Cum Mortuis

Kiedy „Głodny Marynarz”, na którym służył Naraal – anielski wybraniec, dobił do Aranolu, w porcie było tłoczno. Załoga, jeszcze z morza dostrzegała tłumy, w tym nadmorskim mieście należącym do Korony Valandriolu. Początkowo myśleli, że to zamieszki, ale na lądzie dowiedzieli się, co tak poruszyło mieszkańców. Xynthial – ojczyzna Naraala, został najechany przez dzikie ludy z Grithianu.

Naraal czuł, że jest to misja zlecona mu przez Feyviti, tam, w sferze światła. Podjął decyzję o opuszczeniu statku, pożegnał się z resztą załogi, a sam kapitan, który widocznie go polubił, nie dość, że opłacił go z nawiązką to jeszcze oddał mu swoją starą, skórzaną zbroję. Pieniędzy starczyło nawet na taniego konia. Naraal o świcie wyruszył na południe.

Na trakcie spotykał wędrowców, od których docierały do niego wieści z wojny. Zanim dotarł do granicy Istrolu, upadło już jedno z większych miast – Ferqual.

Grithian był ogromnym, choć nieucywilizowanym państwem. Opierał się na luźno powiązanych ze sobą klanach, które wybierały sobie króla na czas podboju. Od wędrowców Naraal dowiedział się, że tę wojnę zaczął Meymuss IV Grinf, który swoją pozycję zawdzięczał wyłącznie sławie potężnego przodka. Arestog czytał o jego podbojach w „Pamiętniku Podróżnika Vaa”, wiedział, że dziadek władcy – Meymuss II Grinf zjednoczył Grithian. Wyglądało jednak na to, że po jego śmierci kraj decentralizował się, a watażkowie wzmacniali swoje wpływy.

Naraal czytał również o powstaniu swojej ojczyzny – Xynthialu. To państwo narodziło się ze zmieszania dawnych Grithianczyków, porzuconych elfów i uchodźców z Nur, a wszystko dzięki trójce założycieli: Aerusowi Xynthii, Aryeh Neryiri i Ewiry Qire, którzy przewodzili tym ludom. Xynthial jednak budowano prawie od zera, łącząc trzy różne ludy, często dochodziło do zamieszek, szczególnie w obliczu biedy. Trójca twierdziła, że należy brać przykład z Valandriolu, wprowadzając podobny system prawny i gospodarczy. Ściągano z północy artystów, prawników i filozofów, po to, by stworzyć nowy naród, który złączy trzy odrębne kultury. Trójca wierzyła w to, że morale społeczeństwa są ważniejsze od odpowiedniego zaplecza gospodarczego i militarnego, bo te przyjdą wraz z poczuciem wspólnoty. Xynthial nadal, po sześćdziesięciu latach, był zbyt słaby, a Grithian miał wielokrotnie większą armię. Istniała jednak nadzieja – dzikie, zachodnie ludy bały się magii.

Arestog prawie nie spał, starał się podróżować jak najszybciej. Nie ułatwiali mu tego uchodźcy, których spotykał w coraz większych liczbach. To od nich dowiedział się, na granicy Valandriolu i Xynthialu, o upadku Neyiralu – kolejnej metropolii. Mówiono, że Grithian nie daje żadnych szans. Naraal jednak nie poddawał się, wiedział, że jest w stanie odwrócić losy wojny, przepowiedziano mu to, nakazano. Parę dni później, ponad dekar po wyruszeniu z Istrolu, kiedy mijał Irnifal, do jego uszu dobiegły odgłosy walki. Poczuł, że to tam miał wykonać swoją misję.

Bitwa wyglądała jak rzeź. On – wędrowiec z nożem i skórzaną zbroją, którą dostał od szalonego kapitana, był lepiej uzbrojony niż większość żołdaków, którzy pochodzili z jego ojczyzny. Widział ogromny kontrast w stosunku do wojów Grithianu. Ich grube, płytowe zbroje poozdabiane były czarnymi futrami zwierząt, natomiast Xynthialczycy oznaczali się symbolem „X” wymalowanym farbą na torsie. Tylko ten jednolity, charakterystyczny znak powodował, że w ogóle można było pomyśleć o nich jak o armii. O ile szlachta i magowie mieli własne, zabójcze wyposażenie, o tyle słabo zaopatrzone i nieprzygotowane na rozwój wypadków kuźnie królewskie nie potrafiły uzbroić chłopów nawet we włócznie lub też, co gorsza, zagwarantować im jakiegokolwiek pancerza. Większość miała jedynie garbowane skóry zwierząt i to, co mieli pod ręką w swoich domostwach. Wielka armia Xynthialu szła więc, dzierżąc w rękach drzewce wideł, kos, a nawet motyk. Po drugiej stronie stali uzbrojeni i wyszkoleni barbarzyńcy Grithianu.

Linia frontu początkowo zdawała się kształtować jeszcze na przedmurzu, które miało wstrzymać grithianskie machiny oblężnicze. Jednak prawdopodobnie lordowie i stratedzy nie docenili zarówno wyszkolenia, jak i uzbrojenia napastników. Rzeź szybko przesuwała się pod same mury.

Naraal ponaglił swojego konia i zwrócił uwagę na szokujący widok. Młoda kobieta, odziana raptem w same szmaty, jedynie z widłami w ręku, ruszyła z impetem na grithianskiego woja. Kontruderzenie zmiażdżyło akcesorium ogrodnicze wraz z rękami, które powyginały się w nienaturalny sposób. Siła ciosu odrzuciła ją na plecy.

W jakimś odruchu chłopak rzucił się w kierunku barbarzyńcy, który szykował się do ostatecznego ciosu. Widział wyraźnie ostrze przeciwnika. W akcie heroicznej desperacji zasłonił kobietę jedynym, co posiadał – prezentem od Feyviti. Sztylet zalśnił intensywnym seledynem, a Naraal w tym samym jeszcze momencie zaczął żałować, że to zrobił. Zdał sobie sprawę, że nie ma szans na przeżycie. Zamknął oczy i czekał aż siła uderzenia zmiecie go. Zdziwił się kiedy jedyne, co poczuł to pęd odciętego ostrza grithianskiego miecza przelatującego nad jego barkiem. Do uszu dotarł krótki krzyk powalonej za nim kobiety. Spojrzał ze zdziwieniem na woja, który również wpatrywał się w niego zaskoczony. Nie minęło jedno uderzenie serca, kiedy Naraal usłyszał chrupnięcie, dopiero potem poczuł siłę ciosu. Potężna, płytowa rękawica prawie wybiła mu szczękę, rzucając go jednak na ziemię. Tylko to, że nie wypuścił ostrza z ręki, uratowało go przed śmiercią. Przetoczył się bokiem, zerwał na nogi i dźgnął na oślep.

Poczuł na dłoni miękkość futra. Seledynowy prezent ze sfery światła przebił stal, skórę, mięśnie i kości tak łatwo, jakby przecinał jedynie powietrze. Magiczna broń zdawała się nieskończenie ostra.

Krótkie kaszlnięcie wojownika obryzgało twarz zaskoczonego Naraala czerwienią, dopiero jęk leżącej chłopki wyrwał go z szoku. Kiedy odwrócił się, zobaczył jej ciało przybite do ziemi uciętym ostrzem.

Wiedział, że nie może już jej pomóc. Odwrócił wzrok i spojrzał z fascynacją na swój sztylet. Poczuł się niepowstrzymany. Byłby w stanie, w minutę, przebić się przez dziesięciometrowy mur. Był lżej opancerzony, dzięki czemu ruszał się szybciej od grithianskiej piechoty, a anielskie szkolenie jakie otrzymał, czyniło go praktycznie nietykalnym. Rzucił się w wir walki, przeskakując między kolejnymi grithianskimi wojami, jednocześnie tnąc ich zamaszyście.

Kilkadziesiąt uderzeń serca i kilka grithianskich trupów później, przed jego nosem przeleciała pierwsza strzała. Niepokojący świst kolejnej zmusił go do ucieczki. Złapał szybko ciało poległego i zasłonił się nim. Usłyszał charakterystyczny dźwięk grotów strzał uderzających w stalową zbroję swojej ,,tarczy”. Po czwartym dźwięku strzały wchodzącej w ciało, zaniepokoił się. Wojowie zaczynali go otaczać. On nie mógł nic zrobić, cały czas będąc celem łuczników. Widział zbliżających się mieczników i czuł, że pułapka się zaciśnie i niedługo nie będzie miał już drogi ucieczki. Naraal wiedział, że nie może tak w nieskończoność – albo będzie musiał pozbyć się swojej „tarczy” i zginąć przeszyty strzałami, albo nie zostawi ciała i zostanie zarżnięty. Musiał postawić wszystko na jedną kartę.

W akcie desperacji rzucił swój sztylet w kierunku jednego z łuczników i co sił w nogach pobiegł za nim. Z fascynacją spostrzegł pojawiającą się w torsie grithianczyka dziurę o długości przeszło pół metra. Szybko ogarnął go lęk. Stracił z oczu swoją anielską broń, a miał jeszcze spory dystans do miejsca, gdzie widział ją po raz ostatni. Przyspieszył, sytuacja wydawała mu się coraz mniej zabawna. Kiedy dzieliło go zaledwie kilka kroków od miejsca, w którym upadło ciało, Naraal poczuł uderzenie w dłoń. Początkowo myślał, że była to jedna z wycelowanych w niego strzał, jednak w ręku spoczywał sztylet.

Poczuł kolejną falę euforii, zdawało mu się, że sam może wybić całą armię. Do ziemi sprowadziło go uczucie, że złapanie oddechu staje się coraz trudniejsze, a ból w mięśniach dotkliwszy. Wiedział, że nie może tak walczyć w nieskończoność. Potrzebował takiego celu. Rozejrzał się i ruszył wzdłuż linii frontu ku środkowi, gdzie kumulowały się na niebie latające oddziały xynthialskiej arystokracji.

Z oddali dobiegały do Naraala potworne skrzeki potężnych wijów, wydawane za każdym razem kiedy nurkowały.. Mówiło się, że rycerz dobrze zgrany ze swoim wierzchowcem potrafi przy jednym nurze zabić nawet czwórkę żołnierzy. Jeździec ciął mieczem i dźgał lancą jednocześnie, podczas gdy jego wij chwytał w zęby i miażdżył ogonem. Opowiadano też o ludziach, którzy potrafili na swoją lancę nabić nawet trójkę przeciwników. Magowie bywali często jeszcze bardziej skuteczni. Niektórzy z nich posługiwali się mocami rodzącymi potężne eksplozje raniące wielu wrogów.

Kilkadziesiąt metrów od epicentrum, do którego właśnie docierał Naraal dźwięki wybuchów niemal nie milkły. Ziemia była tam poznaczona magicznymi wyładowaniami. W niektórych miejscach sterczały sztuczne klify, po innych zostały jedynie puste doły wypełnione krwawą, błotnistą papką. Gdzieniegdzie ziemia i trupy tworzyły jednolitą maź, gdzie indziej echa uwolnionej energii ożywały i żyły własnym życiem, atakując walczących poza jakąkolwiek kontrolą.

Spomiędzy huku kolejnych zaklęć, potworny, wijowy skrzek rozniósł się nad frontem walczących. Siła dźwięku niemal rzuciła młodego Arestoga na kolana. Przerażony spojrzał w niebo tylko po to, żeby dostrzec, jak jeden ze szlacheckich węży, trafiony kolejną, celną strzałą wydał z siebie ,,łabędzi śpiew”. Wierzchowiec tracił siły i schodził coraz niżej, a kiedy kolejna strzała przebiła jego łuski, zaryczał jeszcze głośniej. Patrzył z dołu jak czerwony, latający gad walczy jeszcze, by uratować swojego jeźdźca przed impetem zderzenia z ziemią. Anielski wybraniec nie wiedział pod wpływem jakich emocji nabiegły mu do oczu łzy, ale widział w tym coś wzruszającego. Potwór po raz ostatni spróbował uderzyć błoniastymi skrzydłami, jednak udało mu się tylko jednym. Rozerwana błona i zesztywniały ogon zakręciły nim. Wij runął na plecy zaledwie kilkanaście metrów od Naraala.

Chłopak pobiegł do leżącego gada. Pierwsze, co dostrzegł to złotą zbroję wystającą spod skrzydła. Zdawało się, że wierzchowiec w akcie oddania swojemu panu objął go skrzydłem, żeby zamortyzować uderzenie o ziemię.

Naraal zaczął wyciągać nieznanego mu rycerza spod truchła gada. Po insygniach na zbroi i jej wykończeniu zaczął domyślać się, że był to ktoś naprawdę ważny, możliwe, że nawet sam król. Podstarzały już mężczyzna powoli odzyskiwał przytomność, choć na pierwszy rzut oka widać było, że nie utrzyma się na nogach.

Naraal w mgnieniu oka odkrył, że nie tylko jego celem był „upadły”. Wokół nich zaroiło się od dzikich Grithianczyków. Widząc ich, jedynie uśmiechnął się do siebie. Teraz miał wrażenie, że jego przeznaczenie się spełnia, czuł, że musi bronić ledwo oddychającego, powalonego rycerza. Emocje kotłowały się w nim, wiedział, że nadeszła jego chwila.

Usłyszał świst nadlatującej strzały, opuścił głowę. Wyrzucił ostrze w kierunku, z którego wypuszczono pocisk. Biegiem ruszył w tę samą stronę. Drogę zastąpił mu ogromny woj, który błyskawicznym cięciem chciał obalić chłystka stojącego mu na drodze do rannego. Arestog zrobił błyskawiczny unik i przyłożył prawą dłoń do zbroi wroga. Przez bardzo krótką chwilę bał się, że źle obliczył czas, ale gdy tylko dotknął pancerza, od razu poczuł w palcach rękojeść wracającego sztyletu, który wyrżnął sobie drogę do właściciela przez ciało Grithianczyka. Ciął półobrotem, skracając miecze nachodzących go od tyłu dwóch wrogów, zrobił krok do przodu i kontynuował obrót, tnąc ich ukosem. Przez rozpadające się w powietrzu ciała, dostrzegł zbliżających się do powalonego rycerza kolejnych napastników. Wyskoczył w ich kierunku, łapiąc sztylet tak, żeby był przedłużeniem ręki i pchnął mocno, aż jego palce weszły w głąb ciepłych wnętrzności. Potem znów ciął półobrotem, rozbrajając okrążających go wojów, a po kolejnym kroku robił obrót.

Kaszlnął i poczuł tak rwący ból w płucach, że obraz rozmazał mu się przed oczami.

Za szybko zaczęło dziać się to, czego paladyn Feyviti obawiał się już wcześniej. Refleks zanikał, a mięśnie wiotczały, liczba najeźdźców zdawała się nie maleć. Dookoła niego zaczynał układać się wał ze zwłok, ale on czuł się coraz mniej zdatny do walki. W jego uszach zaczął narastać dziwaczny, niski dźwięk, jakby ciśnienie krwi chciało rozerwać tętnice i dostać się do mózgu. Czuł, że umiera.

Zamarł na jeden oddech i zdał sobie sprawę, że nie tylko on słyszy ten dźwięk. Podniósł głowę do góry, wypatrując tego, co obserwowali wszyscy dokoła. Nad jego głową, leniwie wachlując skrzydłami, unosiły się trzy wielkie wije. Z postaci dojeżdżających je lordów zdawały się unosić charakterystyczne, wielobarwne strugi potężnej energii.. Spomiędzy ułożonych rąk wyrastał gruby, płonący łańcuch, który łączył ich, formując trójkąt. Niski dźwięk wciąż narastał, aż w kulminacyjnym momencie, na jedno uderzenie serca, zapadła cisza. Czas jakby się zatrzymał, a z unoszącego się, magicznego trójkąta wyfrunęła fioletowa, ledwo widoczna kuleczka. Kulista emanacja magicznej energii pofrunęła błyskawicznie, zostawiając za sobą delikatną smugę i zniknęła w ziemi kilkadziesiąt metrów przed Naraalem.

Najpierw poczuł ciepło na całej skórze, potem ogłuszający dźwięk i siłę rozrywającej eksplozji. Ziemię, na której stali Grithianczycy po prostu rozerwało. Wybuch porozrzucał ciała w promieniu kilkudziesięciu metrów, często we fragmentach. Anielski wybraniec spojrzał na dymiący krater. Dwóch jeźdźców podleciało do niego i zaczęło znacząco machać rękoma, ich usta poruszały się, jakby próbowali mówić, ale on niestety nie słyszał nic, oprócz przenikliwego pisku. Obaj mężczyźni byli bardzo młodzi, wyglądali na jego rówieśników, jednak ich wzrok wydawał się przenikliwy. Był to wzrok prawdziwych, doświadczonych żołnierzy.

– Połóż króla na mojego wija, szybko! I wskakuj do Kirifona – usłyszał w końcu przytłumiony krzyk. Postać wskazała na towarzysza.

Nie zastanawiając się, podniósł rannego. Jakież było jego zdziwienie, gdy pomimo płytowej, grubej zbroi okazało się, że mężczyzna nie ważył zbyt dużo. Pancerz był bardzo lekki. Złapał „upadłego” pod pachami, podbiegł truchtem i przełożył przez grzbiet ogromnego gada. Ciężko dysząc, wskoczył za jeźdźca zwanego Kirifonem. Mimochodem usłyszał tylko:

– Proszę się trzymać, Wasza Wysokość.

– Trzymaj się, chłopcze – powiedział jeździec, z którym miał lecieć Arestog. Pokazał na element uprzęży i dodał – zapnij pasy, ruszamy. Jestem Kirifon ger Nerok, a ten obok to Fortan ger Nuriad – krzyczał. – A jak ty się nazywasz, chłopcze?

– Naraal Arestog – odpowiedział.

– To nie jest szlacheckie nazwisko, prawda? – ponownie zakrzyknął Kirifon, kiedy już wznieśli się poza zasięg łuczników Grithianu.

– Nie – odrzekł.

– Musimy odwieźć króla do zamku. Nadszarpnięte morale mogą się źle skończyć dla Xynthialu – oznajmił ger Nerok, ale Naraal widział już wszystko jak przez mgłę. Chwilę później zemdlał.

***

– Ratujcie króla! – otrzeźwił go krzyk Fortana, zanim jeszcze wylądowali.

Chłopak właściwie nie był pewien, czy leżał bez przytomności, czy spał. Rozejrzał się. Był na dziedzińcu zamku. Oprócz stojących nieopodal stołów i beczek oraz czwórki gwardzistów, plac był pusty, choć przez uchylone, dębowe wrota prowadzące do wysokiego zamku dostrzegał jakichś ludzi.

Obok nich lądował jeszcze jeden jeździec. Choć zbroja, którą nosił zasłaniała praktycznie całe jego ciało widział, że pod nią kryje się ktoś dużo młodszy, a może nawet w jego wieku. Emblematy, identyczne z królewskimi, sugerowały, że był to – Ereitan II Xynthia, królewski syn.

– Król ranny! – ryknął Kirifon.

Postać w zbroi przywołała gwardzistów, a ci przybiegli bez wahania.

– Co się stało? – zapytał rycerz, który wybiegł na dziedziniec.

– Wij królewskiej mości został zestrzelony – nie zastanawiając, się oznajmił Naraal. – Spadł z dużej wysokości. Bestia próbowała go uratować, ale…

– To jest bohater, który chronił jego królewską mość przed barbarzyńskimi hordami! Zabił kilkunastu wojów! Walczy lepiej niż niejeden z nas! Walczy jak prawdziwy rycerz… i Xynthialczyk, lordzie – dodał szybko ger Nerok.

– Pomyślimy nad tym, tymczasem ratujmy mojego ojca – odpowiedział królewski syn. Dopiero teraz, gdy otrzeźwiał, zdał sobie sprawę z tego, jak wielki zaszczyt go dotknął. Czuł, że jest na swojej ścieżce przeznaczenia przepowiedzianej przez anielicę.

Gwardziści przynieśli prowizoryczne nosze, ostrożnie umieścili na nich swojego władcę, po czym wbiegli do zamku przez potężne drzwi. Arestog, podążając za Fortanem ger Nuriadem i Kirifonem ger Nerokiem, wszedł do wnętrza pałacu. Zobaczył, że strażnicy położyli rannego monarchę na ogromnym stole. Na jego oczach delikatnie zdjęli mu hełm.

Chłopak rozejrzał się, była to prawdopodobnie sala tronowa lorda namiestnika. Na środku stał ogromny stół mogący pomieścić kilkudziesięciu gości, a na samym końcu podłużnego pomieszczenia znajdował się namiestnikowski tron. Dookoła było kilkoro potężnych drzwi. Zapewne prowadziły do prywatnych kwater najwyższych dostojników. Front i tył pomieszczenia zdobiły wysokie, kolorowe witraże. Oprócz niego przy stole stało kilkunastu ludzi, wszyscy wyglądali na generałów, rycerzy lub magów.

Pośród tłumu możnych, ktoś zwrócił jego uwagę, a była to postać w pięknej płytowej zbroi. Chłopak nie widział zbyt wiele arystokracji w swoim życiu, ale pierwszy raz zobaczył kobiecy pancerz, szczególnie tak kunsztowny. Ta zbroja była prawdziwym dziełem sztuki przedstawiającym piękne, kobiece ciało. Wzmacniana magicznie stal uformowana była w taki sposób, aby zwężenie w talii i delikatnie zarysowane mięśnie brzucha nadawały smukłości. Nieco wyżej znajdowały się dwie wypukłości o kształcie krągłych piersi. Naraal nie musiał patrzeć na twarz, żeby wiedzieć, że to elfka. Wiedział kim ona jest i choć czytał o jej urodzie, nie spodziewał się takiego piękna. Aryeh Neyiri – ostatnia żyjąca z trójki i matka króla, miała ponad osiemdziesiąt lat, ale nie wyglądała na więcej niż trzydzieści. Było to normalne, elfy starzały się dużo wolniej. Stała dumnie z ręką opartą o głowicę legendarnej złotej szabli z rubinem zamkniętym w rękojeści. W jej oczach nie było łez, za to czuć było przejmujący smutek. Naraal wiedział z „Pamiętnika Podróżnika Vaa”, że choć lady Aryeh, jak była nazywana, nigdy nie urodziła, to Ereitan był tak samo jej dzieckiem, jak i reszty z nieżyjącej już trójcy.

– Nie wyjdzie z tego – oświadczył starszy mężczyzna w czarnej szacie. Naraal w lot pojął, że był to medyk. – Król odchodzi.

– Jesteś pewien? – zapytał książę, jakby próbował oszukać rzeczywistość.

Naraal nie mógł oderwać wzroku od smutnych oczu lady Aryeh wbitych w umierającego króla.

– Jako arcymag znam się na tym – odparł, patrząc po zebranych. – Wiele kości ma połamanych, dodatkowo rany wewnętrzne. W jego wieku jest to śmiertelne, nawet jego elficka krew go nie uratuje.

– Dziękuję ci, mój aniele – wyszeptał król, z wysiłkiem przechylając głowę w stronę Naraala. – Nie udało ci się mnie uratować, ale dzięki tobie umrę przy rodzinie.

Dla wszystkich był to znak, żeby się oddalić. Lady Aryeh podeszła do niego i ucałowała go w czoło, po czym odwróciła się i oddaliła. Dla obserwującego ich chłopaka było to dziwne i obce zachowanie. Matka, która nie opłakiwała syna.

Syn został przy królu, pomimo trwającej bitwy. Każdy ojciec powinien móc pożegnać się ze swoim dzieckiem. Arestog obserwował jak rozmawiali, jednak chwilę później chrapliwy oddech, który wydawał z siebie król ucichł. Stało się oczywiste, że monarcha właśnie zmarł.

– Król odszedł – powiedział po chwili książę.

– Panie! Panie! – krzyczał mężczyzna wbiegający z dziedzińca. – Meymuss rzucił do szturmu odwód! Północna brama padła, walki trwają na murach i niższym dziedzińcu! Nie wytrzymamy dzisiejszego dnia!

– Jako pierworodny syn monarchy, po jego śmierci, obejmujesz dowództwo – powiedział mężczyzna w czarnej szacie. – Na mocy nadanego mi prawa, jako arcymag królewski Xynthialu, nadaję ci tytuł królewski Ereitanie II Xynthio, synu Ereitana I Xynthii, króla Xynthialu – mówił to takim głosem, jakby chciał się pozbyć odpowiedzialności za ewentualną klęskę.

Naraalowi wydawało się, że jest nie w tej bajce. Był chłopem, wieśniakiem. Jego przygoda w innej sferze, była wyjątkowa, ale obserwując z boku najwyższe sfery swojej ojczyzny, czuł się nieswojo.

– Mamy jakieś szanse? – zapytał Ereitan II tłum królewskich doradców.

– Wątpię, panie – odpowiedział ktoś, kto wyglądał na wysoko postawioną osobę. Chłopak nie mógł się połapać, kto jest kim na dworze.

– Może… – wtrącił nagle Naraal.

– Kim jesteś, żeby zabierać głos, obszarpańcze? – krzyknął królewski arcymag.

– Cisza! – krzyknął niespodziewanie Ereitan II. – Osłaniał króla, pozwolił mojemu ojcu wrócić do nas. Powinniśmy go wysłuchać i tak nie mamy innej możliwości!

– Myślę, że nadszedł czas, abym dał to tobie, królu – powiedział Arestog, wyjmując zwój, który znalazł na swojej szafce nocnej tuż obok sztyletu Feyviti.

– Mamy mnóstwo magicznych zaklęć – zakpił arcymag, jednak kiedy król przekazał mu zapisany pergamin, zamilkł. Na kilka sekund zapadła cisza przerywana jedynie wybuchami i krzykami dochodzącymi przez otwarte wrota. Mag zbladł, po czym dodał – to… to jest potężne… potężne zaklęcie! Skąd je masz, chłopcze?

– Znalazłem… – odpowiedział zachowując zimną krew, ale urwał. Nie wiedział co miałby mówić dalej.

– Co to jest? – spytał nowy król.

– Każdy martwy, który padł na tej ziemi, powstanie na nasze wezwanie – oznajmił arcymag. Wydawał się zahipnotyzowany tym, na co właśnie patrzył.

– Czy to bezpieczne? – spytał król.

– Bezpieczne tak, ale czy etyczne? – spytał mężczyzna w czerni. – W końcu to nasi żołnierze, ludzie, przyjaciele i rodacy. Ludzie, którzy oddali życie za kraj.

Ereitan II zawiesił wzrok na kamiennej posadzce. Przeszedł kilka kroków w przód, a następnie zawrócił i spojrzał magowi w oczy.

– Oddali życie za kraj, oddali wszystko, prawda?

– Tak, królu.

– Więc oddaliby więcej, gdyby mieli. Martwi nie są kosztem, którym powinniśmy się martwić, są nim żywi – stwierdził monarcha, po czym krzyknął – za Xynthial!

Zebrani, którzy przypatrywali się tej wymianie zdań, po chwili unieśli miecze w górę i zakrzyknęli:

– Za Xynthial!

Echo ich głosów odbiło się od pustych ścian wielkiej sali, po czym zapadła wymowna cisza. Wzrok wszystkich padł na postać w czarnej szacie.

– A… tak! Zbiorę gildię! Tutaj, na irnifalskiej ziemi, zgnieciemy Grithian raz na zawsze, mocą śmierci – po czym dodał pod nosem – będę potrzebował kryształów, dużo kryształów…

Postać w czarnej szacie, ściskając zwój, jakby był najcenniejszą rzeczą jaką kiedykolwiek trzymała, truchtem pobiegła do drzwi, prawdopodobnie prowadzących do wieży magów. Wszyscy odprowadzili arcymaga wzrokiem. Naraal spojrzał na Ereitana. Młody król wyglądał na niewiele starszego od niego. Choć widać było, że stara się ukryć to, że jest zagubiony. Zmarł jego ojciec, królestwo chyliło się ku upadkowi, on sam został władcą i musiał podjąć decyzję, która prawdopodobnie zmieni oblicze świata. Zdawał się usprawiedliwiać przed sobą, że podjął taką decyzję, którą musiał podjąć, jednak nadal zastanawiał się, czy była ona dobra.

Naraalowi, obserwującemu swojego rówieśnika przeszło przez myśl, że przecież może zająć się tym ktoś inny, na przykład jego babcia, która wychowała już dwóch władców. Spojrzał na nią i widząc zacięte, smutne oczy obserwujące przez uchylone okno witrażu bitwę, zrozumiał jaką funkcję pełni elfka. Nie brała żadnej odpowiedzialności, służyła radą tylko, kiedy ją o to poproszono, nie chciała wpływać na swojego wnuka. Władza zdawała się jej nie interesować.

– Dziękuję ci – odezwała się niespodziewanie lady Aryeh. Naraal zdał sobie sprawę, że po raz pierwszy słyszy jej głos, był spokojny, zmysłowy, głęboki i jakby martwy, smutny.

Spojrzała na niego oczyma koloru morza, a on zamarł. Zbliżała się i musnęła jego policzek swoimi wargami, po czym odwróciła się i wyszła na dziedziniec.

– Nie obchodzi mnie, skąd to masz – odezwał się głos. Naraal odwrócił się i zobaczył króla Ereitana II Xynthię patrzącego na niego tymi samymi, co babcia, morskimi oczyma. – Jednak jeśli to zadziała, Korona, jak i całe królestwo, będzie ci dozgonnie wdzięczna. Otrzymasz tytuł szlachecki, posiadłość, pieniądze i…

Tutaj król przerwał i podszedł do okna. Purpurowe światło zdominowało naturalny, słoneczny odblask, a pola zaczynały się poruszać. Potem oczom obserwujących ukazały się wstające, martwe ciała, rozrywające swoją skórę i mięśnie. Dziedziniec zaczął czerwienieć od krwi i ludzkiego mięsa, a chwilę później bieleć od idealnie czystych, lekko zabarwionych magiczną czernią kości. Naraal również podbiegł do okna i zobaczył, że w oddali tysiące kościotrupów powstawało, rozrzucając kawałki swoich ciał wokół i idąc w stronę zachodu.

– Jeśli to wygramy, nigdy ci tego nie zapomnę, chłopcze – dodał po chwili Ereitan II.

Cum Daemonibus

Naraal Arestog odłożył delikatnie książkę na miejsce. ,,Przygody podróżnika Vaa” były bardzo stare nawet wtedy, kiedy je znalazł, a było to przeszło dziesięć lat temu. Znalazł ją na strychu rodzinnego domu. Pomimo tego, że miał już siedemnaście lat, dalej uwielbiał przeglądać ją przed snem. Właściwie to nigdy się z nią nie rozstawał. Zaciekle bronił swojego skarbu przed niszczycielskimi łapskami swojego młodszego rodzeństwa. Była dla niego bezcenna. Symbolizowała wolność, ucieczkę od rzeczywistości. Inspirowała do walki o marzenie, które miało się spełnić.

Naraal pochodził z chłopskiej, wielodzietnej rodziny. Całe jego życie skupiało się na pomaganiu w prowadzeniu gospodarstwa. Przytłaczała go nuda, każdy dzień był taki sam. Praca na roli, posiłek i sen zdawały się przeplatać. Chłopak nie dostrzegał żadnych perspektyw, ale nie przeszkadzało mu to dopóki przypadkiem nie znalazł owej książki. Ojciec nigdy nie był zainteresowany kartkami poznaczonymi niezrozumiałymi dla niego znakami. Podobnie jak większość chłopów, tak i on, nie potrafił czytać.

Naraal również tego nie potrafił i nic nie zapowiadało zmiany tego stanu, aż do momentu, kiedy będąc na jarmarku wykorzystał chwilę nieuwagi matki i wymknął się. Siedmioletni wtedy chłopak podszedł do handlarza wyglądającego na obcokrajowca i zapytał o tajemnicze litery. Traf chciał, że spotkał mężczyznę, który może z dobrego serca, a może z braku lepszego zajęcia zaczął objaśniać mu głoski. Minęło trochę czasu, zanim rodzicielka spostrzegła nieobecność pierworodnego. Jeszcze więcej, zanim go odnalazła. Te parę godzin wystarczyło, jednak chłopcu na nauczenie się większości liter. Sam handlarz był pod wrażeniem chłonności umysłu dziecka. Nawet próbował przekonać jego rodziców, by wyprawili go na nauki. Ojciec jednak nie podszedł do tego zbyt entuzjastycznie, szczególnie, że nie było go na to stać.

Od tego czasu Naraal, w każdej możliwej chwili, uczył się czytać. Co tydzień jeździł z rodzicami na targ, aby tam prosić przypadkowych handlarzy o pomoc w nauce. W zamian za to oferował im symboliczną pomoc lub drobne przedmioty, które udało mu się podkraść z rodzinnego domu. W końcu, po czasie, chłopcu udało się przeczytać samemu pierwszy rozdział ,,Przygód Podróżnika Vaa”. W kolejnych kilku rozdziałach odkrył ze zdziwieniem jak myląca była ta nazwa. Vaa nie był ani podróżnikiem, ani nie miał żadnych przygód. Vaa był jedynie marionetką w rękach pozaziemskich istot. Naraal zaczął zastanawiać się, czy i jego losem nie rządzi jakaś tajemnicza siła, której nie jest w stanie się oprzeć.

Gdy tylko nadarzyła się przerwa w pracy, on czytał. To właśnie ta, pokryta wytartą już czernią i tajemnicza zarazem, księga poszerzyła horyzonty dziecka. Naraal zaczął rozumieć ogrom świata. Świat Nur’estiri’gh wydawał się mu nieskończenie wielki i ciekawy. Śnił więc w nocy i marzył w dzień, o nieznanych zachodnich krainach oraz południowych krańcach świata. Myślał o tajemniczym kontynencie Ghnti, gdzie rządziła magia, a jego powierzchnia nigdy nie została zbadana. Pożądał Nur, gdzie cywilizacja upadła. Wzdychał tęsknie do Błogosławionego Imperium. Dziwił się, że niegdyś jego ojczyzna – Xynthial nie istniała na mapie. Zapragnął wyruszyć w świat, zmieniać go, być kimś.

Rodzina jednak podcinała mu skrzydła. Pochwalił się kiedyś matce, że chciałby zostać podróżnikiem. Snuł opowieści o zwiedzaniu niezliczonych krain. Chciał widzieć setki ludzi, oglądać niewyobrażalne dziwy, jakich nie uświadczyłby w rodzinnych stronach – przeżyć przygodę.

– Wyrośniesz z tego – odpowiedziała. – Kto będzie zajmował się twoimi braćmi i siostrami, kiedy nas zabraknie?

Naraal zapamiętał te słowa. Choć się rozczarował, poczuł jakąś wewnętrzną dumę z tego, że ktoś pokłada w nim nadzieję i uważa odpowiedzialnym za przyszłość rodziny. Słowa matki głęboko na niego wpłynęły i zmieniły postrzeganie niektórych spraw. Kobieta, która dała mu życie i miłość, przecież nie mogła źle mu życzyć. Postanowił dojrzeć. Przestał śnić na jawie. Zaczął myśleć o sprawach bardziej przyziemnych. A przynajmniej się starał.

Siedemnaste urodziny sprawiły, że coś w nim pękło. Zew zwyciężył. Dziwne uczucie kazało mu ruszyć w drogę. Po zachodzie słońca, kiedy wszyscy położyli się spać, spakował najpotrzebniejsze rzeczy i ruszył na wschód w stronę wielkiego oceanu. Wreszcie poczuł się wolny.

Trakt wydawał mu się zatłoczony. Nigdy nie widział takiego tłumu. Podziwiał różnorodnośćstrojów ludzi spotykanych po drodze. Poznał wielu pomocnych i bezinteresownych wędrowców, którzy pomagali mu w taki sposób, że zaczynał zastanawiać się, czy to zasługa jego czaru, czy może każdy samotny wędrowiec spotyka się z taką gościnnością. Obcy ludzie często zapraszali go do swoich obozów i gościli. Dzięki nim Naraal wiele się nauczył, zyskał doświadczenie oraz cenne umiejętności. Jak na wieśniaka, był bardzo otwartym i wzbudzającym zaufanie kompanem. Charyzma i otwartość powodowały, że rozmowa z nim zadowalała nawet szlachetnych panów i uczonych. Jego największą zaletą pozostawało nadal to, że potrafił słuchać. Zapamiętywał fakty i cały czas rozbudowywał swój światopogląd. Każdy, kogo spotkał na tym irnifalijsko-istrolijskim trakcie, wydawał się niesamowity, nietypowy i odmienny. Napotkani ludzie, między którymi byli zarówno magowie, jak i duchowni czy rycerze, jawili się mu jako inna historia, inny punkt widzenia. Chłopak podczas podróży dowiedział się dużo o polityce, swojej ojczyźnie – Xynthialu, ekonomii oraz geografii. Napotkani mówili mu o matematyce, chemii i magii. Słuchał z pasją o legendach, przygodach tudzież odległych lub bliskich krainach, gdzie żyją niesamowite stworzenia i inne rasy. Na tym trakcie pierwszy raz zobaczył derfa. Poprzysiągł sobie, że musi odwiedzić kiedyś podwodny kraj Rph’eaenm – ojczyznę tych istot. Na tej drodze nauczono go, jak można przetrwać jedząc tylko to, co rośnie w lesie. Zaczął bać się potęgi Grithianu czyhającego na Xynthial i nie mógł się doczekać aż zobaczy Złoty Valandriol oraz jego perłę – legendarne stare miasto Deriolu.

Nie mógł włóczyć się w nieskończoność. Na końcu szlaku malował się krajobraz, wznoszących się ponad budynki Istrolu, portowych żurawi.

Poczuł, że morze jest jego przeznaczeniem. Nie szukał rozwiązania długo. Porozmawiał chwilę z kapitanem na przycumowanym statku „Głodny Marynarz”. Nawet zdziwił się, jak łatwo mu poszło, nie wiedział czy to kwestia jego erudycji, czy zapotrzebowania na załogę, ale został przyjęty od razu. Jeszcze tego samego dnia wyruszył jako majtek na wyspę Aryol. Szczęście dopisywało mu od początku podróżny tak bardzo, że nie wierzył w to, że w tym nowym, szczęśliwszym świecie bywali w ogóle ludzie nieszczęśliwi.

***

Naraal wpatrywał się w horyzont, opierając się o drewniany reling. Spoglądał na gwiaździste niebo. Zapowiadała się spokojna noc. Wrócił pamięcią do swojego życia na wsi. Przez siedemnaście lat, każdy dzień był podobny do poprzedniego. Spojrzał na podniszczony już egzemplarz „Przygód podróżnika Vaa”, westchnął, po czym udał się w stronę swojej kajuty. Wszedł do ciasnego pomieszczenia, usiadł na posłaniu i położył ukochaną książkę na skrzynce leżącej obok łóżka, w której znajdowały się wszystkie jego rzeczy. W kajucie nie było niczego więcej, tylko skrzynia, stara prycza i ten cholernie niski sufit. Tak niski, że nie było sensu wsadzać tam nawet krzesła. Wyjął ze specjalnego otworu kryształ, który wydał z siebie dźwięk przypominający kliknięcie i zgasł, a w pokoju zapadła ciemność. Położył się na pryczy i chwilę wpatrywał w dominującą w pokoju czerń. Następnego ranka mieli dotrzeć do Aryolu. Buzowały w nim niewytłumaczalne emocje. Miał dziwne wrażenie, że czeka go tam coś niezwykłego. Udało mu się zasnąć dopiero nad ranem. Pamiętał, że niebo już szarzało.

Obudził go dźwięk rogu, który oznajmiał przybycie do portu. Naraal przypomniał sobie ze zgrozą, że miał pełnić poranną wartę i wystraszył się, że pierwszy oficer zauważył jego spóźnienie. Ubierając się w pośpiechu, wybiegł na pokład i po chwili z ulgą stwierdził, że nikt nie zwrócił uwagi na jego nieobecność. Na horyzoncie wyraźnie malowała się już wyspa. Zamierzał udawać, że cały czas był na pokładzie.

– Dużo do rozładowania, pierwszy oficerze? – zapytał podchodząc jakby mimochodem.

– Trochę – odburknął, wiecznie zamyślony, wyższej rangi marynarz.

– Długo nam to zajmie, pierwszy oficerze?

– Trochę… – odpowiedział śpiąco, a po chwili zapadła męcząca cisza.

Czuł się nieco zbity z tropu.

– Jak długo tu zostaniemy? – spytał w końcu.

– A na trochę… – odpowiedział spokojnie.

Po tej ‘’dynamicznej” wymianie zdań Arestog zdecydował się stanąć trochę dalej. Po prostu czekając na dalsze rozkazy.

– Arestog!

– Tak?! – zareagował od razu chłopak. Odwracając się, zobaczył znajomą twarz i od razu dodał – kapitanie?

– Co zamierzacie? Załoga zajmuje się przygotowaniem do rozładunku, a wy stoicie przy maszcie i patrzycie w dal, niczym jakiś idiota – kapitan miał skłonności to mówienia pełnych zdań na jednym wdechu. Wypowiedź zajęła mu raptem dwa uderzenia serca. Chłopak przez chwilę stał jak wryty i zastanawiał się, co właściwie teraz usłyszał.

– Już idę! – odkrzyknął zdecydowanie. – Kapitanie!

– Gdzie idziecie? – odezwał się kapitan.

Naraal przez ten krótki rejs nauczył się, że jego przełożony miewał różne nastroje, rozmowa z nim zawsze kierowała się jakąś abstrakcyjną logiką.

– Pomóc swoim kolegom, załodze… – odpowiedział niepewnie.

– Nie kazałem wam iść pomagać załodze! – krzyknął przełożony.

– Nie…? To znaczy. A tak, oczywiście!

– Zapytałem, co zamierzacie!

– Pomóc! – krzyknął ochoczo, jednak po chwili dodał zmieszany pytaniem – wykonać swoje obowiązki!

– Dobrze! Zuch chłop! Macie wolne na dziś! – powiedział kapitan z dziwacznym entuzjazmem, po czym dodał – opowiadaliście o tych swoich przygodach, co je chcieliście przeżyć, to teraz idźcie i przygodujcie.

Naraal patrzył przez chwilę, to na pracującą w pocie czoła załogę, to na siwobrodego kapitana z fajką w ustach, który właśnie przestał się nim interesować i spoglądał na panoramę miasteczka. Ponad gromadę niskich domów wybijały się jedynie dwa budynki. Jednym był kościół Ethnu, drugim ratusz.

Kiedy tylko przybili do brzegu, młodzieniec zdecydował się ruszyć na „przegląd wyspy”. Nie zastanawiał się dokąd idzie, nie miał celu. Szybko jednak zaczęły towarzyszyć mu dziwne uczucia, których doznał poprzedniego wieczoru. Miał nieodparte wrażenie, że idzie w konkretnym kierunku.

Nie mylił się.

Bezwiednie wszedł do gęstego lasu. Nie zwracał nawet uwagi na uspokajającą zieleń i charakterystyczny, kojący zapach boru. Po zaledwie kilkuset metrach, zamknięty pośród ścian drzew otaczających wąską ścieżkę, stanął. Odsłonił gałęzie krzewów, a jego oczom ukazały się ruiny. Ruszył przed siebie. Czuł, że to może być właśnie jedno z takich miejsc, dla których opuścił rodzinny dom. Liczył na coś niepowtarzalnego. Na schodach prowadzących w dół znajdowało się pełno liści oraz ziemi. Nie dostrzegał na nich żadnego tropu, czy też odcisku stopy. Przecież to niemożliwe, że tak blisko ruchliwego portu, na zaludnionej od setek lat wyspie, ukrywały się niesplądrowane lub nieodwiedzane przez nikogo ruiny. Choć im bardziej zbliżał się do budynku, tym większy niepokój go ogarniał, to nadal zwyciężała chęć przygody. Zdawało mu się nawet, że coś go tam przyciąga.

Kiedy zszedł kilka stopni w dół, zanurzył się w ciemności, ale już parę kroków dalej dostrzegł zieloną poświatę, docierającą gdzieś z drugiego końca tunelu. Trochę dalej to światło zaczęło nabierać formy, były to dwa ogromne kryształy. Nigdy nie widział magicznych klejnotów o takiej wielkości – były wyższe od niego. Podszedł do nich i zaczął się im przypatrywać. Fosforyzujące zielenią kamienie stały osadzone w idealnie dopasowanych, kamiennych niszach.

Niespodziewany rozbłysk oślepił go na tyle mocno, że chłopak musiał zasłonić sobie oczy ręką, lecz kiedy je odsłonił nie był już w kamiennym tunelu. Miejsce, w którym się znajdował, nie wyglądało mu na Eestirię. Tkwił w zawieszeniu pośród szarej nicości. Wokół niego, w ciasnym kręgu skupiały się setki, jeśli nie tysiące, dziwnych, przerażających, człekokształtnych istot. Potworne sylwetki, składające się głównie z półprzeźroczystej, szarawej tkanki i dziesiątek losowo wtopionych w nią oczu. Tysiące ślepi zamykało się w amebicznych ciałach, znikając bez śladu i pojawiając się w zgoła innych miejscach. Młody Arestog na początku pomyślał, że to sen, zwodniczo realny koszmar, ale z każdą chwilą utwierdzał się w przekonaniu, że znalazł się w bardzo złym miejscu, w dość niekorzystnym czasie. Zamarł i czekał na rozwój sytuacji. Kolejne, co do niego dotarło to odkrycie, że świat, w którym się aktualnie znajdował, posiadał więcej niż trzy wymiary. Istoty stały jedne w drugich, wtapiając się w siebie, tworząc bezkształtną, lepką mgłę, jednocześnie widocznie były od siebie oddzielone. Naraalowi nie dotykał ich, a jednocześnie wydawało mu się, że przenika je, czując przy tym coś pomiędzy lekkim mrowieniem a zimnem.

Przyglądał się światu, w którym się znalazł, a z każdą chwilą zdawał się dostrzegać nie tyle więcej (jak po gwałtownym zanurzeniu się w ciemności), ile inaczej. Kiedy tak stał, czekając na rozwój wydarzeń, które jak się obawiał, miały zakończyć jego życie, wszystko stawało się bardziej jaskrawe. Zarysy istot były coraz ostrzejsze, bardziej ludzkie, a niebo, które się nad nim otwierało, zmieniało barwę w przyjemny, różowawy błękit zachodzącego słońca.

– Witaj, przybyszu – odezwał się w jego głowie damski głos. Miał dziwaczny ton, jakby coś, co nigdy nie spotkało człowieka próbowało go uwieść. – Czekaliśmy na ciebie.

– Tak? Ale… gdzie ja teraz jestem? – wydukał.

– W sferze światła – rozległa się odpowiedź. – W sferze wiecznego szczęścia.

– Czym jesteście? – rzucił z lekką odrazą.

– Nasza rasa nazywa się Ghfn’youy’phf – tu padły niemożliwe do wypowiedzenia głoski, usadowione na różnych wysokościach skali głosu, których praktycznie nie dało się zapamiętać. Nazwa była na tyle skomplikowana, że od razu wiedział, że nie powtórzy jej, choćby słyszał ją setki razy.

– Dlaczego tu trafiłem? – dociekał Naraal.

– Z powodu anioła, który poprosił nas, byśmy cię ugościli.

Naraal od razu skojarzył to z książką, która go wychowała, ale myśl ta szybko znikła, jakby wyparowała.

Istoty, choć nadal przerażające, wydawały się coraz przyjaźniejsze, a głos przybierał milszy wydźwięk. Słychać w nim było prawdziwą miłość i ukojenie, co przywodziło na myśl spokój rodzinnego domu, a zarazem seksualną rozkosz.

– Jesteś wybrańcem.

– Ja? Wybranym? Do czego? – zdziwił się.

– Do wielkich rzeczy. Będziesz musiał uratować swoją ojczyznę, Xynthial – usłyszał w myślach.

Z kłębowiska ciał pozostała tylko jedna, stojąca przed nim postać, która z minuty na minutę coraz bardziej przypominała kobietę. Niezwykłą kobietę. Najpiękniejszą kobietę, jaką Naraal kiedykolwiek mógł sobie wyobrazić.

– Jesteś wybrańcem. Tym, który zmieni los Eestirii na zawsze.

– Ale dlaczego ja? – dalej pytał Naraal, wpatrując się w postać formującą się przed nim.

Rozejrzał się i dostrzegał coraz więcej szczegółów otoczenia, których wcześniej nie widział. Kiedy spojrzał pod nogi, uświadomił sobie, że nie stoi na niczym konkretnym, ale jednak coś go utrzymywało. Wpatrując się w dziwaczny grunt, potrafił wyłapać drobne elementy powierzchni. Widział każde ziarenko pozawymiarowej, piaszczystej substancji, które w końcu zlewały się w jedną strukturę, ginąc gdzieś w oddali. Rozróżniał nie tylko fakturę konkretnych substancji, ale również ich wnętrze i powierzchnię z każdej strony oraz boków. Towarzyszyło temu niesamowite uczucie, którego nie potrafił opisać nawet we własnych myślach.

– Jesteś wyjątkowy – powiedziała kobieta ubrana teraz w jedwabną, skromną, ale seksowną suknię.

Zrobiła krok w jego stronę.

– Bystry… – zbliżała się do niego – inteligentny… – znajdowała się już nie dalej niż na wyciągnięcie ręki… – odważny, prawdomówny, otwarty, skromny…

Naraal bezustannie patrzył w jej jasnoróżowe, hipnotyzujące oczy. Przysunęła się tak blisko, że czuł jej oddech na swojej twarzy. Miała taki niewinny wzrok, kiedy na niego spoglądała.

– I utalentowany – skończyła, zarzucając mu ręce na szyję, po czym zaczęła całować.

Nagle zrobiła krok do tyłu. Przez chwilę taksowali się wzrokiem. Jej jasnoróżowe oczy skrywały głębię ukrytych emocji. Miały jakiś magnetyczny, nieziemski urok. Badawczo i jakby trochę poddańczo, wpatrywała się w Naraala, a chłopak czuł, że rośnie w nim podniecenie. Przyglądał się chwilę jej piersiom, których zarys malował się w fałdach prostej sukni. Dziewczyna, widząc to poruszyła delikatnie ramionami i ubranie bezszelestnie osunęło się do jej stóp, ukazując niespotykanie perfekcyjne ciało. Krew odpłynęła z mózgu, a sam chłopak, o dziwo, poczuł się zrelaksowany. Wszelkie znamiona niepewności i strachu odeszły. Patrzył chwilę na piękno, które stało przed nim, nie wierząc własnym oczom. Nagle zdał sobie sprawę, że oboje są nadzy. Naraal całe swoje życie czekał na taką chwilę, śnił o niej, marzył wielokrotnie. W tym momencie to wszystko było rzeczywiste, a jego rajski ogród znajdował się tu i teraz. Stał i patrzył niczym zahipnotyzowany. Dziewczyna znów podeszła do niego, muskając delikatnie jego ciało swoim. Wpiła swoje usta w jego wargi, a on długo rozkoszował się ich smakiem i zmysłowym dotykiem. Czuł subtelny napór jej nagich piersi. Ciepło, bijące od miękkiej skóry, powodowało u niego gorące dreszcze, płynące falami wzdłuż kręgosłupa. Ręce automatycznie objęły kochankę i wędrowały w dół, muskając koniuszkami palców jej delikatną skórę. Zatracony w niekończącym się pocałunku, złapał ją za pośladki i ścisnął mocno. Były zadziwiająco przyjemne. Wszelkie troski i lęki odpływały w nicość. Istota, odrywając usta od jego nienasyconych warg, wydała z siebie zduszony jęk. Spojrzał na nią, próbował wyłapać najmniejsze detale urody. Jej dolna warga drżała z podniecenia, podczas gdy oczy mówiły tylko jedno: zrób ze mną, co chcesz, jakby jutra nie było. Odwróciła się niespiesznie i z gracją. Poczuł, jak jej pośladki ocierały się o jego nagie ciało, a dłonie złapały jego ręce i ułożyły na krągłych, apetycznych piersiach. Jego palce zacisnęły się mocno. Połączenie bólu i podniecenia spowodowało, że anielica cicho westchnęła. Ujął ją, kusząco wypiętą w jego stronę, drżącymi rękami i zbliżył się. Oddech dziewczyny przyspieszył jeszcze bardziej, a po chwili przeistoczył się w subtelny jęk, kiedy w nią wszedł. Ten głos był najbardziej podniecającym dźwiękiem na świecie. We wszystkich światach. Poczuł rosnące podniecenie, po czym przyspieszył tak bardzo, że aż zabrakło mu tchu. Starał się utrzymać rytm mocnych pchnięć, ciągnąc ją za trzymane w garści, czarne jak węgiel i błyszczące jak diament. włosy. Dziewczyna zaczęła krzyczeć, a on wpijał się, wciąż głodnymi ustami, w jej alabastrową, długą szyję. Podniecenie wzmagało się, aż wreszcie eksplozja pożądania przesłoniła oczy i rzuciła go z impetem na ziemię.

– Musiałam podziękować ci za to wszystko, co dla mnie zrobisz, mój ukochany – powiedziała kojącym, słodkim głosem. – Muszę cię jeszcze wiele nauczyć skarbie. Muszę nauczyć cię walczyć. To kiedyś uratuje ci życie. Czy masz jakąś broń? – zapytała.

– Mam… miałem nóż, kiedy tu wchodziłem – odpowiedział Naraal, nawet nie zdziwił się, jak szybko od zbliżenia zeszło do rozmowy. Nie wywołało u niego zdumienia nawet to, że nie był zdyszany. Był przecież w sferze światła.

– Twoje rzeczy są w skrzyni, która stoi za tobą – odpowiedziała.

Odwrócił się i dostrzegł kufer. W tym wymiarze widział go jednocześnie ze wszystkich stron, jak i ze środka. Dostrzegał ułożone w środku ubranie i spoczywający na nim nóż w pochwie. Widział każdy zadzior na ostrzu, nitkę ubrania i drzazgę kufra jednocześnie, choć obserwował jedynie skrzynię.

– Przynieś swoją broń. Nauczę cię walczyć.

– Dobrze Feyviti, moja ukochana – odpowiedział Naraal.

To imię w nim tkwiło, nie wiedział od kiedy, nie wiedział dlaczego, ale widząc tę kobietę był pewien, że nazywa się Feyviti. Możliwe, że był po prostu młody, jednak wydawało mu się, że czuje do niej coś niespotykanego. Nie tylko przez to, co się stało i jak wyglądała, lecz także dlatego, że było w niej coś zniewalającego, coś co powodowało, że Naraal wierzył w każde jej słowo i ruch. Wydawała się prawdziwsza niż cokolwiek, co ujrzał dotychczas w swoim życiu.

Ze skrzyni wyciągnął ostrze i kiedy schylał się po ubranie, głos odezwał się za nim.

– Ukochany, nie ma sensu się ubierać, nie uważasz? Jesteś tak… podniecający, jesteśmy tu tylko my dwoje. To jest raj, ukochany, a ja jestem twoją anielicą – odpowiedziała. – A teraz pokaż, co potrafisz tym nożem. Nie bój się mnie zranić, mój jedyny, tutaj rany goją się od razu, nie panuje głód ani pragnienie. To jest raj, tu nie trzeba nam niczego – dodała, przyjmując postawę gotową do walki.

Ciężko było określić, ile czasu minęło w pozawymiarowej przestrzeni na seksie, treningu, rozmowach i jedzeniu.. Był to piękny sen, istny raj, najprzyjemniejszy okres w życiu Naraala i pragnął, by ten nigdy się nie skończył. Tam nie występowało coś takiego, jak potrzeby, nikt nigdy nie był głodny, jadł kiedy chciał, nie musiał pić, nigdy się nie męczył, kochał się, bo chciał. Sfera światła była miejscem, gdzie nigdy nie zapadał zmrok, dosłownie i w przenośni. Była rajem.

Ile czasu minęło? Nie dało się stwierdzić. W sferze światła nigdy nie było czasu. Naraal wahał się między dekarem a dekadą.

Niespodziewanie Feyviti przemówiła:

– Ukochany, jesteś w dolinie światła, jednak do niej nie należysz. Należysz do swojej ojczyzny – Xynthialu. Nauczyłam cię już wiele i teraz musisz tylko dopełnić swojego przeznaczenia. Kocham cię i zawsze będę tu na ciebie czekać, tu w raju…

– Jak to? – przerwał jej zdziwiony Naraal.

– Nie puszczam cię jednak do Eestirii bezbronnego. Daję ci twój nóż wraz z pierwiastkiem światła. Teraz będzie ranił twoich nieprzyjaciół dużo skuteczniej, nigdy go nie zgubisz – kontynuowała, jakby nie słyszała jego pytania. – Daję ci coś jeszcze. Jest to zwój z magicznym zaklęciem…

– Ale ja nie umiem czarować. Nawet nie umiem czytać tych szlaczków! – krzyczał, znów jej przerywając.

– … który dasz magowi, kiedy twój kraj będzie cię naprawdę potrzebował. Kiedy nadejdzie pora, będziesz o tym wiedział – dokończyła.

– Ale jak to mam odejść? Chcę tu zostać! – krzyknął.

Obudził go dźwięk rogu, który oznajmiał przybycie do portu. Naraal poczuł, jakby to wszystko już się wydarzyło, jakby doświadczył tego wszystkie. Nie potrafił przypomnieć sobie gdzie. Szybko uznał, że jest to jedno z tych dziwnych, niewytłumaczalnych uczuć. Po chwili przypomniał sobie ze zgrozą, że miał pełnić poranną wartę i wystraszył się, że pierwszy oficer zauważył jego spóźnienie. Ubierając się w pośpiechu, wybiegł na pokład i po chwili z ulgą stwierdził, że nikt nie zwrócił uwagi na jego nieobecność. Na horyzoncie wyraźnie malowała się już wyspa. Zamierzał udawać, że cały czas był na pokładzie.

– Dużo do rozładowania, pierwszy oficerze? – zapytał podchodząc jakby mimochodem, Naraala nie opuszczało wrażenie, że dokładnie wie co odpowie zarówno on jak i oficer. Miał wrażenie, że ta rozmowa już się odbyła.

– Trochę – odburknął, wiecznie zamyślony, wyższej rangi marynarz.

– Długo nam to zajmie, pierwszy oficerze?

– Trochę… – odpowiedział śpiąco, a po chwili zapadła męcząca cisza.

Nie czuł się zbity z tropu, choć wiedział, że ta rozmowa jest dziwna znał dokładnie cały przebieg.

– Jak długo tu zostaniemy? – spytał w końcu.

– A na trochę… – odpowiedział spokojnie.

Wiedział, że zaraz usłyszy kapitana krzyczącego jego nazwisko.

– Arestog!

– Tak… kapitanie?

– Co zamierzacie? Załoga zajmuje się przygotowaniem do rozładunku, a wy stoicie przy maszcie i patrzycie w dal, niczym jakiś idiota – kapitan miał skłonności to mówienia pełnych zdań na jednym wdechu. Wypowiedź zajęła mu raptem dwa uderzenia serca. Chłopak przez chwilę stał jak wryty i zastanawiał się, co właściwie teraz usłyszał.

– Już idę! – odkrzyknął zdecydowanie. – Kapitanie!

– Gdzie idziecie? – odezwał się kapitan.

– Pomóc swoim kolegom, załodze… – odpowiedział niepewnie.

– Nie kazałem wam iść pomagać załodze! – krzyknął przełożony.

– Nie…? To znaczy. A tak, oczywiście!

– Zapytałem, co zamierzacie!

– Pomóc! – krzyknął ochoczo, jednak po chwili dodał zmieszany pytaniem – wykonać swoje obowiązki!

– To róbcie! Za co daje wam żarcie?! Za to, żebyście gapili się, jak osły przed siebie?! Do roboty!

Dwie godziny później, kiedy wszystko było już wyładowane, usłyszał krzyk kapitana:

– Macie przerwę! Za dwie godziny wszyscy zaczynają ładować statek i wyruszamy dalej.

Naraal zdecydował się wrócić na chwilę do kajuty, a potem przejść się po porcie. Kiedy jednak wszedł zgięty w pół do pomieszczenia, w którym zwykle spał, zauważył na skrzyni kopertę. Gdy ją otworzył, oczom ukazał się zwój z jakimiś dziwnymi znakami oraz kartka, na której było napisane:

Pamiętaj o mnie.
Feyviti

Serce zabiło mu mocniej, wspomnienia wróciły. Spojrzał na wiszący u pasa nóż, wyjął go z pochwy, która miała teraz dziwny fioletowawy poblask, a ostrze zalśniło intensywnym, seledynowym blaskiem.

Dobranocka XIV

Haillka,

śpisz?

Może już czas, co?

Zamknij już, oczęta zmruż, jak to mówił poeta.

Pewnie już jest martwy.

Widzisz coś przez zamknięte powieki? Dostrzegasz wyłaniające się zza zasłony ciemności królestwo kości i pleśni. Od jak dawna tu jest? Czekało aż je spostrzeżesz, czy w końcu odkrywasz swój cel podróży?

Tam jest sedno Twoich koszmarnych snów, Twoich przygód poza granicami jaźni. Tam odnajdziesz rdzeń tego demonicznego więzienia, w którym tkwisz od tak dawna.

Chcesz tam wejść, prawda? Ogarnia Cię strach, ale musisz tam wkroczyć, bo przecież gorzej już być nie może.

A może… może?

Czy otchłań szaleństwa jest skończona? Czy jest jakaś granica? Czy kiedyś odnajdziesz dno obłędu? Gdzie dalej już nie zabrniesz? Co jeśli za niebieską kotarą śmiercionośnego strachu odnajdziesz tylko kolejną studnię, pochłaniającą, niezwyciężoną pustkę?

W królestwie pleśni i kości czeka na Ciebie ktoś, kto może Cię uwolnić. W samym jej centrum, pośród mglistych kurtyn obłędu, skrywa się ten, który broni wyjścia z koszmaru.
Widzisz przed sobą ostatnią barierę. Odgarniasz dłonią białe grzyby, które są wyższe od Ciebie. Ich podstawy są cienkie, lepkie, oślizgłe. Choć nie widzisz kapeluszy porastających trzonki, wiesz, że one gdzieś tam są, znikając w nisko zawieszonym suficie z kości.

Pośród dymu ciemności oblegającego świat potępionych, dostrzegasz coś jeszcze. Z każdym Twoim krokiem sklepienie nad Tobą się odkształca. Wypukłości zrodzone z bielących się gnatów, pojawiają się za każdym razem, kiedy stawiasz stopę i znikają, kiedy ją podnosisz. Zupełnie jakby na poziomie wyżej ktoś naśladował Twoje kroki, bo Ty również stoisz po kolana w wystających pozostałościach po ludzkich członkach. Może czeka tam na Ciebie Myśliwy? A może to zupełnie inny wymiar i nad sobą jesteś Ty? Czy to możliwe, że ktoś jest również pod Tobą? Ile jest pięter szaleństwa?

Wyciągasz dłoń za siebie, a tam nic więcej, jak tylko zamykająca się, maziowata ściana… Nie wiesz tego, nie rozpoznajesz, ale nie opuszcza Cię pewność, że buduje się ona tuż za Tobą, z ludzkich stawów zlepionych zaschniętą krwią.

Trzask przed Tobą. Widzisz postać, lecz tylko jej oczy się skrzą. Stoi, wpatruje się w Ciebie. Groza obleka Twoje ciało, czujesz paraliż. Czy to strach, czy magia skrzących się oczu?
Cisza. Obok siebie słyszysz tylko dziwny warkot.

Postać zdaje się nie ruszać, podobnie jak ty. Mechanicznie robisz krok – trzask kości, na Twoją głowę spada kawałek czyjegoś nadgarstka. Nad Tobą, tuż pod sklepieniem, unosi się chmura zarodników białawych grzybów monstrualnej pleśni. Ignorujesz to. Twój los i tak jest jedynie w tych skrzących się oczach.

Postać przed Tobą czeka chwilę, po czym zdaje się przelewać, jakby była płynem. Płynem, który skapuje w Twoją stronę, wpadając do formy o kształcie potwornego, ludzkiego ciała.
Kontrastowo bielące się oczy obserwują Cię uważnie, spod ciemności czarnej mgły wypełniającej dom przeklętych.

Szukasz swojego wewnętrznego ciepła, ostatniej resztki siły. Motywujesz się, nie masz już nic do stracenia. Paraliż mija.

Biegniesz w stronę postaci, bo dokąd indziej? Wszędzie wokół bariery z ludzkich zwłok.

Postać przelewa się, jak jakaś tytaniczna maź, coraz szybciej, aż traci swoją formę. Nabiera za to prędkości, rozpluskuje się tuż przed Twoją twarzą, jakby uderzyła w szybę. Formuje się aż przybiera postać czarnego, obrzydliwego zwierciadła ukazującego Ciebie i dwoje białych punktów zamiast oczu.

Wiesz, że to wyjście poza obłęd. Pytanie: dokąd?

Dobranoc

Dobranocka XIII

Haillka,

czas już spać, prawda? Już po dwunastej, zamknij oczy.

Widzisz ciemność, nieprzeniknioną czerń, a oprócz niej, gdzieś daleko, niezidentyfikowany, białawy punkcik. Czy to jakiś symbol? Może metafora wyjścia z tej pułapki, ucieczki z tego koszmarnego, monotonnego więzienia ciemności. Mówi się, że ludzki umysł to bariera, którą trzeba ćwiczyć, żeby nie pozwolić koszmarom z zewnątrz wejść do środka. Niektórzy twierdzą, że ciemność to szczelnie zamknięte wewnątrz ludzkiej duszy koszmary. Instynkt podpowiada, że z ludzkiej duszy można dostrzec otchłań – mówią tak paranoicy, schizofrenicy i wszelkiej maści mieszkańcy domów wariatów.

Widziany wcześniej punkcik się powiększył, wygląda jak śnieżynka. Może to rzeczywiście śnieg? Biały, puszysty śnieżek, znajomy, kojący, świąteczny. Bałwan z marchewkowym nosem, zjazd na sankach po stoku, pamiętasz to, prawda?

Nic tylko ciemność, pełna niewyjaśnionej grozy, groteskowego zła, a Ty w niej. Dlaczego? Za co? Jakie to ma znaczenie? Kogo to obchodzi? Cierpisz, wiesz o tym. Musisz cierpieć dalej, tak nakazano.

Śnieżynka zdaje się przybliżać, czy to tylko kolejny trik otaczającej Cię domeny demonów, duchów i wszelkiej maści przeklętych? Czy biały puch osiądzie Ci na nosie i pod wpływem ciepła zniknie, pozostawiając Cię w tym labiryncie ciemności? Znowu umrzesz i odrodzisz się pośrodku niczego, czekając wieczność na nadchodzącą śmierć? Czy koniec nadejdzie?
Wiesz już, że umrzesz, widzisz, że śnieżynka nie powiększa się, nie rośnie. Ona się zbliża. To nie śnieżynka, to wielka, tocząca się kula z tysiącami kolców. Ktoś się z Tobą bawi. Czy to Bóg? Czy to ten drugi?

Biegniesz. Czujesz swoje ciało i wszystko, co za tym idzie: ból mięśni, ścisk w płucach, kłucie w sercu. Uciekasz, ile masz tylko sił, ale pędząca śmierć nie zwalnia. Kiedyś się zmęczysz.
Zdajesz sobie sprawę ze swojej głupoty. Przypominasz sobie bajki z młodości, gdzie kojot zawsze uciekał wzdłuż stoku. Skręcasz, nie kontynuując biegu, słyszysz, że kula toczy się dalej, zbliża się, a potem dźwięk znika.

Oddychasz z ulgą.

Przed sobą widzisz ciemność.

Po chwili dostrzegasz dwie śnieżynki.

Dobranoc

Dobranocka XII

Haillka.

Stoisz. Widzisz przed sobą jedynie nieprzeniknioną ciemność. Słyszysz dobiegający z góry szum deszczu. Może jakiegoś dalekiego wodospadu? Kto wie, jak daleko od realnego świata się znajdujesz?
Grzmot i chwila oślepiającej jasności.

Nie była to zwykła błyskawica. Zdawała się taka sztuczna, plastikowa, jakby była jedynie w Twojej wyobraźni. Jednak ból oczu był prawdziwy, podobnie jak chwilowe oślepienie.
Po sekundzie odzyskujesz zdolność widzenia, a przed sobą widzisz parę ognistych ślepiów. Z nozdrzy gadziego pyska wydobywa się gorące, parzące Twoją twarz powietrze. Kły wielkości ludzkiej ręki szczerzą się tuż przed Twoimi oczyma. Słyszysz bulgotanie w wiecznie płonącym wnętrzu smoczych trzewi. Nie to Cię jednak zajmuje.

Smok fosforyzujący nienaturalną bielą, stoi tuż przed Tobą, w idealnej ciemności, niczym ogromny posąg z kości słoniowej. Chociaż w Twoim lochu nie ma żadnego światła, widzisz, że stoi widoczny, jak za dnia, wyraźny. Odsuwa od Ciebie pysk i przechodzi powoli dookoła Ciebie. Starasz się śledzić go wzrokiem, ale nie możesz się ruszyć. Dopiero teraz to zauważasz. Paraliż ogarnął Twoje zawieszone w próżni, bezładne ciało. Smok obchodzi Cię, znika z pola widzenia. Czujesz jego gorący oddech na swoich plecach. W każdej chwili spodziewasz się śmierci. Czy nadejdzie?

Słyszysz jak gad oddycha. Wpatrujesz się w ciemność, czekasz na śmierć. Czy to będzie teraz? A może teraz? Każde uderzenie serca wydaje Ci się ostatnim.
Organ w Twojej klatce bije coraz mocniej, do granic wytrzymałości, zaraz eksploduje. W tym bólu jest coś dziwnego, wydaje Ci się, że tętno powinno być bardzo szybkie, ale słyszysz powolne, chaotyczne uderzenia. Jakby czas zwolnił.

Słyszysz delikatny mruk za plecami… Powoli modlisz się o szybką śmierć, poddajesz się. Ona jednak nie nadchodzi. Błagasz, ale dalej nic.

Głośny świst, prawie huk dociera do Twych uszu i przez moment wydaje Ci się, że widzisz bestię nad swoją głową, jednak to tylko przewidzenia.

Zapada cisza. Dociera do Ciebie szum wody przerywany powolnymi, mocnymi uderzeniami serca. Próbujesz oddychać, ale nie możesz.

Smok materializuje się przed Tobą. Wiesz, że właśnie wylądował, Twoje oczy widziały, jak opadały jego skrzydła, jednak umysł niczego nie zarejestrował. Zdaje się, że gad jest szybszy od dźwięku, który za nim nie nadąża. Ogarnia Cię nowy wymiar niewypowiedzianej grozy.

Jest dwa metry przed Tobą, wyciąga swój pysk w Twoją stronę, wydaje krótki ryk i zmienia się w białą ciecz.

Rozpływa się jak mleko. Nie rozumiesz tego, co widzisz. Ale pozostałości zdają się posiadać ten sam, niezależny od światła, kolor.

Patrzysz na to chwilę i odruchowo odwracasz wzrok. To, co początkowo bierzesz za płyn jest milionem tłamszących się i wijących chaotycznie robali. Dopada Cię obrzydzenie, chcesz wymiotować, ale nadal nie możesz się ruszyć. Walczysz z falującym żołądkiem, wiesz, że jeśli zwymiotujesz udusisz się własnymi treściami żołądkowymi, które utknął w gardle i dotrą do płuc.

Robale poruszają się jakby wolniej, i wolniej. Zdaje się, że giną albo schną, aż w końcu zamierają.

Cisza.

Jedno uderzenie Twojego serca budzi je z letargu i z jakiegoś nieznanego Ci powodu zaczynają się wić w Twoją stronę. Przyśpieszają i zachowują się jak jeden organizm, wszystkie ich ruchy zdają się zgrane i usystematyzowane, patrzysz na nie, gdy podchodzą do Twoich nagich stóp i wiją się między palcami.

Zbiera Ci się na wymioty.

Czujesz piekący ból w stopach, setki wijących się pasożytów wchodzących Ci pod skórę i zjadających Twoje ciało od środka.

Wymiotujesz. Przez moment czujesz kwaśny smak. Starasz się wyrwać, uciec, a treść żołądkowa spływa i zalewa Twój układ oddechowy. Potworne, wijące się stado wchodzi coraz wyżej i wyżej. Czujesz, że to koniec, prawdziwy koniec. Ból jest nie do zniesienia, śmierć jest coraz bliżej…

Dobranoc

Dobranocka XI

Haillka, ciemności!

Leżysz na łóżku, patrzysz w sufit. Twój wzrok stara się przebić przez zasłonę cienia, jednak te próby nie przynoszą efektu.

Czujesz, że coś patrzy. Przez szparę w szafie i szufladach, przez szybę w drzwiach, dziurkę od klucza. Ilekroć gaśnie światło, czujesz palący wzrok. Gdziekolwiek się ruszysz, czymkolwiek się zasłonisz, idzie tam, gdzie Ty i nie spuszcza z Ciebie oka. Prawdziwy Myśliwy.

Starasz się to dostrzec, starasz się bronić, ale… może to tylko paranoja? Może to nie istnieje, a już na pewno nie jest głodne Twojej duszy? Może to wszystko tylko sen?

Szare światło wlewa się przez okno, a Ty wiercisz się i starasz zasnąć. Tylko ten palący, głodny wzrok.

Nagle dostrzegasz za oknem jakiś cień. Coś się poruszyło, wyraźnie. Może to Myśliwy? Może właśnie rusza do ataku, może śmierć postanowiła wpaść z zapowiedzianą przy urodzeniu wizytą?

Gwałtownie wstajesz i patrzysz w okno. Kręci Ci się w głowie. Widzisz swoje odbicie w szybie. Przez chwilę patrzysz w nie, ale dopiero po chwili dochodzi do Ciebie, że nie tak działa fizyka, przecież nie możesz widzieć swojego odbicia.

Równolegle dochodzi do Ciebie, że twarz jest w negatywie. Utkana z ciemności skóra, połyskujące czernią białka oczu, przeszywające śnieżnobiałe źrenice.

Twoje alter ego, prywatna śmierć. Myśliwy, wreszcie się ukazał.

Uśmiechnął się.

Zamiast zębów miał kilkunastocentymetrowe onyksowe kły. Szybkim ruchem przepłynął przez szybę i rzucił Ci się w twarz.

Zniknął.

Czy nadal się bawi? Prawdopodobnie tak, ale ogarnia Cię dziwne, jeszcze gorsze uczucie – nie czujesz wzroku.

Ogarnia Cię powolny, przejmujący chłód, już masz chować się pod kołdrą, gdy dostrzegasz stojący na ulicy samochód. Światła są włączone, silnik odpalony.

Czy na kogoś czeka? Może obserwuje? Kładziesz się, opatulasz, starasz się zasnąć zasnąć, przewracasz się z boku na bok, byle doczekać świtu.

Patrzysz na zegarek. Leżysz od zaledwie kilku minut, a minęło jakby kilka godzin.

Zegar stoi.

Wszystkie stoją.

Czas stanął.

Wiesz już, że to nie sen. To jest prawda, to jest piekło, które ma się nigdy nie skończyć. Nawet za miliard lat nie przeminie ułamek procenta czasu, który musisz przeczekać. Nigdy nie dotrwasz do ułamka procentu. On nigdy nie nadejdzie.

Patrzysz przez okno i jednak coś się zmieniło, horyzont się przybliżył i z każdą chwilą staje się coraz bliższy.

Co, jak już nadejdzie? Wizja unicestwienia wydaje się kusząca. Wszystko wydaje się bardziej kuszące od samotnej, zimnej wieczności.

Kreska zbliża się powoli i jakby dostojnie. Najpierw znika ten dziwny budynek w oddali, potem ulica, następnie kościół i ten samochód, który już nigdy nie pojedzie. Przynajmniej w Twoim świecie.

W końcu nadeszła chwila końca koszmaru, horyzont był coraz bliżej. Zjadał Twoje ściany, podłogę, sufit, wreszcie łóżko.

Wolności, przybywam!

Lecz wolność nie nadchodzi. Za linią jest tylko nieprzenikniona ciemność, zimno i samotność.

Dobranoc, kolorowych snów.

I pamiętaj, nie szukaj Myśliwego, Ty jesteś Myśliwym.

Dobranocka X

Haillka, jest już ciemno?

Leżysz w łóżku?

Słyszysz ten dźwięk? To chyba szum kaloryfera, a może brzęczenie lodówki? Może to jakiś przypadkowy pies szczeka na ciemność? Czy to tylko Twoja wyobraźnia czyni to przerażającym?

Najlepiej zapal światło, przecież wiesz, gdzie jest przycisk. Wstajesz z łóżka i idziesz wprost na niego. Za chwilę będzie jasno.

Pierwszy krok, drugi, trzeci, siódmy, czternasty. Od łóżka dzieli Cię zaledwie kilka kroków. Jak to się stało, że masz już za sobą kilkanaście?

Nagle trafiasz na ścianę, wreszcie jest. Dotykasz jej, ale pstryczka jakby nie ma. Ogarnia Cię lekka panika, ale się uspokajasz. To kolejny koszmar, z którego wystarczy się obudzić, prawda? Nic złego się przecież nie wydarzy, to tylko zły sen.

Idziesz wzdłuż ściany na oślep. Suniesz dłonią po płaszczyźnie, w poszukiwaniu światła. Nachodzą Cię przemyślenia dotyczące przeklętej nowoczesności. Zapamiętać! Od jutra zapałki pod poduszką.
Nagle pustka. Gdzie Ty, do cholery, jesteś?! Lekki przeciąg smaga Cię po kostkach. Co dalej? Wyciągasz drugą rękę i czujesz przeciwległą ścianę, a obok szafkę.

W środku jednak nie ma szuflad, przez moment zastanawiasz się, czy przypadkiem nie jest to jawa. Może to korytarz? Sen jest jednak bardziej prawdopodobny.

Dwa kroki dalej boleśnie uderzasz nosem w ścianę, pomieszczenie zakręca. To definitywnie koszmar. A może nie? Co się dzieje z naszymi duszami, kiedy śpimy? Może to piekło?

Idziesz wzdłuż ściany, a droga wydaje się absurdalnie długa. Dochodzi do Ciebie, że demoniczny labirynt nie ma końca, nie ma też wyjścia, bo po co miałby mieć? Nagle czujesz pod ręką szafkę.
Kolejną, taką samą jak poprzednia, jakby tę, która stała w sypialni, u mamy.

Nie ma szuflad, tylko puste dziury.

Chwilę później znika już za Tobą, podobnie jak myśli o niej. Drugą ręką czujesz następną szafkę. Taką samą. Może to jakaś gra? Może kręcisz się w kółko?

Nagle coś kopiesz, coś lekkiego, z papieru, coś, co znajomo zagrzechotało. Zapałki. Czyżby to był jeden z tych snów, w których życzenia się spełniają?

Schylasz się, łapiesz pudełko. Już po dźwięku wiesz, że jest tylko jedna zapałka. Wyciągasz ją. Odpalasz.

Przed Tobą stoi szafka z jedną szufladą. Do blatu przykręcony jest przycisk, taki jak od światła w Twoim pokoju.

Ogarnia Cię dziwne przeczucie, że lepiej otworzyć szufladę.

Gdy tylko ciągniesz za gałkę, dochodzi do Twoich uszu przeraźliwy ryk, jakby dziecka demona. Odskakujesz, zapałka gaśnie.

Stoisz w bezruchu, nasłuchując i zastanawiasz się, co było w szufladzie i dlaczego w innych szafkach ich nie było. Robisz krok i po omacku natrafiasz na pstryczek.

Na pewno chcesz zapalić światło?

Naciskasz. Błysk Cię oślepia. Przed sobą widzisz korytarz, który zdaje się ciągnąc w nieskończoność. Wszędzie dookoła widzisz szafki groteskowo stojące na podłodze, ścianach i suficie, są ich miliony. Żadna nie ma szuflady.

Odwracasz się.

Dobranoc

Dobranocka IX

Haillka, czy jest już ciemno?

Oczywiście, że jest…

Nieprzenikniony mrok przecina pionowa, niebieska linia. Wydaje się być na wyciągnięcie ręki, ale czy rzeczywiście ją widzisz? Czy jest ona tylko złudzeniem?

Idziesz w jej kierunku, czujesz w sobie determinację. Od razu wydaje Ci się, że to zły cel, ale jedyny jaki masz. Zresztą prawdopodobnie to tylko sen, co może Ci się stać?

Wyciągasz przed siebie ręce w nadziei na znalezienie złudnej kreski. Natrafiasz na coś. Cienkie jak nić, chłodne jak stal, zdaje się być wytrzymałe jak diament. Błękit jarzy się jasno, ale nie zostawia łuny. Jest widoczny w doskonałej ciemności, jednak nie oświetla Twoich dłoni. Mimo wszystko, Twoje palce zaciskają się. Ciągniesz.

Coś przed Tobą z łoskotem uderza o ziemię. Ciemność wciąż jest nieprzenikniona. Prawie na czworaka wymacujesz schody. Twarde, kamienne stopnie.

Pniesz się w górę, może do wyjścia? Może do jaźni? Może wreszcie odnajdziesz spokój?

Drewniana podłoga, którą wyczuwasz pod palcami kończy Twoją wspinaczkę. Prostujesz się. Brak światła uniemożliwia Ci identyfikację otoczenia.

Wtem słyszysz skrzek. Potworny. Otumaniający, dochodzący z dołu. Do tego uderzenia kilkunastu łap o ziemię. Czy to wataha potworów, czy jedno, zrodzone w sennym koszmarze szaleńca, monstrum? Wiedza to potęga, lecz są rzeczy, których lepiej nie znać.

Uciekasz na oślep. Dotykasz czegoś głową, w takim przestrachu, że aż padasz na ziemię. Intuicja podpowiada Ci, że tym razem może się udać. Może wreszcie dasz radę dobiec do świadomości, spokoju, uciec od obłędu.

Wydaje się, że to lina, sznurek, cokolwiek. Trochę mokra i lepka. Słyszysz odnóża wspinające się po schodach. Nie ma czasu na zastanowienie. Zawsze jest jakaś droga ucieczki.

Skaczesz i łapiesz jak najwyżej. Adrenalina dodaje Ci sił, chwytasz wyżej,ciągniesz, przekładasz rękę, pniesz się coraz wyżej.

Skrzek dochodzi z dołu, gdzieś pod Tobą coś wyje z głodu. Czujesz, że nigdy nikomu tak nie zależało na Twojej bliskości.

Wspinasz się coraz dalej, bez lęku, z pełną siłą. Wiesz, że musisz, choć palący ból w mięśniach wzmaga się z każdą chwilą.

Nagła zmiana atmosfery, ciepło i wilgotno. Dotykasz czegoś głową. Zaciskasz nogi wokół liny. Coś mokrego jest nad Tobą. Wyciągasz rękę w bok i czujesz coś gładkiego, przesuwasz dłonią wzdłuż przeszkody. Poukładane blisko siebie, ściśle przylegające trójkąty. Czy to zęby?

Starasz się opuścić, ale nogami trafiasz na przeszkodę. Stajesz na niej, kucasz i wyraźnie czujesz zaciśnięte kły.

Masz złe przeczucia.

Nagle czujesz uderzenie czegoś miękkiego i mokrego. Wiesz, że to był język bestii, w której paszczy się znajdujesz. Mięśnie wciągają Cię do przełyku. Otulają, co chwilę zaciskając się, łamiąc kości. Piszczel, przedramię. Krzyczysz, ale wiesz, że to nic nie da.

Czujesz pieczenie, wszędzie dookoła. Kwas zaczyna wyżerać Ci skórę, wypalać oczy. Szczęśliwie możesz złapać powietrze.

Ale czy naprawdę szczęśliwie?

Pamiętasz pierwszy dzień w przedszkolu, kiedy mama odebrała Cię stamtąd? Co się stało? Gdzie jesteś teraz? Te tortury potrwają jeszcze długo.

Czujesz swędzenie? To był tylko sen.

A może będzie?

Dobranoc, kolorowych snów.

Głównie tych z niebieską linią.

Dobranocka VIII

Haillka,

jest już ciemno. Leżysz pod ciepłą kołdrą, złudną ochroną przed dziećmi nocy? Czy czujesz ogarniającą Cię samotność?

Zamykasz oczy. Wpatrujesz się chwilę w ciemność, pod zamkniętymi powiekami dostrzegasz majaki. Kółka, kwadraty, linie o nieidentyfikowalnym kolorze, wciąż się zmieniają, pojawiają i znikają.

Światło.

Blask, który, możesz przysiąc, oślepia Cię, ale wydaje się mieć swoje źródło w Twoich oczach, umyśle, sercu lub duszy. A może we wszystkich naraz? Przedziwne wzory, które zdają się rzucać cień, układają się w ruiny miast, nieznane słowa złożone z dawnych, martwych języków.

Widzisz to, prawda? Nie otwieraj oczu. Nie podnoś się z łóżka, idąc na ślepo po ciemnym pokoju. Nie zapalaj światła, przysłaniając oczy. Nie patrz w lustro nad zlewem. Nie otwieraj oczu. Nie patrz, jak Twoje ciało zaczyna pękać. Nie dopatruj się w liniach wzoru, który właśnie Ci się ukazał. Nie przypatruj się, jak linie zaczynają się łączyć. Nie patrz na pękającą twarz i rozpadające się dłonie. Nie patrz…

Już za późno.

Następnym razem nie będziesz patrzeć.

Dobranoc

Dobranocka VII

Haillka,

czy czujesz ciemność dookoła? Jej zapach i dotyk? Czujesz chłód cienia rozchodzący się w Twoich płucach?

Gdzie jesteś? Czy to sen? Jakaś opuszczona przez Boga dziura, którą odwiedzasz w koszmarach? Skądś dobiega światło. Lekko różowawy poblask zarysowuje przed Tobą niski, okrągły murek. Podchodzisz do niego i zaciskasz palce na źle dopasowanych kamieniach. Spoglądasz w dół, ale nie widzisz dna.

Opierasz się ciałem, ale kamienie przestają stawiać opór w połowie ud. Czujesz dyskomfort, wiesz, że na dole nigdy by Cię nawet nie odnaleziono. Czy to jama, czy studnia? Nie masz prawa wiedzieć.

Z dziury dochodzi do Ciebie dźwięk. Brzmi jak szum, może szelest. Ledwo wyczuwalny, cichy, stonowany, lecz coraz głośniejszy. Starasz się dostrzec w jamie cokolwiek , ale zasłona ciemności zdaje się pozostawać nieprzenikniona.

Dźwięk przybiera na sile, coraz bardziej i bardziej. Zmienia się w piskliwy krzyk człowieka palonego żywcem albo obdzieranego ze skóry. Czujesz, jak włosy stają Ci dęba. Zaciskasz mocniej palce na kamiennym murku, odsuwasz się od niego. Krzyk cichnie. Słyszysz jednak dobiegające z dziury sapanie. Skacz odzywa się głos. Nie jakiś głos, ale Twój. Ten, który cały czas słyszysz w swojej głowie.

Skacz słyszysz znowu, ale wiesz, że to kłamstwo, kolejne oszustwo gorejącej otchłani Twojej duszy, strażnika Twojego własnego piekła. Proszę Cię, skacz! – wyje Twoja własna jaźń z odmętów samotności. Nie skoczysz, wiesz, że nie możesz. To byłoby zbyt łatwe, to wszystko jedna wielka mistyfikacja.
Nagle czujesz ciepło na dłoni. Kojarzy się z rodzinnym domem, matczynym dotykiem, błogim spokojem. Rozluźniasz się, przychodzi ulga, a wraz z nią kojące światło. W pokoju staje się jasno. To koniec strachu.

Jedną rękę opierasz o niski, kamienny murek, a drugą trzymasz humanoidalne monstrum. Jego skóra jest jakby mgłą, z której stara się coś wydrzeć. Coś, co kiedyś mogło być ludzką twarzą wpatruje w Ciebie puste ślepia o kolorze czerni tak intensywnym, że zdaje się zasysać światło.

Ze studni dobiega do Ciebie Twój własny głos: Trzeba było skakać.

Dobranoc