Abisalny Poemat

Patrzę na grube krople spadające z nieba, zastanawiając się, co się właściwie stało przez ostatnie kilkanaście minut.

Jeszcze wczoraj byłem normalnym człowiekiem z tymi swoimi banalnymi, śmiesznymi problemami. Któryś z moich kolegów „poetów”, powiedział coś o drugim. Co myśli o mnie moja żona po dziesięciu latach związku lub dlaczego muszę pracować, bo na poezji zarabia się raczej grosze. Dziś już wiem, że to wszystko jest nieistotne. Potworności, które zobaczyłem zmieniły mnie do reszty. Teraz już nawet życie straciło na znaczeniu.

Wszystko zaczęło się od wczorajszego, cotygodniowego spotkania w „Zapisanej kartce”. Tam zwróciłem uwagę na mojego wieloletniego znajomego – Rafała. Był blady i wyglądał zadziwiająco słabo. Zwykle rozmowny i pełen życia, teraz wydawał się wycofany i niepewny siebie. Zapytany o swój dziwny stan przy towarzystwie, starał się wykręcić, opowiadając o bólu brzucha i ogólnym niewyspaniu. Dopiero gdy w cztery oczy zapytałem go o samopoczucie, usłyszałem niewiarygodną historię.

– Piszę poemat – powiedział.

– To ma coś wspólnego z twoim wyglądem? – napomknąłem z niewiarą w głosie. On zawsze pisał jakiś poemat, jednak nigdy nie prezentował się tak źle.

– Przeczytałem satanistyczne traktaty… – Chciał coś dodać, ale się zawahał. Nastąpiła pauza, którą wykorzystałem.

– Biblię szatana? Tę książeczkę dla gimnazjalistów? – ironizowałem.

– Nie, te prawdziwe. Rzekomo mają dziesięć tysięcy lat.

– Kto ci naopowiadał takich bujd? Przecież wtedy nie istniało nawet pismo! – wyśmiałem go.

– Gdybyś je zobaczył… Gdybyś dotknął ich choć przez chwilę… poczułbyś… – tu głos mu się załamał. – Nie powinienem był. – Głos brzmiał jakby jego właściciela dopadł jakiś obłęd.

– Dobrze, rozumiem – uspokoiłem i postanowiłem przestać wyśmiewać. Teraz wiedziałem, że to naprawdę problem. – Ale diabły i te sprawy? Widły, rogi?

– Nie! Zupełnie nie! To nie czerwień! To nie siarka! To ocean, błękit. To demoniczny róż, symbol niezbadanego, niewyjaśnionego! – Wtedy nie rozumiałem co mój przyjaciel ma mi do powiedzenia. Wydawało mi się, że to bzdury. Patrzyłem jedynie na niego, a on jakby pomiarkował się. Nie mniej dał upust swojemu dziwacznemu szaleństwu.

– Piszę poemat – powiedział nagle takim tonem, jakbym dopiero zapytał go dlaczego jest tak blady. – Po przeczytaniu tych demonicznych kartek nie śpię. Koszmary zlewają się z rzeczywistością. Drzwi otwierają się wszędzie gdzie chcą. Pojawia się zło, którego próba choćby opisania wydaje się niemożliwa. „To” każe mi napisać poemat.

Patrzyłem na swojego przyjaciela z mieszanką strachu, współczucia i zażenowania. Nie wiedziałem, czy mogę mu jakoś pomóc, jednak moje dobre serce kazało mi spróbować.

– Myślisz, że zwariowałem, prawda? – wypalił nagle. – Wiesz… Ja też mam taką nadzieję, bo to co widzę przekracza granice logiki i pojęcia rzeczywistości. Udowodnię ci, choć w duszy modlę się o to, żeby mi się to nie udało. Przyjdź do mnie dziś wieczorem.

Tak to wszystko się zaczęło.

Pojawiłem się między siódmą a ósmą na progu domu mojego przyjaciela. Otworzył mi jedynie drzwi i poszedł do swojego gabinetu, gdzie na biurku stał komputer. Usiadł przed nim i kontynuował pisanie, a ja zauważyłem, że wygląda jeszcze gorzej niż rano – jak żywy trup. W kawiarni tego nie zauważyłem, ale teraz wydawało mi się, że schudł kilka kilogramów.

– Chcesz przeczytać? – zapytał nagle. Już nawet jego głos mnie przeraził, brzmiał słabo i pusto. Przyszło mi na myśl dziwne skojarzenie: jakby coś pożerało jego duszę.

Usiadłem na miejscu Rafała i zacząłem czytać, a moje ciało zdawało się czuć, że są to rzeczy, przed którymi należy uciekać. Jednak ja nie poddawałem się swojej biologicznej maszynie. Już pierwsze wersy wciągały, więc czytałem z zapartym tchem, a wszystko dookoła zdawało się jakby szarzeć. Ale to był tylko początek. Chwilę później dostrzegłem w pokoju jakiś ruch. Odwróciłem się. Ujrzałem niewyraźną twarz o kolorze i rysach, których zidentyfikować nie potrafiłem. Jednak było coś, co wydawało się ostrzejsze niż wszystko inne co w życiu widziałem. To były oczy, które wydawały się inkarnacją grozy i koszmaru. Patrzyłem przez chwilę w te makabryczne ślepia, które z jednej strony hipnotyzowały mnie nie pozwalając mi odwrócić wzroku, a z drugiej ich porażający, demoniczny wygląd powodował u mnie samobójcze myśli. Błagałem sam siebie, żeby w końcu ruszyć się, wyzwolić spod okowów tej katatonicznej mocy i udusić się kablem od myszki, albo otworzyć żyły znajdującym się obok nożem do masła. Oceaniczny błękit zaczynał mnie wciągać, gdzieś w swoje dno, którego barwy mógłbym się spodziewać, gdyby mój zamroczony trwogą umysł mógł wykonać jakąkolwiek aktywność. Chciałem wbić sobie w gardło długopis, który leżał obok na biurku, jednak kataleptyczna moc trzymała mnie w swoim żelaznym, nieustępliwym uścisku. Wiedziałem, że nie ruszyłem się z pokoju ani na krok, jednak czułem się jakbym pływał w bezdennym morzu, kilkaset metrów pod powierzchnią wody, otoczony przez krążące w nieprzeniknionej ciemności morskie potwory. Niespodziewanie w tunelu koszmarnej grozy pojawił się jasny, różowy punkt. Wolałem już, żeby ktoś zdzierał ze mnie skórę, niż żebym musiał tego doświadczać. Chciałem krzyczeć! Błagać! Prosić! Ale nie byłem nawet w stanie prosić o łaskę. Czułem, że moja dusza została wyrwana z ciała przez nieopisywalne, demoniczne, prastare zło! Głupi Rafał! Po co bawił się w tak idiotyczne rzeczy? Co go korciło do uwolnienia tej nieskończonej niegodziwości, karmiącej się przerażeniem? Co korciło mnie? Róż zmieszał się z błękitem, otaczając mnie i zamykając w jakiejś niewyobrażalnej, pozawymiarowej klatce. Wiedziałem, że nie jestem już na ziemi. To co mnie otaczało nie było widzialne dla ludzkich oczu, na to patrzyła moja dusza. To nie mogło być boskim stworzeniem. Te potworne, otaczające mnie kolory, których ziemia nigdy nie uświadczyła, zamknięte w samym jądrze piekła, oczekiwały jedynie aż jakiś dureń je wyswobodzi je po to, by później pochłonąć całą ludzkość swoim nienasyconym łaknieniem. Pragnąłem, żeby ktoś wbiegł do pokoju, gdzie na pewno jest moje ciało i strzelił mi w głowę, wtedy moja dusza musiałaby iść na sąd ostateczny. To mogłoby być moim wybawieniem. Tymczasem byłem zamknięty w tej klaustrofobicznej przestrzeni, której granic nawet nie byłem w stanie dostrzec. Barwy zdawały się coś utożsamiać i urzeczywistniać, były jakąś materią, której identyfikacja wydawała mi się niemożliwa. Była jednocześnie płynem, gazem i ciałem stałym. Wydawała się być daleko i jednocześnie blisko. Często zdawało mi się, że jestem uwięziony w sferze, czasem tunelu, że stoję we mgle, chociaż sama przestrzeń wydawała się nie zmieniać. Nagle złożone z ogromnych płyt otoczenie zaczęło ożywać. Dosłownie setki otaczających mnie potępionych barw, niespodziewanie zbliżało się do mnie. Kiedy już znajdowały się przy mnie, rozpoczęły ucztę. Pożerały moją duszę! Bólu nie dało się porównać z jakimkolwiek innym. Natomiast strach i obrzydzenie mi towarzyszące stały się zupełnie inną kwestią. Ogrom emocji zdominował mnie w niemożliwy do opisania sposób. Każde dotknięcie barwnej bestii wydawało mi się dotknięciem żywego ognia. Nieziemskie istoty w dotyku wydawały się przy tym bezgranicznie obrzydliwe, jak jakieś paranoidalne urzeczywistnienie koszmarów arachnofoba. Wydawały przy tym dźwięki tak nieludzkie, że wywołana przez nie groza była nie do opisania. Wolałbym już zostać przepiłowany na pół! Demoniczne barwy pochłaniały moją duszę, a ja tak nagle, jak zostałem porwany, ocknąłem się przed komputerem czytając ostatnią linijkę. Rozejrzałem się po pokoju i z niedowierzaniem dostrzegłem Rafała, a raczej coś, co z niego zostało. Jego tors, głowa i ręce wisiały powieszone na kablu komputerowej myszki, na długiej rurze od kaloryfera. Z rozciętych na nadgarstkach żył kapała jeszcze świeża krew. Na ziemi bezwładnie leżały obcięte, obdarte ze skóry nogi. Na biurku dostrzegłem zakrwawiony nóż do masła. Machinalnie wyjąłem z kieszeni pendrive’a i zgrałem sobie demoniczny poemat.

Nie jestem przerażony tym co spotkało Rafała, a nawet tym, że to samo spotka i mnie kiedy dokończę swój fragment poematu. Przerażało mnie jedynie to, że czułem w sobie pustkę. Wiedziałem już jak wygląda moja cała pośmiertna przyszłość, a malowała się niestety różowo.