Cella Luctus

Nie mógł patrzeć na jej pergaminową skórę, która miała już nigdy nie nabrać koloru. Jego wzrok przyciągnęły puste, jasnoróżwe oczy.

– Lordzie, masz syna. Jakie nadasz mu imię? – zakrwawiona położna wyrwała go z zamyślenia.

Naraal wpatrywał się w kobietę trzymającą dziecko. Nie mógł się skupić na niczym. Ból przyćmiewał szczęście. Tyle lat tęsknoty za ukochaną, zakończonych burzliwym romansem, ślubem, a wreszcie nowym życiem i śmiercią. Jego wbite w fartuch oczy dostrzegały jedynie pustkę. Przez jedno uderzenie serca zdawało mu się, że słyszy szept ukochanej. Nie wiedział, czy to jakaś ułuda, niezidentyfikowany przez niego skrawek wspomnień, czy może zwyczajny dźwięk ulatującej z ciała duszy. Podsłuchał tylko jedno słowo, które odbijało się wewnątrz jego umysłu.

– Neriv… – powtórzył, jakby w zamyśleniu. – Nazwę go Neriv.

Spojrzał ostatni raz na stygnące ciało ukochanej i wyszedł z sali. Ruszył w stronę swojej komnaty. Nikt ze służby nie wiedział, jak się zachować wobec lorda, któremu urodził się syn i jednocześnie zmarła ukochana. Każdy wiedział, jak mocno Naraal kochał Teyrenae.

Mężczyzna zatrzasnął za sobą drzwi i rzucił się na łóżko. Godziny mijały, a on czuł się coraz bardziej osamotniony. Feyviti, to ona odebrała mu ukochaną. Wiedział, że anielica musiała być wściekle zazdrosna. Okłamywanie się, że Teyrenae to wcielenie ukochanej sprzed lat dłużej nie miało sensu. Złudne podobieństwo mogło mieć swoje źródło jedynie w zamroczonej pamięci. Nigdy nie pytał swojej żony o jej przeszłość, o rodzinę. Wiedział, że pochodziła z ubogiej andraońskiej szlachty, ale dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, że oprócz imion ojca, matki i sióstr niewiele o niej wiedział. Może nie chciał niszczyć tajemniczej otoczki? Może gdzieś wewnątrz chciał móc okłamywać się, że jest ona anielicą, która nie wytrzymała tęsknoty za nim i oblekła się w ludzką postać by z nim być? Było mu wstyd za to, że tak bardzo się okłamywał. Miał w sobie zbyt wiele dziecięcego romantyzmu, jak na czterdziestolatka. Było mu siebie żal.

Podniósł otumaniony bólem wzrok i spojrzał na kolekcję orientalnych figurek, które stały na półce.

***

Przechadzał się po rynku w Xyranalu. Był to jeden z tych dni przed xynthialskimi świętami Aeferna – świętami utworzenia trójcy. Wtedy targowiska wypełniały się kupcami z całej Eestirii. Stragany andraońskich, valandriolskich, grithiańskich i neri’ińskich sprzedawców wręcz uginały się od ilości towarów. Naraal spacerował wśród gęstego, wielokulturowego tłumu. Chodził sam. Lubił szukać orientalnych pamiątek – jego ostatnie hobby, jako podróżnika. Teraz już nie zwiedzał świata. Nie chciał go już oglądać. Był stary, zgorzkniały i samotny. Dawni przyjaciele – Fortan ger Nuriad, Kirifon ger Nerok czy Ewenit Anstre odwiedzali go coraz rzadziej. Nie byli już przyjaciółmi, stali się co najwyżej zgorzkniałymi znajomymi. Dochodziły do tego jeszcze trupy. Wszędzie trupy.

Jedynym powodem, dla którego przyjechał, była chęć powiększenia kolekcji orientalnych figurek zebranych w jego twierdzy w Irnikralu.

Wtem coś zwróciło jego uwagę. Wydawało mu się, że to przywidzenia. Obok niego przeszła Feyviti. Przetarł ze zdziwienia oczy, ale anielica nawiedzająca go w sennych marzeniach nie zniknęła. Szybkim krokiem ruszył w jej stronę, jednak dziewczyna rozpłynęła się wśród przechodniów. Naraal nie zamierzał rezygnować z pogoni za nią i rzucił się w miejsce, gdzie ostatnio widział brunetkę, jednocześnie rozpychając się łokciami wśród tłumów. Alabastrowe ramię przemknęło mu przed oczami, pośród dziesiątek rąk i nóg będących składową tłumu. Takiej skóry nie mogła mieć mieszkanka Eestirii, tylko istota zrodzona ze światłości Ethnu. Tylko ona mogła być tak piękna. Zamurowało go. Świat przestał dla niego istnieć. W końcu ją odnalazł. Spojrzał w jasnoróżowe oczy i jego usta same wyszeptały:

– Feyviti…

– Przepraszam, nieznajomy – odpowiedziała dziewczyna lekko się rumieniąc. – Musiałeś mnie z kimś pomylić – dodała, i już miała się odwrócić, aby ruszyć w swoim kierunku, kiedy nieśmiało wtrąciła:

– Jestem Teyrenae, pochodzę z Andraonu, może zechcesz mnie oprowadzić po waszej stolicy?

***

Odwrócił wzrok od figurek, jakby ich widok parzył jego duszę. Spojrzał na gablotę, na której wisiały medale przyznane mu przez Ereitana II Xynthię. Do głowy od razu wpadały beznadziejne myśli. Te wszystkie nagrody już dawno straciły dla niego sens. Jednak Teyrenae… Jej się podobały, dla niej miały znaczenie. Przy niej czuł dumę, że je posiadał. Przy niej wszystko znów zaczęło się liczyć. Sukces, sława, pieniądze, triumf, wyższe dobro, wszystko dla jej uśmiechu. Bo ona tego wszystkiego chciała dla niego, więc on chciał tego dla niej. Teraz to już tylko przeszłość.

***

– Za co te medale, lordzie Arestog? – spytała Teyrenae. Jej długie, czarne włosy kaskadą spadały na nagie piersi. Uśmiechała się zadziornie siedząc nago na biurku.

– Za wyjątkowe wsparcie dla dobra królestwa. A ten za wyjątkową odwagę. Ten za waleczność. Ten za ochronę rodziny królewskiej. I ten… ten to już nie pamiętam – pokazywał jej kolejno medale.

– Mój ty bohaterze! – szepnęła mu do ucha i pozwoliła, aby jej nabrzmiały sutek otarł się o jego nagi tors. Wstała z biurka i popchnęła Naraala na łóżko.
– Teraz pokaż mi jeszcze raz, jak bardzo waleczny byłeś pod Irnifalem!

***

Łzy spłynęły po czterdziestoletnich bruzdach stworzonych przez czas, jakby tylko po to. Bitwa pod Irnifalem – pamiętał minę tego Grithianczyka, któremu wbił nóż w serce. Nigdy nie zapomni tego wyrazu twarzy, będzie go prześladował do śmierci. Podobnie jak obraz pól trupów powstających z martwych i maszerujących ze ślepym, mechanicznym posłuszeństwem w stronę zachodu. Pasowanie na szlachcica, zaszczyty, bogactwo, autentyczne łzy króla. Wtedy miało to dla niego sens, był zaledwie siedemnastoletnim chłopakiem.

Zdał sobie sprawę z tego, że usilnie wbija wzrok w podłogę. Spojrzał wyżej, wprost na wiszące na ścianie zdjęcie Teyrenae.

***

Zdawało się, że oczy ożyły, a światło słońca rozbłysnęło przez odsłonięte okno. Dziewczyna przesunęła się, tym samym odsłaniając obraz za nią.

– Ja tak nie wyglądam! – krzyknęła, jednocześnie uśmiechając się zalotnie. – Źle mnie namalował!

– Ależ nie kochanie, nikt nie obiecywał ci, że artysta ujmie cię w pełnej krasie – odpowiedział Naraal. – I wyglądasz pięknie.

– Nie prawda! – zbliżyła się do niego. – Nie jestem piękna i wcale tak nie wyglądam!

Złościła się, jednak wiedział, że żartuje. Lubił ją taką. Z jednej strony krzyczała, z drugiej jednak wystarczyła jej sekunda, żeby go przytulić czy pocałować. Nigdy nie pozwalała na to, żeby gniew przesłonił jej miłość. Uważał to za intrygujące i nierealnie piękne. Teyrenae nigdy w życiu nie podniosła na niego głosu w gniewie.

– No powiedz, że tak nie wyglądam – poprosiła, siadając Naraalowi na kolanach, przodem do niego. – No powiedz! Powiedz! Powiedz! Powiedz! – zaczęła mruczeć do ucha. – A cię wynagrodzę… – szepnęła, kładąc mu rękę na brzuchu. Schodziła nią coraz niżej i niżej.

– W rzeczywistości wyglądasz dużo piękniej – wysapał.

***

Wspomnienie szczęścia, niczym silny cios wymierzony w brzuch, rzuciło go nagle na ziemię. Po żywym dowodzie piękna zostało tylko wspomnienie uwiecznione na obrazie. Artysta oddał piękno jego żony bardzo dokładnie. Nigdy nie rozumiał narzekań kobiety. Widocznie była to jedna z cech, jakich nigdy nie mógł pojąć u ukochanej. Jeszcze jedna wada, za którą wskoczyłby w ogień. Rozpacz ogarniała go, a migawki tylko pogarszały sprawę. Chwycił butelkę bourbonu, która tylko czekała na ‘’wyjątkową” okazję.

***

– Król wysłał ci w tym roku ten oto trunek, Panie. W rocznicę bitwy pod Irnifalem, gdzie wsławiłeś się wielkim męstwem. Tak napisano na kartce! – odpowiedział lokaj przynosząc butelkę.

– Jest to najlepszy trunek z valandriolskich piwnic – dodał, jakby usprawiedliwiając się. – Ten alkohol ma prawie 200 lat! – mówił podekscytowany.

– Ciekawe. Nigdy nie piłem tak starych trunków – skwitował Naraal.

– Kochanie – wtrąciła Teyrenae, kładąc jedną dłoń na ramieniu lorda, drugą gładząc swój widoczny już brzuch. – Może zostawimy tak drogi alkohol na inną okazję? Na przykład kiedy urodzin się nasz syn? – uśmiechnęła się do niego.

– To dobry pomysł, kochanie! – Naraal odwzajemnił grymas. – Później napiszę królowi list z podziękowaniem, możesz na razie odejść.

Sługa odwrócił się i skierował w stronę drzwi. Lord podszedł do barku i włożył butelkę do szafki. Odwrócił się do kobiety, która siedziała już na łóżku. Zdziwił się, nigdy nie mógł przywyknąć do tego, że Teyrenae poruszała się bezszelestnie, nawet będąc w ciąży. Po prostu stąpała po ziemi tak lekko, że nawet szata nie szeleściła w takt jej ruchów. Coś w ostatnim zdaniu, które od niej usłyszał go zaniepokoiło. Zaczął analizować słowo po słowie.

– Skąd wiesz, że to syn? – spytał zbliżając się do niej.

– Kobiety wiedzą takie rzeczy – ponownie uśmiechnęła się i przyciągnęła go do siebie.

***

Wziął łyk z butelki i skrzywił się. Nie wiedział, czego ma się spodziewać po dwustuletnim bourbonie. Im starszy, tym lepszy, tak się przynajmniej mówiło. Jednak to smakowało jak zwykły bourbon połączony ze starą piwnicą, pajęczynami, przegniłymi szmatami i ziołami lekarskimi. Ponownie przyłożył butelkę do ust i wychylił zawartość wprost do swojego gardła. Sama świadomość, że wlewa się w siebie taką ilość procentów powodowała, że był pijany.

– Twoje zdrowie, ukochana – powiedział dławiąc się łzami. – Twoje i Neriva. Oby chociaż ten chłopak był szczęśliwy.

Pił aż osuszył całą butelkę. Dopóki płyn palił jego gardło, nie myślał o ukochanej. Rzucił flaszką o drewnianą podłogę i wstał. Potężne uderzenie alkoholu odbiło się zawrotem głowy, rzucając go na kolana. Powstrzymał się od wymiotów i podniósł głowę. Zamroczonymi od trunku oczyma spojrzał na biurko. To samo biurko, na którym tyle razy się kochali i to samo, które kazała zamówić u stolarza pierwszego dnia, w którym tu przybyła.

***

– To tutaj nie pasuje – stwierdziła od razu po wejściu. Widział po jej oczach, że ten mebel przeszkadzał jej tak, jakby był to śmieć leżący wśród diamentów. Podeszła do biurka, wzięła pierwszą lepszą kartkę i zaczęła szkicować coś ołówkiem.

– Muszę ci zrobić nowe, to tutaj zupełnie nie pasuje. Tak, zamówię ci nowe! – powiedziała jak natchniona. Kilkadziesiąt sekund kreśliła po kartce, później wyprostowała się i wręczyła mu rysunek. – Spójrz! To idealne biurko. Lepsze od tego. Uwierz mi, odzwierciedla w pełni twoją duszę. Zamówię je dla ciebie, dobrze?! – naciskała.

– Skąd wiesz? – wyjąkał mężczyzna. Nie spodziewał się tego po młodej kobiecie, którą znał raptem kilka dni.

– Już zdążyłam cię poznać, lordzie Naraalu – odrzekła uśmiechając się promiennie. On uwielbiał ten uśmiech. – Zaufaj mi.

***

Doczołgał się do biurka, po czym usiadł na podłodze, odczekał chwilę aż kołowrotek w jego głowie nieco się uspokoił. Uniósł się na dłoniach, by móc zasiąść na fotelu stojącym przy tym masywnym meblu. Na siedzisku poczuł się bezpieczniej. Powoli przejechał dłonią po idealnie gładkim blacie i ogarnął wzrokiem wszystko to, co stanowiło składową jego miejsca pracy. Spojrzał na ornamenty wyrzeźbione przez stolarza, zdobiące jego górną szufladę. Lokalizacja najważniejszych dokumentów. Pierwszy papier widoczny po otwarciu – akt ślubu, który nawet nie zdążył się zestarzeć.

***

Organy nagle rozbrzmiały i dźwięk rozszedł się pośród ścian, brutalnie wdzierając się w bębenki uszu zgromadzonych. Kilkumetrowy, czerwony dywan, usypany płatkami białych róż. Za jedwabiście białą kotarą, lada chwila ukazać się miała przystrojona panna młoda. Goście odwrócili się. Nie mogli doczekać się widoku przyszłej lady Arestog. Naraal smętnie rzucił okiem na puste krzesła. Nie było nikogo z ich krewnych. Jego własny ród znienawidził go za sukces. Wzrok przyciągnęło zawirowanie kotary, gdzie pojawiła się odziana w białą szpilkę stopa, a po chwili, zgrabne kolano. Piękna i niewinna. Brunetka o alabastrowej skórze i jasnoróżowych oczach, wkroczyła pewnie. Chód kobiety, który zupełnie nie pasował do jej niebywale skromnej natury. Mężczyzna dostrzegał w jej źrenicach, że pragnęła tego samego, co on. Jak najszybszego zakończenia ceremonii. Widział, jak bardzo się denerwowała. Sam czuł to samo. Właściwie to podczas ceremonii był już po alkoholu. Pamiętał tylko, że na każde zadane pytanie miał odpowiadać ‘’tak’’ i nie dodawać nic więcej. Byle się nie zbłaźnić, byle dobrnąć do końca. Przybył nawet przedstawiciel króla. Pamiętał głębie jej wpatrzonych w niego, pełnych miłości oczu i ton jej głosu mówiącego ‘’tak”. To słowo zapamięta do końca życia.

***

Wyjął kartkę z szuflady i złapał ją tak, żeby móc ją porwać. Zawahał się przez chwilę, po czym odłożył tam, skąd wziął. Zamknął szufladę i położył łokcie na blat, opierając na nich głowę. Czuł jak łzy spływają mu po nadgarstkach. Podniósł czoło i spojrzał przez okno, słońce zaczynało już wstawać, a on dalej walczył ze sobą w nierównym pojedynku. Utkwił wzrok w alejce i rosnącym przy niej zagajniku.

***

– Kocham cię – rzucił nagle sam z siebie, przerywając tym ciszę. Teyrenae zatrzymała się i odwróciła w stronę mężczyzny. – Kocham cię, Tey.

Patrzył chwilę w jej jasnoróżowe oczy. W rozszerzone, wpatrzone w niego źrenice, które miały taki sam wyraz, jak te grithianskiego wojownika, któremu wbił sztylet w serce. Ona tak właśnie patrzyła.

– Kocham cię, Teyrenae Tifion, zakochałem się w tobie od pierwszego wejrzenia – rzekł.

– Ja… – zaczęła dziewczyna. Zawahała się, jednak tylko na chwilę, po czym rzuciła się w jego ramiona. Zaczęła mówić do jego ramienia tak szybko, że ciężko było zrozumieć poszczególne słowa.

– Też cię kocham. Bałam się, że nigdy tego nie powiesz. Bałam się. Bałam się początkowo tego, że nigdy mnie nie pokochasz, że będziesz mnie traktował tylko jako damę w opałach. Bałam się, że będę tu mieszkać i nie pozostanie mi nic innego, jak tylko żyć na twojej łasce i obserwować, jak znajdujesz sobie panią Arestog. Po naszym pierwszym pocałunku bałam się, że szybko ci się znudzę i znajdziesz sobie inną. Bałam się, że będę kiedyś musiała żyć bez ciebie. Nari, jesteś dla mnie wszystkim. Stałeś się panem mojego świata w chwili, kiedy to pociągnąłeś mnie za rękę, wtedy w Xyranalu. Przybyłam tu, nie wiedząc, co mam robić ze swoim życiem. Przybyłam tutaj, nie wiedząc po co. Teraz już wiem. Przybyłam, żeby spotkać ciebie. Jesteś całym moim życiem i nie chcę być nigdzie indziej.

Pociągnęła nosem, Naraal nawet tego nie zauważył. Normalnie zwróciłby na to uwagę, jednak było w niej coś takiego, że wydawała się pozbawiona wad. Już wtedy podjął decyzję, że zostanie jego żoną.

***

Wstał z krzesła. Wspomnienia utraconej miłości pozbawiały go sił. Spojrzał na wielkie łóżko, na którym leżała jeszcze poprzedniego dnia. Obudził się obok niej dobę wcześniej. Wstał pełen nadziei, wierząc, że tego dnia ich rodzina się powiększy. Liczba nie uległa zmianie. Położył się na łóżku i mocno wciągnął powietrze do płuc. Poczuł jej zapach. Mieszanka smutku, rozpaczy i alkoholu spowodowała, że zerwał się i zwymiotował na podłogę. Rano zawoła Ewenita Anstre. Mag mógł znać jakieś zaklęcie, dzięki któremu zamknięty w kołdrze zapach żony będzie mógł czuć do końca życia. Póki co, zalewał się łzami. jęcząc, szlochając i wzywając Ethnu na pomoc. Zasnął we własnych wymiocinach i łzach na podłodze.

***

Dzień po siedemnastych urodzinach Neriva, Naraal postanowił wyruszyć do Andraonu. Nigdy przedtem nie był tak daleko na południu. Od czasów dziecięcych odechciało mu się podróżować, ale teraz coś tknęło go, żeby poszerzyć swoją kolekcję egzotycznych figurek. Na dodatek chciał poznać kraj swojej żony, właśnie w rocznicę jej śmierci. Niewiele wiedział o ojcowiźnie Teyrenae, ale pragnął go zobaczyć przed śmiercią. Chciał zobaczyć kraj, który zrodził najwspanialszą istotę w Eesitrii.

Naraal zszedł pewnym krokiem z trapu. Popatrzył na okręt i przypomniał sobie, jak kiedyś sam był marynarzem. Zerknął jeszcze raz na wysokie maszty i niespiesznie skierował się w stronę przyportowego bazaru. Targ w Araon był znany jako największy w południowej Eestirii. Przybywały tam nawet derfy z Rph’eaen i różnoracy mieszkańcy Ghnti. Kiedyś rzekomo bywali nawet ludzie z Nur. Przechadzając się wśród straganów, nagle dostrzegł coś, co wprowadziło go w bezgraniczne osłupienie.

– Co to jest?! – krzyknął na sprzedawcę.

– Słucham? – spytał kupiec, bardzo zszokowany jego wybuchem.

– Pytam, co to jest? – powtórzył nieco grzeczniej.

– Figurka, Panie – wysapał. – Figurka prosto z Ghnti, Panie, przywiozłem ją tutaj. Ograbiliśmy jakichś dzikusów. Składali jej krwawe ofiary. Mówili, że to bogini ciemności, która opiekuje się ich ludem i pozwala im ujrzeć słońce, kiedy już napoi się krwią niewinnych i swoją władzą. Ciemne ludy, Panie. I strasznie głupie.

– Biorę! Ile za tę figurkę?

– Wystarczy Mortem – powiedział, uśmiechając się.

Naraal bez słowa wyciągnął monetę i dał kupcowi, ten zamruczał pod nosem niezadowolony.

– Mogłem powiedzieć dwa.

– Jak miała na imię? – spytał głośno.

– Co… Słucham?

– Jak na imię miała ta bogini?

– A nie wiem, Panie, nie pamiętam. Dziwne ghntijskie nazwy ciemnych ludów.

– Tyle mi wystarczy, dziękuję.

Naraal chwycił nefrytową, półmetrową figurkę przypominającą do złudzenia jego ukochaną. Nie mógł uwierzyć własnym oczom, ale uspokoił się. Zdał sobie sprawę, że od śmierci Teyrenae minęło czternaście lat. W dodatku przedmiot pozbawiony był kolorów. Po chwili zdał sobie sprawę, że to głupie. Całe życie za kimś się uganiał. Teyrenae przypominała mu Feyviti, tylko dlatego, że miała jasnoróżowe oczy i widział ją tylko we śnie. Natomiast ta figurka przypominała mu jego ukochaną żonę, dlatego, że nie widział jej lata. Wyśmiał samego siebie, że wyobrażał sobie kiedyś, że jego żona była ucieleśnieniem anielicy, która przybrała postać śmiertelniczki z tęsknoty za nim.

Niedługo miał dowiedzieć się o tym, jak niewiele się wtedy mylił i jak bardzo jednocześnie.

Wróć do domu.

Przypatrywanie się rzeźbie uruchomiło w nim jakieś dawne wspomnienia, których nie miał od lat. Jej głos znów rozbrzmiał w jego głowie. Możliwe, że były to jego własne uczucia. Coś kazało mu wrócić do Irnikralu.

Wybrał się więc w swoją ostatnią podróż… i wrócił do domu.

„Szepczący w ciemności” – recenzja filmu

Moja miłość do Howarda Phillipsa Lovecrafta zaczęła się paradoksalnie, bowiem nie była wywołana przez autora, a utwór Metalliki „The Call of Ktulu”. Pokochałem tę muzykę tak bardzo, że w końcu poprosiłem mamę o książkę „The Call of Cthulhu” (o gitarę w sumie też, ale ta kurzyła gdzieś w kącie). Muszę jednak przyznać, że po przeczytaniu pierwszego opowiadania wciągnąłem się w mitologię i magię tego pisarza. Lovecraft ze swoją niesamowitą, eteryczną pierwszoosobową narracją zapanował nad moim emocjami. Opisywał stwory śmieszne i absurdalne w taki sposób, że po lekturze człowiek bał się zgasić światło. Z czasem więc przeczytałem wszystkie opowiadania, przeszedłem grę, a nawet obejrzałem kilka filmów i na ten przykład: z nudnego „Cthulhu” podobał mi się wyłącznie tytuł, a pozostałe projekcje okazały się być jeszcze nudniejsze i niesamowicie tandetne. Ostatnio jednak w moje ręce wpadł „Whisperer in the Darkness” (reż. Sean Branney) z 2011 r. , pomyślałem – zobaczę, może w końcu nagrali coś naprawdę dobrego, coś godnego Lovecrafta.

Na początku mojej recenzji muszę Wam się do czegoś przyznać – nie lubię czarno-białych filmów. Do tego jednak postanowiłem się zmusić, pomyślałem, że może warto. Cóż… Nie pisałbym, gdybybyło inaczej.

Jak wiadomo Lovecraft żył na przełomie XIX i XX wieku, czyli w okresie przed wynalezieniem i popularyzowaniem telewizji, gdzie głównym środkiem medialnym były radio i prasa. Były to też czasy, w których ludzie korespondowali za pomocą tradycyjnych listów, a wszystko wydawało się bardziej tajemnicze i romantyczne niż dziś. Taki właśnie wizerunek świata postarali się oddać twórcy tego filmu. Dzieło jest przede wszystkim intensywne – nie jest to bynajmniej film, który możemy oglądać jednym okiem czy rozmawiać z kimś w trakcie. „Szepczący w ciemności” zmusza nas do maksymalnej koncentracji, a powinniśmy go oglądać samodzielnie, przy zgaszonym świetle i misce pełnej popcornu.

Film rozpoczyna się od przedstawienia nam postaci Alberta Wilmartha (Matt Foyer), naukowca specjalizującego się w amerykańskim folklorze i sceptyka do teorii obecności kosmitów na świecie. Jego zdanie zmieniają dowody otrzymane od Henry’ego Akeley’a (Barry Lynch) oraz zaproszenie do Vermont, aby mógł przekonać się na własne oczy. Albert postanawia przyjąć tę propozycję.

Tyle względem fabuły, jest jeszcze wiele rzeczy czysto technicznych, które sprawiały, że ten film stawał się lepszy. Szczerze podziwiałem dobrze dobranych aktorów, którzy idealnie wpasowali się w dobrane kreacje. Widać było też ogromną dozę przestrzeni, jaka została stworzona dając odtwórcom ról większe pole do popisu, a nam, widzom, możliwość docenienia kunsztu profesjonalistów. Akcenty z jakimi mówią były wyczuwalne i jakby bardziej czytelne niż w dzisiejszych hollywoodzkich produkcjach. Sama akcja staje się w pewnym momencie nudna, potem ożywa, jednak już nie jest tak porywająca, jak na początku. Efekty specjalne są… specyficzne. Jestem skłonny uwierzyć, że cięcia budżetowe zmuszają do wyszukiwania tańszych grafików czy zmniejszają możliwości, ale w niektórych momentach miałem wrażenie, że twórcy wręcz „chwalą się” efektami, rodem filmów z klasy Z. Dopiero później zrozumiałem, że był to celowy zabieg. Stało się wtedy dla mnie jasne, że jest to hołd skierowany do okresu życia i twórczości Lovecrafta

Moją uwagę zwróciły również ujęcia – wydają się być bardziej rozwinięte niż w nowoczesnych produkcjach. Pokazywane są detale, które zmuszają do ciągłej koncentracji, a czasem nawet ponownego obejrzenia danego fragmentu. Są to często drobiazgi, które możemy odkrywać wraz z głównym bohaterem, ale pozwalają cieszyć się akcją i doświadczać tego, co Branney chciał nam pokazać na podstawie Lovecrafta

Dla podsumowania napiszę, że większość filmów oceniam głównie przez pryzmat muzyki i historii, jaką chce opowiedzieć nam twórca. Jednak ten film wydaje się jaśniejszy i czytelniejszy niż większość oglądanych przeze mnie produkcji. Jest w pewnym stopniu hipnotyzujący, ponieważ został stworzony w nim klimat, który wessał mnie do środka i pozwalał docenić kunszt, z jakim go nakręcono. Dla mnie to miła odmiana na tle kolorowych, prostych obrazów pełnych biegania, głupich dowcipów i seksu. Polecam każdemu, kto ma dość oglądania podobnych do siebie hollywoodzkich dzieł i chciałby wreszcie obejrzeć coś nieco innego. Uważam, że jest to film, który każdy fan Lovecrafta powinien zobaczyć.

Tytuł: Szepczący w ciemności
Gatunek: horror, sci-fi, thriller
Produkcja: USA
Reżyseria: Sean Branney
Scenariusz: Sean Branney, Andrew Leman
Czas trwania: 105 min.
Premiera: 12 marca 2011 (świat)
Obsada: Matt Foyer, Barry Lynch, Matt Lagan, Daniel Kaemon
Ocena: 4,25/5