Dobrze… – mówi Nuri, starając się, żeby jego głos brzmiał bezbarwnie i groźnie, ale wychodzi mu coś kompletnie odwrotnego. – Ale co mnie to obchodzi? Nie potrafisz, chamie, zadbać o wygodę swoich gości?! – krzyczy na biednego, niewinnego właściciela. – Co z ciebie za oberżysta!?

– Przepraszam, panie – chłop pada prawie na kolana, wygląda jak pies, który w każdej chwili spodziewa się kopniaka. Nie wie, że Nuri nie potrafiłby nawet dobrze kopnąć. – Za to masz, panie, u mnie darmowe posiłki.

– Chociaż tyle – odpowiada krótko Nuri.

Ten dzień zaczyna się wyjątkowo dobrze – myśli Quankos, uśmiechając się w duchu. Schodzi na dół po drewnianych, trzeszczących schodach i siada w głównej izbie w najciemniejszym kącie. Musi dbać o swój wizerunek, a do tego nie ma ochoty, by zajmować miejsce obok kogokolwiek. Zaczyna rozmyślać o wychudłym karczmarzu, o tym, jak bardzo zdołał go zastraszyć. Jak zwykle ma wyrzuty sumienia, ale gdyby ktokolwiek dowiedział się, co robi Kruk i czym się tutaj zajmuje, jeszcze dziś zostałby powieszony. Po prostu musi grać ostro i na pokaz. Cham rozumie tylko język przemocy i strachu – to język uniwersalny. Wszyscy wieśniacy powinni być przerażeni na samą myśl o Kruku, tak żeby ich słabo rozwinięte mózgi nie mogły kojarzyć z nim żadnego innego faktu. Po drugie, nawet jeżeli wszystko by się wydało, to będą bali się choćby podejść do mrocznej, tajemniczej postaci roztaczającej potworną aurę.

Jajecznica i mocna, słodka herbata to dobry początek dnia, nawet jeśli słońce jest bliżej zachodu niż wschodu. Wszystko jest pyszne, oberżysta się postarał. Kruk postanawia go za to wynagrodzić. Po posiłku zrywa się gwałtownie z krzesła i podchodzi szybkim krokiem do szynkarza, który widząc ten ruch i kierunek drogi, jest już pewien własnej, bliskiej śmierci.
– Bardzo smaczne – mówi Nuri, stojąc przy ladzie, kładzie dukata na blat, odwraca się plecami i wychodzi

– Ale to miało być za darmo – mówi odruchowo głupi karczmarz.

Kruk odwraca się tylko na chwilę i spod kaptura patrzy w oczy oberżyście, ten blednie, bo wie, że powiedział coś niestosownego. Bierze złoty dukat, zaciska powieki, jakby oczy miały mu się zaraz spalić, i krzyczy na całe gardło: „Dzienkuje, panie!”. Quankos wychodzi z karczmy – spokojnie, zimno, na luzie.

*

Kruk wraca do swojego pokoju w oberży. Zdaje sobie sprawę, że nie miał po co wychodzić. Kompletne zadupie, gdzie życie koncentruje się wokół targu. A gdy jest się sytym, takie wypady tracą na znaczeniu. Kładzie się więc do łóżka i wyjmuje książkę ze skórzanej torby podróżnej, którą zazwyczaj przytracza bezpośrednio do swojego wija. Mały, gruby tom, o okładce wykonanej z nieznanego, połyskującego fioletem metalu, wygląda na stary i taki w rzeczywistości jest. Kruk skradł go niegdyś z biblioteki w Vironolu, jeszcze w czasach wojny. Jest to ponadtysiącletni traktat nieznanego autorstwa, bez tytułu, ale nazywany „Czarną Księgą”, opisujący życie i śmierć. Niektórzy twierdzą, że jego autorem jest jeden z legendarnych derfich wędrowców, inni, że został napisany przez demony. Księga oprócz opisu rytuałów magicznych, które uczą jak obudzić nieumarłych i tchnąć życie w ich zmurszałe kości, zawiera również teksty filozoficzne na temat samej natury śmierci. Nuri czytał tę bezcenną księgę setki razy i sam mógłby dopisać do niej ze dwa rozdziały, czerpiąc z nabytego doświadczenia. Zna ją niemal na pamięć i coraz więcej rozumie zarówno na temat samej istoty śmierci, jak i teorii wskrzeszania. Jednak nadal nie rozgryzł jej do końca. Nie jest nekromantą, a jedynie naukowcem – zwyczajnym praktykiem śmierci. Tak przynajmniej o sobie myśli, szczególnie kiedy po raz kolejny, tak jak teraz, studiuje „Czarną Księgę”.

*

Nuri patrzy przez okno na zachód słońca. Czas nadszedł. Ubiera się i zapina płaszcz.. Pakuje księgę do torby i wychodzi z pokoju. Dokładnie zamyka drzwi. Woli dmuchać na zimne. Mija oberżystę, który z bojaźliwym uśmiechem życzy mu miłego wieczoru. Quankos odpowiada mu milczeniem i kompletną ignorancją.

Po wyjściu z karczmy skręca w prawo do stajni, gdzie czeka na niego Dyroni – jeden z najpiękniejszych wijów z królewskiej stajni Ereitana III Xynthii. Czarny, uskrzydlony wąż był nagrodą za bohaterstwo w bitwie pod Deriolem.  Stajenny na widok Kruka podbiega do ogromnego boksu przygotowywanego dla rosłych królewskich wierzchowców, które niezmiernie rzadko pojawiały się w okolicy. Dyroni ryczy wesoło, gdy widzi swojego właściciela, który spokojnym krokiem podchodzi i kulbaczy go.

– Wrócę w nocy – mówi Kruk tak niespodziewanie, że stajenny odskakuje – Albo nad ranem.

– Do… dobrze – jąka się wieśniak. Taktyka przerażającego wizerunku działa. Nikt nie śmie nawet domyślać się, co Nuri robi w tej zapadłej wiosce.

Quankos wyprowadza wija przed stajnię, dokładnie przywiązuje worek podróżny, następnie wsiada i spina wierzchowca do lotu. Początkowo unosi się bardzo wysoko, żeby przy ciemniejącym niebie zmylić potencjalnych obserwatorów. Patrzy jak oberża maleje i staje się nie większa od jego palca. Kilkanaście minut później, już w bezpiecznej odległości od wioski, zniża lot. Mija szerokim łukiem rozłożyste konary drzew. Jest niemal u celu. Ląduje pośród marmurowych pentagramów, na środku cmentarzyska graniczącego z lasem. Na niebie widać już tylko niewielkie przebłyski dawnego błękitu. Otacza go martwa cisza.

– To ja – mówi w ciemność. – Przyszedłem, tak jak obiecałem.

W oddali słychać pojedynczy trzask, jakby ktoś kijem uderzył w kamień. Potem następny, aż w końcu jeden zwielokrotniony chrzęst zbliża się do Nuriego. Rozbłyskują niebieskawe światła.

-Witajcie dzieci, przybyłem do was – mówi Kruk, zrzucając kaptur. Na jego twarzy maluje się uśmiech jak u stęsknionego za dziećmi rodzica. Kościotrupy o jarzących się błękitem oczodołach podchodzą, otaczają postać w płaszczu, lgną do niej, obejmują. Rodzina znów jest razem.