Dobranocka VI

Haillka,

widzisz twarz. Na granicy cienia i słabego światła, w jaśniejszej plamie dostrzegasz twarz młodej kobiety. Jest piękna. Tak ją widzisz. Chwilowo zapominasz o koszmarze, w którym jesteś, chcesz podejść, przyjrzeć się. Brzdęk łańcuchów i zaciskające się na dłoniach obręcze uświadamiają Ci, że nie możesz. Początkowo próbujesz się wyrwać, ale to nie pomaga, a dźwięk jedynie mąci groźną ciszę.

Leżysz i z niepokojem wpatrujesz się w pół widoczną, dziewczęcą twarz i choć teraz zdaje się Ciebie obserwować, to masz wrażenie, że się nie poruszyła. Nie wiesz czy to złudzenie optyczne, czy wyobraźnia, ale uśmiech wykrzywia się w demonicznym grymasie. Czujesz, że drwi z Ciebie coś potwornego, coś co czai się na Twoją duszę, ale nie chce Cię pochłonąć od razu. Zamyka Cię w swoim labiryncie i bawi się. Wiesz, że nie masz szans, nie możesz się ruszyć, walczyć czy uciekać. Gdyby nie robiły tego stalowe okowy, to sparaliżowałby Cię strach.

Wpatrujesz się w urodę tego, co maluje się przed Twoimi oczyma i dopiero po chwili spostrzegasz coś, co wcześniej nie przyszło Ci do głowy. To jednak tylko wyobraźnia. Twarz jest…
Twój obiekt obserwacji spada na ziemię w momencie, gdy w Twojej głowie padają te słowa szeptane przez Twoją podświadomość.

…martwa.

Odgłos uderzenia suchej gałęzi o kamień, rozchodzi się złowrogim echem w ciemności ciszy. Głowa kobiety okazuje się drewnianą kulą, z niepokojącą twarzą wymalowaną na jej powierzchni. Okrągła, wykonana z drewna czaszka toczy się w Twoją stronę aż zastyga w bezruchu, ukazując Ci swoje drugie oblicze. Wyryte na powierzchni ostrym narzędziem kontury przedstawiają wpatrujące się w Ciebie oczy i uśmiechnięte usta. Wyglądający na wykonany przez przedszkolne dziecko, wpatrujący się w Twoje oczy uśmiech powoduje, że po plecach przechodzą Ci ciarki. Banalne wyobrażenie kogoś, kto wydaje się nie rozumieć ani mimiki, ani twarzy. Upośledzona kopia stworzona przez ograniczoną istotę.

Wtem słyszysz kroki. Nie takie zwyczajne, ale powłóczyste, jakby to, co nadchodziło ledwo mogło utrzymać się w pozycji pionowej. Jest po Twojej prawej stronie.
Odwracasz się, a tam…

Słyszysz porażający, trupi skowyt.

Dobranoc

Dobranocka V

Haillka,

rozluźnij się i zamknij oczy. Widzisz ciemność?

Szara plama tuż przed Tobą układa się w ogromny głaz. Podchodzisz i widzisz chaotyczną linię pęknięć na jego powierzchni. Już masz się odwrócić, ale coś jednak zwraca Twoją uwagę. Przypatrujesz się, a strugi układają się w obraz. Jasny, wyraźny, choć zmienny. Nie wiesz czy to wizualizacja snu czy jedynie Twoja wyobraźnia, ale obraz cały czas się zmienia.
Skąd to światło? Pojawia się pytanie w Twojej głowie.

Rozglądasz się, patrzysz w górę. Kiedy tylko odwracasz wzrok dostrzegasz, że linie na kamieniu od razu się zmieniają. Układają się w kształt wpatrującego się w Ciebie oka. Jasna tęczówka szarego kamienia otaczająca zacienioną źrenicę. Zdajesz sobie sprawę, że to niezwykły wzrok. Pusty i nieżywy. Taki, który przeszywa na wskroś, łamie duszę. Czujesz jakby obserwowała Cię ciemność. Wmawiasz sobie, że się nie boisz, jednak ogarnia Cię panika. Wpatrujesz się w źródło światła z nadzieją na odnalezienie wyjścia, jednak tam nic nie ma. Źródło zdaje się nie istnieć.
Patrzysz znów na kamień. Dopiero teraz dostrzegasz w nim siebie. Czy to zawsze było Twoje odbicie? Kamienne lustro wyświetla Twoją twarz. Wpatrujesz się w swoje oczy poukładane z pęknięć. Widzisz jak Twoje źrenice poruszają się, kiedy patrzysz w innym kierunki. Nowe pęknięcia pojawiają się jakby tam zawsze były i znikają jakby nigdy nie istniały. Odwracasz się, a kamień natychmiast przeobraża się w zimne, martwe oko.

Starasz się oswoić z sytuacją, odrzucić panikę, ale szpony ogarniającego niepokoju zdają się rozdzierać Twoje serce. Czujesz palący wzrok oka otchłani, które obserwuje każdy Twój ruch. Zdaje się, że czai na odpowiedni moment, żeby Cię pochłonąć. Zerkasz ukradkiem na kamień, którego linie zdają się być Tobą. Nagle dostrzegasz w lustrzanym kamieniu coś jeszcze. Szary kształt kryjący się w ciemności za Tobą. To sylwetka czegoś potwornego. Ciemny, groteskowy kształt odchodzący od tułowia zdaje się zbliżać do Ciebie. Rysa wydłuża się w twoim kierunku. Rwący ból rozchodzi się promieniście po Twoich plecach. Niezbyt silny, ale padasz. Odwracasz się, jednak dostrzegasz jedynie ciemność. Kątem oka dostrzegasz, że kamień znów Cię obserwuje.

Zrywasz się biegiem i gonisz cień, którego nawet przez sekundę nie tknął Twój wzrok, a który widoczny był jedynie w szarych pęknięciach przeklętego głazu. Czujesz jednak palące, kamienne spojrzenie na swoich plecach. Po kilkunastu krokach, przed Tobą zaczyna się rysować szary kształt. Idziesz w jego stronę, a gdy jesteś tuż przed nim i stajesz w miejscu. Widzisz tylko głaz z pęknięciami rysującymi się w Twoje odbicie.

Kiedy obserwujesz otchłań, ona zaczyna obserwować Ciebie. Ale skąd możesz wiedzieć co śledzi każdy Twój ruch kiedy na to nie patrzysz?

Dobranoc.

Opętanie


Zza brody wyglądał na kartki powstającej książki. Czuł dziwaczne odrealnienie, zdawał się patrzeć na tekst jak przez mgłę. Litery same układały się w wyrazy, a te w zdania. Gdzieś na granicy świadomości zadawał sobie pytanie: czy to rzeczywiście ja piszę? Nie potrafił przerwać, pisał jak opętany, tak jakby jakaś siła wyższa kazała mu to robić, a on był zbyt słaby, żeby się powstrzymać. Instynktownie czuł, że tekst ma się ku końcowi, choć nie przypominał sobie, żeby myśli przelane na papier odzwierciedlały jego własne. Owszem, niektóre z tych przemyśleń zdecydowanie należały do niego, ale w całości zdawały się jakieś dziwne, obce.

Karol Marks postawił ostatnią kropkę. Pan Engels powinien być zadowolony, chyba o to mu chodziło pomyślał i dopiero teraz zdał sobie sprawę, że czuje się wolny. Nie musiał już pisać. Dziwaczne dzieło wprowadzało go w niepokój, czuł płynącą od niego magię. Szczęśliwie, racjonalny umysł odrzucał tego typu prymitywne wierzenia. Nawet jeśli Bóg istniał, to nie bawił się w książki, co najwyżej w książkę. Poza tym, Marks czuł się dumny ze swojego dzieła. Pełen pychy, oddał swój twór do oceny sponsorowi i jednocześnie współautorowi książki. „Manifest komunistyczny” – tak nazwał swoje dzieło.

*******

Lucyfer usiadł na swoim tronie, otoczony wszelkiej maści nieziemskimi obrzydliwościami. Był wyraźnie zadowolony.

– Z czego się tak cieszysz, Panie? – zapytał jeden z jego rogatych podwładnych, mieszkańców piekielnej sfery.

– Dziś dokonałem opętania – powiedział z uśmiechem.

– A jakiegoż to opętania? – zapytał z zaciekawieniem inny, choć wydawało się, że jego głowę pokrywa warstwa robali, tak naprawdę po prostu była to jego twarz.

– Otóż wszedłem w ciało śmiertelnika i stworzyłem coś, co na zawsze zmieni oblicze świata – Lucek nie mógłby się nie pochwalić.

– W czym, więc tkwi geniusz Pańskiego planu? – dopytywały się demony.

– Otóż jego ciałem napisałem książkę, która pochłonie miliony istnień, a pozostałych doprowadzi do demoralizacji. Ten dureń myśli, że to on pisał, ale to ja wydawałem rozkazy jego palcom.

Pewnie jest dumny, ale ten twór jak rak będzie zżerał żyjące istoty jeszcze przez najbliższe wieki, a ’’duszyczki” nawet nie będą tego świadome. Odwrócą się od twórcy i nieświadomie pójdą do nas, wierząc w to, że tworzą nowy, lepszy świat. Nie będą nawet wiedzieli, że oddają mi hołd. Będą pod moją władzą. Moją! – tutaj władca piekieł zaryczał donośnym śmiechem, który odbił się potwornym echem po ciemnych ścianach sali tronowej. Po czym dodał jakby do siebie:

– Pomyśleć, że za kilkaset lat będą wierzyli w to, że opętania to obracanie głowy, krzyczenie w dziwnych językach i skakanie po ścianach.

Obrazki

– Gdzie zamierzasz to wszystko przechowywać? – zapytał Bartek.

Nadal mieszkał wraz ze swoim kumplem ze studiów, pomimo tego, że ukończyli je już lata wcześniej. Mimo wszystko obu chłopakom żal było opuszczać informatyczną jaskinię jaką sobie urządzili. Ich dziewczyny patrzyły ze wstrętem na walające się dyski zewnętrzne, routery i wszelkiego rodzaju gadżety. Chłopcy doskonale zdawali sobie sprawę z tego, jak one to widzą i z tym większą nostalgią myśleli o życiu w pajęczej sieci utkanej z ethernetowych kabli. Mieszkanie wyglądało na zagracone, jednak lokatorzy zdawali się tego nie zauważać.

– Zobacz, tego nie będzie tak dużo. Pamiętasz rozdzielczość tysiąc dwadzieścia cztery na siedemset pięćdziesiąt sześć? Taką rozdzielczość miał twój stary netbook, ten wiesz, z prockiem atoma – tłumaczył Michał. Wyciągnął kalkulator z szuflady i zaczynał mnożyć. – To daje siedemset siedemdziesiąt cztery tysiące sto czterdzieści cztery piksele. Kolory w ergiebe opisuje się wzorem dwieście pięćdziesiąt pięć do trzeciej. Mnożąc to, wszystko daje nam dwanaście bilionów osiemset trzydzieści sześć miliardów trzysta siedemdziesiąt jeden milionów dziewięćset sześćdziesiąt osiem tysięcy. W skrócie trzynaście pentabajtów przy maksymalnym zużyciu, a teraz spójrz.

Michał podniósł dysk leżący na blacie i skierował wygrawerowany na wierzchu napis w stronę Bartka. Na obudowie dysku HDD widniał napis 24PB.

– Drogi był? – z ust Bartka padło pytanie, widać było, że jest zazdrosny.

– Szedł tu dwa miesiące z Chin – odpowiedział z zamyśleniem Michał. – W chuj drogi, poszły dwie pensje.

– Jak to zamierzasz zrobić? – zapytał Bartek. – I po co to właściwie robisz?

– Nie wiem, może to jakieś religijne powołanie, zobaczyć wszystko. Wyobrażasz to sobie? Piszę prosty skrypt, który utworzy wszystkie możliwe kombinacje obrazków. Nawet z moim sprzętem zajmie to miesiące.

– Ale wiesz, że dziewięćdziesiąt dziewięć procent tych obrazków to będzie nic nieznaczące gówno? – przerwał mu Bartek.

– Nawet dziewięćdziesiąt dziewięć przecinek dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć. Zastanawiałem się nad skryptem, który kasowałby zbyt podobne do siebie obrazki, ale dochodzę do wniosku, że skrypt może się mylić i wyrzucać coś, co może być warte uwagi, jeśli na każdy obrazek poświęcę sekundę zajmie mi to, jak liczyłem, marne sześćdziesiąt tysięcy lat. Będę to robił, póki mi się nie znudzi, może trafię na coś ciekawego, jak na przykład obrazek przedstawiający naszą aktualną rozmowę, gdzie zamiast komputerów są głowy koni, ty zamiast nóg masz macki ośmiornicy, mi palą się włosy, a zza okna patrzy na nas hybryda twojej matki, owcy i hydry z Herkulesa – rozmarzył się Michał.

– Jak coś takiego znajdziesz, ustaw mi na tapetę – uśmiechnął się Bartek. – A póki co wychodzę, umówiłem się z Martą. Miłego oglądania obrazków.

Michał spojrzał na komputer, nie mogąc doczekać się wyników. Podłączył dysk do stojącej na biurku, pozbawionej jakiejkolwiek obudowy, jednostki centralnej, a chwilę później był już gotowy do uruchomienia przygotowanego wcześniej skryptu. Nacisnął ikonkę programu. Włączyło się czarne okienko interpretora poleceń cmd. Pojawiły się szare napisy, Michał zminimalizował swój szalony twór, a następnie otworzył zawartość dysku opisanego etykietą „WSZYSTKO”. Michał uznał to za zabawną ironię, że w dysku oznaczonym jako „WSZYSTKO” będzie tak naprawdę wszystko, a właściwie graficzne przedstawienie wszystkiego. Dysk zaledwie po kilku sekundach miał już w sobie tysiące obrazków, większość z nich była jedynie czarna. W miarę jak przesuwał i zmieniał obrazki, pojawiały się kolejne szare punkty, jednak nie można było tego rozpoznać jako cokolwiek, oprócz gwieździstego nieba przesłoniętego rzadkim dymem.

Szalony geniusz postanowił zrobić sobie herbatę. Wiedział, że i tak nigdy nie zobaczy wszystkich obrazków, nie było warto nawet próbować. Liczył na to, że uda mu się znaleźć parę ciekawych, ale nie widział sensu w traceniu czasu na przeglądanie prawie jednokolorowych grafik. Wszedł do kuchni, mechanicznie podnosząc nogę nad ciągnącym się kablem. Nastawił czajnik i popatrzył w okno. Zastanawiał się, czy nie wrócić do komputera i nie patrzeć na obrazki podczas, gdy woda będzie się gotować, ale doszedł do wniosku, że znając siebie siebie, że nie będzie mu się chciało wstawać i iść do kuchni, i w końcu herbaty nie wypije. Miał ochotę na tę herbatę. Zastanawiał się często nad tego typu zachowaniem, czy jeśli nie chce mu się wstać i zrobić sobie herbatę to, czy rzeczywiście ją chce, ale nigdy nie dochodził do żadnej konkluzji w tym filozoficznym przypadku.

Czajnik stuknął, wyłączając się i dając znak, że woda się zagotowała.

Michał złapał za rączkę i zalał wrzątkiem kubek z napisem „CTRL+ALT+DEL” zawierający torebkę. Niektórzy mówili, że nie powinno się tak zalewać herbaty, ale on „miał to w dupie”. Wyjął z szuflady łyżeczkę, nabrał nią cukru z taniej, kupionej w sklepie z chińskim badziewiem cukiernicy i wrzucił do kubka. Wymieszał od niechcenia, chwycił kubek i ruszył w stronę pokoju.
Włączył jeden z obrazków, który powstał zaledwie kilka sekund temu. Nadal był ciemny, jednak miał już więcej różnych kolorów. Zawierał dużo chaotycznie ułożonej czerwieni, w lewym górnym rogu znajdowało się trochę fioletu, gdzieniegdzie prześwitywała zieleń. Informatyk nacisnął strzałkę w prawo, a obrazek zmienił się. Był podobny do poprzedniego, jednak czerwone punkty zaczynały się w coś łączyć. Mózg Michała, działający prawdopodobnie dużo szybciej niż jego komputer, łączył ze sobą kropki w milionach różnych kombinacji na sekundę i gdzieś głęboko w podświadomości wiedział już na, co patrzy, jednak w tym akurat momencie uznał to jedynie za trochę dziwne. Za niepokojący wziął następny obrazek, kiedy czarne scenariusze prowadzone przez jego umysł zaczęły się sprawdzać. Dźwięk przyciskanego klawisza z obrazkiem przedstawiającym strzałkę wycelowaną grotem w prawo. W tym momencie informatyk aż podskoczył. Obrazek był przerażający, dalej nie wiedział, co na nim jest, ale ogarniała go trwoga.

Chłopak nie mógł wiedzieć, co się wydarzy, kiedy następny raz naciśnie strzałkę. Nikt nie miał prawa tego wiedzieć. Absolut zawsze zdawał się nieuchwytny i sprzeczny, wydawał się bardziej kwestią wiary, nienamacalnym pojęciem. Możliwe, że natura stworzyła go przypadkowo, a możliwe, że zostawił go sobie Bóg, jednak Michał dowiedział się właśnie, że w ludzkim umyśle istnieje przycisk awaryjnego wyłączenia.

Kiedy informatyk nacisnął strzałkę ponownie układ kolorystyczny pikseli, wyświetlanych przez ekran monitora zmienił się. Zaledwie ułamek sekundy zajęło świadomości Michała zinterpretowanie tego, co widzi, żeby nadać sygnał do ręki. Było już jednak za późno. Najstraszniejszy widok na świecie wrył się w jego mózg, który starał się zapobiec dalszym uszkodzeniom swoich cennych komórek. Palce Michała odruchowo zacisnęły się na łyżeczce tkwiącej jeszcze w kubku do herbaty. Gwałtownym ruchem ręki, wbił sobie sztuciec w oko, przekręcając z głośnym mlaśnięciem zagłuszanym przez pełen bólu i strachu krzyk. Chłopak darł się w panice i trwodze jak bardzo ciężki przypadek z domu dla obłąkanych, podczas gdy wyrywał sobie łyżeczką do herbaty kolejne oko. Jego mózg odkrył już to, co przeczuwał: co zostało zobaczone, nie może zostać tak łatwo zapomniane, nie wystarczy więcej na to nie patrzeć.

Michał uderzył głową w monitor, potem w biurko. Szarpał się, krzycząc, strącił komputer, na który chwilę później poleciał kubek herbaty. Informatyk rzucał się po pokoju, odbijając się głową od ścian, aż chwilę później zamilkł i zdawało się, że się uspokoił. Po prostu stał, a jego płynące krwią, puste oczodoły wpatrywały się ślepo w białą ścianę. Przez chwilę wydawało się, że będzie tak stać do końca świata, wpatrywać się w ścianę strzępami gałek ocznych wiszących na porozrywanych nerwach. Można było odnieść wrażenie, że zastanawia się nad sensem życia i powoli dociera do niego to, co sobie zrobił: nigdy nie zobaczy wyrazu twarzy swojej ukochanej, pięknej Ani, kiedy uklęknie przed nią i pokaże pierścionek spoczywający teraz w górnej szufladzie. Zdawało się, że Michał myśli o tym, że już nigdy nie zobaczy kwiatów, nie pójdzie do kina, nie będzie mógł programować, straci pracę. Nigdy więcej nie przeczyta książki, nie zagra na komputerze w ulubioną grę czy nie spojrzy na horyzont, stojąc na plaży w ciepły, lipcowy poranek.

Jednak Michał „miał to w dupie”. W jego głowie paliły się wszystkie czerwone lampki i wyła syrena. Umysł zaczynał się wyłączać, a jedyne, co miało jakiekolwiek znaczenie to potworny obraz przeżerający się przez świadomość.

Informatyk zrobił spokojnie dwa kroki w stronę ściany, oparł o nią dłonie i uderzył w nią głową. Każde kolejne uderzenie rozchlapywało krew po białej farbie pokrywającej tynk. Szalony geniusz jak zahipnotyzowany, spokojnymi ruchami bił w ścianę. Przy trzecim uderzeniu rozerwał sobie skórę na czole, przy czternastym czaszka pękła, przy dwudziestym trzecim odłamał się pierwszy, duży fragment kości. Mimo wszystko Michał nie poddawał się w swoim ostatecznym tańcu nawet, kiedy uderzał o ścianę gołym mózgiem, który wgniatał się i odkształcał. Informatyk napierał aż głowa nie oparła się na nadłamanych fragmentach czaszki.

Aż wszystkie lampki zgasły.

Dobranocka II

Haillka,

Zamknij oczy.

Widzisz ciemność, fantomową dłonią odgarniasz zasłonę. Zalewa Cię snop oślepiającego światła. Ukryty w czerni jaskini wpatrujesz się jako obserwator. Widzisz złotą bramę strzegącą wejścia do wieży z kości słoniowej. Wysoka i strzelista iglica zwieńczona jest platynowym blaskiem. Budowla otoczona wzburzonym morzem i posiekanym deszczem, śnieżnobiałym piaskowcem. Skały wydają się ostre jak igły.

Nagły płomień przesłania ci widok, a chwilę później dostrzegasz spaloną bestię – spadającego gryfa. Czerwonołuski smok unosi się nad nim i ryczy wachlując skrzydłami tuż nad grzywami fal. Głośny skrzek dobiega do twych uszu, a na gada spadają zaciskające się szpony kolejnej ptakowatej bestii. W szamotaninie ledwo dostrzegasz pojawiającego się anioła. Jego dłoń emanuje światłością. Blask przynosi zadziwiające ukojenie, jednak ostrze, na którym zaciskają się palce zaczyna płonąć. Jeden cios rozpłatuje walczące istoty, lecz na chwilę uderzenia za uskrzydloną ręką zbawcy pojawia się coś przerażającego. Coś czego nie potrafisz sobie przypomnieć, coś co wydawało Ci się sednem zła. Anioł patrzy w Twoim kierunku oczyma bez żadnego wyrazu. Jego postać zbliża się do Ciebie, ale jakby wisi. Czy nadal jesteś tylko obserwatorem? Oby! Jego skrzydła zaczynają kręcić się dookoła nienaturalnie, jakby każde zataczało kółka bez żadnego ładu. Podobnie ręce, ich ruch przypomina dwa wiatraki. Głowa z zastygłą w śmiertelnym grymasie twarzą dołącza do tego potwornego tańca. Obraca się a tam gdzie powinna pojawić się potylica dostrzegasz potworny grymas, którą znikając odsłania jedynie kolejny – jeszcze potworniejszy. Twarze szybko zaczynają zlewać się w jedną demoniczną smugę. Nogi martwo wiszą, a sama postać zbliża się jakby na sznurku. Obraz staje się coraz bardziej koszmarny, a Twoje oczy ze smugi zastępującej głowę układają nową, rozmytą twarz. Z jej oczodołów i ust szerokim strumieniem wypływa gęsta krew.

Czerwień zalewa śnieżnobiałą szatę tworząc dziwaczny kleks przypominający rozgwiazdę o tysiącu cienkich jak nitki ramion.

Ta zdaje się poruszać. Wypustki zginają się, odbijają i wyskakują w Twoją stronę. Przez ułamek sekundy widzisz jak krwistoczerwone macki poruszają się prawie chaotycznie korygując lot na cel – Ciebie. Przez jedno uderzenie serca widzisz paszczę. Same kły, powykrzywiane i potwornie wielkie, wzbudzają trwogę. Dostrzegasz niezliczone ilości ostrych jak szpilki, skierowanych w chaotycznych kierunkach, do wewnątrz i na zewnątrz zębów. To nie one przerażają Cię najbardziej. To wyglądająca spomiędzy nich pustka. Ciemność, ale nie zwyczajny brak światła. Rdzeń śmierci, niezmącone niczym piekło nieśmiertelnego chaosu cierpienia.

Twoja fantomowa dłoń szybko zasuwa zasłonę.

Teraz spokojnie możesz iść spać.

Pamiętaj jednak co widziałeś czającego się za cieniutką zasłoną.

Dobranocka I


Haillka, zamknij oczy, rozluźnij się.
Widzisz ciemność.
Pośród odmętów nieprzeniknionego eteru dostrzegasz życie.
Czy wreszcie odnajdziesz to, czego pragniesz od tak dawna? Czy Twój głód wreszcie zniknie? Identyfikujesz swój cel i mkniesz w jego stronę. Teraz to jest najważniejsze. Widzisz to, prawda? Czujesz pod swoim ciałem chropowatą powierzchnię białych ścian. Tkwisz w górnym rogu pomieszczenia i oglądasz swój cel oczyma, wyzierającymi spod monstrualnych odnóży.

To człowiek. Nie śpi. Leży. Kurczowo trzyma przed sobą w dłoniach tajemniczy prostokąt, oślepiający go białym blaskiem. Wpatruje się w niego, nie dostrzegając Cię. Bezszelestnie skradasz się w jego strony. Pchany intuicją odchyla tajemnicze urządzenie i zaczyna się w Ciebie wpatrywać. Jego oślepione światłem oczy wpijają się w Ciebie, ale nic nie dostrzegają. Ciemność jest niewidoczna. Mimowolnie chowasz się w kąt, oczekując aż śmiertelnik znów zatopi swój wzrok w urządzeniu. Czekasz chwilę, a następnie powoli i ostrożnie ruszasz w jego kierunku.

Oczy ofiary mogą Cię dostrzec w ruchu.

Obserwując go ostrożnie, zbliżasz się. Wiesz, że Twoje przyszłe danie Cię czuje, ale nie może zrozumieć. Stajesz, a ono właśnie zaczyna omiatać wzrokiem pomieszczenie. Czujesz już smak posiłku. Głód zasypia, jakby wiedząc, że niedługo zaspokoi swe pragnienie, choć wiesz, że tak naprawdę nigdy się nie nasycisz. Ofiara patrzy w Twoją stronę, ale nie może Cię zobaczyć. Czujesz, że ogarnia to strach, ma złe przeczucia i jest prawie pewne, że Cię widziało. Bo widziało, przez moment dostrzegło najbardziej koszmarny obraz swojego życia. Nie wierzy w to, że Cię dostrzegło, ale tak się stało. Wmawia sobie, że to przewidzenie, ale wewnątrz panikuje.

Podskakuje nagle, przerażone, słysząc losowy dźwięk ludzkiego osiedla dochodzący zza okna. Obserwuje badawczo swoje otoczenie. Wystarczy tylko chwila, żeby spojrzało na telefon. Rzucasz się prosto w cel, prosto w duszę, którą można zamknąć i żywić się jej cierpieniem przez wieczność. Choć na chwilę zapomnieć o bólu.

Tak się zaczyna podróż przez koszmar.

Ogarnia Cię głód? Będziesz go czuć jeszcze długo.

Teraz jednak śpij. Choć na chwilę zapomnij o bólu.

Dobranocka III

Haillka,

rozluźnij się i zamknij oczy. Widzisz ciemność?

Szara plama tuż przed Tobą układa się w ogromny głaz. Podchodzisz i widzisz chaotyczną linię pęknięć na jego powierzchni. Już masz się odwrócić, ale coś jednak zwraca Twoją uwagę. Przypatrujesz się, a strugi układają się w obraz. Jasny, wyraźny, choć zmienny. Nie wiesz czy to wizualizacja snu czy jedynie Twoja wyobraźnia, ale obraz cały czas się zmienia.
Skąd to światło? Pojawia się pytanie w Twojej głowie.

Rozglądasz się, patrzysz w górę. Kiedy tylko odwracasz wzrok dostrzegasz, że linie na kamieniu od razu się zmieniają. Układają się w kształt wpatrującego się w Ciebie oka. Jasna tęczówka szarego kamienia otaczająca zacienioną źrenicę. Zdajesz sobie sprawę, że to niezwykły wzrok. Pusty i nieżywy. Taki, który przeszywa na wskroś, łamie duszę. Czujesz jakby obserwowała Cię ciemność. Wmawiasz sobie, że się nie boisz, jednak ogarnia Cię panika. Wpatrujesz się w źródło światła z nadzieją na odnalezienie wyjścia, jednak tam nic nie ma. Źródło zdaje się nie istnieć.
Patrzysz znów na kamień. Dopiero teraz dostrzegasz w nim siebie. Czy to zawsze było Twoje odbicie? Kamienne lustro wyświetla Twoją twarz. Wpatrujesz się w swoje oczy poukładane z pęknięć. Widzisz jak Twoje źrenice poruszają się, kiedy patrzysz w innym kierunki. Nowe pęknięcia pojawiają się jakby tam zawsze były i znikają jakby nigdy nie istniały. Odwracasz się, a kamień natychmiast przeobraża się w zimne, martwe oko.

Starasz się oswoić z sytuacją, odrzucić panikę, ale szpony ogarniającego niepokoju zdają się rozdzierać Twoje serce. Czujesz palący wzrok oka otchłani, które obserwuje każdy Twój ruch. Zdaje się, że czai na odpowiedni moment, żeby Cię pochłonąć. Zerkasz ukradkiem na kamień, którego linie zdają się być Tobą. Nagle dostrzegasz w lustrzanym kamieniu coś jeszcze. Szary kształt kryjący się w ciemności za Tobą. To sylwetka czegoś potwornego. Ciemny, groteskowy kształt odchodzący od tułowia zdaje się zbliżać do Ciebie. Rysa wydłuża się w twoim kierunku. Rwący ból rozchodzi się promieniście po Twoich plecach. Niezbyt silny, ale padasz. Odwracasz się, jednak dostrzegasz jedynie ciemność. Kątem oka dostrzegasz, że kamień znów Cię obserwuje.

Zrywasz się biegiem i gonisz cień, którego nawet przez sekundę nie tknął Twój wzrok, a który widoczny był jedynie w szarych pęknięciach przeklętego głazu. Czujesz jednak palące, kamienne spojrzenie na swoich plecach. Po kilkunastu krokach, przed Tobą zaczyna się rysować szary kształt. Idziesz w jego stronę, a gdy jesteś tuż przed nim i stajesz w miejscu. Widzisz tylko głaz z pęknięciami rysującymi się w Twoje odbicie.

Kiedy obserwujesz otchłań, ona zaczyna obserwować Ciebie. Ale skąd możesz wiedzieć co śledzi każdy Twój ruch kiedy na to nie patrzysz?

Dobranoc.

Grafika użyta dzięki współpracy z: http://krzysztofslachciak.myportfolio.com

Dziewczynka i kotek

Chmury tworzyły jednolity sufit szarzyzny, zakrywający dokładnie słońce i malujący miasto na kolor bladej czerni. Ponurość pogody mogłoby odebrać chęci do życia. Nie wszystkim jednak.

– Morda, Toser – powiedział pierwszy typ, prawie łysy. Na pierwszy rzut oka jego ciemnoszare spodnie wybijały się kolorystycznie na tle jasnoszarych ubrań kompanów. Dokładne oględziny wskazywały jednak na to, że były bardziej brudne. – Nie mam hajsu, czas kogoś skroić.

– Fytyl, kurwa, mówiłem ci z piętnaście razy, żebyś się nie darł tak, kiedy mówisz, że idziemy kogoś skroić! Chuj mnie to obchodzi, że ty nie masz hajsu, ja mam! – wrzasnął na niego niski i grubawy jegomość. To on najczęściej bywał głosem rozsądku szajki. Krótko przystrzyżony, w półeleganckiej, jasnej koszuli. Najbardziej zadbany, choć zdecydowanie najbrzydszy.

– To pożycz – bąknął Xil. Kiedyś studiował, co ostentacyjnie pokazywał wszystkim, przebierając się w togę. Dwa lata spędził na Uniwersytecie Xyranalskim. Uczył się zastosowań magii w naukach biologicznych. Studiował tak pilnie, że nie potrafił powiedzieć, na jakim konkretnie kierunku pobierał nauki. Potrafił jednak odpalić papierosa pstryknięciem. Rzadko jednak robił tę sztuczkę, odkąd skończyła się rozległym oparzeniem twarzy i utratą prawego oka. – Bo ja też nie mam – wycedził przez zęby.

– Co wy z tą kasą, kurwa, robicie? Oddajecie żebrakom czy jaki chuj? – wtrącił Astarifo, najstarszy z paczki i całkowicie siwy, co sprawiało, że wyglądał jeszcze starzej. Z resztą grupy łączyły go głównie interesy. Ostatnio zaczynał układać sobie życie z pewną dziewczyną z zachodniego Vesxyru – dzielnicy Xyranalu zamieszkiwanej głównie przez klasę średnią. Ponieważ cała czwórka pochodziła z głębokich slumsów, związek z Antralią uznać można było za awans społeczny. Miał jednak problem z „płynnością finansową”. Pracę w dokach przejęły trupy, doprowadzając do zmiany statusu ekonomicznego ich dzielnicy z bardzo niskiego na dramatycznie niski.

– Chuj ci do tego, co z tym robię – powiedział Fytyl. – Nawet jeśli macie pieniądze, to czy nie przydadzą się na później? Nie będziesz brał przypadkiem ślubu, Astarifo?

– No… – zastanowił się. Rzeczywiście o tym rozmyślał. Wiedział, że przydałoby się odłożyć trochę grosza.

– Trzech do jednego. Idziesz, pizdo, czy nie? – zapytał Fytyl Tosera.

– Dobra, idę. Morda już – odrzekł zniechęcony, jednak i tak zdecydowany na wypad grubasek.

Ruszyli w stronę licznych parków okalających Zamek Królewski, to tam, wśród drzew i krzewów można było najłatwiej ograbić jakichś arystokratów, albo innych bogaczy. Szczególnie upodobali sobie tereny przyległe do dzielnicy Nitfan vis-à-vis Królewskiej Opery Xyranalu. Tuż niedaleko Xyranalki – rzeki przepływającej przez Xyranal – znali kilka miejsc ogrodzonych od świata grubymi pasmami zieleni. W tym miejscu widoczni byli jedynie z okien opery, leżącej za rzeką.

Idąc przez zachodni Vosxyr, śmiali się na głos, krzyczeli i przeklinali. Ludzie mieszkający na zachodnim brzegu Xyranalu mówili, że tuż za rzeką kończy się cywilizacja. Tutaj chłopcy czuli się bezpieczni, jak u siebie.

Nagle Astarifo umilkł. Kątem oka zauważył coś niepokojącego. Jakiś szary punkt w bocznym zaułku. Kiedy jednak spojrzał tam jeszcze raz, miejsce było puste.

– Co tam, stary? – zapytał Xil. Pomimo niewielkich umiejętności magicznych miewał często intuicję. Ciężko sprecyzować jaką, przypominała ona jednak szczątkowy talent magiczny, wzmocniony lekko upośledzoną mentorską charyzmą, pomnożony przez średnio bystre oko i umiarkowaną wrażliwość. Można przez to rozumieć, że jako pierwszy dostrzegał, że coś jest nie tak.

– Nic, coś mi się przewidziało – powiedział siwy, uśmiechając się lekko. Nie mógł jednak przestać myśleć o szarym punkcie. Zdawał się być… nie z tej ziemi.

Chwilę później, kiedy szli mostem, dostrzegł znów tę szarość. Sztuczną, nienaturalną, żywą szarzyznę całego świata zamkniętą w jednym punkcie. Ulicą szła mała dziewczynka ubrana w szarawy, męski płaszcz. Wydawała się głodująca, wystarczyło spojrzeć na jej pobrudzoną kurzem ulicy i ziemią, wychudzoną twarz. W dziecięcych rączkach niosła zlewającego się kolorystycznie z jej ubraniem kotka. Zwierzę wyglądało na młode i zabiedzone. Dziecko trzymało je, przyciskając do piersi tak, że jedynie czubek noska i dwa sterczące uszka wystawały spomiędzy wieńca ramion. Astarifo przyglądał się jej, nie mogąc oderwać wzroku. Dziewczynka jednak uparcie wpatrywała się w ziemię tuż przed sobą i nie zwracała na nic uwagi. Gdy siwy rabuś na chwilę odwrócił wzrok, z niemałym zaskoczeniem stwierdził, że zniknęła. Rozglądał się chwilę, jednak nie mógł jej już dostrzec.

– Widzisz coś? – zapytał rozglądającego się kolegi Xil.

– Nie, nie… – wybąkał. – Po prostu… dziwny przechodzień.

Xil nie zadawał więcej pytań, choć widać było po jego jednookiej, pokrytej blizną twarzy, że zaniepokoiło go dziwne zachowanie kolegi.

Dzielnica Awerin znajdowała się na zachodnim brzegu. Różniła się od tych wschodnich – szare, czasami nigdy nie malowane, a jedynie tynkowane kamienice ustąpiły miejsca kolorowym i bogato zdobionym. Choć uliczki poprzecinano zielenią, to wszystko pokrywał jakiś nienaturalny, ponury płaszcz, jakby smutek, skaza dnia. Tutaj też zachowywali się zupełnie inaczej. Możliwe nawet, że nieświadomie, rozmawiali normalnie, nie przekrzykując się, a nawet mniej przeklinali.

Jest coś takiego w kulturze, że nawet największego chama trochę uszlachetnia, zwłaszcza gdy towarzyszą jej uzbrojeni strażnicy.

Idąc uliczkami luksusowej dzielnicy, cała czwórka czuła narastające napięcie. Mogli zostać aresztowani praktycznie bez powodu. W takich dystryktach strażnicy bywali nadgorliwi. Odetchnęli z ulgą dopiero wtedy, gdy wkroczyli do „bezbronnego” zwykle parku.

Astarifo zupełnie bez powodu odwrócił się, wchodząc na piaszczystą alejkę otoczoną zewsząd szarawą trawą. Zbladł, gdy kątem oka dostrzegł dziewczynkę z kotkiem. Dziecko i zwierzątko wpatrywali się w niego wzrokiem, który niczego nie wyrażał. Tonął w nienaturalnej szarości. Patrzył chwilę na nią, nie dowierzając oczom. Jednak kiedy mrugnął, zniknęła. Odwrócił się z niepokojem w stronę kompanów i podbiegł kilka kroków, aby ich dogonić.

Kilkanaście minut później schowani w krzakach obserwowali dwójkę elegancko ubranych mężczyzn, siedzących na ławce i pijących piwo. Słyszeli ich rozmowę, jednak zbytnio nie zawracali sobie nią głowy. Jeden – blondyn o długich włosach i dziwnych tęczówkach lśniących czystym fioletem – wyglądał na nieco młodszego. Drugi, starszy, miał krótkie, czarne włosy i roztaczał atmosferę zimnego, nienaturalnego spokoju, który korelował z jego pokrytymi mgłą, zielonymi oczyma. Nawet jeśli Xil czuł niepokój w związku z tą dwójką, nie chciał wyjść przed kolegami na tchórza i o tym mówić. Ich strój sugerował szlacheckie pochodzenie, co wróżyło dobre łupy, i choć wyraźnie widać było, że noszą broń, wydawali się potencjalnie łatwą ofiarą – większość arystokracji nosiła broń dla pozoru oraz lepszej prezencji. Paczka kumpli ze slumsów nie bała się broni, miała przewagę liczebną i każdy z nich posiadał przy sobie długi nóż – dość powszechną broń bandytów w Xyranalu, coś pomiędzy mieczem a nożem, idealne do napadów.

– Twój oddech jest teraz stały. – Z gmachu znajdującego się po drugiej stronie Xyranalki docierał do nich bas męskiego chóru. To sygnał. Czterech mężczyzn nagle wyskoczyło zza krzaków. Astarifo już w trakcie ataku zauważył omen. Zanim zdołali doskoczyć do celów, jeden z nich wstał i dobył miecza.

– Spokojnie, Gorcie, ja się nimi zajmę. Nie wstawaj – odezwał się młodszy blondyn z fioletowymi oczyma. Ku zaskoczeniu chłopaków nie zdawał się być wystraszony, nawet lekko się uśmiechał. Tak nie zachowują się ludzie podczas napadów. Przynajmniej nie ci napadani.

– Dobrze, Nerivie, ja poczekam – odpowiedział starszy z niezachwianym spokojem bijącym z tonu głosu. W tym momencie banda obeszła „ochotnika”.

– To napad! Oddajcie wszystkie pieniądze! – krzyknął Fytyl stojący po prawej stronie Astarifa. – Kosztowności oraz broń. No już! Szybciej! Oddacie hajs, a nikomu nie stanie się krzywda!

– Nie ma już ciepła dla twej skóry – rozbrzmiewała dalsza część opery. Tym razem do ich uszu dobiegł wysoki żeński chór.

– Posłuchaj mnie, aniołku. Mam dziś wyjątkowo dobry dzień – odrzekł mężczyzna zwany Nerivem do otaczających go napastników. Przy bliższym oglądzie stwierdzili, że wyglądał młodziej od nich. – Dlatego daję wam trzy sekundy na to, żeby spokojnie się oddalić.

Porywczy Fytyl nie wytrzymał. Zaatakował ostrzem odsłonięty lewy bok przeciwnika nazywanego Nerivem, jednak ten zareagował szybciej, niż wydawało się to możliwe. Ofiara wolną od miecza, lewą dłoń przystawiła do czoła stojącego za nim Xila. który nie zdążył nawet drgnąć i z głośnym plaśnięciem zamienił się w rozbryzgujący się na wszystkie strony czarno-czerwony śluz. Cios Fytyla został błyskawicznie sparowany mieczem, a ręka blondyna wykorzystując siłę ciosu, zwinęła się jak sprężyna. Kiedy stawy nie pozwoliły na większe zgięcie ręka rozwinęła się, wprowadzając ostrze w demonicznie szybki ruch, które śmignęło tuż przed twarzą Astarifa.

– Nie bój się… – Połączone chóry męski i żeński przyjęły niski ton, nadając utworowi siły i patosu.

Tak mu się przynajmniej wydawało. Poczuł ból i nagle zdał sobie sprawę, że jego żuchwa ledwo wisi, rozcięta na dwie luźne części. Robiąc zeza, z niedowierzaniem wpatrywał się w swój rozcięty nos. Poczuł, że już z tego nie wyjdzie, że jego koniec nadszedł. Momentalnie pomyślał o ukochanej Antralii, dla niej chciał się zmienić. Z wolna osunął się na ziemię, a jego wzrok zatrzymał się na zaroślach i piętrzącej się w oddali operze.

– Nie ma już sposobu, żebyś mógł tutaj zostać…

Wtem pojawił się szary punkt, ten sam, który tak uparcie nie dawał mu spokoju przez cały dzień: dziewczynka kurczowo przyciskająca do serca kotka. Powoli szła w jego stronę. Każdy jej krok wydawał się przepełniony niesprecyzowanym, kojącym pietyzmem.

– Właśnie teraz opuszczasz ten świat…

Malutkie, brudne rączki postawiły szarobure zwierzę tuż obok niego. Kiciuś zaczął swoim małym języczkiem chłeptać krew wylewającą się szeroką strugą z jego rany. Chciał coś powiedzieć, ale rozcięta żuchwa nałożyła się jedynie na siebie z lekkim zgrzytem, powodując potworny ból.

– Wszystkie światła powoli gasną…

Dziewczynka przyklęknęła tuż przed nim. Astarifo patrzył na nią w skupieniu. Ta zerknęła na niego i uśmiechnęła się kącikiem warg.

– Pozostaw za sobą wszystkich, których kochasz, i tych, których znasz – śpiewał chór wspólnym, pełnym mocy głosem.

Spojrzał jeszcze na dziewczynkę, która na jego oczach przeszła monstrualną metamorfozę. Potworne, długie jak palce mężczyzny zęby bestii szczerzyły się w przerażającym grymasie. Szalone, puste ślepia, wyrwane z odmętów koszmarnych snów, patrzyły na niego w bezdennej chęci krzewienia obłędu. Szybki ruch głową spowodował, że długie, krzywe kły wbiły się w jego ciało. Krew rozbryzgnęła się we wszystkie strony wraz z oderwanymi od ciała kawałkami mięsa. Zaczął wierzgać i pomimo rozpłatanej szczęki – krzyczeć.

– Nie bój się…

Nie czuł już nic więcej.

Sen


PROLOG

Słońce przebijało się przez koronę drzew zalewając ścieżkę złotawymi plamami. Lasy, na południu Nevriyanu, były dzikie i nieczęsto odwiedzane przez mieszkańców. Nie przypominały tych pedantycznie uporządkowanych i ułożonych, znajdujących się bliżej stolicy królestwa – Eyerilyanu.

Magister Rillyin, prowadzący wycieczkę nie dziwił się zaskoczeniu swoich uczniów. Wychowani w miastach, zieleń kojarzyli z odwiedzanymi parkami, w których położenie każdego źdźbła trawy szczegółowo rozplanowano. Tu wszystko rosło, żyło i umierało samo, tutaj natura pokazywała swoje prawdziwe oblicze.

Rillyin starał się nie myśleć o tym z jakimi problemami boryka się królestwo elfów. Jednak obecność wnuczki legendarnego „Strażnika”, młodej i pięknej Aryeh Neyiri naprowadzała jego myśli w kierunku identyfikacji własnej rasy jako „żałosnych kreatur”. Oprócz druidytifiki wykładał również historię, więc znał dobrze losy swojej rasy. Elfy przez tysiące lat pokoju oduczyły się agresji. Kiedy Eri Neyiri – legendarny dziadek jego uczennicy stał się Strażnikiem ludzie dopiero zaczynali przybywać do Nevriyanu. Wtedy wydawało się, że ludzie mogą wiele nauczyć się od elfów, dziś nadal się w to wierzy, ale z mniejszym entuzjazmem. Okazało się, że barbarzyńscy mieszkańcy północy nie potrafili egzystować z krajanami Rillyina. Początkowo imperator Fenyrial VII zarządził, aby do królestwa wpuszczać każdego chętnego. Nie było zresztą komu, ludzi, zatrzymywać. Nie dało się przewidzieć choroby, syndromu Nevryianu. Przybysze, dosłownie wpadali w szał po dekarze, dwóch, porze czy roku. W końcu chwytali za swą odrażającą, północną broń, którą tak hołubili i mordowali autochtonów tak długo, aż nie umierali z wycieńczenia. Potem pojawił się on, Strażnik, Eri Neyiri, bohater. W jednej z jatek pomścił swoich rodziców i zamordowała ich oprawcę. Po tym czynie sam imperator mianował go Strażnikiem i generałem Nevriyanu. Generałem jednoosobowej armii. Choć jego postać otaczało wiele kontrowersji, po jego śmierci nie nadszedł następca.

Nie tylko widok młodziutkiej Aryeh przypominał mu o tej sytuacji. Jemu, jak każdemu elfowi, przypominało też o tym samo niebo. Jego nienaturalny, szafirowy kolor spowodowany był otaczającą ich magiczną bańkę pola siłowego.

Kiedy po śmierci Eriego, Valandriol, północne państewko ludzi odkryło jak bezbronny jest Nevryian zaczęło to wykorzystywać. Elfy nie umiały walczyć, nie umiały nawet się bronić. Początkowo wpływy ludzi zatrzymywało złoto, ogromne ilości łapówek dawanych królom, lecz mądry imperator, Fenyrial VIII, miał już plan w zanadrzu.

Teraz, do Nevryianu można było dostać się tylko w jeden sposób, przez portal na wyspie Maerled, prowadzący do serca Eyerilyianu. Wejście od pokoleń pilnują potężni wojownicy z Grithianu, którzy poprzysięgli nigdy nie atakować elfów. Ich słowo było jedynym co pozwalało całej rasie przetrwać.

– Źle się czuję – powiedziała niespodziewanie Griya Tyiovi przerywając przemyślenia nauczyciela. Szóstka jego podopiecznych stanowiła paczkę najlepszych przyjaciółek. Ta dziewczyna już na pierwszy rzut oka wyglądała na czarną owcę.

– Wolałabym stąd iść.

– Spokojnie skarbie, nic dziwnego. Ten las wygląda jak inny świat. Nie martw się, nic złego ci się tu nie stanie. Zobacz, magister Rillyin niczym się nie przejmuje – odpowiedziała Halfyin, jej najlepsza przyjaciółka.

– Hayn, ja naprawdę źle się czuję, boli mnie głowa – dodała Griya.

Rillyinowi się to nie podobało, nie lubił problemów.
Spokojnie, pomyślał, nic się złego nie dzieje, dziewczyna jest po prostu zagubiona, nowe miejsce, inny świat. Po prostu trzeba odwrócić jej uwagę, a wszystko jej zaraz minie.

– Aha, Eriwau Qeyeir! – powiedział pokazując na drzewo, zerwał trochę kory, ścisnął w lewej ręce, a prawą uniósł nad nią. Skoncentrował się i poczuł jak moc płynie strugami wzdłuż jego ciała. Na zamknięte, w dłoni, liść użył energii i nadał mu moc zwalczania przewlekłego zapalenia dróg moczowych. Nie miało to żadnego znaczenia, ale chciał wywrzeć wrażenie psychologiczne. Liczył na efekt placebo.

Roztarł trawę w rękach i dmuchnął jej w twarz. 

Dziewczyna, rzeczywiście, rozpogodziła się po paru chwilach. Przyjaciółki objęły Griyę, wyglądało na to, że kryzys został zażegnany, choć miał zgoła inne wrażenie. Czuł, że jest coś w lesie, coś wszechpotężnego, coś ich właśnie obserwuje, i nadchodzi. Pomimo wyraźnego poczucia zagrożenia, nie potrafił tego zdefiniować, mylił to przeczucie ze zwykłym zamartwianiem się o podopieczną.

Nagle znów usłyszał płowowłosą Griyę.

– Nie pójdę dalej, źle się czuję, wydaje mi się, że… – Elfka próbowała wstać. Dostała jednak silnego zawrotu głowy i padła z powrotem na ziemię. – Tam coś jest… Woła mnie, ale się boję. Jest… złe, ja…

– Co się z nią dzieje? – zapytał magister Rillyin. – Czy coś takiego zdarzyło się wcześniej?

– W sumie… jesteśmy pierwszy raz poza Eyerilyan, więc ciężko nam powiedzieć – powiedziała szybko Halfyin, w jej oczach widać było zaniepokojenie z lekką nutką strachu.

– Pierwszy raz widzę taki atak paniki. Lepiej zabierzemy ją z powrotem – odrzekł magister odwracając się.

Jego ręce zapłonęły zielenią. Oczy nauczyciela zajarzyły się malachitem, a duża lipa, początkowo drgnęła, lecz już po chwili wyrwała z ziemi swoje korzenie i ruszyła w stronę elfki. Magister przesunął się, żeby zrobić ożywionemu drzewu miejsce.

Niespodziewanie oczy Gri zaczęły emanować złotym światłem. Drzewo zgięło swój pień, żeby ją chwycić, ale gdy tylko jeden listek musnął jej wyciągnięty palec, wszystko zapłonęły, a po chwili z ożywieńca został jedynie popiół.

– Uczennico Griyo Tyiovi, elfom nie wolno używać magii ofensywnej! Jest to wbrew zasadom moralnym! – krzyknął magister. Zdał sobie sprawę, że jego głos brzmi bardzo niepewnie. Jeszcze nie wiedział co się dzieje, ale już czuł, że coś potężnego weszło w ciało uczennicy i przejęło nad nią kontrolę.

– Milcz śmiertelniku! – Rozległo się jakby zewsząd. Ptaki nerwowo poderwały się do lotu. Wiatr przestał wiać, a cały las zdawał się zamrzeć. Wszyscy umilkli. Jego myśli zdominowała chęć ucieczki. Niespodziewanie światło w oczach elfki zgasło.

– Za mną! – powiedziała dziwnie radosnym głosem, po czym podniosła się i pobiegła w knieje. Magister znieruchomiał, jednak po chwili poczucie obowiązku wzięło górę – w końcu był odpowiedzialny za swoich studentów. Popędził za uczennicą, a za nim cała reszta.

Dziewczyna zniknęła w krzakach, Rillyin przyspieszył, rzucił się za nią. Jego zaniepokojenie wzbudziło skrzypienie zakończone głośnym trzaskiem, po których nastąpiło uczucie braku gruntu pod nogami.  W ciągu sekundy znalazł się na dnie jednego z szybów starych kopalni, które kiedyś drążono w tych rejonach. Przez chwilę leżał na plecach i dziwił się, jak udało mu się nic nie złamać.

– Witaj – odezwał się głos. Ten sam, który wydobywał się z ust dziewczyny, kiedy jej oczy nabrały intensywnie złotego koloru.

– Wolę ciebie – powiedziała nagle Griya wychodząc z cienia, brzmiała normalnie, ale nauczyciel czuł, że nie ona to mówi.

– Kim jesteś? – zapytał Rillyin. Nie zadawał pytania uczennicy, a temu czemuś co zawładnęło jej ciałem. Zdawało się, że ta potężna istota mówi do niego telekinetycznie, bezpośrednio, jako swój awatar, jednocześnie mówiąc oczami dziewczyny.

– Zostałam wezwana – odezwało się.

– Przez płacz tysięcy – dokończyła dziewczyna z uśmiechem. Po czym przygryzła dolną wargę i spojrzała na nauczyciela w wyzywający sposób.

Magister przez chwilę nie mógł poznać dziewczyny o urodzie „szarej myszki”. W jakiś niewyobrażalny sposób stała się ona zabójczo piękna, chociaż przed nim nadal tkwiła płowa Gri. Powoli, nie odrywając od niego wzroku, zaczęła zdejmować suknię. Ponętnie i z gracją, jakby znając sztuki uwodzenia lepiej niż doświadczona kurtyzana. Widział, w jej oczach, gdzieś głęboko, że prawdziwa Gri jest gdzieś tam uwięziona, ale ta gracja hamowała go, otumaniała. Poczuł, że jedyne czego teraz pragnie, to ta stojąca przed nim postać. Wszystko inne przestało się liczyć. Nie słyszał nawet krzyków dobiegających z góry. Zahipnotyzowany patrzył na uwodzicielskie, idealnie kształtne piersi uwalniające się spod przykrywającego je materiału. Obserwował w zdenerwowaniu i niepewności, jak suknia lekko zsuwa się, odsłaniając coraz większe fragmenty ciała. Wtedy zrozumiał wszystko. Stała przed nim legendarna Noctiferi, bogini wieczora, matka elfów. Wiedział też, że został wybrańcem, którego według legend raz na tysiąc lat nawiedza bosko piękna istotna.

Przestał się bać. Poczuł ulgę i zaczął obserwować to, co bóstwo chce mu pokazać. W jej ręku nagle pojawił się nóż. Ostrze rozcięło skórę i żyły na pięknych przedramionach dziewczyny. Krew zaczęła kapać na ziemię nietkniętą od setek lat elfią stopą. Złoty blask na chwilę rozbłysł z ciała uczennicy rozrywając ciemność i oślepiając Rillyina. Chwilę później Gri padła na ziemię. Magister zauważył, że nie było śladów skaleczeń, dziewczyna była ubrana, to wszystko to tylko iluzja.

Nad nią unosiła się utkana złotym światłem, kobieca postać. Naga, kobieca postać zdawała się w niego wpatrywać. W tej chwili do szybu dostali się pozostali uczniowie. Podczas gdy wszyscy rzucili się do leżącej koleżanki, Aryeh Neyiri podeszła do nauczyciela i zapytała, czy dobrze się czuje. Nikt nie zdawał się dostrzegać postaci, która wyraźnie nakazywała mu czekać.

– Aryeh, muszę tutaj zostać. Nie mogę ci tego wytłumaczyć. Zabierzcie Gri i powiedzcie, że uciekłem na południe, albo gdziekolwiek. Niech mnie nikt nie szuka. Powiedzcie, że groziłem wam magią ognia czy czymkolwiek. Dobrze? – Starał się mówić składnie i prosto, choć podejrzewał, że może to akurat tak nie zabrzmieć. Sam nie był do końca pewien tego, co widział.

– Jesteś pewien, magistrze? – zapytała tylko, trzeźwo patrząc mu w oczy. Widział po niej, że i ona coś wyczuwa. Przemawiał przez nią rzadki talent. Choć była młoda i niedoświadczona podejrzewała, że cokolwiek się tu dzieje to nie ona powinna podejmować decyzję.

– Tak – odpowiedział.

– Zabierajmy Gri i uciekajmy, magister Rillyin zostaje na własne życzenie. Wytłumaczę wam w drodze – powiedziała autorytarnie.

Tyle wystarczyło.

– Żegnaj, magistrze – powiedziała, kiedy konary zaczęły się unosić.

– Jeszcze się zobaczymy, Aryeh – rzekł nie odrywając wzroku od postaci stojącej cierpliwie przed nim.

– Zanim cię wybiorę – odezwał się ten sam głos, jednak teraz zdawał się milszy i cieplejszy, bardziej kobiecy. – Musisz udowodnić swojej wartości. Postać podpłynęła do niego. Patrzyła mu w oczy wzrokiem, od którego nie można uciec. Wtedy magister poczuł ostry ból w płucach. Zaczął się dusić. Kaszlnął krwią.

– Za mną – powiedziała radosnym głosem należącym do Gri i ruszyła w głąb tunelu, a jej złota poświata spowodowała, że stało się tak jasno, jak w dzień. Rillyin, uciskając ranę w klatce piersiowej, ruszył za boginią. Początkowo szedł szybko, lecz coraz wolniej. Zwalniał i zwalniał, aż padł na czworaka i zaczął czołgać się za znikającym w ciemności złotym blaskiem.

***

 

Magister starał się nadążyć za swoją panią, jednak ta tylko się oddalała. Nie potrafił skoncentrować wzroku, bladł, starał się wstać, co rusz upadał. Kiedy poczuł, że nieubłaganie nadchodziło jego ostatnie tchnienie, a jaźń ginęła w ciemności, coś się wydarzyło. Zaczął budzić się do życia, jednak nie w szybie opuszczonej kopalni.

Pod sobą czuł miękką trawę zamiast twardej skały, a światło słoneczne rozlewało się po otoczeniu oślepiając go. Wszystko jednak wydawało się w jakiś sposób nierealne. Gdy rozglądał się dookoła widział spacerujące elfy, złote budynki, jednak architektura przypominała mu te z epoki antycznej, kiedy jeszcze pośród jego braci zdarzały się rozlewy krwi. Nie tylko to wzbudziło jego niepokój. Wzrok zdawał się nie sięgać do pewnych miejsc. Zupełnie jakby coś blokowało mu do nich dostęp. Nie mógł tego zrozumieć, wszystko wyglądało trochę jak we śnie. Nic nie zasłaniało mu widoku, jednak pewne bariery zdawały się nie do przebrnięcia. Nie potrafił się na nich skupić, choć nie rzucały się w oczy i wydawały się, w jakiś sposób, naturalne. Wtem poczuł na swoim barku dłoń. Odwrócił się na plecy i zobaczył przed sobą niesamowicie piękną, znajomo wyglądającą, postać. Choć nie od razu poznał ją z pomników stojących w rodzinnym Eyerilyanie. Była w niej nutka czegoś znajomego, jakby znał tę osobę od dawna. Złapał za wyciągniętą dłoń i odpłynął w ekstazie. Jego świadomość prawie zanikła, tliła się gdzieś na granicy życia i śmierci. Potworny ból w płucach uzmysłowił mu, że coś go niesie. Możliwe, że to z powodu cierpienia, jakiego doświadczał, ale nie potrafił powiedzieć kto, lub co, to robi. Kiedy obudził się w ciepłym łóżku, opatrzony, nie opuszczało go uczucie pustki. Spróbował wstać, jednak paraliżujący ból spowodował, że opadł z powrotem na poduszkę. Jak na zawołanie pojawiła się boska piękność.

– Kim jesteś? – zapytał.

– Jestem Noctiferi, bogini wieczora, matka elfów, opiekunka – odrzekła spokojnie patrząc mu w oczy. Rillyin czekał na dalszy ciąg, jednak go nie było. Czuł się tak słaby i zniszczony. Nie mógł się nawet skoncentrować.

– Gdzie jestem? – dopytywał.

– Musisz sam znaleźć odpowiedź na to pytanie – odpowiedziała – Musisz leżeć i odpoczywać. – Dlaczego czuję się tak dziwnie? – spytał, próbując ponownie spojrzeć w jej oczy, jednak coś mu w tym natarczywie przeszkadzało i nie mógł zrozumieć co.

– Jak? Ranny? – odparła.

– Nie… inny.

– Niestety, nie wiem o czym mówisz.

– Jak ja się tu w ogóle znalazłem?

– Poszedłeś za mną.

Po tych słowach zniknęła, rozpłynęła się w powietrzu. Nie mógł zrozumieć, czy zasnął zanim ona wyszła, czy po prostu „wyparowała”. Jednak kiedy znów spojrzał w miejsce, w którym ją widział, nie było jej. Nie było też bólu. Pojawiło się dziwne uczucie pustki, jakby był ułamkiem samego siebie. Nie rozumiał tego, był zdezorientowany, zmieniony i w jakiś dziwny sposób znieczulony. Rozejrzał się po pokoju. Stało tam jedynie łóżko, a w oczy kuła biel ścian. Nad łóżkiem znajdowało się okno, przez które agresywnie wlewało się słoneczne światło.

Z trudem, wyszedł z pokoju i trafił na korytarz, który prowadził do kilku pomieszczeń. Pokój na lewo od niego stanowił idealny klon tego, w którym się obudził. Nie zwrócił nawet uwagi na to, że patrząc w okno w tym pomieszczeniu również widział słońce, choć wychodziły one w zupełnie innym kierunku. Drzwi „obcego” pokoju sąsiadowały z dębowymi, dwuskrzydłowymi wrotami prowadzącymi, jak się okazało, do biblioteki.

Już z progu zobaczył piękność leżącą na szerokim, miękkim, przypominającym szezlong łóżku, z książką w ręku. Bogini zdawała się nie dostrzegać go, a tytuł czytanej przez nią pozycji był aż nadto wyraźny. Na białej okładce czarne litery układały się w słowo „Neyighitee”. Kiedy jednak elf rzucił okiem na resztę dzieł, nie mógł dojrzeć ich nazw. Wydawały się jakieś rozmazane, nieczytelne lub napisane obcym mu alfabetem. Zerknął na Noctiferi i prawie podskoczył ze strachu, gdyż teraz jej oczy wpatrywały się w niego. – Jak się czujesz? – spytała. Wystraszył się tonu jej głosu. Wszystko co robiła zdawało się gwałtowne i nieprzewidywalne.

– Cieleśnie lepiej, duchowo… nadal inaczej – odpowiedział.

– Zawsze taki byłeś – stwierdziła.

– Kiedyś byłem inny – zanegował.

– Zawsze taki byłeś – powtórzyła dokładnie tym samym tonem, zabrzmiało to dziwacznie, nienaturalnie.

– Coś się zmieniło.

– Może ty się zmieniłeś? – zapytała. Wydawało mu się to w jakiś stopniu możliwe.

– Czuję się pusty – usłyszał ze zdziwieniem swój głos. Nie powiedział tego zdania świadomie, a i sam nie zdawał sobie sprawy z wewnętrznej pustki, aż do tego momentu.

– Zawsze byłeś pusty – odpowiedziała spokojnie zatapiając swoje hipnotyzujące spojrzenie w tekście. W jej głosie można było wyczuć pewien żal i pogardę.

– A co jeśli popełniłam błąd ufając ci – zapytała, i nie czekając na odpowiedź, dodała – Chodźmy na spacer.

Wstała, zamknęła książkę i odłożyła na stolik stojący na środku biblioteki. Rillyin znów zwrócił uwagę na tajemniczy tytuł. Wydawał mu się dziwnie znajomy, choć przysiągłby, że nigdy się z nim nie spotkał.

– Spacer? – zapytał z lekkim niedowierzaniem, jakby już dawno zapomniał znaczenia tego słowa.

– Dokąd?

– Na słońce – odrzekła.

Kobieta otworzyła drzwi naprzeciw wejścia do biblioteki i ich oczom ukazała się świetlista polana, która kilkadziesiąt metrów dalej zmieniała się w gęsty, mroczny las. Noctiferi stanęła na trawie i zrobiła bosymi stopami kilka kroków po miękkich, zielonych źdźbłach. Rillyin patrzył na nią przez chwilę zbity z tropu. Nie mógł się skupić i ogarnąć myśli, ale czuł, że powinien starać się za wszelką cenę. Widział, że to wszystko zdaje się jakieś nierealne. Kolory były zbyt nasycone, chociaż miały odcień szarej barwy. Wszystko wydawało mu się zbyt realne i świadome, jakby wszystko co było przedtem, całe jego życie, było jedynie snem.

Zrobił krok i zamknął za sobą drzwi. Dom Noctiferi, nie typowy złoty, idealny prostopadłościan w jakiś sposób go nie dziwił.

– Idziesz, czy nie? – krzyknęła stojąc w połowie drogi do stawu, który dopiero zauważył Rillyin.

– Idę – odpowiedział tylko i ruszył wpatrując się w trawę. Wyraźnie dostrzegł pośród równo przyciętego trawnika gęste kępy trawy o kształcie elfich stóp. Gdy podszedł bliżej zauważył, że ziemia, na której stanęła bogini, natychmiast się zazieleniała.

– Usiądziemy na pomoście? – powiedziała rzucając mu przelotne spojrzenie.

– Mam ochotę pomoczyć nogi. Lekkim i zwiewnym krokiem podeszła do kładki. Zwrócił uwagę na to, jak delikatnie się poruszała. Patrzył na każdy stawiany przez nią krok. Wydawało się, że mogłaby stanąć nawet na powietrzu. Oparła się i usadowiła wygodnie na kładce opuszczając zgrabne stopy do wody.

– Usiądź przy mnie – rzekła spoglądając na niego. Jej niesamowite piękno i boskość onieśmielały go. W milczeniu podszedł do niej i usiadł obok.

– Usiądź bliżej – powiedziała. Zanim jeszcze zdążył się zgodzić, zadała pytanie – Chciałbyś być bogiem w Eestirii? Marzyłeś o tym kiedyś?

Rillyin wpatrywał się w nią przez chwilę, po czym się przysunął. Zatopił swoje nogi do kostek w wodzie. Przynosiła ulgę. Zaczął zastanawiać się nad odpowiedzią. Wbił źrenice w taflę i zasępił się. Powoli przeniósł oczy na trawę. Obserwował jak źdźbła delikatnie gną się na wietrze i poczuł jak jego włosy zmierzwił lekki podmuch. Przyłożył rękę do głowy, żeby się podrapać, ale jego palce napotkały jedynie idealną łysinę. Zwrócił wzrok na towarzyszkę, a ta jedynie uśmiechnęła się oczyma. Wpatrywał się głębiej w zieleń roślin i poczuł jak jego jego zmysły zaczynają szaleć. Początkowo zaczął odczuwać jedynie mdłości, potem miał wrażenie, że się rozpada, z oddali dobiegł wyraźny szept: „poddaj się, puść”. Rozluźnił się i wtedy uderzyła w niego gwałtowna, ciężka do wytłumaczenia zmiana. Poczuł się w pewien sposób nagi, ale zarazem i wolny. Jedynie w pewnym stopniu jego świadomość się nie zmieniła – Rillyin rozumiał, że to jego dusza. Wszystko pozostałe to jedynie ciało, ze swoimi zmysłami i doświadczeniem.

Ogarnęła go ekstatyczna błogość. Zdał sobie sprawę, że jest… trawą. Dostosowywał się jeszcze chwilę do nowej formy. Korzenia, liści. Upił trochę wody przez korzenie, poczuł jak płyn przelewa mu się przez nowe ciało ku liściom, gdzie poczuł słodki smak cukru. Mrugnął i na powrót był w swoim ciele. Jego ciało zdawało się przez ten czas „wyłączone”, otwarte oczy zaczęły piec. Zamknął je, a po jego policzkach pociekły łzy pieszczone wiatrem. „Wiatr?” pomyślał.

– Nie! – krzyknęła, ale dźwięk jej głosu ugrzązł gdzieś w przestrzeni.

Poczuł jednocześnie ból i pieszczotę. Odezwały się w nim sprzeczne emocje. Radość i gniew zawrzały. Horyzonty rozszerzyły się do obszaru, którego zwyczajna dusza nie potrafiła ogarnąć. Widział cały świat jednocześnie oraz to, jak go otacza, jak przewiewa pomiędzy bezlistnymi gałęziami drzew, czując rozrywający ból. Doświadczał, jak delikatnie łaskoczą go mijane liście, i jak rozrywa budynki i burzy furią drzewa.

Trzask! Obudził się leżąc na pomoście, a nad nim stała piękna bogini. Chwilę patrzył w boskie oczy, potem zerknął na jej zgrabne nogi, które tak pragnąłby dotknąć, a które dzieliło od jego rąk zaledwie kilka centymetrów. Wtedy narodziła się w jego głowie nadzieja, która zaowocowała ogromnym pożądaniem.

– Myślisz, że nie potrafię czytać ci w myślach? – zapytała uśmiechając się lekko, pomimo tego jej oczy niewiele zdradzały, ciężko było odgadnąć co bogini myśli. Przerażenie pomieszało mu w głowie. Starał się przestać myśleć o tym, jak chętnie ległby w ramionach Noctiferi, jednak nie mógł.

– Zaimponowałeś mi – powiedziała spokojnym tonem. – Byłam pewna, że śmiertelnym wystarczy ułamek sekundy w ciele wiatru, żeby oszaleli. Ty jesteś inny. Może jednak dobrze się stało, że ciebie wybrałam. Ruszyła w stronę domu.

– Chodź, musisz się jeszcze wiele nauczyć – rzekła.

Podniesienie się przyszło mu z niemałym trudem, jednak już po chwili szedł za swoją panią. Czuł się niesamowicie ze świadomością pozyskania takiej umiejętności. Odniósł wrażenie jakby stawał się kimś bardziej boskim, a jego wewnętrzna pustka zdawała się zmniejszać. Teraz jednak marzył tylko o jednym, o tym, by choć raz dotknąć matkę elfów. Uśmiechnął się do siebie, kiedy do głowy przyszedł mu pewien plan. Postanowił zamienić się w trawę, żeby dotknąć choć stopy opiekunki. Znów ogarnęło go to samo uczucie, świadomość posiadania korzenia i liści. Chwilę grzał się w świetle gorącego słońca, gdy nagle zapadła ciemność, po to by sekundę później, w kontakcie z jej skórą, odczuć ekstatyczną rozkosz. Niespodziewanie wrócił do swojego ciała. Przeszły go potężne dreszcze po czym osunął się na ziemię.

Kiedy otworzył oczy znów leżał w swoim łóżku. Wstał, wyszedł z pokoju i dojrzał, że pomieszczenie po lewej stronie jest puste. Minął biblioteczne wrota, żeby spojrzeć na nią, czytającą książkę o zagadkowym tytule „Neyighitee”.

– Co to znaczy? – zapytał.

– Nas – odpowiedziała spokojnie.

Zajrzał jej z uwagą w oczy, jednak ten wzrok zdawał się być zbyt boski, by Rillyin dał radę go wytrzymać. Mrugnął po to, by oderwać się od tego piękna. Wpatrywał się w łóżko, na którym leżała. Pragnął poczuć jak to jest być tą rzeczą. Przeszły go dreszcze przeszywające jego tkaninę. Elf czuł drewnianą ramę w środku, i podłogę, na której stał. Całym sobą koncentrował się tylko na miejscu, które dotyka naga skóra Noctiferi.

– „Naga?” – zapytał sam siebie ze zdziwieniem. Wtedy zdał sobie sprawę z tego, że oboje są nadzy, cały czas. Ogarnęło go zawstydzenie, ale nie chciał dać tego po sobie poznać.

– Urodziłeś się śmiertelnikiem. Lecz twoja dusza jest boska, nie wiem, czy to dzięki sile determinacji, czy czemuś zgoła innemu – oznajmiła nie odrywając wzroku od książki. – W każdej chwili stajesz się coraz mniej zaślepiony moją boskością, a coraz bardziej postrzegasz mnie jak śmiertelniczkę, nawet kiedy tego nie chcę. Dobrze, że wybrałam ciebie. Już wiesz po co?

– Jestem bytem. Świadomością. Nie ma we mnie nic, co mogłabyś opisać jako „elf”. Ale nie jestem sam. Jest nas dwoje. Dwa byty. Dwie świadomości. Jesteśmy. Trwamy. Nie mieliśmy wiary, ale teraz mamy. Istniejemy. Mężczyzna i kobieta. Nazwij to jak chcesz. Żeby powstał kolejny byt – najpierw dwa inne muszą tego chcieć. Muszą się ze sobą zetrzeć. My jesteśmy Neyighitee. Noctiferi wstała, zmierzyła go wzrokiem. Po czym rzuciła na łóżko i skoczyła na niego.

– Jesteś gotów – wyszeptała mu do ucha. A dźwięk jej głosu był jak ciepło rozlewające się po ciele. Każdy dotyk rozpalonej bogini był pozawymiarowym szczęściem. Dopiero teraz spojrzał na jej krągłe, idealne piersi i zrozumiał, że jego podświadome marzenie się spełnia. Ścisnął więc pośladki Noctiferi z taką siłą, aż ta jęknęła.

– Dobrze – szepnęła cicho uśmiechając się. – A teraz spójrz mi w oczy.

Oparła się swoimi lędźwiami o Rillyina. Na granicy słyszalności, dobiegł go głos: „Mój drogi Rillyinie”. Głębia jej oczu okraszona nagim, boskim ciałem otumaniała go, działała jak wszystkie narkotyki świata. „Jesteśmy teraz jednym bytem” – kontynuowała głośniej.  Sycił wzrok jej widokiem.  „Zakochałam się w tobie, pierwszym śmiertelniku w moim życiu” – mówiła w jego głowie. Ścisnął ją mocniej, aż jęknęła swoim dźwięcznym głosem.  „Choć już nim nie jesteś, poświęciłam się dla mojego ludu i dla ciebie” – Poczuł falę gorąca, która ogarnęła jego ciało. „Teraz jesteś bogiem, obudź elfy i broń je, a ja czekać będę na ciebie w sferze duchów” – usłyszał i obudził się na ziemi w szybie kopalni.

EPILOG

 

Wielu śmiertelników przysięgłoby, że postać stojąca w cieniu drzew i obserwująca ze wzgórza rzeź elfiej, nadgranicznej wsi, jest ślepa. Nie miała ani źrenic, ani tęczówek. Jednak Neyighitee widział wszystko, a nawet więcej.

– Zostawcie to miejsce w spokoju – powiedział jakby do siebie, jednak jego głos rozbrzmiewał nad doliną wprowadzając chwilowy zamęt. Rzeź momentalnie ustała. Ludzie zamarli z niepokojem rozglądając się dookoła. Dowódca zaczął krzyczeć, wydając rozkazy, żeby jego oddziału przypadkiem nie ogarnął chaos. Ktoś wskazał mu postać stojącą na wzgórzu. Ogarnął go lęk, jednak ambicja wzięła górę. Wyciągnął miecz i pobiegł w stronę intruza. Żołnierze patrzą w zaciekawieniu na swojego przełożonego, który wspina się na wzniesienie, obserwują ślepca, który w bezruchu czeka na nadejście mordercy. „W końcu to elf” myślą sobie. „Niektóre nawet nie uciekają przed śmiercią”. Kiedy dowódca zmniejszył dystans, wziął zamach. – Zarozumiali idioci – rozbrzmiał potworny głos w chwili, kiedy mężczyzna z mieczem implodował, pozostawiając po sobie jedynie krwawą zawiesinę. – Wszyscy zginiecie! Wszyscy! Las otaczający wieś ze wszystkich stron zdawał się ożywiać. Setki drzew ruszyło w stronę ludzi, których część zmarła w wyniku samej paniki. Neyighitee przyglądał się temu, jak pnącza wiążą uciekających, a drzewa rozrywają ich swoimi gałęziami. Uśmiechnął się do siebie. Czuł, że Noctiferi, obserwująca go ze sfery duchów, jest dumna.

Czas zacząć wojnę.

Abisalny Poemat

Patrzę na grube krople spadające z nieba, zastanawiając się, co się właściwie stało przez ostatnie kilkanaście minut.

Jeszcze wczoraj byłem normalnym człowiekiem z tymi swoimi banalnymi, śmiesznymi problemami. Któryś z moich kolegów „poetów”, powiedział coś o drugim. Co myśli o mnie moja żona po dziesięciu latach związku lub dlaczego muszę pracować, bo na poezji zarabia się raczej grosze. Dziś już wiem, że to wszystko jest nieistotne. Potworności, które zobaczyłem zmieniły mnie do reszty. Teraz już nawet życie straciło na znaczeniu.

Wszystko zaczęło się od wczorajszego, cotygodniowego spotkania w „Zapisanej kartce”. Tam zwróciłem uwagę na mojego wieloletniego znajomego – Rafała. Był blady i wyglądał zadziwiająco słabo. Zwykle rozmowny i pełen życia, teraz wydawał się wycofany i niepewny siebie. Zapytany o swój dziwny stan przy towarzystwie, starał się wykręcić, opowiadając o bólu brzucha i ogólnym niewyspaniu. Dopiero gdy w cztery oczy zapytałem go o samopoczucie, usłyszałem niewiarygodną historię.

– Piszę poemat – powiedział.

– To ma coś wspólnego z twoim wyglądem? – napomknąłem z niewiarą w głosie. On zawsze pisał jakiś poemat, jednak nigdy nie prezentował się tak źle.

– Przeczytałem satanistyczne traktaty… – Chciał coś dodać, ale się zawahał. Nastąpiła pauza, którą wykorzystałem.

– Biblię szatana? Tę książeczkę dla gimnazjalistów? – ironizowałem.

– Nie, te prawdziwe. Rzekomo mają dziesięć tysięcy lat.

– Kto ci naopowiadał takich bujd? Przecież wtedy nie istniało nawet pismo! – wyśmiałem go.

– Gdybyś je zobaczył… Gdybyś dotknął ich choć przez chwilę… poczułbyś… – tu głos mu się załamał. – Nie powinienem był. – Głos brzmiał jakby jego właściciela dopadł jakiś obłęd.

– Dobrze, rozumiem – uspokoiłem i postanowiłem przestać wyśmiewać. Teraz wiedziałem, że to naprawdę problem. – Ale diabły i te sprawy? Widły, rogi?

– Nie! Zupełnie nie! To nie czerwień! To nie siarka! To ocean, błękit. To demoniczny róż, symbol niezbadanego, niewyjaśnionego! – Wtedy nie rozumiałem co mój przyjaciel ma mi do powiedzenia. Wydawało mi się, że to bzdury. Patrzyłem jedynie na niego, a on jakby pomiarkował się. Nie mniej dał upust swojemu dziwacznemu szaleństwu.

– Piszę poemat – powiedział nagle takim tonem, jakbym dopiero zapytał go dlaczego jest tak blady. – Po przeczytaniu tych demonicznych kartek nie śpię. Koszmary zlewają się z rzeczywistością. Drzwi otwierają się wszędzie gdzie chcą. Pojawia się zło, którego próba choćby opisania wydaje się niemożliwa. „To” każe mi napisać poemat.

Patrzyłem na swojego przyjaciela z mieszanką strachu, współczucia i zażenowania. Nie wiedziałem, czy mogę mu jakoś pomóc, jednak moje dobre serce kazało mi spróbować.

– Myślisz, że zwariowałem, prawda? – wypalił nagle. – Wiesz… Ja też mam taką nadzieję, bo to co widzę przekracza granice logiki i pojęcia rzeczywistości. Udowodnię ci, choć w duszy modlę się o to, żeby mi się to nie udało. Przyjdź do mnie dziś wieczorem.

Tak to wszystko się zaczęło.

Pojawiłem się między siódmą a ósmą na progu domu mojego przyjaciela. Otworzył mi jedynie drzwi i poszedł do swojego gabinetu, gdzie na biurku stał komputer. Usiadł przed nim i kontynuował pisanie, a ja zauważyłem, że wygląda jeszcze gorzej niż rano – jak żywy trup. W kawiarni tego nie zauważyłem, ale teraz wydawało mi się, że schudł kilka kilogramów.

– Chcesz przeczytać? – zapytał nagle. Już nawet jego głos mnie przeraził, brzmiał słabo i pusto. Przyszło mi na myśl dziwne skojarzenie: jakby coś pożerało jego duszę.

Usiadłem na miejscu Rafała i zacząłem czytać, a moje ciało zdawało się czuć, że są to rzeczy, przed którymi należy uciekać. Jednak ja nie poddawałem się swojej biologicznej maszynie. Już pierwsze wersy wciągały, więc czytałem z zapartym tchem, a wszystko dookoła zdawało się jakby szarzeć. Ale to był tylko początek. Chwilę później dostrzegłem w pokoju jakiś ruch. Odwróciłem się. Ujrzałem niewyraźną twarz o kolorze i rysach, których zidentyfikować nie potrafiłem. Jednak było coś, co wydawało się ostrzejsze niż wszystko inne co w życiu widziałem. To były oczy, które wydawały się inkarnacją grozy i koszmaru. Patrzyłem przez chwilę w te makabryczne ślepia, które z jednej strony hipnotyzowały mnie nie pozwalając mi odwrócić wzroku, a z drugiej ich porażający, demoniczny wygląd powodował u mnie samobójcze myśli. Błagałem sam siebie, żeby w końcu ruszyć się, wyzwolić spod okowów tej katatonicznej mocy i udusić się kablem od myszki, albo otworzyć żyły znajdującym się obok nożem do masła. Oceaniczny błękit zaczynał mnie wciągać, gdzieś w swoje dno, którego barwy mógłbym się spodziewać, gdyby mój zamroczony trwogą umysł mógł wykonać jakąkolwiek aktywność. Chciałem wbić sobie w gardło długopis, który leżał obok na biurku, jednak kataleptyczna moc trzymała mnie w swoim żelaznym, nieustępliwym uścisku. Wiedziałem, że nie ruszyłem się z pokoju ani na krok, jednak czułem się jakbym pływał w bezdennym morzu, kilkaset metrów pod powierzchnią wody, otoczony przez krążące w nieprzeniknionej ciemności morskie potwory. Niespodziewanie w tunelu koszmarnej grozy pojawił się jasny, różowy punkt. Wolałem już, żeby ktoś zdzierał ze mnie skórę, niż żebym musiał tego doświadczać. Chciałem krzyczeć! Błagać! Prosić! Ale nie byłem nawet w stanie prosić o łaskę. Czułem, że moja dusza została wyrwana z ciała przez nieopisywalne, demoniczne, prastare zło! Głupi Rafał! Po co bawił się w tak idiotyczne rzeczy? Co go korciło do uwolnienia tej nieskończonej niegodziwości, karmiącej się przerażeniem? Co korciło mnie? Róż zmieszał się z błękitem, otaczając mnie i zamykając w jakiejś niewyobrażalnej, pozawymiarowej klatce. Wiedziałem, że nie jestem już na ziemi. To co mnie otaczało nie było widzialne dla ludzkich oczu, na to patrzyła moja dusza. To nie mogło być boskim stworzeniem. Te potworne, otaczające mnie kolory, których ziemia nigdy nie uświadczyła, zamknięte w samym jądrze piekła, oczekiwały jedynie aż jakiś dureń je wyswobodzi je po to, by później pochłonąć całą ludzkość swoim nienasyconym łaknieniem. Pragnąłem, żeby ktoś wbiegł do pokoju, gdzie na pewno jest moje ciało i strzelił mi w głowę, wtedy moja dusza musiałaby iść na sąd ostateczny. To mogłoby być moim wybawieniem. Tymczasem byłem zamknięty w tej klaustrofobicznej przestrzeni, której granic nawet nie byłem w stanie dostrzec. Barwy zdawały się coś utożsamiać i urzeczywistniać, były jakąś materią, której identyfikacja wydawała mi się niemożliwa. Była jednocześnie płynem, gazem i ciałem stałym. Wydawała się być daleko i jednocześnie blisko. Często zdawało mi się, że jestem uwięziony w sferze, czasem tunelu, że stoję we mgle, chociaż sama przestrzeń wydawała się nie zmieniać. Nagle złożone z ogromnych płyt otoczenie zaczęło ożywać. Dosłownie setki otaczających mnie potępionych barw, niespodziewanie zbliżało się do mnie. Kiedy już znajdowały się przy mnie, rozpoczęły ucztę. Pożerały moją duszę! Bólu nie dało się porównać z jakimkolwiek innym. Natomiast strach i obrzydzenie mi towarzyszące stały się zupełnie inną kwestią. Ogrom emocji zdominował mnie w niemożliwy do opisania sposób. Każde dotknięcie barwnej bestii wydawało mi się dotknięciem żywego ognia. Nieziemskie istoty w dotyku wydawały się przy tym bezgranicznie obrzydliwe, jak jakieś paranoidalne urzeczywistnienie koszmarów arachnofoba. Wydawały przy tym dźwięki tak nieludzkie, że wywołana przez nie groza była nie do opisania. Wolałbym już zostać przepiłowany na pół! Demoniczne barwy pochłaniały moją duszę, a ja tak nagle, jak zostałem porwany, ocknąłem się przed komputerem czytając ostatnią linijkę. Rozejrzałem się po pokoju i z niedowierzaniem dostrzegłem Rafała, a raczej coś, co z niego zostało. Jego tors, głowa i ręce wisiały powieszone na kablu komputerowej myszki, na długiej rurze od kaloryfera. Z rozciętych na nadgarstkach żył kapała jeszcze świeża krew. Na ziemi bezwładnie leżały obcięte, obdarte ze skóry nogi. Na biurku dostrzegłem zakrwawiony nóż do masła. Machinalnie wyjąłem z kieszeni pendrive’a i zgrałem sobie demoniczny poemat.

Nie jestem przerażony tym co spotkało Rafała, a nawet tym, że to samo spotka i mnie kiedy dokończę swój fragment poematu. Przerażało mnie jedynie to, że czułem w sobie pustkę. Wiedziałem już jak wygląda moja cała pośmiertna przyszłość, a malowała się niestety różowo.