Strażnik

Wrodzona dobroć elfów bardzo szkodziła im samym – Eri zauważył to już jako dziecko, kiedy to pierwsi ludzie przekroczyli granice Nevriyanu. Miał wtedy sześć lat, ale pamiętał, jak bardzo podekscytowało jego rodziców i inne elfy to wielkie, wręcz przełomowe wydarzenie. Uznano wtedy, że ludzie mogą się od nich wiele nauczyć i dzięki nim odkryją drogę pokoju.

Elfy miały nadzieję, że ludzie nawrócą się na poddaństwo Noctiferi albo chociaż zaczną wzorować się na wierzeniu w elfią stwórczynię, jej przykazania miłości i pomocy innym, poświęcenia życia dla chęci zmiany świata na lepszy – pozbawiony nienawiści i agresji.

Nevriyan nie miał w tym absolutnie żadnego interesu – elfy żyły bogato i dostatnio, doskonaląc się w kulturze i sztuce. Osiągnęły niesamowitą biegłość w posługiwaniu się magiczną energią, której odpowiednie wykorzystanie gwarantowało wyżywienie. Dzięki wysoce rozwiniętej magii, w brukowanych, utwardzonym złotem, pięknych miastach, nikt nie umierał z głodu. Elfy wykorzystywały to, co dawała im ziemia, nie marnując jej owoców.

Nie od razu okazało się, że naturalna dobroć elfów stanowiła barierę nie do przeskoczenia. Po złączeniu się w jeden lud i wspólnym egzystowaniu przez kilkaset lat, w dobrobycie i bez
znajomości ciężkiej pracy, ta rasa po prostu przestała rozumieć agresję. Stworzenia te były wręcz patologicznie dobre. Każdemu, kto miał gorzej niż one, współczuły i chciały pomóc, wierząc w otaczające ich dobro tkwiące w każdej żywej istocie. Uważały, że wszelkie negatywne uczucia mogły być tylko skutkiem błędu. Nawet jakakolwiek broń nie miała dla nich sensu.

Choć Eri widział od tego czasu ludzi, dopiero mając osiem lat, przeżył szok przy spotkaniu z przedstawicielem tej rasy. Ojciec zabrał go wtedy na spacer po jednym z parków w Eyerilyanie, terenach zielonych, otaczających siedzibę imperatora. Niespodziewanie w zbiorowisko elfów wbiegł przedstawiciel ludzi, wyjął miecz i zaczął krzyczeć:

– Pierdolone elfy! Bijcie mnie, skurwysyny! Uderzcie! – machał mieczem jak opętany, wciąż krzycząc. – Uderzcie mnie, elfie dziwki! Przeklnijcie!

Choć był młody, Eri wiedział, co się działo. Dotknął go syndrom Nevriyanu. Ludzie, przyjeżdżający z dzikiej północy do złotych wspaniałości, wpadali w szał i po dekarze, dwóch czy pięciu, nawet roku, zaczynali mordować. Otoczenie promieniującymi dobrocią elfami powodowało, że na ich umysły i serca spadała okrutna choroba. Nie było pewne, czy nieliczni byli na nią odporni, czy było tylko kwestią czasu, kiedy dotknie każdego.

Eri pamiętał z tamtego spaceru swoich krajan pytających, jak pomóc człowiekowi, który ich mordował. Najgorsze jednak było to, że jego ojciec również chciał podejść i pomóc biednemu, zagubionemu człowiekowi. Chłopcu ledwo udało się odciągnąć rodzica. Z odrazą patrzył, jak dorośli próbowali wytłumaczyć atakującemu ich mężczyźnie, że nie jest to wskazane zachowanie.

Mężczyzna, na oczach tłumu, ostatecznie wbił sobie miecz w brzuch, ale nie był to koniec jego szaleństwa. Tłum gęstniał, a zebrani rozpoczęli magiczne rytuały powodujące, że rany człowieka zaczynały się zasklepiać. Elfy nie chciały jego śmierci. Całkowicie zdrowy fizycznie napastnik, rozpychając się, uciekł na północ. Lata później, Eri wiedział już, że tacy ludzie biegli tak długo aż gdzieś w lesie, ze zmęczenia, eksplodowało im serce.

Wspominał to doświadczenie z mieszaniną strachu i zażenowania. Tkwiło w nim coś innego niż w jego rodakach. Po prostu jaśniej patrzył na otaczającą go rzeczywistość i nie mógł zrozumieć, dlaczego przybyszowi nikt nie próbował wyrwać miecza, dlaczego nikt go po prostu nie uderzył czy nie powalił, o co zresztą sam prosił. Trzy piękne kobiety i sześciu mężczyzn zginęło w trakcie tego „wypadku”, na oczach dzieciaka.

Wraz z upływającymi latami, Eri doświadczał coraz więcej takich sytuacji. Człowiek – kobieta rzuciła się na elfy z nożem i zaczęła je ranić. Sprawczyni atakowała tak długo, aż zemdlała ze zmęczenia po szesnastu godzinach. Ugodziła śmiertelnie czterdzieści dwa elfy. Przemęczoną kobietę wyniesiono poza granicę Nevriyanu i zostawiono jej list podpisany przez imperatora z prośbą, by nie wracała. Eri, znając te fakty, nie mógł pozbyć się wrażenia, że wychował się i żył w upadającym kraju. Miasta wyłożone złotem, latające pałace i tysiące lat tradycji oraz rozwoju, a jednak wyraźnie widoczna była pewna wada w tym cywilizacyjnym planie. Elfy potrafiły posługiwać się magią prawie tak dobrze jak podwodna rasa oceanicznych derfów, jednak nikt nie potrafił nic zrobić z jednym, agresywnym człowiekiem. Unieruchomienie czy obezwładnienie było jawnym naruszeniem wolności, którą tak ceniła sobie szlachetna rasa.

***

Mając szesnaście lat, Eri, był studentem druidytyfiki na Magicznej Akademii Eyerilyianu. Często podczas odrabiania prac domowych patrzył na ulicę i przechodniów. Lubił obserwować przechadzających się po złotym bruku, ubranych dostojnie mężczyzn i piękne kobiety. W trakcie jednego z takich dni poczuł ścisk w sercu, kiedy zobaczył człowieka. Nosił skórzaną zbroję, a na plecach miał długi, dwuręczny miecz. Blask słońca, który odbił się w ostrzu na chwilę go oślepił.

Przybysz z północy początkowo szedł normalnym krokiem, jednak kiedy wpadł na przechodnia, zaczął się koszmar: mężczyzna wyjął miecz i silnym uderzeniem prawie odciął elfowi głowę. Krew zaczęła tryskać z tętnicy, farbując na czerwono wszystko dookoła, a głowa wisząca na kawałku skóry machała się na wszystkie strony. Zanim jeszcze ciało zdążyło upaść, Eri usłyszał swojego ojca:

– Proszę się uspokoić, zaraz panu pomo… – urwał z ostrzem wbitym aż po samą rękojeść w mostek.

Chłopak nie poczuł złości, a jedynie dziwny, chłodny spokój. Zszedł schodami do kuchni, w jego ruchach nie było wściekłości czy desperacji, szedł mechanicznie jak kontrolowane przez adepta druidytyfiki drzewo. Jego matki nie było już w kuchni, został po niej jedynie nóż do krojenia owoców leżący na desce. Sięgnął po niego, wiedział gdzie ją znajdzie. Za drzwiami wejściowymi zobaczył rodzicielkę z czaszką rozchlastaną aż po samą żuchwę. Spomiędzy rozpłatanej głowy, na złoty bruk, wypływał szeroki strumień krwi, łącząc się z sąsiednimi „rzeczkami” czerwieni, tworząc małe bajorko formujące się w szczelinach chodnika.

Człowiek w szale odwrócił się w jego stronę. W oczach widać było jedynie obłęd, ślepy wzrok powodował, że nie wydawał się nawet istotą myślącą, zresztą w tamtej chwili nawet nią nie był. Szaleniec zamachnął się, a Eri poczuł jak świat zwalnia, z łatwością uniknął pędzącego w jego stronę miecza i wepchnął kuchenny nóż w gardło przybysza. Szybkim ruchem wyprostował ręce, rozcinając gardło, aż ostrze utkwiło w kręgosłupie. Agresor zrobił zdziwioną minę i na chwilę w jego oczach znów było widać człowieka. Eri przez moment myślał, że przerazi się widokiem tego wzroku, ale dostrzegł w nim jedynie wdzięczność. Zupełnie jakby człowiek dziękował mu za pomoc. Nie trwało to długo, twarz szybko stężała, zbladła, zanim jeszcze szaleniec padł na ziemię, wypuszczając dwuręczny, obusieczny miecz na wybrukowaną złotem uliczkę.

Eri rozejrzał się po otaczającym go tłumie i dostrzegł w elfach zdziwienie. Patrzyły na niego z wyjątkową dla nich mieszaniną pogardy i podziwu, jakby jego czyn był bluźnierstwem, abominacją, czymś niewyobrażalnym. A przecież zabił tego człowieka wyłącznie dlatego, że chciał ich chronić.

Odwrócił się od nich w stronę domu i stanął w miejscu. Nie wiedział, co robić. Po prostu wrócić? Zabrać zwłoki swoich rodziców? Iść do imperatora? Co się z nim stanie? Zostanie adoptowany? Czy jutro rano normalnie pójdzie do szkoły i opowie, jak to zabił człowieka, który zamordował jego rodziców?

Wbiegł do domu i zatrzasnął za sobą drzwi. Chodził godzinami w kółko, nie rozumiejąc, co ma o sobie myśleć. Był niewątpliwie inny, ale jakakolwiek logika podpowiadała mu, że zachował się odpowiednio. Nie miał sobie nic do zarzucenia, po prostu bronił swoich bliskich i nie tylko ich, bronił też zwyczajne elfy, przechodniów. Uporczywie szukał czegoś, co mógłby sobie zarzucić. Wreszcie, zmęczony chodzeniem, położył się na łóżku. Myślał też o rodzicach, nie chciał patrzeć przez okno na zalany krwią matki i ojca bruk. Czuł żal i smutek, ale przede wszystkim nienawiść. Irytowało go to, że jego rodzice zachowali się tak, jak inni, prosili się o śmierć. Z tą świadomością ciężko było mu ich nawet opłakiwać. Starał się przestać o tym myśleć, aż w końcu zmógł go sen.

Rankiem obudziło go pukanie do drzwi. Kiedy je otworzył, zobaczył przed sobą dwóch mężczyzn.

– Jego Wysokość, imperator Fenyrial VII, prosi Eriego Neyiri do cesarskiego pałacu w Eyerilyian – powiedział wysoki elf o typowej urodzie, jasnych blond włosach i szmaragdowych oczach. Eri zajrzał mu przez ramię i zobaczył, że ulica lśni swoim standardowym, złotym blaskiem. Nie było nawet śladów krwi.

– W sprawie?

– Nie możemy powiedzieć. Jego Wysokość nie przekazał.

Eri chwilę zastanawiał się nad tym, czy iść. W końcu mógł zostać ukarany. Tylko, że w Nevriyanie nie istniała żadna prawna forma kary czy nawet kodeks karny. Hegemonia poddaństwa Noctiferi, którą wyznawały wszystkie elfy nie zakładała takiej ewentualności, jak przestępstwo. Właściwie jedyne, co mógł zrobić imperator to poprosić go, żeby więcej tego nie robił.

Droga do pałacu, w towarzystwie dwóch dygnitarzy królestwa w barwach Fenyriala VII, dłużyła się w nieskończoność. Eri czuł na sobie wzrok przechodniów. Mijane przez niego elfy obserwowały go, ale trudno było ocenić, co o tym wszystkim myślą. Zdawało się, że czekają z osądem na decyzję imperatora.

Twarde złoto stukało pod obcasami butów, kiedy mijali park Eyerilyianu, nad którym znajdował się cesarski pałac. Chwilę szli długimi, złotymi schodami, które szeroką spiralą pięły się ku wrotom unoszącego się w powietrzu pałacu. Chłopak zerknął z góry na biegające pośród drzew jelenie i przechadzające się dumnie pawie. Park zamieszkiwało rzekomo wiele gatunków zwierząt, ale poza tymi dwoma, żadnego nie widział.

Kiedy wszedł już na górę, zobaczył przed sobą ciężkie, lśniące wrota, które rozwarły się przed nimi zapraszająco. Unoszące się budowle, drzwi, które wytrzymałyby uderzenie potężnego tarana. Tradycja budowania pałaców obronnych była chyba jedynym wspomnieniem krwawej historii elfów. Dawniej działy się tu rzeczy, które w czasach Eriego były niewyobrażalne.

Chłopak rozejrzał się przed bramą. Mówiono, że z pałacu imperatora widać było cały Nevriyan. Nie wiedział, ile w tym prawdy, ale wydawało mu się, że błękit malujący się na horyzoncie mógł być oceanem.

– Najjaśniejszy imperatorze, przybył Eri Neyiri – zawiadomili urzędnicy, którzy przyprowadzili chłopaka do pałacu.

Eri, po minięciu bramy, oniemiał na widok tak ogromnej sali. Ponad sto metrów przed sobą zobaczył imperatora siedzącego na złotym tronie. Prowadził do niego szeroki, czerwony dywan. Ściany oddalone były o dwadzieścia, może trzydzieści kroków w obie strony. Wszystkie miały kolor złota lub bursztynu. Pełne były płaskorzeźb, malowideł i różnego rodzaju dzieł sztuki. Smukłe filary z masy perłowej dodawały budynkowi lekkości i gracji. Miriady kolorowych kamieni szlachetnych mieniło się barwnie odbijającświatło słoneczne dostające się przez ogromną, kryształową kopułę, która zwieńczała szczyt budynku kilkanaście metrów ponad głowami. Szesnastolatek, otworzył usta, przygwożdżony otaczającym go ogromem i przepychem.

– Witaj, chłopcze – przemówił Fenyrial VII. Choć był daleko i nie krzyczał, to Eri usłyszał go wyraźnie. Sala wyglądała na zaprojektowaną tak, żeby każdy szept był słyszalny.

– Witam, Panie! – krzyknął Eri i ukłonił się do samej ziemi. Przynajmniej próbował, bo wydawało mu się, że tak powinien zrobić.

– Podejdź tutaj – powiedział Fenyrial tonem kogoś, kto jedynie oznajmia innym, co mają robić.

Młody elf czuł się nieswojo, idąc tą ponad stumetrową ścieżką wyznaczoną przez czerwony dywan. Widział, że król na niego patrzy, czuł, że patrzą na niego również dygnitarze stojący przy wrotach, wydawało mu się, że patrzą na niego wszystkie popiersia dawnych, wielkich elfów, a on sam miał wrażenie, że zapomniał jak się chodzi. Wizyta u imperatora była dla niego czymś wyjątkowym i prawdopodobnie były to tylko nerwy, ale wydawało mu się, że dziwacznie się garbi i nadmiernie prostuje jednocześnie, a do tego komicznie zgina kolana.

Z każdym krokiem dostrzegał też wygląd imperatora. Co prawda widział jego pomniki, ale nie oddawały one jego majestatu. Fenyrial VII był bardzo wysoki i szczupły, długie czarne włosy opadały mu na ramiona, a szaroniebieskie oczy zdawały się przewiercać rozmówcę. Miał proste, pełen wytworności ruchy i mentorski wyraz twarzy. Sprawiał wrażenie kogoś, komu się nie odmawia.

– Chodź za mną – powiedział imperator, kiedy chłopak był już blisko. Władca wstał i ruszył w stronę małych drzwi umieszczonych w ścianie za tronem.

Eri nie miał innego wyboru niż ruszyć za monarchą. Kiedy minął małe drzwiczki, znów się zdziwił. Zobaczył pokój o seledynowych ścianach wypełniony ciemnymi meblami. Na środku stał okrągły stół, mogący pomieścić tuzin osób. Choć pomieszczenie było sporych rozmiarów, to przy poprzedniej sali wydawało się bardzo ciasne.

– Usiądź – zaproponował Fenyrial VII, wskazując krzesło obok siebie, po czym zapytał: – Napijesz się czegoś?

– H… herbaty? – zająknął się odpowiadając pytaniem na pytanie, Eri cały czas w nerwach, oczekując na rozwój wypadków.

Zadzwonił dzwoneczek i po chwili przez drugie drzwi weszła jedna z najpiękniejszych elfek, jakie chłopak widział. Prawdopodobnie podobała mu się tak bardzo, gdyż była pierwszą nagą kobietą w jego życiu. Eri nie wiedział, dlaczego nie miała nic na sobie. Odniósł wrażenie, że magia jaką roztaczał wokół siebie imperator była tak niezwykła, że gdy czegoś sobie zażyczył, to nikt nie zastanawiał się nad zasadnością tych rozkazów. Kiedy herbata została już postawiona na stole, a piękność zniknęła za zamkniętymi drzwiami, monarcha odchrząknął i spojrzał swoim przenikliwym wzrokiem na Ariego.

– Zabiłeś wczoraj człowieka – powiedział oznajmującym tonem.

Eri już miał otwierać usta, żeby odpowiedzieć, ale zdał sobie sprawę z tego, że nie było to pytanie. Gdyby na przykład Fenyrial VII zapytał „Czy zabiłeś wczoraj człowieka?”, sprawa byłaby prosta. Tu jednak nie było, na co odpowiadać, więc chłopak ograniczył się jedynie do skinienia głową.

– Dlaczego to zrobiłeś? – zapytał imperator.

– Zabił moich rodziców – odpowiedział prosto.

– Ale dlaczego to zrobiłeś?

Eri zastanowił się chwilę, czy w nerwach nie odpowiedział czegoś innego, ale postarał się odtworzyć swój własny głos mówiący ostatnie zdanie i okazało się, że powiedział to, co myślał.

– Zabił moich rodziców – powtórzył.

– Widzisz, może będzie to dla ciebie zaskoczeniem, ale już kilkaset elfów zginęło z rąk ludzi w przeciągu ostatniej dekady. Staramy się im pomóc, robimy, co możemy, jednak oni zbyt wolno się uczą. Natomiast martwy człowiek? To u nas precedens – oznajmił ze spokojem imperator. Eri zastanawiał się, czy władca w ogóle zdaje sobie sprawę z problemu, o którym mówi, czy uznaje, że te kilkuset jego braci i sióstr to tylko niewinne wypadki, natomiast zabójstwo człowieka to już zezwierzęcenie. – Tak więc… Dlaczego to zrobiłeś?

– Bo ludzie mordują elfy na naszych ulicach.

– No tak, ale nie o to mi chodzi. Dlaczego to zrobiłeś?

– Ponieważ zagrażał on innym elfom.

– Rozumiem, rozumiem, chodzi mi jednak o coś innego. Widzisz… Jakby to określić?… Dlaczego to zrobiłeś?

– Nie wiem! – krzyknął Eri w nerwach, odnosił wrażenie, że jest na egzaminie, do którego ktoś dołączył zły klucz odpowiedzi. – Bo mogłem! Bo chciałem! Nie wiem!

– Rozumiem – oznajmił nagle imperator. Zapadło milczenie, jakby Fenyrial VII chciał coś przemyśleć. Szesnastolatek nie wiedział, czy w nerwach stracił poczucie upływu czasu, czy rzeczywiście władca parę minut patrzył w ciemny brąz stołu. Chłopak czuł się zdezorientowany, nie wiedział, czy przerwać prawdopodobnie bardzo złożony proces myślenia pana Eyerilyianu, czy patrzeć wraz z nim w stół.

– Mianuję cię generałem Nevriyanu – powiedział nagle władca, nie odrywając wzroku od mebla.

– Kim?! – spytał z pewną dozą niedowierzania.

– Najwyższym dostojnikiem, odpowiedzialnym za działania wojenne i pokrewne sprawy. Tak się to chyba nazywa na północy albo nazywało za czasów Imperium? Nie jestem pewien.

– Ale… Przecież my nawet nie mamy wojska? – zaczął zdanie, oznajmiając, jednak zakończył je wyraźnym znakiem zapytania.

– Ty będziesz naszym wojskiem. Potrafiłbyś to zrobić ponownie?

– Tak, raczej potrafiłbym, jednak chyba nie na tym polega idea wojska.

– Będziesz patrolował z bronią Eyerilyian. Ściągnę tutaj najlepszych ludzkich wojowników, żeby cię wyszkolili. Sam będziesz prowadził szkołę, gdzie postarasz się znaleźć… podobnych do ciebie. Staniesz się bohaterem Nevriyanu, będziesz legendą za życia.

Zapadła cisza. Szesnastolatek, wychowywany w środowisku pełnym miłości i akceptacji, nie spodziewał się, że zostanie oficjalnym zabójcą, chociaż rozwiązywałoby to wiele problemów, takich jak „co mam ze sobą zrobić, kiedy moi rodzice nie żyją”.

– Zgadzam się – powiedział Neyiri.

– Co? – spytał zaskoczony władca.

– Zgadzam się – powtórzył.

– Na co? – dopytywał.

– No, na propozycję najjaśniejszego imperatora.

– Czy ja pytałem cię o zdanie? – spytał zdziwiony.

Eri dostrzegł to, że jak na kompletnie bezbronną osobę, przewodzącą kompletnie bezbronne państwo, Fenyrial VII zachowywał się jakby rzeczywiście mógł mu coś zrobić. Musiał przyznać, że siła woli imperatora robiła na nim wrażenie. Wiedział, że mógłby, choćby i na złość mu się sprzeciwić, jednak nie chciał. Raz, że cieszyła go wizja awansu społecznego, dwa, że czuł, że po to się urodził. Trzecim powodem była, jak musiał przyznać sam przed sobą, niesamowita aura władcy Nevriyanu. Był to ktoś, komu po prostu nie odmawiało się z przyjemnością.

Nowemu generałowi od razu wyznaczono własny apartament w pałacu Eyeryilianu i rozpoczęto budowę sali treningowej. Planowano też szkołę. Nikt nie wiedział, czy specjalne moce jakimi obdarzony został Eri można znaleźć również u innych elfów.

Możliwe, że była to nowa tradycja, ale nowy generał Eyerilyianu dostał wszystkie rzeczy człowieka, którego zabił. Była to skórzana zbroja i lekki, dwuręczny miecz. Pancerz był na niego zbyt mały, jednak nie stanowiło to wielkiego problemu. Założył na plecy pochwę, która tak naprawdę była jedynie paroma, utwardzonymi w strategicznych miejscach, rzemieniami. Wziął do ręki zbroję i ruszył do najbliższego kowala. Po drodze widział towarzyszący mu, zdziwiony wzrok współbraci. Widok przedstawiciela ich rasy z bronią wzbudzał niemałe zainteresowanie. Mniej więcej tak, jak śnieg, o którym w Nevriyanie słyszano tylko plotki, a i to z niepewnych źródeł.

Elficcy kowale nie używali młotów, a przynajmniej nie trzymali ich rękoma. Wszystkim kierowano za pomocą specjalnych, magicznych maszyn. Eri o tym wiedział, ale jedynie z książek. Nigdy nie miał interesu w kuźni i zdziwił się, jak bardzo jego wyobrażenia odbiegały od rzeczywistości. Zobaczył ogromne, żeliwne kotły wypełnione wodą i potężne stalowe ramiona wyłożone gdzieniegdzie świecącymi kryształami, zakończone płaskimi zgrubieniami. W oczy rzucały się wysokie piece i odchodzące od nich rynny prowadzące do ogromnego stołu, na którym umieszczone były szyny na różne formy. Kowal nie był okopconym mięśniakiem, jak go sobie wyobrażał, a zwykłym, smukłym elfem o szkarłatnych oczach, blond włosach i jasnej jak chmury w słoneczny dzień, karnacji. Choć przyznał, że nigdy czegoś takiego nie robił, obiecał jak najszybciej rozpocząć pracę nad poprawieniem zbroi.

Następnego ranka od razu ruszył w to samo miejsce, niosąc dumnie miecz na plecach. Może i nie było to zgodne z tradycją elfów, ale czuł się wyjątkowy. „Generał Neyiri, to dumnie brzmi, a mam dopiero szesnaście lat!”, myślał sobie, choć, jak miało się okazać, nikt nigdy nie tytułował go generałem.

– Chciałem jedynie go poszerzyć – powiedział Eri, patrząc na pancerz.

– Słyszałem o tobie – powiedział półgłosem kowal. – Skoro imperator uważa, że to, co zrobiłeś jest chwalebne i cię popiera, to oznacza, że wszyscy powinniśmy cię popierać.

– No tak, ale ja nie mam za co zapłacić za wbicie metalowych płytek z… Z czego właściwie?

– To tajemny stop przekazywany w mojej rodzinie z pokolenia na pokolenie – szepnął kowal. Eri zastanowił się chwilę, czy każdy nevryiański kowal ma jakiś tajemniczy, rodzinny stop. – Jest twardszy od wszystkich niemagicznych rzeczy, jakich próbowałem.

– No właśnie, i jeszcze została wzmocniona magią!

– Nie obawiaj się, Eri Neyiri, Strażniku! Nie musisz za nic płacić. Służysz imperatorowi, któremu i ja służę. Chronisz kraj, do którego ja należę – stwierdził kowal, wracając do półgłosu, po czym zapytał: – Mogę zobaczyć to… ten miecz?

– Skąd znasz moje imię? – zapytał zdziwiony Eri. Był to impuls, nigdy nieznajomi ludzie nie zwracali się do niego po imieniu. Czuł, że będzie musiał przyzwyczaić się do tej sytuacji. W tym samym momencie uświadomił sobie, że nie musi płacić. Wyciągnął więc miecz i przekazał go kowalowi. – To miło, że nie muszę płacić. Zaraz… Strażniku?

– Wzmocnię go magią! – powiedział głośno kowal. Słuch Eriego przyzwyczaił się do szemrania rozmówcy, więc kiedy ten nagle zmienił ton, chłopak aż podskoczył. – Jesteś Strażnikiem wszystkich elfów! Najwspanialszym bohaterem dzisiejszego Nevriyanu.

– Aha – wyjęczał skonsternowany tym dziwacznym zachowaniem. Wziął wdech i nabrał pewności siebie, jak mu się wydawało, odzyskał panowanie nad sobą i dodał, sztucznie obniżając swój głos: – wzmocnij ten miecz magią, kowalu. Żebym mógł godnie i skutecznie dbać o bezpieczeństwo Eyerilyianu!

Kowal jedynie na jedno uderzenie serca podniósł głowę i spojrzał na Ariego, ale wystarczyło. Generał Nevriyanu do końca życia zastanawiał się, czemu to powiedział i dlaczego w ten sposób – bardzo się tego wstydził.

Kiedy już odebrał zbroję nabitą metalowymi płytami, z lekko fioletowawym poblaskiem, z nieznanego mu materiału oraz miecz, który nie wiedzieć czemu, przy rękojeści świecił trochę na pomarańczowo, a przy czubku już na zielono, ruszył przed siebie. Początkowo nie wiedział, gdzie ma iść. Potem zdecydował, że będzie skręcał intuicyjnie, aż może uda mu się uratować jakieś elfy od, tak naprawdę, samobójczej śmierci.

Szybko zdał sobie sprawę z tego, że niewiele wiedział o Eyerilyianie. Jego rodzice odprowadzali go do szkoły, czasem chodzili z nim na spacery lub do restauracji. Odwiedzali kiedyś dziadków, kiedy ci jeszcze żyli, jednak cały czas chodzili tymi samymi, wydeptanymi ścieżkami. Pierwszego dnia, z ogromnym zdziwieniem odkrył, że się zgubił.

Drugiego również.

Trzeciego dnia, podczas obchodu Eyerilyianu, natknął się na człowieka. Miał on przy pasie widoczną broń – długi nóż. Eri zanotował w pamięci, aby powiedzieć imperatorowi o bezwzględnym zakazie noszenia broni przez ludzi. Strażnik doszedł do wniosku, że jeśli ma bronić elfy przed ludźmi to powinien ich śledzić, a przynajmniej obserwować. Po kilkuset metrach obserwowany cel zniknął w drzwiach jednego z domów mieszkalnych. Nie mógł wejść za nim do budynku, więc po prostu ruszył dalej.

Eri – Strażnik, odkrył, że plany Fenyriala VII dotyczące sprowadzenia ludzkich nauczycieli miały pewien defekt. Pierwszą oficjalną akcją było właśnie zamordowanie swojego trenera. Nie oznaczało to wcale, że uczeń przerósł mistrza. Możliwe, że elfy, poza byciem niezdolnymi do walki, świetnie walczyły, możliwe, że ten dar miał tylko Eri, ale potrafił on poruszać się dużo szybciej niż ludzie, a jego refleks zdawał się niesamowicie wyostrzać podczas walki.

Resztę szkolenia odbył na północy, w Valandriolu – wśród ludzi, tam nauczył się również ofensywnej magii, skradania się i po prostu bicia. Dowiedział się wiele o kulturze ludzi, Błogosławionym Imperium i anarchii, jaka dotknęła kontynent. Doszedł do wniosku, że nie są tak dzicy jak mu się wydawało. Zaczynał rozumieć, czym jest syndrom Nevriyanu. Rozumiał powód ludzkiego szaleństwa przy, wiecznie kochających swoje otoczenie, elfach. Jego bracia zdawali się po prostu nienaturalni i dziwni, w jakiś sposób… wyraźnie chorzy.

Po dwunastu dekarach, kiedy wrócił z Valandriolu, był pełen nadziei. Liczył na to, że uda mu się znaleźć podobnych jemu. Elfy dotknięte darem mordu. Szybko zdał sobie jednak sprawę z tego, że nie wiedział nawet, jak ich szukać. Starał się szkolić przypadkowe dzieci z naboru, ale nie potrafił za bardzo wytłumaczyć, a jego uczniowie zrozumieć, na czym polega agresja. Żadnemu uczniowi nie udało się przełamać i go zaatakować. Nie pomagało nawet tłumaczenie, że ludzie dotknięci syndromem Nevryianu odczuwają ulgę, kiedy umierają. Nie mógł wyperswadować uczniom, że agresja jest tym, o co werbalnie proszą. Starał się nawet wytłumaczyć swoim uczniom, że agresja wśród ludzi jest naturalna i normalna, natomiast w elfiej naturze tkwi chęć pomagania innym. Bijąc człowieka, który o to prosi, elf nawiązuje międzyrasowy kontakt, którego i ci, i tamci pożądają. Wyglądało na to, że Eri był jedynym w swoim rodzaju elfem obdarzonym nadnaturalnym talentem.

W międzyczasie stał się bardzo szanowaną postacią. Elfy często mu się kłaniały, kiedy przechodził, co utrudniało pozostanie niezauważonym. Choć szybko okazało się, że ludzie ogarnięci
chorobą – syndromem Nevriyanu, nie zwracali uwagi na jego obecność.

Z biegiem czasu Strażnik dochodził do przełomowych wniosków na temat swojej pracy, cywilizacji i rasy. Pierwszą z nich było to, że śmierć nie jest jedynym lekarstwem na chorobę, która dotyka ludzi. Podczas jednego z ataków na szaleńca, uderzył człowieka tak, że jego nos prawie eksplodował krwią i odłamkami chrząstki. Oczy, te same, nieludzkie oczy, które towarzyszą każdemu z dotkniętych obłędem, od razu zmieniły się w normalne, bystre spojrzenie. Człowiek spojrzał trzeźwym wzrokiem na elfa.

– Tyle słyszałem o syndromie Nevriyanu, ale nigdy nie sądziłem, że mnie dotknie. Dziękuję ci. To jednak nie jest miejsce dla mnie – powiedział, wstał, ukłonił się i odszedł, przepraszając wszystkich.

Chyba najbardziej zdziwiony był Eri. Wszyscy dookoła niego klaskali, a on sam, rumienił się, dziwnie się czując w centrum uwagi. Stał z sobie właściwym wstydem i pełną zażenowania miną. Próbował powiedzieć coś w stylu „nie trzeba”, „to moja praca”, „to mój obowiązek”, jednak wszyscy w ekstatycznej wdzięczności dziękowali mu za to, że kogoś uderzył. W takich chwilach czuł, że gdyby głupota skumulowana dookoła niego przybrała formę mgły, to nie widziałby własnego nosa. Zebrane wokół niego elfy były uzdolnione magicznie, wykształcone i inteligentne. Patrzyły na swojego pobratymca jak na półboga za to, że potrafił strzelić kogoś w szczękę. Część z tych, którzy go otaczali, potrafiło sprawić, że drzewa ożywały i były gotowe wykonać dowolny rozkaz. Inni powodowali, że budynki, a nawet całe miasta mogły unosić się w powietrzu i lewitować przez milenia. Magia elfów obejmowała kontrolę nad niższymi umysłami, głównie zwierząt. Ale te same istoty, w absurdalnej chęci pomocy innym, poszłyby prawie dobrowolnie na śmierć. Nie próbowałyby nawet uciec, ponieważ nie zostawiłyby nikogo w potrzebie.

Wtedy odkrył drugą rzecz. Nie było mu szkoda dziesiątków, które już zabił, nie dając im szansy. Zmienił się i choć rozumiał ludzi, to nie miał w stosunku do nich litości. Nie było mu również szkoda swoich pobratymców. Zabijanie samo w sobie nie przynosiło mu szczęścia, czuł, że robi dobrze, że „idzie odpowiednią ścieżką swego życia”, jak mówiły elfy. Po prostu nie było mu już żal nikogo. Kiedy zdał sobie z tego sprawę, poczuł się dziwnie obco, wydawało mu się, że nie jest ani do końca elfem, ani tym bardziej człowiekiem.

Trzecią rzeczą była pogarda elfów w stosunku do niego. Nie był pewien, czy nie dostrzegał tego zjawiska, bo nie istniało, czy po prostu dlatego, że nie chciał go dostrzegać. Elfy, pomimo całego szacunku i wdzięczności do niego, gardziły nim. Ich tworzona przez wieki filozofia, która wydawała im się jedyną dobrą i odpowiednią, bankrutowała. Może właśnie strach przed świadomością zbiorowego szaleństwa powodował, że tak bardzo broniły się myślą przed Erim. Nadal miały nadzieję na to, że kiedyś ludzie się ucywilizują i będą tacy jak oni. On sam wiedział, że dzięki temu czuły się lepsze.

Lata mijały, a podczas jednej z „misji” Eri znalazł miłość. Nerina Alweri, bo tak się nazywała jego ukochana, która zaledwie parę dekarów później stała się Neriną Neyiri. Zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia, a ona zdawała się kochać w nim. Początkowo ich miłość rozkwitała bezwarunkowo, jej bardzo imponowała jego praca, wiedziała, że jest Strażnikiem, legendą za życia, najpotężniejszym elfem Nevriyanu. On uwielbiał zapach jej pięknych, złotych włosów i głębię oczu koloru morza. Owocem ich miłości był Ari. Eri modlił się do Noctiferi o to, żeby jego syn był taki jak on. Nie wiedział, że po cichu Nerina modliła się o to, żeby ten był „normalny”.

Ich miłość nie trwała długo. Co prawda, nigdy nie zniknęła, ale przeistoczyła się w więź. On nadal uwielbiał zapach jej złotych włosów i oczy koloru morza, kochał ją jak nikogo, ale ona była „normalna”. Nie rozumiała go, nie rozumiała agresji, nie była tak wyjątkowa. Nerina na swój sposób nadal go kochała i co było pewne – oddałaby za niego życie, zaczynała się go jednak obawiać. Widział, w tych samych oczach koloru morza, które niegdyś pochłonęły jego serce, strach za każdym razem kiedy zbliżał się do dziecka, jakby bała się o to, że chwyci za miecz.

Kiedy dziecko Eriego miało zaledwie roczek, Strażnikowi zdarzyła się nietypowa sytuacja. Podbiegł do niego jakiś człowiek i powiedział, że ktoś oszalał. Samo w sobie nie było nietypowe, ludzie często wołali Strażnika, kiedy był potrzebny. Elfy były zwykle zajęte ginięciem.

Eri ruszył biegiem na kolejną misję. Rzeź miała miejsce daleko, na przedmieściach Eyerilyianu. Kilkanaście minut biegu wyczerpało go, ale odkąd miał rodzinę, jeszcze pilniej wykonywał swoje obowiązki. Bał się, że kiedyś nie uda mu się obronić swoich bliskich przed ludźmi. Krew widział już z daleka, spływała pomiędzy kostkami złotego bruku, a mordercę otaczał tłum elfów pozbawionych instynktu samozachowawczego. Eri nie próbował nawet się przeciskać, zwinnie wyskoczył, ignorując rwący ból w piersi i wylądował na tłumie. Pół biegnąc, pół czołgając się po barkach i głowach stłoczonych elfów, zbliżał się do epicentrum. Częściowo zapadając się w tłumie, spróbował wyskoczyć i uderzyć człowieka pięścią. Cios był tak lekki, że szaleniec mógł go równie dobrze odebrać jako głaskanie. Elf jednocześnie spadł na czworaka, zapadając się prawie po łokcie w rozchlastanych resztkach elfich ciał. Usiłował wstać i utrzymać równowagę, jednak pokryta krwią i wnętrznościami złota kostka była wyjątkowo śliska. Jeszcze na klęczkach krzyknął, ile sił starczyło mu w bolących płucach:

– Jestem Strażnikiem! Rozbiec się! To oficjalny rozkaz w imieniu imperatora Nevriyanu, Fenyriala VII!

Uzbrojony mężczyzna nadal miał wzrok szaleńca. Eri nie był pewien, czy uderzył za słabo, ale wiedział, że czasem jedynym lekarstwem na syndrom Nevriyanu była śmierć. Strażnik złapał za rękojeść miecza, gotów dobyć go w każdej chwili. Był pewien swojej przewagi, ale zamierzał poczekać aż tłum się przerzedzi. Nie chciał przypadkiem skrzywdzić kogoś niewinnego.

– O, ty skurwysynu – wykrzyczał mu w twarz mężczyzna, po czym pchnął ostrze prosto w bok Strażnika.

Eri był na to gotowy. Spróbował zrobić unik, ale poślizgnął się w elfich flakach i miecz trafił go w zbroje. Twardy pancerz praktycznie zniwelował pchnięcie, ale siła ciosu pozbawiła go równowagi i runął na plecy.

Zanim zdążył się podnieść, zobaczył ostrze lecące prosto w jego oko. Skontrował je przedramieniem, po czym kopnął człowieka ciężkim butem w łydkę. Ten również się poślizgnął, wprost na Strażnika. Człowiek całą masą oparł się na Erim, który ze wszystkich sił odepchnął przeciwnika, a ten padł na twarz krok dalej. Elf przeturlał się w krwawym błocie złożonym z pociętych, świeżych zwłok i zerwał się na nogi. Okutym, twardym butem kopnął człowieka w głowę między uchem a skronią. Poczuł, jak czaszka pęka, szaleniec powinien już nie wstać, a chwilę później przestać oddychać. Odwrócił się i zaczął krzyczeć do nadal ściśle go otaczającego, elfiego tłumu, żeby się rozeszli. Wtem poczuł wyraźnie magiczne wibracje. Odwrócił się i zobaczył obłęd w oczach stojącego naprzeciw niego człowieka.

„Nie wierzę, uleczyli go” – było ostatnim, co pomyślał.