Cella Luctus

Nie mógł patrzeć na jej pergaminową skórę, która miała już nigdy nie nabrać koloru. Jego wzrok przyciągnęły puste, jasnoróżwe oczy.

– Lordzie, masz syna. Jakie nadasz mu imię? – zakrwawiona położna wyrwała go z zamyślenia.

Naraal wpatrywał się w kobietę trzymającą dziecko. Nie mógł się skupić na niczym. Ból przyćmiewał szczęście. Tyle lat tęsknoty za ukochaną, zakończonych burzliwym romansem, ślubem, a wreszcie nowym życiem i śmiercią. Jego wbite w fartuch oczy dostrzegały jedynie pustkę. Przez jedno uderzenie serca zdawało mu się, że słyszy szept ukochanej. Nie wiedział, czy to jakaś ułuda, niezidentyfikowany przez niego skrawek wspomnień, czy może zwyczajny dźwięk ulatującej z ciała duszy. Podsłuchał tylko jedno słowo, które odbijało się wewnątrz jego umysłu.

– Neriv… – powtórzył, jakby w zamyśleniu. – Nazwę go Neriv.

Spojrzał ostatni raz na stygnące ciało ukochanej i wyszedł z sali. Ruszył w stronę swojej komnaty. Nikt ze służby nie wiedział, jak się zachować wobec lorda, któremu urodził się syn i jednocześnie zmarła ukochana. Każdy wiedział, jak mocno Naraal kochał Teyrenae.

Mężczyzna zatrzasnął za sobą drzwi i rzucił się na łóżko. Godziny mijały, a on czuł się coraz bardziej osamotniony. Feyviti, to ona odebrała mu ukochaną. Wiedział, że anielica musiała być wściekle zazdrosna. Okłamywanie się, że Teyrenae to wcielenie ukochanej sprzed lat dłużej nie miało sensu. Złudne podobieństwo mogło mieć swoje źródło jedynie w zamroczonej pamięci. Nigdy nie pytał swojej żony o jej przeszłość, o rodzinę. Wiedział, że pochodziła z ubogiej andraońskiej szlachty, ale dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, że oprócz imion ojca, matki i sióstr niewiele o niej wiedział. Może nie chciał niszczyć tajemniczej otoczki? Może gdzieś wewnątrz chciał móc okłamywać się, że jest ona anielicą, która nie wytrzymała tęsknoty za nim i oblekła się w ludzką postać by z nim być? Było mu wstyd za to, że tak bardzo się okłamywał. Miał w sobie zbyt wiele dziecięcego romantyzmu, jak na czterdziestolatka. Było mu siebie żal.

Podniósł otumaniony bólem wzrok i spojrzał na kolekcję orientalnych figurek, które stały na półce.

***

Przechadzał się po rynku w Xyranalu. Był to jeden z tych dni przed xynthialskimi świętami Aeferna – świętami utworzenia trójcy. Wtedy targowiska wypełniały się kupcami z całej Eestirii. Stragany andraońskich, valandriolskich, grithiańskich i neri’ińskich sprzedawców wręcz uginały się od ilości towarów. Naraal spacerował wśród gęstego, wielokulturowego tłumu. Chodził sam. Lubił szukać orientalnych pamiątek – jego ostatnie hobby, jako podróżnika. Teraz już nie zwiedzał świata. Nie chciał go już oglądać. Był stary, zgorzkniały i samotny. Dawni przyjaciele – Fortan ger Nuriad, Kirifon ger Nerok czy Ewenit Anstre odwiedzali go coraz rzadziej. Nie byli już przyjaciółmi, stali się co najwyżej zgorzkniałymi znajomymi. Dochodziły do tego jeszcze trupy. Wszędzie trupy.

Jedynym powodem, dla którego przyjechał, była chęć powiększenia kolekcji orientalnych figurek zebranych w jego twierdzy w Irnikralu.

Wtem coś zwróciło jego uwagę. Wydawało mu się, że to przywidzenia. Obok niego przeszła Feyviti. Przetarł ze zdziwienia oczy, ale anielica nawiedzająca go w sennych marzeniach nie zniknęła. Szybkim krokiem ruszył w jej stronę, jednak dziewczyna rozpłynęła się wśród przechodniów. Naraal nie zamierzał rezygnować z pogoni za nią i rzucił się w miejsce, gdzie ostatnio widział brunetkę, jednocześnie rozpychając się łokciami wśród tłumów. Alabastrowe ramię przemknęło mu przed oczami, pośród dziesiątek rąk i nóg będących składową tłumu. Takiej skóry nie mogła mieć mieszkanka Eestirii, tylko istota zrodzona ze światłości Ethnu. Tylko ona mogła być tak piękna. Zamurowało go. Świat przestał dla niego istnieć. W końcu ją odnalazł. Spojrzał w jasnoróżowe oczy i jego usta same wyszeptały:

– Feyviti…

– Przepraszam, nieznajomy – odpowiedziała dziewczyna lekko się rumieniąc. – Musiałeś mnie z kimś pomylić – dodała, i już miała się odwrócić, aby ruszyć w swoim kierunku, kiedy nieśmiało wtrąciła:

– Jestem Teyrenae, pochodzę z Andraonu, może zechcesz mnie oprowadzić po waszej stolicy?

***

Odwrócił wzrok od figurek, jakby ich widok parzył jego duszę. Spojrzał na gablotę, na której wisiały medale przyznane mu przez Ereitana II Xynthię. Do głowy od razu wpadały beznadziejne myśli. Te wszystkie nagrody już dawno straciły dla niego sens. Jednak Teyrenae… Jej się podobały, dla niej miały znaczenie. Przy niej czuł dumę, że je posiadał. Przy niej wszystko znów zaczęło się liczyć. Sukces, sława, pieniądze, triumf, wyższe dobro, wszystko dla jej uśmiechu. Bo ona tego wszystkiego chciała dla niego, więc on chciał tego dla niej. Teraz to już tylko przeszłość.

***

– Za co te medale, lordzie Arestog? – spytała Teyrenae. Jej długie, czarne włosy kaskadą spadały na nagie piersi. Uśmiechała się zadziornie siedząc nago na biurku.

– Za wyjątkowe wsparcie dla dobra królestwa. A ten za wyjątkową odwagę. Ten za waleczność. Ten za ochronę rodziny królewskiej. I ten… ten to już nie pamiętam – pokazywał jej kolejno medale.

– Mój ty bohaterze! – szepnęła mu do ucha i pozwoliła, aby jej nabrzmiały sutek otarł się o jego nagi tors. Wstała z biurka i popchnęła Naraala na łóżko.
– Teraz pokaż mi jeszcze raz, jak bardzo waleczny byłeś pod Irnifalem!

***

Łzy spłynęły po czterdziestoletnich bruzdach stworzonych przez czas, jakby tylko po to. Bitwa pod Irnifalem – pamiętał minę tego Grithianczyka, któremu wbił nóż w serce. Nigdy nie zapomni tego wyrazu twarzy, będzie go prześladował do śmierci. Podobnie jak obraz pól trupów powstających z martwych i maszerujących ze ślepym, mechanicznym posłuszeństwem w stronę zachodu. Pasowanie na szlachcica, zaszczyty, bogactwo, autentyczne łzy króla. Wtedy miało to dla niego sens, był zaledwie siedemnastoletnim chłopakiem.

Zdał sobie sprawę z tego, że usilnie wbija wzrok w podłogę. Spojrzał wyżej, wprost na wiszące na ścianie zdjęcie Teyrenae.

***

Zdawało się, że oczy ożyły, a światło słońca rozbłysnęło przez odsłonięte okno. Dziewczyna przesunęła się, tym samym odsłaniając obraz za nią.

– Ja tak nie wyglądam! – krzyknęła, jednocześnie uśmiechając się zalotnie. – Źle mnie namalował!

– Ależ nie kochanie, nikt nie obiecywał ci, że artysta ujmie cię w pełnej krasie – odpowiedział Naraal. – I wyglądasz pięknie.

– Nie prawda! – zbliżyła się do niego. – Nie jestem piękna i wcale tak nie wyglądam!

Złościła się, jednak wiedział, że żartuje. Lubił ją taką. Z jednej strony krzyczała, z drugiej jednak wystarczyła jej sekunda, żeby go przytulić czy pocałować. Nigdy nie pozwalała na to, żeby gniew przesłonił jej miłość. Uważał to za intrygujące i nierealnie piękne. Teyrenae nigdy w życiu nie podniosła na niego głosu w gniewie.

– No powiedz, że tak nie wyglądam – poprosiła, siadając Naraalowi na kolanach, przodem do niego. – No powiedz! Powiedz! Powiedz! Powiedz! – zaczęła mruczeć do ucha. – A cię wynagrodzę… – szepnęła, kładąc mu rękę na brzuchu. Schodziła nią coraz niżej i niżej.

– W rzeczywistości wyglądasz dużo piękniej – wysapał.

***

Wspomnienie szczęścia, niczym silny cios wymierzony w brzuch, rzuciło go nagle na ziemię. Po żywym dowodzie piękna zostało tylko wspomnienie uwiecznione na obrazie. Artysta oddał piękno jego żony bardzo dokładnie. Nigdy nie rozumiał narzekań kobiety. Widocznie była to jedna z cech, jakich nigdy nie mógł pojąć u ukochanej. Jeszcze jedna wada, za którą wskoczyłby w ogień. Rozpacz ogarniała go, a migawki tylko pogarszały sprawę. Chwycił butelkę bourbonu, która tylko czekała na ‘’wyjątkową” okazję.

***

– Król wysłał ci w tym roku ten oto trunek, Panie. W rocznicę bitwy pod Irnifalem, gdzie wsławiłeś się wielkim męstwem. Tak napisano na kartce! – odpowiedział lokaj przynosząc butelkę.

– Jest to najlepszy trunek z valandriolskich piwnic – dodał, jakby usprawiedliwiając się. – Ten alkohol ma prawie 200 lat! – mówił podekscytowany.

– Ciekawe. Nigdy nie piłem tak starych trunków – skwitował Naraal.

– Kochanie – wtrąciła Teyrenae, kładąc jedną dłoń na ramieniu lorda, drugą gładząc swój widoczny już brzuch. – Może zostawimy tak drogi alkohol na inną okazję? Na przykład kiedy urodzin się nasz syn? – uśmiechnęła się do niego.

– To dobry pomysł, kochanie! – Naraal odwzajemnił grymas. – Później napiszę królowi list z podziękowaniem, możesz na razie odejść.

Sługa odwrócił się i skierował w stronę drzwi. Lord podszedł do barku i włożył butelkę do szafki. Odwrócił się do kobiety, która siedziała już na łóżku. Zdziwił się, nigdy nie mógł przywyknąć do tego, że Teyrenae poruszała się bezszelestnie, nawet będąc w ciąży. Po prostu stąpała po ziemi tak lekko, że nawet szata nie szeleściła w takt jej ruchów. Coś w ostatnim zdaniu, które od niej usłyszał go zaniepokoiło. Zaczął analizować słowo po słowie.

– Skąd wiesz, że to syn? – spytał zbliżając się do niej.

– Kobiety wiedzą takie rzeczy – ponownie uśmiechnęła się i przyciągnęła go do siebie.

***

Wziął łyk z butelki i skrzywił się. Nie wiedział, czego ma się spodziewać po dwustuletnim bourbonie. Im starszy, tym lepszy, tak się przynajmniej mówiło. Jednak to smakowało jak zwykły bourbon połączony ze starą piwnicą, pajęczynami, przegniłymi szmatami i ziołami lekarskimi. Ponownie przyłożył butelkę do ust i wychylił zawartość wprost do swojego gardła. Sama świadomość, że wlewa się w siebie taką ilość procentów powodowała, że był pijany.

– Twoje zdrowie, ukochana – powiedział dławiąc się łzami. – Twoje i Neriva. Oby chociaż ten chłopak był szczęśliwy.

Pił aż osuszył całą butelkę. Dopóki płyn palił jego gardło, nie myślał o ukochanej. Rzucił flaszką o drewnianą podłogę i wstał. Potężne uderzenie alkoholu odbiło się zawrotem głowy, rzucając go na kolana. Powstrzymał się od wymiotów i podniósł głowę. Zamroczonymi od trunku oczyma spojrzał na biurko. To samo biurko, na którym tyle razy się kochali i to samo, które kazała zamówić u stolarza pierwszego dnia, w którym tu przybyła.

***

– To tutaj nie pasuje – stwierdziła od razu po wejściu. Widział po jej oczach, że ten mebel przeszkadzał jej tak, jakby był to śmieć leżący wśród diamentów. Podeszła do biurka, wzięła pierwszą lepszą kartkę i zaczęła szkicować coś ołówkiem.

– Muszę ci zrobić nowe, to tutaj zupełnie nie pasuje. Tak, zamówię ci nowe! – powiedziała jak natchniona. Kilkadziesiąt sekund kreśliła po kartce, później wyprostowała się i wręczyła mu rysunek. – Spójrz! To idealne biurko. Lepsze od tego. Uwierz mi, odzwierciedla w pełni twoją duszę. Zamówię je dla ciebie, dobrze?! – naciskała.

– Skąd wiesz? – wyjąkał mężczyzna. Nie spodziewał się tego po młodej kobiecie, którą znał raptem kilka dni.

– Już zdążyłam cię poznać, lordzie Naraalu – odrzekła uśmiechając się promiennie. On uwielbiał ten uśmiech. – Zaufaj mi.

***

Doczołgał się do biurka, po czym usiadł na podłodze, odczekał chwilę aż kołowrotek w jego głowie nieco się uspokoił. Uniósł się na dłoniach, by móc zasiąść na fotelu stojącym przy tym masywnym meblu. Na siedzisku poczuł się bezpieczniej. Powoli przejechał dłonią po idealnie gładkim blacie i ogarnął wzrokiem wszystko to, co stanowiło składową jego miejsca pracy. Spojrzał na ornamenty wyrzeźbione przez stolarza, zdobiące jego górną szufladę. Lokalizacja najważniejszych dokumentów. Pierwszy papier widoczny po otwarciu – akt ślubu, który nawet nie zdążył się zestarzeć.

***

Organy nagle rozbrzmiały i dźwięk rozszedł się pośród ścian, brutalnie wdzierając się w bębenki uszu zgromadzonych. Kilkumetrowy, czerwony dywan, usypany płatkami białych róż. Za jedwabiście białą kotarą, lada chwila ukazać się miała przystrojona panna młoda. Goście odwrócili się. Nie mogli doczekać się widoku przyszłej lady Arestog. Naraal smętnie rzucił okiem na puste krzesła. Nie było nikogo z ich krewnych. Jego własny ród znienawidził go za sukces. Wzrok przyciągnęło zawirowanie kotary, gdzie pojawiła się odziana w białą szpilkę stopa, a po chwili, zgrabne kolano. Piękna i niewinna. Brunetka o alabastrowej skórze i jasnoróżowych oczach, wkroczyła pewnie. Chód kobiety, który zupełnie nie pasował do jej niebywale skromnej natury. Mężczyzna dostrzegał w jej źrenicach, że pragnęła tego samego, co on. Jak najszybszego zakończenia ceremonii. Widział, jak bardzo się denerwowała. Sam czuł to samo. Właściwie to podczas ceremonii był już po alkoholu. Pamiętał tylko, że na każde zadane pytanie miał odpowiadać ‘’tak’’ i nie dodawać nic więcej. Byle się nie zbłaźnić, byle dobrnąć do końca. Przybył nawet przedstawiciel króla. Pamiętał głębie jej wpatrzonych w niego, pełnych miłości oczu i ton jej głosu mówiącego ‘’tak”. To słowo zapamięta do końca życia.

***

Wyjął kartkę z szuflady i złapał ją tak, żeby móc ją porwać. Zawahał się przez chwilę, po czym odłożył tam, skąd wziął. Zamknął szufladę i położył łokcie na blat, opierając na nich głowę. Czuł jak łzy spływają mu po nadgarstkach. Podniósł czoło i spojrzał przez okno, słońce zaczynało już wstawać, a on dalej walczył ze sobą w nierównym pojedynku. Utkwił wzrok w alejce i rosnącym przy niej zagajniku.

***

– Kocham cię – rzucił nagle sam z siebie, przerywając tym ciszę. Teyrenae zatrzymała się i odwróciła w stronę mężczyzny. – Kocham cię, Tey.

Patrzył chwilę w jej jasnoróżowe oczy. W rozszerzone, wpatrzone w niego źrenice, które miały taki sam wyraz, jak te grithianskiego wojownika, któremu wbił sztylet w serce. Ona tak właśnie patrzyła.

– Kocham cię, Teyrenae Tifion, zakochałem się w tobie od pierwszego wejrzenia – rzekł.

– Ja… – zaczęła dziewczyna. Zawahała się, jednak tylko na chwilę, po czym rzuciła się w jego ramiona. Zaczęła mówić do jego ramienia tak szybko, że ciężko było zrozumieć poszczególne słowa.

– Też cię kocham. Bałam się, że nigdy tego nie powiesz. Bałam się. Bałam się początkowo tego, że nigdy mnie nie pokochasz, że będziesz mnie traktował tylko jako damę w opałach. Bałam się, że będę tu mieszkać i nie pozostanie mi nic innego, jak tylko żyć na twojej łasce i obserwować, jak znajdujesz sobie panią Arestog. Po naszym pierwszym pocałunku bałam się, że szybko ci się znudzę i znajdziesz sobie inną. Bałam się, że będę kiedyś musiała żyć bez ciebie. Nari, jesteś dla mnie wszystkim. Stałeś się panem mojego świata w chwili, kiedy to pociągnąłeś mnie za rękę, wtedy w Xyranalu. Przybyłam tu, nie wiedząc, co mam robić ze swoim życiem. Przybyłam tutaj, nie wiedząc po co. Teraz już wiem. Przybyłam, żeby spotkać ciebie. Jesteś całym moim życiem i nie chcę być nigdzie indziej.

Pociągnęła nosem, Naraal nawet tego nie zauważył. Normalnie zwróciłby na to uwagę, jednak było w niej coś takiego, że wydawała się pozbawiona wad. Już wtedy podjął decyzję, że zostanie jego żoną.

***

Wstał z krzesła. Wspomnienia utraconej miłości pozbawiały go sił. Spojrzał na wielkie łóżko, na którym leżała jeszcze poprzedniego dnia. Obudził się obok niej dobę wcześniej. Wstał pełen nadziei, wierząc, że tego dnia ich rodzina się powiększy. Liczba nie uległa zmianie. Położył się na łóżku i mocno wciągnął powietrze do płuc. Poczuł jej zapach. Mieszanka smutku, rozpaczy i alkoholu spowodowała, że zerwał się i zwymiotował na podłogę. Rano zawoła Ewenita Anstre. Mag mógł znać jakieś zaklęcie, dzięki któremu zamknięty w kołdrze zapach żony będzie mógł czuć do końca życia. Póki co, zalewał się łzami. jęcząc, szlochając i wzywając Ethnu na pomoc. Zasnął we własnych wymiocinach i łzach na podłodze.

***

Dzień po siedemnastych urodzinach Neriva, Naraal postanowił wyruszyć do Andraonu. Nigdy przedtem nie był tak daleko na południu. Od czasów dziecięcych odechciało mu się podróżować, ale teraz coś tknęło go, żeby poszerzyć swoją kolekcję egzotycznych figurek. Na dodatek chciał poznać kraj swojej żony, właśnie w rocznicę jej śmierci. Niewiele wiedział o ojcowiźnie Teyrenae, ale pragnął go zobaczyć przed śmiercią. Chciał zobaczyć kraj, który zrodził najwspanialszą istotę w Eesitrii.

Naraal zszedł pewnym krokiem z trapu. Popatrzył na okręt i przypomniał sobie, jak kiedyś sam był marynarzem. Zerknął jeszcze raz na wysokie maszty i niespiesznie skierował się w stronę przyportowego bazaru. Targ w Araon był znany jako największy w południowej Eestirii. Przybywały tam nawet derfy z Rph’eaen i różnoracy mieszkańcy Ghnti. Kiedyś rzekomo bywali nawet ludzie z Nur. Przechadzając się wśród straganów, nagle dostrzegł coś, co wprowadziło go w bezgraniczne osłupienie.

– Co to jest?! – krzyknął na sprzedawcę.

– Słucham? – spytał kupiec, bardzo zszokowany jego wybuchem.

– Pytam, co to jest? – powtórzył nieco grzeczniej.

– Figurka, Panie – wysapał. – Figurka prosto z Ghnti, Panie, przywiozłem ją tutaj. Ograbiliśmy jakichś dzikusów. Składali jej krwawe ofiary. Mówili, że to bogini ciemności, która opiekuje się ich ludem i pozwala im ujrzeć słońce, kiedy już napoi się krwią niewinnych i swoją władzą. Ciemne ludy, Panie. I strasznie głupie.

– Biorę! Ile za tę figurkę?

– Wystarczy Mortem – powiedział, uśmiechając się.

Naraal bez słowa wyciągnął monetę i dał kupcowi, ten zamruczał pod nosem niezadowolony.

– Mogłem powiedzieć dwa.

– Jak miała na imię? – spytał głośno.

– Co… Słucham?

– Jak na imię miała ta bogini?

– A nie wiem, Panie, nie pamiętam. Dziwne ghntijskie nazwy ciemnych ludów.

– Tyle mi wystarczy, dziękuję.

Naraal chwycił nefrytową, półmetrową figurkę przypominającą do złudzenia jego ukochaną. Nie mógł uwierzyć własnym oczom, ale uspokoił się. Zdał sobie sprawę, że od śmierci Teyrenae minęło czternaście lat. W dodatku przedmiot pozbawiony był kolorów. Po chwili zdał sobie sprawę, że to głupie. Całe życie za kimś się uganiał. Teyrenae przypominała mu Feyviti, tylko dlatego, że miała jasnoróżowe oczy i widział ją tylko we śnie. Natomiast ta figurka przypominała mu jego ukochaną żonę, dlatego, że nie widział jej lata. Wyśmiał samego siebie, że wyobrażał sobie kiedyś, że jego żona była ucieleśnieniem anielicy, która przybrała postać śmiertelniczki z tęsknoty za nim.

Niedługo miał dowiedzieć się o tym, jak niewiele się wtedy mylił i jak bardzo jednocześnie.

Wróć do domu.

Przypatrywanie się rzeźbie uruchomiło w nim jakieś dawne wspomnienia, których nie miał od lat. Jej głos znów rozbrzmiał w jego głowie. Możliwe, że były to jego własne uczucia. Coś kazało mu wrócić do Irnikralu.

Wybrał się więc w swoją ostatnią podróż… i wrócił do domu.

Trup Nuriego VI

Nuri przebudził się i zobaczył otwarte drzwi balkonowe. Zasłona falowała od lekkich powiewów wiatru, światło szarzejącego nieba wdzierało się do pokoju. Spojrzał na zegar parowy stojący na półce. Spał niespełna pół godziny. Z jednej strony miał dużo energii, lecz z drugiej wydawało mu się, że jego organizm jest wycieńczony, prawdopodobnie w efekcie „goblina”. Odwrócił się w stronę Nidrii, jednak jej nie było. Odczuł jakiś silny niepokój w sercu, jakby miało się coś wydarzyć. Przerażony błyskawicznie odwrócił się w stronę balkonu i rzucił się do niego biegiem. Pierwszą rzecza jaką zobaczył: to krągłe pośladki, kształtne plecy i burzę skołtunionych, blond włosów.

– Uwielbiam zapach poranka – powiedziała dziewczyna.

– Jesteś… naga – stwierdził zakłopotany. Nie chodziło o to, że onieśmielało go jej ciało, chociaż w sumie tak było. Kruk chciał podkreślić tym, że wdzięki jego ukochanej mogło teraz zobaczyć setki ludzi.

– Lubię być naga na powietrzu. Szczególnie w taki dzień jak dziś. Ten chłód i delikatny wiatr jest… miły. – Mówiła jak natchniona.

– Mimo wszystko teraz każdy może cię zobaczyć – próbował przekonywać Nuri.

– Powiedziałabym, że powinieneś spróbować, ale właśnie tego próbujesz. – Kontynuowała nie odwracając się w jego stronę.

Chłopak zdał sobie sprawę z tego, że nie ma sobie żadnego ubrania.

– Ale masz rację. Chodźmy do środka. – Dodała.

Nuri jak na zawołanie ruszył za nią. Wystarczyło mu kilkanaście sekund, by stwierdził, że jest mu przeraźliwie zimno. Zrobił kilka kroków, a dziewczyna pchnęła go na łóżko.
– Zgadnij na co nadszedł czas? – wyszeptała, drapieżnie pocierając swoimi nagimi lędźwiami o jego.

Nie musiał zgadywać. Przewidywał prawdopodobnie, że blondynka nie odwzajemniała jego uczuć, na tyle silnie jak on. Młody mężczyzna gdzieś w myślach, w odległej przyszłości planował już, jak dadzą na imię swojemu pierwszemu synowi.

***

Obiad zjedli w niedalekiej jadłodajni. Właściwie to tylko dla zasady. Narkotyki uśmierzały głód. Potem ruszyli na spacer do ojczyzny studenckiej imprezy – tajemniczego lasku przy internatach. Minęli gmach KRK. Nie zastanawiali się nad przyszłością, a przynajmniej Nuri o tym nie myślał… Zdawał sobie sprawę z tego, że ojciec pewnie już go szuka, ale nie zaprzątał sobie teraz głowy tą myślą. Do chwili, kiedy zauważył wpatrującą się w niego postać, stojącą przy białym gmachu głównym, Królewskiej Szkoły Rycerskiej. Odruchowo zacisnął rękę. Zaraz usłyszał syk Nidrii.

– Jesteś moją dziewczyną, przedstaw się ładnie. Zobaczył nas mój ojciec. Dobra? – wyszeptał prawie niezrozumiale i tak szybko, że wszystko zdawało się zlewać w jedno słowo.

– Co? – spytała blondynka odruchowo. Ułamek sekundy później kiwnęła potakująco.

– Słyszałaś, czy nie? – upewnił się

– Tak.

Pomimo delikatnie rozmazanego „goblinem” obrazu, chłopak dostrzegł wyraźnie ojca, który najpierw zlustrował go wzrokiem, a następnie towarzyszkę. Kilka kroków dalej, Serik skręcił gwałtownie i ruszył w stronę budynku. Było jasne, że starał się wyglądać jakby ich nie zauważył. Wyszło mu to jednak bardzo sztucznie. Początkowo zdziwiony Kruk w końcu doszedł do wniosku, że ojciec nie był tak głupi jak się wydawało, i rozumiał odwieczny konflikt pokoleń – nie zamierzał spłoszyć partnerki syna.

– To na pewno on? – spytała Nidria, kiedy zniknął za drzwiami bocznego wejścia do gmachu.

– Tak… – odpowiedział.

– Widział nas?

– Tak…

– Dlaczego nie podszedł?

– Nie mam pojęcia.

Trzymając się za ręce, skierowali kroki w stronę gąszczu zieleni, alejek oraz pijanych studentów.

***

Kolejne popołudnie z piękną Nidrią w krzakach, i tajemniczym proszkiem w organizmie spowodowało, że w głowie Nuriego zaczynały pojawiać się pytania. Zastanawiał się, kiedy wróci z tej oazy szczęścia do swojego nudnego i szarego życia. Opuścił dwa dni zajęć. Nie widział się też w tym czasie ze swoim ojcem, co mogło być ich najdłuższą rozłąką. Nie mógł przyznać się sam przed sobą, że nie chciał siedzieć w swoim pokoju w internacie i kontynuować roli szkolnego popychadła. Czuł gdzieś wewnątrz, wszystko bardzo szybko stanie się takie jak kiedyś. Nie opuszczało go wrażenie, że przygoda skończy się tak dynamicznie, jak tylko zaczęła, a jego najbliższa przyjaciółka – śmierć, da o sobie znać w najmniej spodziewanym momencie.

Ścisnął mocniej dłoń dziewczyny, kiedy paniczny strach zaatakował jego skołatany umysł.

– Auć! – syknęła

– Przepraszam – bąknął jedynie pod nosem i zamyślił się, patrząc przed siebie. Jak żeglarz obserwujący ciemniejące burzowe chmury na horyzoncie, choć pogoda była piękna.

Powoli zachodziło słońce. Ostatkiem sił przebijajało się pomiędzy konarami, na których ledwo trzymały się resztki suchych, brązowych liści. Wszyscy dookoła zdawali się rozkoszować ostatnimi ciepłymi dniami przed nadchodzącymi śniegami pory demona. Wydawało się, że cały internat opustoszał a ludzie kręcili się bez celu po kampusie poszukując ciepła. Nuri i Nidria mieli jednak wyznaczony kierunek – szli do apartamentu pięknej kochanki. Prawdopodobnie jedynej prawdziwej miłości chłopaka. Mijali spacerowym krokiem gmachy KRK, ale tym razem chłopak już się nie rozglądał w poszukiwaniu Serika. Nie bał się, że go spotka. Zresztą i tak prawdopodobnie ojciec był gdzieś w Xyranalu, gdzie wraz z innymi mistrzami lubił raczyć się piwem w miejscowych oberżach.

Kiedy po spokojnym spacerze dotarli prawie na miejsce, na niebie tkwił już Naer – biały księżyc. Gwar uliczny przerodził się z jednostajnego hałasu, w przyciszony, skryty szum. Przerywany od czasu do czasu głośniejszymi okrzykami dobiegającymi z wnętrza szynków. W powietrzu dało się wyczuć zapach nadchodzącego przymrozka. Kilkadziesiąt schodów później znajdowali się już w mieszkaniu. Ona – do połowy naga, on – gorączkowo rozbierający się.

***

Nuri obserwował jak ujeżdżająca go, krzycząca Nidria, się ponetnie wyprostowała, a jej pełne piersi zawadiacko podskakiwały. Kręgosłup lekko odchylał się w tył, napinając skórę i ukazując linię żeber. Poczuł jak ekstatyczna fala przyjemności opada na jego ciało, a od nagłej ekstazy przymykają mu się oczy.

Chwilę później dziewczyna wstaje i narzuca na siebie szlafrok. Przez moment jakby się zawahała. Potem kiedy ich wzrok się spotkał, uśmiechnęła się. A był to najpiękniejszy uśmiech jaki widział w życiu. Wydawał się tak szczery, szczęśliwy i radosny, jednocześnie pozbawiony trosk. Nuri widząc to piękne zjawisko, miał wrażenie jakby wszystkie wcześniejsze kłopoty zbladły i zniknęły. Po raz kolejny w jego głowie narodziła się jakaś nadzieja, że może ta kobieta będzie kiedyś matką jego dzieci. Przez sekundę widział ich razem – starych, bawiących się z wnukami. Pomyślał o tych wszystkich przygodach i trudach, które będą wspólnie dzielić. Choć to wszystko trwało jedynie chwilę, była to jedna z tych chwil, która pozostają w duszy na zawsze.

Dziewczyna podeszła do stolika nocnego.

– Mam coś dla ciebie – powiedziała, otwierając dolną szufladę. – Znalazłam to kiedyś w domu i od razu mi się spodobało, ale wolałabym żebyś miał to ty.

„Ethnu, co to piękne stworzenie we mnie widzi?” – spytał w myślach sam siebie, a potem dostrzegł w jej dłoni srebrną klamrę do płaszcza w kształcie kruka.

– Dziękuję – powiedział. – To… naprawdę piękne, ale… ja nic dla ciebie nie mam.

– Może kiedyś będzie miał. – Znów uśmiechnęła się, po czym wyciągnęła woreczek z „goblinem” i zapytała – Chcesz?

– Małą kreseczkę – odpowiedział z uśmiechem.

Odłożył sprzączkę na stolik nocny. Mimochodem zaczął obserwować, jak blondynka nożem do kopert dzieli narkotyk w odpowiedni sposób. Potem zwija leżący na stole kawałek papieru i wciąga go nosem. Odchyliła głowę do tyłu i wyciągnęła rękę do chłopaka. Gdy ten przejął „rurkę”, powolnym krokiem ruszyła w stronę balkonu. Nuri zerwał się z łóżka, podszedł do stołu. Po chwili w jego nosie zniknęło to, co przygotowała mu jego ukochana „na kolację”. Ostry, gorzki smak podrażnił śluzówkę. Wziął duży łyk wina z wypitej do połowy butelki, po czym ruszył za Orethówną.

Dziewczyna usłyszała jego kroki, odwróciła się i przytuliła bez słowa. Zrelaksowany i szczęśliwy Nuri, niespodziewanie poczuł szarpnięcie. Nidria zesztywniała. Zaczęła wydawać z siebie dźwięki jakby się dusiła. Puścił ją i zaczął obserwować jak z obu dziurek w nosie spłynęła krew. Młody Quankos zamarł. Niespodziewanie blondynka wychyliła się i bezgłośnie wypadła za niską, kamienną balustradę. Nuri wychylił się jedynie po to, żeby w słabym świetle ulicznych latarni dostrzec piękne, okryte niedbale szlafrokiem ciało, leżące z czaszką rozbitą o bruk.

W sekundzie jego tchórzliwe serce podpowiedziało mu co robić. Ubrał się, chwycił klamrę i pobiegł do internatu.

***

Nałożył na siebie płaszcz z szerokiem kapturem i wyszedł. W kieszeni leżała klamra. Dziękował Ethnu, że jej nie zapomniał. Ruszył w stronę centrum Xyranalu. Stamtąd udał się na północ ulicą Aerusa Xynthii, a potem skręcił na północny zachód w „Bohaterów Nur”. Kilkadziesiąt metrów dalej zobaczył bielejące pentagramy cmentarza. Urna z prochem znajdowała się już na honorowym miejscu. Dookoła zebrali się ludzie, których nie znał. Zarzucił szeroki kaptur na głowę i przysłuchiwał się odmawianej mszy. Był to standardowy pogrzeb kościoła Ethnu. Nigdy tak żarliwie się nie modlił. Mimo wszystko, chciał w tej chwili pozostać niezauważony. Omiótł wzrokiem tłum. Coś zwróciło jego uwagę. Dostrzegł pewną postać, która przez chwilę wydała mu się jego ojcem, lecz szybko zniknęła gdzieś w tłumie. Patrzył przez łzy, obraz się rozmazywał. Uznał to jednak za absurd, i już nie podnosił głowy oddając się żałobie. Nikt z zebranych nie zwracał uwagi na nieznajomego.

***

Zielona mgła rozprzestrzenia się we wszystkich kierunkach. „Co ja robię na pustyni?” – pyta sam siebie Nuri. Jego stopy grzęzną w piachu. Jest nagi na środku niczego. Jedyne, co widzi to nadchodzącą biel, która zbliża się w błyskawicznym tempie. Zatrzymuje się, spiętrza, jakby gęstnieje. Nie da się ocenić odległości. Czasem jest tuż przed nim, a czasem dzielą ich kilometry. Niespodziewanie tuż przed nosem Kruka, wyłania się z niej ręka, a po chwili druga. Staje nad nim ogromny rycerz, w pełnej zbroi płytowej. Trzyma w ręku miecz, który wydaje się nie mieć końca, a zielona zawiesina, ciągnie się za potworną postacią, niczym szkaradny cień. Na piersi woja widnieje wymalowane błękitne oko, które wykrzywia się w demoniczne oblicze, przybiera przerażające kształty.

– Kim jesteś? – pyta Nuri.

– Śmierć… – Słyszy szept, jak szum liści. Wydaje się jakby dobiegał z oddali.

– Gdzie jestem?

– Śmieeerć – sapie zjawa. Brzmi to jak ostatnie tchnienie człowieka z przebitymi płucami.

– Co się tutaj dzieje?! – krzyczy Nuri.

– Śmierć nadchodzi! – rozbrzmiewa niski, diabelski głos. Miażdży swoim basem psychikę młodego Quankosa. Od otaczającej ich niezidentyfikowanej, nienaturalnej pustki odbija się echo, które wzmaga się zamiast cichnąć.

– Kim jesteś?! – krzyczy chłopak, cofając się na wpółleżąco.

– Zdrajca! – rozbrzmiewa szept. Do niego dołącza inny zza pleców Nuriego, a następnie kolejne. Mówiące na przemian „śmierć” i „zdrajca”. W końcu zlewają się w jeden plugawy, jednostajny jazgot.

– Śmieeeerć… Nadchodzi! – wybija się ponad demoniczny chór głos spod hełmu upiora, brzmi jak mroczny dzwon z nekropolis, a Nuri błaga w myślach, żeby ten koszmar się skończył.

– Śmierć! Nadchodzi! – ryczy zjawa, przerywając co chwilę; wydaje się, że nie może złapać oddechu.

– Z twojej ręki! – ostatnie zdanie przeradza się w trupi skrzek. Rycerz zdejmuje hełm i schyla się. Nuri patrzy na bladą, martwą twarz swojego ojca.

– Oni wszyscy! Zginęli! Z twojej ręki! Jesteś! Zdrajcą! Ludzkości! – dyszy Serik, a jego oczy zdają się zbliżać. Wyglądają, jakby były ogromnymi dziurami w całej multisferze. Swoją pustką zasysają chłopaka do środka. Ten w tych koszmarnych źrenicach, będących uosobieniem śmierci, widzi jedynie tysiące trupów. Armie kościanych golemów. W swoim odrażającym kroku po tej bezmyślnej, pozbawionej ducha drodze sługi. Wtem martwa machina staje, wpatruje się dymiącymi, zwęglonymi oczyma. Salutuje, kłania się i rozpada.

***

Nuri budzi się z ogromnym bólem głowy. Początkowo nie poznaje miejsca, lecz po chwili odnajduje się we własnym namiocie. Wspomnienia poprzedniego wieczoru napawają go niepokojem. Dziwi łatwość z jaką rozmawiał z osobą nie posiadającą twarzy. Konwersacja z kimś, o takim wyglądzie wydaje mu się potworna, ale nie może ukryć przed sobą, że polubił lisza. Powoli wstaje z łóżka, w chwili kiedy wbiega doń królewski posłaniec.

– Lordzie Quankosie! Król pragnie oficjalnie zaprosić waszą lordowską mość na wieczorne spotkanie. – Mówi oficjalnym tonem goniec.

– Dziękuję, a gdzie? – pyta Kruk.

– Lordzie, przyjdzie po pana królewski wysłannik. – Odpowiada tak, jakby było to oczywiste. Nuri nie wie, że Ereitan III, robił tak zawsze. Podobnie, jak cały jego dwór i wszyscy bogatsi arystokraci. Jeszcze pół roku wcześniej był zwykłym, szarym studentem KRK.

– Rozumiem, a o której? – dopytuje.

– Spotkanie odbędzie się około dwudziestej. Około szesnastej przybędzie wysłannik, który pomoże się przebrać w wyjściową zbroję jego lordowskiej mości.

– Nie mam – stwierdza krótko. Etykieta nakazuje na wszelkie oficjalne uroczystości wkładać zbroje wyjściowe. Były one dość wygodne, dzięki użyciu magicznych stopów, ale nie nadawały się do walki. Dodatkowo kosztowały mniej więcej tyle, co dwa domy Quankosów wraz z ziemią.

– Rozumiem, królewski wysłannik przyniesie odpowiednią dla lorda. – Kontynuuje oficjalnym tonem.

– Dziękuję – mówi automatycznie Kruk. – W czymś jeszcze mogę pomóc?

– Jego ekscelencja przekazuje lordowi Quankosowi, żeby zgłosił się do królewskich stajni. – Oświadcza i wychodzi

Młody Quankos, lekko zdziwiony przygotowuje się do wyjścia. Myje się, a następnie ubiera. W momencie kiedy już ma opuszczać swoje prowizoryczne mieszkanie, jego wzrok pada na płaszcz leżący na ziemi. Chwilę się waha, po czym zakłada go na siebie, spinając pod szyją klamrą w kształcie kruka – jedyną pamiątką po miłości i prawdziwym szczęściu.

Wychodzi z namiotu, światło dzienne lekko go oślepia, szybko się przyzwyczaja. Po głowie wciąż chodzi mu ten dziwny sen, z którego pamięta jedynie, że był przerażający. Rozgląda się na boki, szukając stajni. Jednak w morzu namiotów nie może jej odnaleźć. Rusza wzdłuż głównej drogi, biegnącej przez obóz, stamtąd już bez problemu widzi swój cel.

– Tak? – Odzywa się stajenny. Nie było to raczej pytanie. Coś na zasadzie nieudanej próby zadania pytania.

– Nuri Quankos.

– Dyroni.

– Ja jestem Nuri Quankos… – Zaczyna, ale po chwili zawiesza się, czuje zbity z tropu. – Król wysłał mnie, po coś tutaj… tylko nie powiedział po co… panie… eee Dyroni. – jąka się młody lord.

– Dyroni to imię lordowskiego wija – odpowiada spokojnie mężczyzna, po czym znika w drzwiach prowizorycznej budowli.

Po chwili otwierają się wielkie odrzwia, a w nich ukazuje się czysta, demoniczna, istota czarna jak noc. Nuri wpatruje się w osłupieniu. Rozbłyskują żółte ślepia, a potężny gad zwija swoje skrzydła wielkości domu i opada na ziemię.

– To jest Dyroni – stwierdza stajenny. – Król kazał ją przekazać tobie panie. Co prawda lepiej, żeby nocowała tutaj. W sumie jeśli lord chce, może się na niej przelecieć?

Nuriemu głupio jest odmówić, ale podejrzewa, że jest jedynym wysoko urodzonym, który nigdy nie siedział na wiju. Ostatecznie decyduje się spróbować. Po krótkiej lekcji pilotażu, wsiada i rusza. Ludzie potem opowiadali, że cały obóz był w wymiocinach.

***

– Nuri Quankos – Kruk słyszy głos króla. – Lordzie Quankosie proszę podejść.

Nigdy nie był tak zestresowany jak teraz. Przechodzą go po plecach ciarki. Musi przejść przez czerwony dywan, wśród najwybitniejszych osobistości Xynthialu do prowizorycznego tronu, na którym siedzi Ereitan III. Potem musi uklęknąć i wbić swój miecz w drewniany podest, który jest częścią podłogi w ogromnym namiocie narad.

Nuriemu wydaje się, że dywan ciągnie się w nieskończoność, a wszyscy wytykają go palcami i się z niego śmieją. Zastanawia się, czy nie wygląda komicznie w świeżo sprezentowanej przez króla reprezentacyjnej zbroi. Wewnątrz ogarnia go panika, jedna z tych przy której człowiekowi wydaje się, że zapomina jak się chodzi.

Kiedy już pada na kolano przed władcą, ten się do niego odzywa.

– Za swoją wierną służbę, szlachetną walkę, przełamanie południowego frontu oraz oficjalne zdobycie miasta, ja król przekazuje rodowi Quankos, którego najstarszym żyjącym mężczyzną jest Nuri Quankos: willę, ziemię niedaleko Xyranalu, wija z królewskiej stajni i pięcioletnią pensję wysokości dwustu dukatów.

– Dziękuję panie, to zaszczyt móc ci służyć. – Nuri mamrocze pod nosem formułkę poprzednika.

– Obyś zawsze wiernie służył królowi i ojczyźnie – odpowiada monarcha.

– Fortan ger Nerok! – krzyczy król. – Lordzie Neroku, proszę podejść!

„I już” – myśli sobie Nuri. Ta myśl go uspokaja. Bardzo nie lubi być w centrum uwagi. Szybko wchodzi w zgromadzony tłum lordów. Gdzie oczekują na niego gratulacje poszczególnych autorytetów. Nagle zaczyna sobie zdawać sprawę, że zaczyna lubić bycie w centrum uwagi.

***

Nuri usilnie, przez resztkę wina, próbuje dostrzec dno pozłacanego kielicha. Wydaje mu się to jedyną ciekawą rzeczą, jaką może robić podczas dłużącej się narady.

Początkowo nawet trochę słuchał. Król mówił coś o zdobyciu Deriolu. Pochwalił kilka osób – w tym jego. Wytknął parę błędów, a potem temat przeszedł na oblężenie Istrolu, które tak udane nie było, ponieważ miasto nadal jest w trakcie działań wojennych. Rozmawiano o dalszych planach, kierunkach ofensywy i tego typu sprawach.

Kruk jest wdzięczny wszystkim za to, że nikt nie pyta go o zdanie. W sumie i tak nie wiedziałby co powiedzieć. Właściwie to taka nieformalna narada. To tylko burza mózgów, a właściwie sprawdzeniem czy któryś z „młodych” (czyli takich jak Nuri) lordów, wpadnie na jakiś interesujący i godny uwagi pomysł. Wszystko i tak zostanie ustalone na tajnym spotkaniu, które odbędzie się gdzieś i kiedyś. Tego się mogli jedynie domyślać.

– Myślę, że już wszystko ustalone – głos Ereitana III dobiega do uszu młodego Quankosa. – Czas przejść do istotniejszych spraw.

Król wstaje, wszyscy z zainteresowaniem skupiają na nim wzrok.

– Wóda i dziwki! – krzyczy król tak niespodziewanie, że Nuri aż podskakuje.

Zgromadzeni zaczynają bić brawo, a chłopak w oszołomieniu rozgląda się na boki. Zza kotary wychodzą nagie dziewczęta, każda niosąca duży, kryształowy kielich wypełniony po brzegi przezroczystym płynem. Patrzy na naczynia, ale nie może odgadnąć co jest w środku. Władca wspomniał o wódce, ale kielichy wyglądają na około półlitrowe. Kiedy w końcu naczynie zostaje mu wciśnięte do ręki, i pochyla się nad nim uśmiechająca naga brunetka, o pełnych piersiach i smukłej talii, szkło prawie wypada mu z dłoni. Z przerażeniem patrzy na zgromadzonych: lordów, nauczycieli, dowódców czy magów, często starszych mężczyzn. Dostrzega klepnięcia po tyłkach, czy przytulania. Zdezorientowany zerka na króla, który wykrzykuje: „Za zwycięstwo panowie, dziś świętujemy! Do dna!”. Trzema haustami wypija zawartość i rozbija o drewniany podest misternie rżnięte, szklane arcydzieło. Nuri kilka miesięcy wcześniej ukończył KRK i nie spodziewał się, że podczas narady wojennej, z całą powagą i królewskim majestatem, na jego oczach będzie ogrywała się samobójcza, alkoholowa orgia. Sam zapach tego trunku go odrzucał. Jednak ostatecznie zatyka palcami nos i rozpoczyna mozolną próbę wychylenia zawartości do gardła. W tym samym czasie do jego uszu dochodzi brzęk rozbitego szkła, śmiech dziewczyn i ożywione rozmowy. Kiedy wreszcie opróżnia szkło, dławiąc się wódką, rozbija je o podest. Patrzy w błękitne oczy usłużnie stojącej przed nim brunetki W końcu ta odzywa się do niego uwodzicielkim tonem:

– Słyszałam, że jesteś bohaterem? Może pomóc ci zdjąć zbroję? – Nuri nie słyszy. W jego umyśle kołacze tylko myśl: „Za trzy minuty skończy się dla mnie ta impreza”.

Dziewczyna prawdopodobnie uznaje, że milczenie jest potwierdzeniem. Przystępuje więc do rozbierania chłopaka. Kruk nagle wpada w panikę, ale szybko dochodzi do siebie rozgladając sie nerwowo. Ku swojej uldze dostrzega, że reprezentacyjnych zbroi pozbywają się wszyscy. Rozluźniony wygodniej mości się na krześle. I to jest jedna z ostatnich rzeczy jakie pamięta z tego wieczoru.

***

Patrzy na przykrytą szerokim kapturem, nagą czaszkę. Z oczodołów której „wypływają” kolorowe płomienie.

– Dlaczego… dlaczego jesteś taki? – Pytał Nuri otumaniony pijackim zwidem.

– Martwy? – Pyta Veyrix, po czym wlewa w siebie duży łyk fosforyzującego seledynem napoju. Kruk nie ma pojęcia co on pije, bo co może upijać trupy?

– Dokładnie – odpowiada z trudem chłopak.

– Umarłem. – Stwierdza lisz.

– Aha – Potwierdza, ale zajmuje mu to chwilę, żeby przetrawić wszelkie informacje. – Ale dlaczego żyjesz?

– Przecież nie żyję.

Nuri wpada w konsternację. Jego otumaniony alkoholem umysł wie, że w tej rozmowie wszystko się zgadza, ale jakoś jego prywatne meritum zostało pominięte.

– Żartuję oczywiście. – Dodaje po chwili prawa ręka króla. Nuriemu przychodzi do głowy, że „martwa ręka” pasowałaby bardziej. – Widzisz, lisze są potężnymi magami, którzy w obawie przed śmiercią przeprowadzili potężne rytuały. Ich ciała uległy rozkładowi, nigdy jednak nie obumierają, wspierane magią zamkniętą w duszy, która nie ulatuje przed obliczę Ethnu. Jak już mówiłem ciało jeszcze żyje, przynajmniej hipotetycznie.

– Mądre – kwituje. Chociaż nie rozumie ani słowa, ogólny sens wydaje się mu jasny. Po chwili dopytuje dalej.

– Warto było? Jak długo tak już żyjesz? Ile masz w ogóle lat?

– Żyje już dobre sto trzydzieści pięć lat, w takiej formie siedemdziesiąt. Czy warto było? Z perspektywy wszystkich lat, które już egzystuję, okropności które widziałem, zawodów których doświadczyłem, porażek które mnie dotknęły – to tak. – Stwierdza.

Nuri mysli, że Veyrix uśmiechnąłby się teraz, gdyby tylko miał usta.

– Słuchaj, a jak można się nauczyć tego tam… wiesz. – Bełkocze Nuri

– Wiesz co Nuri? Lubię cię, dlatego powiem ci, że jest pewna księga. – Chłopak zdaje sobie sprawę, że lisz jest już podpity. Nuri miał wcześniej problemy z zauważeniem tego, ponieważ jego towarzysz było bardzo blady.

– Jaka księga?

– Czarna.

– Czarna księga?

– Tak.

– A gdzie znajdę tę księgę.

– No i tu jest problem. Została zamknięta przez valandriolskich arcymagów w piwnicach Wielkiej Biblioteki Królewskiej w Vironolu. Nie oddadzą jej za nic, dlatego niestety – umrzesz. Jest jeszcze inna droga, można czytać przekłady wielkich mistrzów, lecz są one często niebezpieczne albo też nieskuteczne.

Po tym zdaniu czerń znów wlewa się w pamięć Nuriego, pozbawiając go części wspomnień z tegoż wieczoru. Cała rozmowa wydaje mu się jedynie wysepką w morzu alkoholowego upojenia.

***

Nuri budzi się po „naradzie wojennej” z koszmarnym bólem głowy. Jedna myśl zrywa go ze snu o wschodzie słońca, coś co nie daje mu spać. Dość szybko, jak na skacowany mózg, identyfikuje problem i zdaje sobie sprawę, że chodzi o jedną z niewielu rzeczy jakie pamiętał z ostatniego wieczoru – rozmowę o „Czarnej Księdze”. Coś niepowstrzymanie ciągnie go w jej stronę. Może to jego własne tchórzostwo i pragnienie nieśmiertelności? Może to przyjemne wrażenia z poznania nieumarłego? A może odwieczna fascynacja jego najbliższą i jedyną przyjaciółką, która przez całe jego życie, wciąż niespodziewanie je zmieniając, pojawiała się i znikała – śmiercią?

***

Kruk kracze. Siedzi na nagiej skale. Dziobie dwukrotnie suchy kamień i kracze znów. Wzlatuje tuż nad oceanem. Z głębin wyrywają się wiecznie głodne szczęki rozpruwając powierzchnię wody, o milimetry tylko mijając ptaka.

Nuri leci nad nieskończonym morzem, zalewającym całą planetę. Nie wie jak długi czas spędził już w tej sferze. Zdaje mu się, że czas nie płynie. Oprócz pieniących się co jakiś czas pod nim mikrofal, nic nie ulega tu zmianie. Nieliczne, suche skały wystające ponad powierzchnię wody, zawsze są w tym samym kształcie. Powierzchnia wody jest prawie zawsze idealnie gładka. Odbijające wszystko w swojej niezmierzonej toni jak w zwierciadle. Jedynie, gdy stwory wynurzają się z głębin, tafla tylko drga. Nigdy nie pojawiają się żadne chmury czy deszcz. Temperatura nie ulega zmianie, a słońce zawsze wisi wysoko, dokładnie nad nim, i nie opuszcza go ani na krok. Czasem dostrzega w oddali zarysy innych osób, ptactwa czy mistycznych stworzeń. Jednak nie potrafi stwierdzić czy to inni potępieni, miraż czy wytwór jego oszalałego z samotności, pragnienia umysłu.

Chce mu się pić. Niewyobrażalnie. Ileokroć zbliża się do położonej pod nim wody, potworne szczęki wyłaniają się, starając go chwycić. Zetknięcie z nimi to niewyobrażalny ból, taki który żywych ludzi zwykle popycha do samobójstwa.

Nuri zastanawia się czy „oprawcy”, jak ich nazywa, (choć nigdy nie miał pewności, że jest więcej niż jeden) są rzeczywiście jego katami, a nie jedynie uwięzionymi po drugiej stronie piekła, wiecznie głodnymi potępieńcami. Ethnu miał poczucie humoru, zamykając go w ciele kruka, w tym piekle.

Niespodziewanie robi się ciemno, a po chwili ptak zaczyna widzieć więcej. Przypomina mu to czas, kiedy jeszcze jako człowiek gasił światło, a oczy miarowo przyzwyczajały się do mroku, wychwytując coraz to więcej szczegółów. Kiedy to było? – Nie pamięta, ale koszmarnie dawno. Teraz natomiast widzi setki do złudzenia przypominających wpatrzone oczy płomieni, świecących setkami kolorów. Zauważa jednak od razu, że coś się zmieniło. Widzi jakby więcej ma też wrażenie że czuje swoje ręce i dłonie, ale i jednocześnie skrzydła. Czy Ethnu wymyślił mu nową potworną, obłąkaną karę? Na co mógł wpaść umysł tak nieskończenie bystry i obszerny jak jego? Patrzy przez chwilę na swoje dłonie, wydają mu się jakimiś potwornymi kończynami, kamiennymi szponami. Ogląda swoje skrzydła wyglądające jak poskładane z drewnianych belek, szkaradne i pełne okropieństwa, niczym nie przypominające jego poprzednich, pięknie opierzonych i lśniących.

Wtem coś dostrzega, spogląda w dół i zauważa dwa płomienie „wpatrzone” w niego. Widzi po chwili upiorny, trupi zarys, dwukrotnie mniejszy od niego. Spogląda w oczy osobie, która wydaje się być jego pierwszym towarzyszem, od czasu upiornej wieczności, jakiej doświadczał. Uderzenie zwala go z nóg i pozbawia świadomości. Niewyobrażalny ból jakiego doświadczał przy dotknięciu potwornych szczęk oceanu piekła, powraca. Makabrycznym szponami łapie się za swoją kościstą głowę i wyje. Napawa go to obrzydzeniem. Potworny dźwięk dochodzi z jego gardła. Dookoła niego fioletowe barwy błyskają oślepiającym światłem. Groteskwoe szkielety otaczają go ze wszystkich stron. Stara się tego nie dostrzegać. Chce znów być krukiem, nie zasłużył na to. Cokolwiek robił w poprzednim życiu. Na to nie zasłużył. Czerwień zalewa wszystko. Czuje pewną zmianę. Otrzymuje coś na wzór wolności. Jego kąt widzenia zmniejsza się i zapada prawie całkowita ciemność. Znów jest ptakiem. Odlatuje z tego beznadziejnego wybryku Ethnowej rządzy sprawiedliwości. Kiedy już jest kilka metrów nad ziemią, jego duszę przechodzi przenikliwy ból… już wie wszystko. Macha dwa razy skrzydłem, obserwując tysiące płomyków świecących pod nim. Schodzi niżej i znów zmienia się w gigantnyczne obrzydlistwo, złożone z kości i magii. Obserwuje chwilę swoje ręce i patrzy w dół. Dostrzega teraz wyraźnie płomienie w oczach i wszystko pamięta.

– Witaj panie – rozczytuje z feeri barw w magicznym płomieniu.

– Naer… – szepcze, choć nie wierzy, żeby z jego skamieniałej czaszki dochodzi dźwięk.

– Oczekiwaliśmy ciebie, witaj w swoim królestwie. – Oświadcza jego namiestnik, a Kruk znów czuje się Nurim. Teraz nabiera pewności siebie, to miejsce wydaje mu się domem, którego nigdy nie miał. Trafił z piekła wprost do swojego własnego raju.

Trup Nuriego V

– Gdzie ja, kurwa, jestem?! – krzyknęła nagle, budząc Nuriego. Ten zerwał się na równe nogi i przypomniał sobie wydarzenia z wczorajszego wieczoru. – Znam cię. Widziałam cię wczoraj na schodach. Co ja tutaj robię? Dlaczego jestem związana? Co mi zrobiłeś?!

– Po kolei… – zaczął uspokajająco. – Związałem cię dla twojego i swojego bezpieczeństwa. Nic ci nie zrobiłem… Co tutaj robisz? – powtórzył pytanie jakby do samego siebie. – Nie jestem pewien… Po prostu byłem świadkiem… niecodziennych wydarzeń. Widzisz… Wczoraj… zabiłaś człowieka.

Dziewczyna wpatrywała się chwilę w przestrzeń, a następnie spojrzała na Nuriego.

– Kogo? – zapytała wreszcie.

– Nie znam. Był na schodach, kiedy… – zaczerwienił się zawstydzony. – Kiedy spadałem ze… nieważne.

– Ach, to ten gnój, co cię popchnął?

– To on? Byłem pewien, że nikt młodszy nie ośmieli się na taki wybryk.

– Teraz na pewno nie. No, ale dlaczego leżę tu związana?

– Rzuciłaś się na mnie z nożem. Musiałem się bronić; ogłuszyłem cię i przyprowadziłem tutaj.

– A co z trupem? – spytała tak, jakby mordowanie studentów było dla niej czymś na porządku dziennym.

– Spaliłem go na popiół.

– Przykro mi, że ciebie zaatakowałam.

– Byłaś naćpana.

– Ten gnój i tak na to zasłużył. Pomijając nawet to, co zrobił tobie. Próbował mnie zgwałcić.

Nuriemu spadł kamień z serca, kiedy to usłyszał. Nie chciał, żeby dziewczyna, w której się zakochał, była jakąś walniętą psychopatką.

– Rozwiążesz mnie? – spytała nagle.

– Oczywiście. Bałem się, że obudzisz się w nocy i poderżniesz mi gardło – powiedział, po czym odwiązał jej jedną rękę. Aby uwolnić drugą, musiał zawisnąć nad dziewczyną.

– Tobie bym nigdy czegoś takiego nie zrobiła – powiedziała namiętnie, złapała go wolną dłonią za plecy i przycisnęła do siebie, wpijając się w jego usta.

***

Nuri poczuł przyjemny prąd, który przeszedł wzdłuż jego kręgosłupa. Chwilowo go zamroczyło, osłabł, a jego ciało zaczynało ogarniać pełne rozkoszy odrętwienie. Momentalnie cały się rozluźnił i opadł obok nagiej piękności.

– To był twój pierwszy raz? – zapytała.

– Tak… – wysapał z trudem.

– Nie było tak źle – powiedziała z uśmiechem na ustach. – Trochę popracuję nad tobą i będziesz idealnym kochankiem.

Zapadła cisza. Quankos zastanawiał się nad tym, co się właściwie dzieje. Jeszcze kilkanaście godzin temu całe jego życie było nudne i szare, bez perspektyw na poprawę. Potem zdarzył się dziwny wypadek, a następnie był świadkiem morderstwa. Zdał sobie sprawę, że owe dwa trupy przysłużyły się mu bardziej niż cokolwiek innego. Nie potrafił tego zrozumieć, postanowił więc ten fakt zaakceptować. Uznał w dodatku, że jest zakochany i nie powinien analizować takich rzeczy.

– Nidria – powiedziała nagle.

– Słucham?

– Nidria Oreth – powtórzyła. – Tak się nazywam.

– Ach… – zamyślił się. – Nuri… Nuri Quankos.

– Twój ojciec jest lordem magistrem?

– Tak.

Znów zapadła cisza. Tym razem chłopak podniósł się ciężko na ramieniu i popatrzył na piękność leżącą w jego łóżku. Nigdy nie widział nagiej dziewczyny. Nawet nie miał gdzie. Natomiast teraz jedna, o prawie idealnym ciele, leżała naga, związana, w jego łóżku i wykazywała co najmniej zainteresowanie jego osobą.

– Rozwiązałbyś mnie? – spytała retorycznie.

– Oczywiście! – odparł szybko Nuri. – Zapomniałem o tym.

Uwolnił jej kostki i ręce. Właściwie ze swojego pierwszego razu niewiele pamiętał. Dziewczyna rzuciła się na niego, kazała się najpierw rozwiązać, rozebrać, a potem znów związać i „pieprzyć”. Patrzył na jej zjawiskowe, nagie ciało, nie będąc w stanie oderwać wzroku. Nie mógł zrozumieć, jak to się stało, że zakochał się w dziewczynie i następnego dnia wylądował z nią w łóżku. Było to coś, co zawsze zdarzało się komuś innemu.

Patrzył urzeczony, jak się ubiera. Nawet nie chodziło już o to, że było to dla niego coś ekstremalnie podniecającego – chociaż było. Przyglądał się jej z ciekawością biologa, który obserwuje nieznany sobie gatunek zwierzęcia odprawiającego dziwny rytuał.

Nidria ubrała się szybko, wstała i podeszła do biurka. Wyjęła drewniane, ozdobne pudełeczko i wysypała z niego jakiś zielony proszek.

– Masz tu gdzieś jakąś kartkę papieru? – spytała.

– Po co ci?

– Weźmiemy po kresce.

– Co? Żebyś znów chciała mnie zabić?

– Nie! To nie to! Wczoraj wzięłam coś innego, eksperymentalnie. Tamtego gówna nigdy już nie zażyję.

Nuri czytał kiedyś broszurkę o narkotykach i ich zgubnym działaniu: o tym, jak niszczą człowiekowi życie, gdy zaczyna oszukiwać sam siebie, o tym jak trują i zabijają – jednak kompletnie ją zignorował. Głównie dlatego, że narkotyki były dla niego tym, czym dla większości ludzi – czymś, co gdzieś jest, ale nikt nie wie gdzie. Wiedział oczywiście, że studenci z KRK ćpają, ale nie wiedział co, ani kto. Natomiast teraz miał wreszcie okazję posmakować zakazanego owocu, który kojarzył mu się z ludźmi popychającymi słabszych, w tym jego. A jak każdy gnębiony człowiek – chciał gnębić.

– W szufladzie – powiedział, patrząc jej w oczy. Serce zaczęło mu kołatać. Stresował się. – Co po tym będzie?

– Będziesz czuł się lepiej, myślał jaśniej i szybciej, nic nie będzie cię boleć.

– Ciekawe – stwierdził krótko. – Jak się nazywa?

– Goblin – odparła krótko.

– Głupia nazwa – ocenił jak prawdziwy znawca. – Jest w ogóle taki wyraz?

– Teraz już jest – mówiła, rwąc kartkę i odpowiednio ją składając, by powoli uformować rurkę.

Usypała dwie kreski z zielonego proszku i do jednej z nich przyłożyła wetkniętą do nosa papierową rurkę. Po chwili połowa leżącego na stole Goblina zniknęła.

– Twoja kolej – powiedziała, podając zwitek Nuriemu. Zrobił to samo, naśladując dziewczynę.

***

Mimo, że był już na siódmym roku, dopiero teraz, pierwszy raz w życiu, opuścił zajęcia. Wiedział, że ojciec i tak się dowie, ale w tej chwili miał to gdzieś.

Leżeli razem nago, jakby nigdy nic, wpatrywali się sobie w oczy i rozmawiali. Patrzył na jej nagie piersi i na jej cudowną talię. Trzymał swoją dłoń na jej krągłym pośladku i opowiadali sobie nawzajem z nienaturalną szczerością całe życie. Nie wstydzili się niczego. Chłopak wspominał swoją przeszłość, oczekiwania ojca wobec niego czy ich wspólne wycieczki. Szczególnie tę pamiętną, w góry Irnifalii. Nidria natomiast opowiadała mu o swojej rodzinie, o tym, że uczy się magii w żeńskim oddziale KRK. Nadmieniła, że pochodzi z portowego Arxialu, a rodzice kupili jej mieszkanie w Xyranalu. Wszystko, co mówiła, wydawało mu się interesujące, a z drugiej strony chciał się podzielić wszystkim, co przychodziło mu na myśl. Rozmawiali tak, nie licząc godzin, które płynęły niezatrzymanie.

Nagle blondynka rzuciła propozycję, żeby udać się do niej, na co Nuri ochoczo przystał. Kiedy tak szli przez kampus KRK, trzymając się za ręce, napompowani mieszanką narkotyków i miłości, chłopak czuł niewyobrażalne wcześniej szczęście. Nie pamiętał żadnych trosk ani zmartwień, które nękały go jeszcze dobę wcześniej.

***

Kolejny akt miłosny wprowadził w osłupienie organizm Nuriego bardziej niż jego samego. Z jednej strony on – siedemnastoletni prawiczek, zawsze bez przyjaciół, zawsze samotny, pozbawiony osoby, która mogłaby go wesprzeć, z ojcem wymagającym rzeczy, które wraz z jego dorastaniem okazywały się niemożliwe do wykonania. Natomiast z drugiej ta piękna blondynka – o ponętnych kształtach, i jednocześnie ćpunka, która nie wiadomo dlaczego, wybrała akurat jego – dawała mu wszystko. Czuł, że ona rozumie go lepiej niż ktokolwiek inny kiedykolwiek, a przecież znali się ledwie kilkanaście godzin. I to zrozumienie nie wynikało z faktu, że była jego pierwszą kobietą, ale że akceptowała go takim, jakim jest.

– Nad czym tak myślisz? – spytała nagle. Siedział na krańcu łóżka i wpatrywał się w ścianę. Rozkoszował się tą sytuacją, chwilą, czymkolwiek, co wyrywało go z dna, za jakie uważał własne życie.

– Kocham cię.

Zachichotała i spojrzała mu w oczy, jakby czekając, aż się uśmiechnie. Jednak on nadal po prostu patrzył.

– Znamy się dość krótko.

– To nic zobowiązującego.

– Jak to?

– Po prostu twoje pojawienie się uświadomiło mi, jak bardzo moje życie jest beznadziejne. Nigdy nie miałem przyjaciół ani możliwości, by choć dotknąć kobiety. Zresztą, co ja gadam, chociaż z nią porozmawiać. Podzielić się emocjami. Kiedy tylko cię ujrzałem, tam na schodach do gmachu, pomyślałem sobie: „Zabiłbym się dla takiej dziewczyny”. Teraz kiedy ciebie widzę – najwspanialszą piękność, jaką kiedykolwiek cieszyły się moje oczy – wiem, że byłem głupi i słaby. Wiem, że teraz powinienem stwierdzić: „Zabiłbym dla takiej dziewczyny”. Moje życie to pasmo porażek i dopiero ty pomogłaś mi uświadomić sobie, że nie zawsze tak musi być. Dotarło do mnie, że może nadejść czas, kiedy to ja będę kreował środowisko dookoła mnie, a nie jedynie się do niego dostosowywał.

– Masz trochę racji – powiedziała z zamyśloną miną. Nuri obserwował jej oczy, choć tak naprawdę obserwował kątem oka kształtną pierś unoszącą się wraz z każdym oddechem. Cieszył się, że wreszcie znalazł osobę, która nie tylko go słucha i rozumie, ale z którą znalazł wspólny język.

– Walniemy kreskę? – zaproponowała nieoczekiwanie, jakby przypomniała sobie o czymś ważnym.

Nuri posmutniał, ale gdy spojrzał znów na jej nagie piersi, doszedł do wniosku, że w sumie nie jest tak źle.

***

– Nie żyje – dociera do uszu Nuriego.

Początkowo czuje dziwne, przyjemne odrętwienie, ale w momencie, gdy chce choćby dać znać swoim ciałem, że żyje, łapie go potworny ból.

Każdy jego mięsień zaczyna drgać, a setki informacji o uszkodzonych tkankach płyną połączeniami nerwowymi do mózgu.

– Porusza się – słyszy inny głos. – Oddycha! Żyje!

Nieskutecznie próbuje otworzyć oczy. Przez półotwarte powieki dostrzega tylko zarys dwóch postaci; po chwili w większej odległości pojawiają się inne. Paraliżujący ból przeszywa jego ciało.
– Niemożliwe, że to przeżył – mówi pierwszy głos, który teraz wydaje się jakiś dziwny, w pewien sposób martwy i kościsty.

– Quankosi zawsze przeżywają. Twardy ród. Może i mało liczny, ale od pokoleń niemożliwy do wybicia – mówi drugi. – Niewątpliwie to jego miecz tkwi w trzewiach namiestnika Deriolu.
Nuri, wyrywany przez ból i zmęczenie poza świadomość, podnosi rękę w stronę głosów.

– Ulecz go – kontynuuje drugi głos. Po kilku sekundach krzyczy, w jego tonie słychać osobę, która często wydaje rozkazy. – Ulecz go, durniu!

– Już! Oczywiście, panie! – odpowiada ten brzmiący martwo.

Błękitne światło przesłania Nuriemu i tak już zamazany i ledwo majaczący widok. Kilkanaście sekund później czuje ulgę, jednak nadal nie może na niczym skoncentrować wzroku.

– Gratulacje, chłopcze – zwraca się do niego głos. Chaos, jaki następuje w głowie chłopaka, uniemożliwia identyfikację. – Zostałeś bohaterem. Należy ci się nagroda.

– Zdejmij z niego zbroję – dodaje po chwili.

Kruk czuje szarpnięcie. Ból przechodzący przez ciało wzmaga się.

– Nie tak, durniu! Magią! – krzyczy znów ten sam głos.

Feeria barw ponownie go oślepia. Ogarnia go przyjemny chłód, a jedynie od czasu do czasu ma wrażenie ciepła we wszystkich członkach. Czuje, jak jego umęczone, skatowane ciało, w niektórych miejscach unieruchomione uszkodzoną zbroją, jest masowane magią delikatnie niczym podmuchem wiatru. Pomimo bólu powoli ogarnia go relaksująca senność. Odpływa w kojącą krainę nieprzytomności.

***

– Witaj, mój chłopcze – dobiega go dziwnie znajomy głos; ten sam, który zdawał się być jedynie nocną marą. Nuri otwiera powoli zaspane oczy i patrzy na stojącą nad nim postać. Identyfikuje ją jako Ereitana III Xynthię – króla Xynthialu.

– Królu? – pyta zaspanym głosem.

– Osobiście przyszedłem sprawdzić, jak się czujesz – mówi z uśmiechem władca.

– Wydaje mi się, że… dobrze. Właściwie, to zadziwiająco dobrze! – Chłopak zrywa się z łóżka i pyta zdezorientowany – Co się stało?

– Panie? – słyszy głos, drugi, jakby kościsty. Kruk nie traci wrażenia, że głos ten jest w pewien sposób martwy. Kiedy tylko postać wchodzi do namiotu, domyśla się dlaczego. Stoi przed nim lisz.

– Słucham cię, Veyrixie – król przemawia spokojnym tonem.

Lord Arestog prosi o jak najszybszą audiencję. Mówi, że jest to dla niego bardzo pilne i ważne.

– Naraal?

– Neriv. Lord Naraal nie żyje od pięciu lat.

– Gdzie jest?

– Przed królewskim namiotem.

– Dobrze, już do niego idę. Ty tymczasem odpowiedz na pytania lorda Quankosa.

Nuri początkowo nie jest pewien, czy rozmowa dotyczy jego czy ojca. Musi minąć ułamek sekundy, zanim odkrywa, że to o nim mowa. Momentalnie czuje dumę, że jest tytułowany przez samego króla lordem, a przecież liczy sobie ledwo osiemnaście lat.

– Veyrix Duren, prawa ręka jego królewskiej mości – mówi lisz, wyciągając w stronę chłopaka swoją pozbawioną skóry i mięśni dłoń. Ten waha się, ale ostatecznie ją ściska.

– Nuri Quankos – mamrocze nieśmiało. Widok postaci zbudowanej z kości połączonych magią, której oczy płoną dziwacznym, różnobarwnym światłem, jest krępujący. Zapada kilkusekundowa cisza, którą przerywa lisz:

– Tak więc może zacznę od przekazania przykrych wieści. Lord Serik Quankos wczorajszego dnia oddał swoje życie ku chwale ojczyzny. – Brzmi to dumnie, jednak w jego tonie nie ma ani krzty żałoby. Właściwie mówi to tak, jakby przekazywał: „Bezpiecznie wrócił do domu i jest szczęśliwy”. – Król powinien być tu osobiście, jednak z racji tego, że ma dziś setki spraw na głowie, musiał przysłać mnie. Lord Arestog to tylko wymówka, setki innych chce się z nim spotkać. Musisz mi, chłopcze, opowiedzieć wszystko, o tym, co wydarzyło się wczoraj.
Nuri w kilku zdaniach streszcza, jak to sforsował front przy południowej bramie, a następnie prowadząc biegnących za nim przypadkowych ludzi, wprowadził ich do samego Złotego Pałacu, gdzie w samobójczej misji udało mu się zabić lorda-namiestnika Deriolu. Następnie z trudem przypomina sobie uderzenie zaklęcia i moment, kiedy uniósł się w powietrzu, a wszystko finalizuje doznaniem czarnej luki w pamięci.

– Wpadłeś na drewnianą ścianę wieży kościoła ethnustów. Budynek pod wpływem wybuchu przechylił się, a ty zsunąłeś się i wylądowałeś w miękkim błocie. Wyczerpałeś już chyba swój limit szczęścia. Ethnu musi nad tobą czuwać – dopowiada lisz. – Ostatnie punkty oporu zostały złamane godzinę po zabiciu lorda-namiestnika, potem zaczęło się poszukiwanie rannych. Kiedy zameldowano królowi o mieczu rodziny Quankosów, nasz pan był pewien, że to twój ojciec tego dokonał, jednak znaleźli się świadkowie, którzy mówili, że zginął z rąk jakiegoś kowala, zanim jeszcze pierwsza fala dotarła do murów. Dlatego musieliśmy wypytać cię o okoliczności.

– Tak, to ja zabiłem lorda-namiestnika – stwierdza Nuri.

– Dlatego jesteś zaproszony jutro wieczorem na zebranie rady lordów. Zbroja i miecz dla ciebie będą gotowe rano i przyniesione tutaj.

Osiemnastoletni młody lord Quankos, słysząc te słowa, czuje jak serce bije mu szybciej. Do niedawna żył w przekonaniu, że przez następne lata będzie patrzeć w oczy swojego ojca, zażenowanego jego postawą, że nigdy mu nie dorówna ani umiejętnościami, ani zasługami. Zaproszenie na zebranie rady lordów samo w sobie stanowiło ogromne wyróżnienie, a to dopiero początek lawiny nagród i zaszczytów. Szkoda tylko, że ojciec nie dożył tej chwili, momentu chwały własnego syna.

Rozmawia jeszcze kilka godzin z Veyrixem. Początkowo dyskutują o bitwie i jej przebiegu oraz o dalszych planach ofensywy Xynthialu – teraz Nuri jest człowiekiem, przed którym, wedle prawa, nie trzeba ukrywać spraw państwowych. Kruk szybko oswaja się z obecnością nieumarłego, a sama rozmowa zaczyna go w niewyjaśniony sposób fascynować.

Trup Nuriego IV

Stanął jak wryty. Zbladł. Niewątpliwie ujrzał najpiękniejszą kobietę w swoim życiu. Wydawała się idealna: piękne oczy, miękkie, lekko pofalowane blond włosy. Patrzył jak zahipnotyzowany na jej długie, zgrabne nogi, których zarys przebijał się przez wąskie, tkane spodnie. Podziwiał jej obfite piersi wyeksponowane przez głęboki dekolt. Spojrzała na niego i obdarzyła przelotnym uśmiechem. Jej spojrzenie miało jakiś tajemniczy, uwodzicielski poblask, jakby oznajmiało: „kochasz mnie”. Poczuł fale ciepła rozchodzące się po ciele jak po mocnym alkoholu, który podkradł kiedyś z ojcowskiego barku.

I nagle… zobaczył schody z bliska. Promienisty ból u nasady nosa na chwilę go otępił. Leżał na schodach, a na białym marmurze zaczęły pojawiać się czerwone krople.

– Kra! Kra! Kra! – usłyszał za sobą prześmiewcze krzyki.

Banda gówniarzy z młodszych roczników biegała dookoła, kracząc i symulując machanie skrzydłami. Spojrzał na miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stała jego bogini, ale teraz było puste. Zażenowany wstał i ruszył szybkim krokiem w stronę internatu. Rzucił jeszcze okiem na stojącą na schodach hałastrę – gnojki mogły się z niego wyśmiewać, ale żaden nie odważyłby się go tknąć. Nie potrafił powiedzieć, któremu zawdzięcza upadek.

Przypomniał sobie Neriva Arestoga, który skończył szkołę dwa lata wcześniej. Jak on tego człowieka nienawidził! Był uosobieniem wszystkiego, czego Nuriemu brakowało. Nie dość, że walczył i czarował jak demon, to jeszcze imponował skromnością. Niewielu uczniów podczas tradycyjnej walki z mistrzem potrafi choćby dosięgnąć ciosem swojego nauczyciela. Młody Arestog to zrobił. I pokonał mentora. Potem zrobił krok dalej i rzucił wyzwanie: on przeciwko trzem mistrzom. Mówiono, że co prawda Neriv był zdolny, ale nikt w Xynthialu, a nawet i w Eestirii, nie podołałby temu zadaniu. Potem jednak wszyscy przecierali oczy, w zdumieniu patrząc, jak syn słynnego lorda, Naraala Arestoga, kładzie jednego mistrza po drugim. Pisano o tym w gazetach w całym Xynthialu.
Kolejnym powodem nienawiści Nuriego było powodzenie Neriva u dziewczyn. Nie dość, że przystojny i inteligentny, to jeszcze skromny; niewiele było dziewczyn w szkole, ale wszystkie się w nim kochały. Natomiast mężczyźni czuli do niego dziwną mieszankę szacunku i strachu. Tam gdzie pojawiała się owa „legenda”, zawsze znajdował się ktoś gotów zrobić dlań wszystko tylko po to, by choć przez chwilę pławić się w blasku bohatera.

Młody Arestog często ignorował takie adoracje. Wydawało się, że zawsze mówi to, co myśli, a mimo to sprawiał wrażenie człowieka w pewien sposób odizolowanego od innych. Zawsze też patrzył w oczy, kiedy z kimś rozmawiał, wpatrywał się swoimi unikalnymi, fioletowymi tęczówkami tak, jakby szukał czegoś w ludzkiej duszy. No i był ulubieńcem ojca Nuriego – Serika. Lord Quankos, gdy tylko odkrył talent Neriva do walki, został jego osobistym trenerem i często spędzał z nim więcej czasu niż z własnym synem. Nuri nienawidził za to zarówno ich obu, jak i samego siebie – widział, że ojciec wolałby mieć za syna właśnie młodego Arestoga, a nie jego, łamagę i tchórza.
Zawsze chciał być jak Neriv i teraz poczuł, że jeśli czegoś nie zrobi, to jego życie nigdy się nie poprawi. Stanął, obrócił się w miejscu, wskazał palcem na jednego z gówniarzy i krzyknął:

– Zapłacisz mi za to, gnojku!

Zapadło milczenie, wszyscy naraz obrócili się i spojrzeli w stronę młodego Quankosa. Zaraz potem ryknęli śmiechem. Nikt nie krył się z okazywaniem Nuriemu, za jakiego śmiecia jest uważany.

– I co mi zrobisz?! – krzyczał gnojek, rechocząc. – Zakraczesz mnie na…

Urwał nagle w połowie zdania. Śmiechy jeszcze chwilę trwały, ale dzieciak stał jak sparaliżowany. Złapał się za klatkę piersiową, otworzył szeroko usta, kaszlnął krwią i padł martwy na marmurowe schody prowadzące do głównego holu Królewskiej Szkoły Rycerskiej w Xyranalu.

***

– Jakiego użyłeś zaklęcia? – zapytał lord Aerlim, który był dyrektorem Królewskiej Szkoły Rycerskiej w Xyranalu.

– Żadnego.

– Ja właściwie nawet nie znam takiego zaklęcia – powiedział lord Parfi.

– Ja także nigdy o takim nie słyszałem – dodał lord Vyro. – Wygląda na to, że dzieciak padł na zawał i tyle. Miał słabe serce, pękło mu. No cóż… Zdarza się.

Nuri siedział przed komisją pedagogiczną podejrzany o zamordowanie jednego z uczniów. Sprawa wyglądała na wygraną. Nuriemu – według świadków – nie zapłonęły oczy, nie krzyknął żadnego dziwnie brzmiącego słowa ani nie robił jakichś unikalnych magicznych gestów. W dodatku nikt nie znał zaklęcia, które powodowałoby atak serca.

– Zdarza się? – zwrócił się Aerlim do Vyro – Ja nie pamiętam zbyt wielu przypadków, żeby trzynastoletni chłopak nagle zszedł na zawał, stojąc na schodach.

Z racji powiązań rodzinnych i możliwego nieobiektywnego podejścia do sprawy lord Serik Quankos został wykluczony z posiedzeń rady.

– Nie mówię, że często, ale bywają takie wypadki – tłumaczył się mistrz.

– Nie mogę wierzyć ci na słowo, chłopcze – dyrektor zwrócił się teraz bezpośrednio do Nuriego. – Jednak nie mogę uznać, że w jakikolwiek sposób przyczyniłeś się do śmierci chłopaka, ponieważ nie ma na to najmniejszego dowodu. Świadkowie zeznali, że nie znaleźli śladu użycia magii, tak więc nie możemy cię uznać za winnego śmierci… Jak mu tam?
Zapadła krótka cisza, mistrzowie popatrzyli sobie po kolei w oczy, ale żaden nie mógł sobie przypomnieć imienia ani nazwiska biednego chłopca.

– Eh… Tak czy siak, na zdarzenie niewątpliwie wpłynął słaby stan zdrowia ofiary – stwierdził Aerli, a jego wypowiedź brzmiała oficjalnie. – Proszę znaleźć mi imię i nazwisko tego biednego chłopaka, a tymczasem nadzwyczajne obrady komisji pedagogicznej uważam za zakończone.

***

Podczas krótkiej drogi z gmachu głównego KRK do swojego pokoju w internacie Nuri zauważył dziwną zmianę. Nikt teraz nie szeptał za jego plecami, nie słyszał też przytłumionych śmiechów. Początkowo tego nie zauważał, ale kiedy nie musiał obchodzić szerokim łukiem grupki młodszych uczniów – po prostu rozstąpili się przed nim – był zszokowany. Co prawda jeden chłopak wpadł na niego na korytarzu internatu, ale natychmiast zbladł i uciekł.

Kiedy wszedł do pokoju, zapalił świecący klejnot i w fioletowej poświacie spojrzał na swoje odbicie w lustrze. Uśmiechał się. Zaczynał rozumieć: ktoś puścił plotkę, że Nuri zabił chłopaka, wskazując na niego palcem i bez używania magii. Teraz ludzie podejrzewają, że ma jakieś zdolności parapsychiczne, więc boją się go. Poczuł się tak, jak Neriv musiał czuć się zawsze – dumny z siebie. Duma go wręcz rozpierała. Śmierć gnojka pomogła mu odzyskać szacunek do samego siebie i stać się bardziej pewnym siebie. Wreszcie zauważył w sobie człowieka. Wyprostował się i pierwszy raz od tygodni postanowił wieczorem wyjść z pokoju.

Nuri spojrzał na przebijający się przez chmury biały księżyc – Naer – i ruszył w kierunku sąsiadującego z kampusem KRK ogromnego, sztucznego parku. Miał on ciągnące się kilometrami, splątane alejki, na których nie trudno było się zgubić. Uczniowie często zapuszczali się na nieznane tereny tego parku, organizowali w nim imprezy i nielegalnie pili alkohol lub zażywali coś, co akurat było modne.

Po kilku krokach Nuri wciągnął do płuc powietrze: uwielbiał charakterystyczny zapach pierwszych dekarów pory demona. Po kilkunastu metrach skręcił z głównej ścieżki w prawo. Lekka mgła unosiła się nad trawą i robiło się coraz chłodniej. Mimo wszystko miał ochotę iść dalej – rześki wiaterek i to, że pierwszy raz od dłuższego czasu nie gnił w swoim pokoju, dawało mu siłę. Teraz kiedy miał ochotę spacerować po zielonym parku, chciał to wykorzystać, zamiast siedzieć w zamknięciu tych samych czterech ścian. Gdzieniegdzie słychać było imprezujących uczniów, którym prawdopodobnie spadająca temperatura nie robiła już różnicy. Wraz z gęstniejącą mgłą widoczność malała coraz bardziej, a młody Quankos zaczynał się powoli obawiać, że mógłby nie znaleźć drogi powrotnej do internatu.

Kiedy już miał zawracać, zobaczył zarys dwóch postaci. Usłyszał damski głos, który zdawał się krzyczeć. Odruchowo schował się za drzewo i z nieznanego sobie powodu obserwował przebieg wydarzeń. Wytężył wzrok i dostrzegł dziewczynę, która popchnęła stojącego obok chłopaka. Nie potrafił ich zidentyfikować, ale zdawało mu się, że oboje są z jego szkoły. Coś błysnęło w jej ręku, a druga postać złapała się za szyję i upadła. Pokierowany impulsem rzucił się w stronę rannej osoby. Nie potrafił zrozumieć, dlaczego to zrobił, ale kiedy się zbliżył, stanął jak sparaliżowany. Leżący na ziemi chłopak był jednym z tych gnojków, którzy stali rano na marmurowych schodach. Miał poderżnięte gardło.

Blondynka natychmiast się do niego odwróciła i Nuri zauważył od razu trzy rzeczy: z noża w jej dłoni kapała świeża jeszcze krew, zza rozszerzonych, dziewczęcych źrenic nie widać było tęczówek i była to ta sama piękność, w której zakochał się od pierwszego wejrzenia tuż przed porannymi wydarzeniami.

Przez chwilę patrzyli sobie w oczy, po czym dziewczyna skoczyła w jego kierunku z nożem. Nuri zrobił odruchowy unik i rzucił w nią zaklęcie uderzenia – jedno z najprostszych, mierząc w bok. Blondynka padła na ziemię, jednak wydawało się, że nic nie poczuła. Oniemiały patrzył chwilę na uśmiechającą się przerażająco napastniczkę podnoszącą się z ziemi. Zaczynał powoli przypominać sobie zaklęcia, w których ostatecznie nie był taki zły, po czym zebrał w sobie siłę i wyciągając rękę w stronę jej głowy, urzeczywistnił zaklęcie chwilowego pozbawienia przytomności. Blondynka nagle jakby zmiękła i padła na ziemię.

Nuri wpatrywał się przez sekundę, nie mogąc zrozumieć, co się wydarzyło. Miał swoje spokojne, nudne życie i nagle ktoś umiera na schodach, potem dziewczyna, w której właśnie się zakochuje, zabija kogoś w lesie, a on sam musi z nią walczyć o życie. Tego dnia widział więcej ciał niż w całym swoim dotychczasowym życiu. Co gorsze, zastanawiał się, co dalej. Postanowił wybrać najbardziej emocjonalne, głupie i niebezpieczne wyjście. Wyjął z ręki morderczyni nóż i położył go na martwym ciele chłopaka, którego z kolei podniósł i przeniósł kilkanaście metrów od ścieżki. Tam położył go w krzakach ukrywając pomiędzy drzewami. Przykląkł i zaczął medytować. Przeprowadzał rytuał, który miał zdecydowanie zwiększyć moc zaklęcia, którego chciał użyć. Nie miał talentu do magii, był po prostu przeciętny, ale nauka w KRK wiele go nauczyła. Czuł, jak energia zaczyna dookoła niego falować i wibrować, jak jej pozaziemskie cząsteczki wirują dookoła niego. Skupił zaklęcie ognia na nożu i patrzył jak szybko zaczyna on świecić, a po chwili rozpuszcza się na zwłokach chłopaka i w końcu je podpala. Pomimo męczącej medytacji przeprowadzanej w połączeniu z dość silnym jak na niego zaklęciem nie odpuszczał i utrzymywał koncentrację tak długo, aż po ciele, ubraniu i butach pozostał jedynie popiół.

Następnie wstał i wrócił do dziewczyny. Nie wiedział, co z nią zrobić – pozbawiona przytomności mogła w nocy zmarznąć, a nawet umrzeć. Gdy podjął decyzję, wziął ją pod ręce i powoli zaczął ją prowadzić w stronę uczelni. Po zaledwie kilkudziesięciu krokach lunął sążnisty deszcz. Nuri był przerażony i zszokowany, jednak szedł z piękną blondynką przez park. Nie wiedział, ile mu to zajęło czasu – poruszali się w ślimaczym tempie. W końcu ujrzał budynek.

Była już późna noc, więc w recepcji, jak zwykle o tej porze, nikogo nie było. W takiej sytuacji należało zadzwonić magicznym kryształem, aby po wylegitymowaniu się móc wejść. Kiedyś, na drugim roku, Nuri znalazł na ziemi klucz do głównych drzwi; wiedział, że kiedyś mu się przyda. Teraz był jego zbawieniem. Po cichu przemieszczali się przez korytarz, aż w końcu znaleźli się bezpiecznie w pokoju. Położył piękną blondynkę na swoim łóżku, na wszelki wypadek ją przywiązał, a następnie sam położył się na podłodze. Czego nie robi się dla miłości?

***

Nad miastem niespodziewanie pojawia się błękitna bańka. Pierwszy nieudany punkt ofensywy na Deriol. Mimo wszystko wszyscy prą naprzód. Ich zadaniem jest uderzyć na to valandriolskie miasto od południa. Zdjęcie potężnej magicznej bańki może wiązać się z opóźnieniem w ataku, lecz stworzenie wyłomu trwa czasami kilka minut, a czasem dni. Oni jednak poruszają się naprzód. Jeden z wyłomów w murach jest już widoczny; przelatujący w pierwszej fali wijów magowie zrobili go, żeby wojska idące z tyłu miały ułatwione zadanie. Taki był plan Ereitana III Xynthii – wysłać najpierw elitę głównie na wijach, rzadziej konno i utorować drogę. Magowie tego oddziału mają za zadanie w każdy możliwy sposób ułatwić walkę regularnym wojskom: stworzyć wyłomy w murach i zniszczyć strategiczne miejsca obronne, takie jak baszty czy zbrojownie. Natomiast wojownicy i rycerze mają ich bronić i zrobić wszystko, by tamci mogli wykonać swoje zadanie.

Młody Quankos idąc pośród oddziałów zmierzających do południowego wyłomu, obserwuje, jak zamknięta w błękitnym polu siłowym pierwsza fala dramatycznie walczy o życie. Nuri należał do drugiej fali czyli południowej dywizji głównych wojsk, które powoli podchodzą pod mury i czekają. On sam patrzy na północ, gdzie stoi główna armia. Arcymagowie zaczynają odprawiać tam swoje rytuały, które mają na celu zniszczenie bańki.

Wszyscy xynthialscy żołnierze patrzą ze zniecierpliwieniem, jak kilku kolejnych największych magów Kraju Trupów zawodzi, próbując zdjąć tę bańkę, natomiast po jej drugiej stronie kwiat xynthialskich żołnierzy pada jeden po drugim podczas zmasowanego kontrataku Valandriolu. W końcu pojawia się jeden mag, łysawy i ubrany w czarną togę, i odpycha arcymaga odprawiającego potężny rytuał. Robi kilka dziwnych gestów, jego oczy zaczynają płonąć błękitem, a z dłoni unoszą się delikatne opary magii widoczne jako połączenie mgły z iskrami. Przykłada ręce do bańki i pole siłowe bezdźwięcznie znika. Następuje cisza. Nuri odwraca wzrok i patrzy na mury obsadzone magami i rycerzami Deriolu.

Nagle ognista kula wbija paru Xynthialczyków w ziemię, a eksplozja rozrywa ciszę. Nuri słyszy wybuchy ze wszystkich stron: zarówno od północnej strony, niedaleko siebie, jak i przy murach obrońców. Obie strony wymieniają się magicznym ogniem, a wojownicy – głównie ci zamożniejsi z antymagicznymi amuletami – rzucają się do ataku. Czasem eksploduje pod nimi ziemia, innym razem obryzgują ich flaki tych, którzy przed chwilą stali obok. Ci, których stać na amulety, są niewrażliwi na magię – ich celem jest jedynie, żeby powstrzymać wojowników nadbiegających z naprzeciwka.

Potężny dźwięk szczęku metalu dochodzi do uszu Nuriego – to dwa fronty wojowników starły się ze sobą. Młody Quankos obserwuje, jak powoli zawalają się mury ze stojącymi na nich obrońcami. Xynthial ma zdecydowaną przewagę liczebną i lepiej wyszkolonych żołnierzy. Odkąd nikt nie musi pracować w polu, coraz więcej młodych mężczyzn lgnie do wojaczki. Kilka minut minęło od zniknięcia bańki, a już niektórzy napastnicy zaczynają wspinać się po gruzowisku powstałym z murów.

Nuri wyrywa się naprzód. Biegnie, ile sił w nogach, ponieważ stojąc na wolnej przestrzeniza bardzo naraża się na atak. Gdyby stał tam jeszcze kilka sekund, zostałby rozerwany przez wybuch, który starł z powierzchni ziemi stojących obok niego rycerzy. Wokół trwa szał eksplozji. Valandriolczycy zmieniają taktykę – niszczą wszystko. Nuri biegnie nieprzerwanie naprzód, a w końcu pada i zaczyna się czołgać. Ma jeden cel: chce udowodnić ojcu swoją wartość.

Pobliski wybuch pozbawia go przytomności.

***

Cegła z walących się murów Deriolu spada na Nuriego i odbija się od metalowego hełmu na głowie. Powietrze jest gęste od wyładowań magicznych. Nuri nie widzi żadnego sposobu, w jaki mógłby ujść z życiem z tej śmiertelnej pułapki. Wał, który utworzył się z gruzowiska, topnieje, a podniesienie głowy choćby o kilkanaście centymetrów wiąże się z nieuchronną śmiercią. Utknął. Jedyne co pozostaje, to skulenie się i liczenie na cud.

Wał niknie w oczach, a zaklęcia wydają się coraz bardziej niebezpieczne. Kolory mieszają się ze sobą, tworząc piękny, tętniący pełną paletą barw morderczy wir.

– Zabiją mnie tutaj… – szepcze do siebie skulony z przerażenia Nuri – Zabiją mnie…

Świadomość nadchodzącej śmierci sprawia, że zaczyna myśleć o ojcu, który wprawdzie gardzi nim ze wzajemnością, ale jest jedyną bliską mu osobą. Gdzie on teraz jest? Był w pierwszej fali, więc prawdopodobnie już nie żyje. Nuri dziwi się, jak bardzo jest mu to obojętne. Czy ojciec byłby z niego dumny? Czy śmierć podczas bitwy, gdy leży się skulonym gdzieś na wałach, modląc się o cud, jest śmiercią chwalebną? Czuje do siebie wstręt, ale po chwili ogarnia go furia. „Żyłeś, jak zwierzę i popychadło, chociaż zgiń jak człowiek!” – krzyczy do siebie w myślach. Jest już tak pewien własnego końca, że to czy przeżyje wydaje mu się obojętne W końcu świadomość śmierci i strach przed nią staje się nieznośny.. Wstaje z gruzowiska z zamkniętymi oczyma i rusza prosto w fale magicznego chaosu.

Cisza.

Nuri powoli otwiera oczy. Myślał, że ujrzy jakieś niebo, ewentualnie piekło dla tchórzy. Jednak widzi jedynie plecy magów w barwach Valandriolu, którzy odchodzą niespiesznym krokiem. „Dlaczego mnie nie zabili?” – zastanawia się Nuri. „No, dalej! Zabijcie mnie teraz, kiedy jestem gotowy!”. Oni jednak idą, nie odwracając się za siebie. Buzująca w ciele chłopaka adrenalina zaczyna zmieniać swoje ukierunkowanie. Podświadomość impulsywnie podpowiada Quankosowi, że ci oto magowie drwią z niego i nie chcą dać mu tego czego w tej chwili żąda – śmierci. Ogarnia go żądza krwi, wpada w furię, wyjmuje z pochwy miecz z wygrawerowanym błękitnym okiem i biegnie ile sił za swoimi niedoszłymi zabójcami. Wszystko widzi jak przez mgłę. Jednemu wbija miecz w plecy, wyszarpując go wraz z żebrem, innego tnie w szyję aż po kręgosłup. Magowie zaczynają reagować, ale Nuri robi unik i topi ostrze w kolejnym ciele.

Nagle zdaje sobie sprawę, że leży przy nim dziewięć trupów, a dookoła wiwatuje kilkudziesięcioosobowy tłum xynthialskich żołnierzy. Wiwatują na jego cześć. Dokonał niemożliwego – zabił kogoś w chwalebnej walce i przeżył. Czuje coś, czego nigdy nie doświadczył: mieszankę euforii i dumy, a nawet wrażenie własnej niezniszczalności. W głowie kiełkuje mu świadomość pewnej idei. Czegoś, co mógłby zrobić, żeby spełnić odwieczne marzenie Serika. Odwraca się w stronę legendarnego, złotego pałacu – zdobędzie miasto! Zabije lorda – namiestnika i tym samym zdobędzie miasto.

***

Chociaż płuca krzyczą o litość, Nuri nie zatrzymuje się i z uporem brnie przed siebie w stronę stromych schodów. Podąża za nim kilkunastu rycerzy, magów i wojowników; niektórzy należą do rozbitków z pierwszej fali, inni towarzyszyli chłopakowi u stóp zniszczonych murów. Wszyscy oni brali udział w szaleńczym maratonie za mężczyzną w zbroi z wymalowanym błękitnym okiem na piersi i plecach.

Nuri czytał już wcześniej o Złotym Pałacu Deriolu – legendarnej budowli, której twórcy nigdy nie zostali zidentyfikowani. Nie wiadomo nawet, kiedy powstała. Cały kompleks składał się z trzech kamiennych półpierścieni połączonych mostem z dużą, idealnie okrągłą platformą osadzoną na kilkunastometrowych filarach, na których wznosił się Złoty Pałac. Same półpierścienie od wewnętrznej strony były rozchodzącymi się na wszystkie strony schodami, natomiast od zewnętrznej łączyły się kładką z główną platformą. Sam twór intrygował wszystkich badaczy Eestirii, ponieważ był to jedyny taki obiekt, nie licząc Zamku Królewskiego w Xyranalu. To, co było najbardziej specyficzne i tajemnicze w tej budowli, to fakt, że była niezniszczalna. Nigdy nie udało się jej nawet zarysować. A ostatecznie wszystko to wyglądało jakby ktoś próbował sobie to jedynie wyobrazić. Oprócz pyłków naniesionego kurzu i drobnego piasku schody, półpierścienie i platforma były idealnie szare, sam pałac natomiast pozostawał jednolicie złoty. Jedyny wyjątek stanowiły rubinowe, szmaragdowe i turkusowe fragmenty udające szlachetne klejnoty. Całość sprawiała wrażenie ulepionej boskim, niewidocznym spoiwem, a fakt, że budowla nie rzucała cienia sprawiał, że stawała się ona tym bardziej tajemnicza.

Właśnie po tych niezniszczalnych, dziwacznie szarych schodach wspina się Nuri, prowadząc xynthialskie wojska na szczyt – do samego Złotego Pałacu. Euforia i chęć triumfu dodaje mu lekkości i pomimo dość ciężkiej zbroi, nie czuje zmęczenia. Przeskakuje ostatnie kilka schodów i staje jak wryty: na ogromnej platformie stoi zebrane wojsko. Któryś z valandriolskich magów szybko reaguje i pomarańczowy blask wżera się w źrenice Nuriego. Jakiś podświadomy odruch samoobronny powoduje, że rzuca się na ziemię. Zanim udaje mu się zrobić jakikolwiek ruch, dziesiątki sylwetek oddziela go od przybyłych za nim obrońców. Zaciska dłonie. Zmęczenie po morderczym biegu, jaki ma za sobą, daje mu znać o sobie bólem w płucach. Chłopak jednak się nie poddaje: tysiące myśli i idei o chwalebności męstwa i rozsławiania rodu, które wpajał mu ojciec, powoduje nagły przypływ motywacji. Najszybciej, jak jest to możliwe w sztywnej zbroi, podnosi się i staje na nogi. Słyszy potężny wybuch. Obok niego ląduje noga, do oczu dostaje się czyjaś krew. Przeciera je tylko skórą nabitą na płytowe rękawice, po czym podnosi leżący obok miecz. Czuje swąd palonego ciała i ten dziwny słodko-metaliczny zapach magii. Wyrywa się do przodu i toruje sobie drogę wprost do Złotego Pałacu. Następuje kolejna eksplozja, po której chłopak słyszy tylko pisk, a fala uderzeniowa zwala go z nóg i zmiata go na sam brzeg mostu. Młody Quankos przez chwilę patrzy wprost na dachy drewnianych domów znajdujących się pod nim. Xynthialscy wojownicy spadają z krzykiem, z hukiem uderzając o zadaszenia. Kolejne fale napastników nacierają przez schody, a Valandriolczycy, tłocząc się na ciasnej przestrzeni, odpierają atak przy Złotym Pałacu. Nuri wstaje i próbuje dopchać się do środka mostu. Nawet teraz, w destrukcyjnym szaleństwie, nie chciałby zginąć od upadku.

Drewniany ratusz zaczyna się powoli zawalać; połowa budynku jest już zniszczona, a druga, nadpalona, walczy o stabilną pozycję. Gołe, poziome belki wystające z chwiejącej się konstrukcji desperacko łapią równowagę. Nagle konstrukcja zaczyna się niebezpiecznie przechylać w stronę Złotego Pałacu.

Chłopak z niebieskim okiem na zbroi stoi jak wryty pośród wojennego ścisku i patrzy na walący się budynek. Dobiega go dźwięk pękającego drewna, a następnie grubych bali łamiących się na ciałach obrońców. Potem już tylko wrzask dziesiątek gardeł i kolejna eksplozja. Purpura i błękit rozbłyskują u wrót Złotego Pałacu, a zawalisko tuż przed nimi farbuje się na czerwono czymś, co przypomina zmielonego człowieka. Nuri, wyrwany z otępienia, skacze naprzód i wywraca się, potykając o gruby łańcuch służący do mocowania budynków. Widzi jedynie, jak kilka kolejnych postaci wbiega przez bramę, potem następuje seria wybuchów, a smród palonych zwłok rozprzestrzenia się w eterze. Quankos powoli się podnosi i zaczyna biec. Przeskakuje ponad zwalonymi belkami i uwięzionymi pod nimi trupami. Otwiera ciężką bramę i widzi dwójkę zakrwawionych ludzi. Jeden ma na sobie czarną togę z czerwono-złotym smokiem – herbem Valandriolu. Prawdopodobnie to arcymag Deriolu. Ten sam symbol wymalowany na zbroi posiada lord-namiestnik. Mózg Nuriego wykonuje kilkaset kalkulacji, jego ręce zaciskają się mocniej na jednoręcznym mieczu, odchylają się do tyłu i z całym impetem wyrzucają ostrze w stronę postaci w zbroi. Czas zamiera. Chłopak patrzy na obracający się w powietrzu miecz, który zmierza wprost ku lordowi-namiestnikowi. Klinga wbija się na wysokości mostka. Wzrok młodego Quankosa pada na drugą postać w momencie, kiedy z jej dłoni uwalnia się pomarańczowe światło. Nuriego ogarnia nienaturalna lekkość. Niespodziewanie widzi otwarte drzwi Złotego Pałacu i setki żołnierzy szturmujących bramę na wielkiej, okrągłej platformie. Wszystko zdaje się oddalać. Dostrzega domy znajdujące się pod legendarną budowlą i dziesiątki trupów dookoła. Czuje uderzenie w plecy, a do jego uszu dobiega dźwięk łamanego drewna. Staje się ciemniej, a on ląduje na podłodze w jakimś deriolskim domu. Choć wydaje mu się, że umiera, uśmiecha się, bo czuje, że jego ojciec, gdziekolwiek jest, jest z niego dumny.

Trup Nuriego III

Rano nadal panowało nie tyle milczenie, co martwa cisza. Quankosowie nie rozmawiali ze sobą, konie nie parskały, nie słychać było śpiewu ptaków, a wiatr zdawał się wiać ciszej. Nuri myślał tylko o jednym: czy kiedykolwiek zdarzy mu się zobaczyć coś równie pięknego? Nie formował tego w wyrazy – czuł przejmującą tęsknotę za tajemniczym stworzeniem, którego już pewnie nigdy nie zobaczy. To „coś” wydawało mu się absolutnie spoza tego świata, a obserwując ojca, dochodził do wniosku, że i on jest podobnego zdania. Tego dnia wyruszyli w drogę powrotną do domu.
Nuri jadł spieczone mięso i wpatrywał się w wiszącą na rożnie pozostałą część kozicy. Ojciec pakował ich do wyjazdu. Chłopiec za wszelką cenę starał się nie patrzeć na rozerwane kawałki wywerny porozrzucane nieopodal ich obozowiska. Gdy skończył się posilać, bez słowa wstał i zaczął pomagać Serikowi w składaniu namiotu. Potem umieścili wszystko w jukach i bez zbędnego rozczulenia odjechali.

Tęsknota, którą odczuwał Nuri, nie dotyczyła samego miejsca, a raczej wydarzeń rodem z mitycznego raju. Jakby dotknął Ethnu lub usłyszał jego głos. W ogromnym, nienaturalnie pięknym stworzeniu było coś wykraczającego poza granice normalnej identyfikacji: jakaś eteryczna siła, przenikająca wskroś duszę człowieka.. Zdawało mu się, że to właśnie jej doświadczył wszystkimi zmysłami, całym swoim jestestwem. Tak jakby faerqi ratujące ich wczoraj przed wynwerną w jakichś sposób dotknęło jego duszy.

Jechał ślepy i głuchy na otoczenie, pogrążony we własnych myślach. Zagubiony pośród niezrozumiałego piękna i skazany na życie w niedającej się opanować, rozdzierającej tęsknocie. Jego siedmioletni umysł zastanawiał się jedynie nad tym, czy po śmierci ujrzy jeszcze owo piękne stworzenie.

Nie zauważył, jak ziemia nabiera płaskich kształtów, nie obserwował półpustynnej flory. Myślał jedynie o tajemniczym wybawicielu, który prawdopodobnie uchronił od śmierci jego ojca. Znana z legend, niespotykana siła czy energia z innego wymiaru przybyła tylko po to, żeby uchronić ich przed agresywnym paskudztwem. Nie przeszkadzało mu słońce świecące w oczy. Przeszywał niewidzącym wzrokiem krzewy i trawy. Nie zwracał uwagi na niezbadane, bezdenne jaskinie. Jego myśli błądziły w innej rzeczywistości, pośród piękna świata, który choć był realny, to nacechowany magią. Niesamowite doświadczenie, tak zaklęło jego duszę tak, że nie zauważył, że nadeszła noc. Nie czuł nawet, że jest głodny – po prostu wpadł w trans, z którego nie chciał się obudzić. Doświadczał wewnątrz siebie cienia wczorajszego dnia. Nie pamiętał, żeby robili przerwy, nie mógł sobie przypomnieć, kiedy znaleźli się na łąkach wschodniej Ferqualii. Tonął w medytacji, której żaden siedmiolatek nigdy nie zaznał. W jakiś dziwny sposób, poprzez pryzmat poprzedniego wieczoru, małemu chłopcu nasuwał się jeden dziwny wniosek: śmierć jest piękna.

Wszystko to minęło niespodziewanie, a Nuri zdał sobie sprawę, że leży w łóżku i wpatruje się w księżyc – Naer. Patrzy nań, obserwując szare plamy, tworzące pierścień na białej tarczy.
Po chwili odwrócił się na bok. Był przekonany, że to błogie uczucie właśnie odeszło, a jutro z rana obudzi się i rozpocznie kolejny dzień treningu.

***
Kruk kreśli na prowizorycznej tablicy znaki, tłumaczy trupom ideę alfabetu. Nie robi tego po raz pierwszy i wie, czego się spodziewać. Po kilkukrotnym powtórzeniu robi im sprawdzian, a każdy trup ma za zadanie przepisać ciągi znaków dziesięciokrotnie, by utrwalić wiedzę. Nuri spełnia się w roli nauczyciela. Na podstawie własnych doświadczeń opracował coś, co można nazwać programem nauczania.

Od zakończenia wojny poczuł pewne pragnienie, a po przywłaszczeniu Czarnej Księgi, wraz z upływem czasu, dojrzewała w nim idea stworzenia trupiego państwa. Miejsca, gdzie nieumarli będą mogli mieszkać i tworzyć własną cywilizację. Był to cel, dzieło życia, za które Nuri gotów był zginąć. Długo zastanawiał się nad odpowiednią lokacją, ale wystarczyło sięgnąć pamięcią wstecz, żeby wybór padł na ferqualijskie jaskinie. Jeśli najwyższym pięknem jest stworzenie nowego życia, czym jest niezmarnowanie już istniejącego?

Nuri uśmiecha się do siebie, edukując kolejne „pokolenie” chodzących szkieletów. Jak szacuje, w podziemnych, niekończących się korytarzach powinno przebywać ich ponad dwie setki. Zgubił się przy liczeniu, nie robił przecież notatek, lecz każdego znał jak własne dziecko. Próbował im kiedyś nadawać imiona, ale trupy wyraźnie tego nie lubiły. Jego najbliższym celem było utworzenie około pięciusetosobowej enklawy, by potem wdrażać kolejne etapy szkolenia. Pomóc im się zorganizować i tworzyć własne państwo. Potem nastanie wojna, Xynthial znów zaatakuje Valandriol – był tego pewien. Kraj Trupów zacznie inwazję, w momencie kiedy Złota Korona przestanie płacić trybut. Wtedy na wielu terenach, jak chociażby na półpustynnej, niezamieszkałej Ferqualii, nastąpi lekka anarchia, a na to liczył Kruk. Nazwa „Kraj Trupów” wydawała się Qunakosowi zawsze paradoksalna, ponieważ z jednej strony było to państwo, w którym główną siłę roboczą stanowiły przyzwane z ofiar wojen bezmyślne kościane golemy, natomiast z drugiej za uprawianie nekromancji groziła kara śmierci.

Nuri wstaje i rozdaje „dzieciom” kartki i ołówki, następnie siada na kamieniu i notuje w pamiętniku dodatkowe uwagi. Wierzy, że notatnik będzie kiedyś bezcenny; prawdopodobnie wtedy, gdy on jako król Państwa Umarłych patrzeć będzie na rozwijającą się nową cywilizację. Rozważa, czy kiedyś nieumarli uzyskają równy ludziom status, czy odnajdą się między elfami i derfami. Po wynikach tej grupy nie spodziewa się żadnych rewelacji. Czytając z nagrobków i cmentarnych pentagramów, zauważył pewną zależność: magowie albo uczeni przyswajali wiedzę szybciej, natomiast wojownicy i rycerze mieli talent do walki. Wydawało się, że trup, który za życia rozwijał się w określonym kierunku, po śmierci był bardziej od innych w nim utalentowany. Jeszcze ciekawszą zależnością okazały się dziwne powiązania rodzinne – jeśli para trupów była spokrewniona lub łączyły ją więzy małżeństwa, wszystkiego uczyła się szybciej.

Kruk wstaje, podchodzi po kolei do każdego swojego podopiecznego, odbiera poznaczone kartki. Siada na kamieniu i sprawdza – poziom zawsze jest zróżnicowany. Odrzuca pierwszy papier, w której trup pomylił się w czwartym znaku. Następny zapisał alfabet dziesięciokrotnie poprawnie, kolejny znów nawalił byków. Zaczyna czytać czwartą kartkę i mimowolnie otwiera usta. Przebiega wzrokiem jeszcze raz, ale nie wierzy własnym oczom. Czuje jak ogarnia go euforia, ale treść nie znika, wyraźnie napisane jest:

Nie będę pisał alfabetu, gdyż to uwłacza moim zdolnościom
Z wyrazami szacunku
Ferian Nuer

– Kto to napisał? – krzyczy, podnosząc kartkę. – Kto?

Z ziemi podnosi się szkielet i przeciągle patrzy w oczy Nuriemu. Chociaż z pustych oczodołów wydobywa się kolorowy dym, spojrzenie wydaje się być żywe jak u człowieka.

***
Z euforycznym zainteresowaniem patrzy w parujące, trupie oczy, spuszcza wzrok na zapisaną koślawym pismem kartkę.

Nie mamy aparatu mowy, nie będziemy nigdy potrafili mówić. Z naszej perspektywy potrafimy się odróżniać. Ja na przykład dużo wyraźniej widzę barwy, wydają mi się pełniejsze, nasze oczy są źródłem naszej komunikacji.

Kruk bierze w rękę pióro i pisze pod spodem. Początkowo pytał werbalnie, ale doszedł do wniosku, że chciałby móc przytoczyć każde słowo, które padło podczas tej rozmowy, w swoim dzienniku, dlatego ostatecznie decyduje się zapisywać pytania. Możliwość komunikacji z kimś przez niego ożywionym, kto na dodatek potrafił w miarę jasny sposób wytłumaczyć stosunki panujące pomiędzy innymi trupami, jest bezcennym doświadczeniem. Chce jak najwięcej wyciągnąć od pierwszej rozumnej istoty, którą udało mu się przywrócić. Oddaje kartkę i od razu zaczyna notować w pamiętniku – to prawdziwy przełom. Próbuje przypomnieć sobie szczegóły przywoływania Feriana Nuera, ale oprócz tego, że wydarzenia miały miejsce w czasie burzy, nie przychodzi mu do głowy nic więcej. Burza nie była jednak niczym dziwnym. Co prawda, w tych rejonach zdarzała się dość rzadko, jednak na południu, na przykład w Neyiralii, bywało, że odprawiał rytuał podczas silnych wyładowań elektrycznych. Podczas przywracania Nuera wszystko wydawało się normalne, więc pozostaje jedynie wierzyć w wyjątkowość samej osoby. O ile osobą można nazwać lekko połyskujące fioletem, ruszające się kości z kolorowym dymem wypływającym z pustych oczodołów. Jego myśli przerywa ruch dostrzeżony kątem oka – Ferian oddaje kartkę z dopisanymi linijkami.

Zmieniamy kolor naszych „świateł duszy”. Takie określenie po przełożeniu na język ludzki ma ten kolorowy dym unoszący się z naszych oczodołów; to co z twojego punktu widzenia jest po prostu dziwnym, barwnym zjawiskiem, w rzeczywistości jest dla nas wszystkim i ty też masz w sobie kolorowy, płonący dym. Natomiast wracając do twojego pytania, nasze myśli są bardzo uporządkowane i mają odpowiednie barwy, jakbyśmy myśleli tęczą. Nie jest to bezpośredni przekaz słów, a coś w rodzaju transmisji całych idei jedynie za pomocą kolorowych mieszanek. Coś jak malarstwo, chyba.

Jego wzrok pada na pożółkłą i lekko zszarzałą kartę. Czyta kilkukrotnie krótki tekst dopisany ołówkiem przez siedzącego naprzeciw niego trupa wpatrującego się pustymi oczodołami dymiącymi czerwienią. Kruk zawiesza wzrok na jasnym, popołudniowym niebie, jakby zastanawiając się, o co może jeszcze zapytać. Jest tyle pytań, a tak mało czasu! Może powinien wrócić do oberży i spędzić jeszcze kilka dni na rozmowach z Ferianem? Trafia mu się nagle, zupełnie niespodziewanie, skarbnica wiedzy. Dopisuje szybkimi ruchami kolejne pytania, a następnie podaje kartkę Nuerowi. Sam skrupulatnie wszystko notuje, cytuje siedzącego przed nim trupa i wysnuwa wnioski z jego wypowiedzi. Opisuje cały przypadek i tworzy nowe teorie na temat nekromancji, jej idei i działania. Wszystko zmienia możliwość przywrócenia do życia człowieka, który pamięta swoje życie. Co prawda człowieka, który funkcjonuje w pewnym ograniczonym i upośledzonym stopniu, ale zawsze. Czym jest cielesność dla naukowca, który odkrywa nowe dziedziny magii, czy dla genialnego matematyka? Może i sekta „ciemnych” raczej nie korzystałaby z jego usług zbyt często, mogliby jednak odłożyć swoje uprzedzenia dla tej akurat dziedziny magii. Kruk wierzy, że dokonał przełomu i wreszcie pokonał swojego odwiecznego wroga, swoją odwieczną fascynację i źródło paraliżującego strachu – śmierć.

***

Nuri wciąga z ręki zielony proszek i zaczyna z zaciekawieniem i ekscytacją obserwować, jak Ferian Nuer przemawia do zgromadzonych na cmentarzu trupów. Wytłumaczył mu już, dokąd powinni się udać: mają kierować się na południe, najlepiej pod osłoną nocy, wzdłuż drogi, aż dotrą do głównego gościńca łączącego Ferqual z Irnifalem i aż znajdą znak, zwykłą niewzbudzającą podejrzeń strzałkę wbitą w pień starego, zasuszonego drzewa. Po skręceniu w stronę przeciwną od wskazywanej przez strzałkę dotrą do bezdennych jam, a tam już będą czekać na nich ich bracia.
Kruk uczył już wiele trupów, każdemu przybliżył arkana pisania oraz wyszkolił w podstawach samoobrony. Dodatkowo w jamach zebrał sporą bibliotekę, z której jego martwe dzieci mogły czerpać wiedzę. Oprócz podstawowych podręczników z zakresu nauki Królewskiej Szkoły Rycerskiej w Xyranalu pojawiały się również opowiadania, jego zdaniem najlepsze, z gatunku prozy czy poezji. Odpowiednio przygotowywał się do swojego życiowego projektu, był wizjonerem śmierci.

Nuri oficjalnie ogłosił Feriana Nuera namiestnikiem trupiego, podziemnego państwa, a jednocześnie swoją prawą ręką. Z racji tego, że od dawna nie zaglądał w ciemność bezkresnych jaskiń, a jedynie dostarczał tym opuszczonym przez Ethnu korytarzom nowych mieszkańców, podarował swojemu ulubieńcowi list uwierzytelniający.

Teraz jednak Kruk z zafascynowaniem wpatruje się w dymiące oczodoły i po chwili zaczyna dostrzegać zmieniające się delikatnie odcienie trupich, nieśmiertelnych dusz. Przez ciało Nuriego przechodzą dreszcze, a po chwili ogarnia go uczucie ogromnej, spontanicznej satysfakcji. Patrzy na układające się w charakterystyczne odcienie migawki i zdaje się rozumieć. W pewnym momencie wydaje mu się, że wszystko jest proste, idealnie logiczne i intuicyjne, tak jakby znał ten „język”. Odruchowo bierze do ręki pióro i zaczyna błyskawicznie spisywać kolejne myśli, które „wysyła” Ferian. Próbuje choćby zdawkowo opisać ideę „języka duszy”, która, jak zaczyna rozumieć, jest w każdym z żyjących. Między środkowy i serdeczny palec wkłada ołówek, żeby móc szybko szkicować i zapisywać notatki, obserwuje jednocześnie Nuera, który zaczyna tłumaczyć zebranym na cmentarzu nieumarłym drogę i samą ideę ich ponownego życia. Opowiada im o życiu ludzkim, czy elfim, ogólnie o egzystencji żywego bytu, której każdy z nich kiedyś doświadczał. Natomiast Nuri siada na ziemi, a właściwie na nią pada, żeby łatwiej mu było wszystko uporządkować. Klnie pod nosem na to, że nie ma sześciu rąk. Sygnały wciąż się zmieniają, a wszystko coraz bardziej układa się w mózgu pobudzonym tajemniczym, sproszkowanym stymulantem. Zaczyna rozumieć, że trupi dym to jedynie mapa, na której w zależności od otoczenia i koloru pojawiają się kolejne informacje. Rozgląda się po słuchających i w ich dymiących oczodołach również dostrzega pewne zalążki myśli i słów, zaczyna rozumieć różnicę w kolorach, która jest odzwierciedleniem nastroju, osobowości i podejścia. Wszystko to wyrażone jest w prostych kolorach, zagięciach, zawirowaniach i odbarwieniach.

Nuri wyrywa kartkę z notatnika i zaczyna na nowej stronie rysować dwa puste oczodoły emanujące kolorowym dymem, zaczyna dopisywać do nich odnośniki i tłumaczenia, w końcu schemat staje się niemal nieczytelny. Przewraca stronę i szkicuje kolejny, a potem następne. Nuer przemawia od godziny, a od tego czasu Nuri maluje płomienie i je opisuje, a co jakiś czas zerka w stronę swojej prawej ręki. Dopisuje coraz to nowe odnośniki i zależności, a wszystko nagle staje się jasne. Kończy niespodziewanie, sam zdziwiony tym, że wszystko się urywa. Nie czuje nadchodzącego końca informacji, po prostu nagle przestały spływać. Przegląda czternaście narysowanych schematów z setkami danych i rozumie, że wyraził już wszystko, reszta to tylko wariacje. Tak jakby opisał wszystkie słowa, z dumą wpatruje się w swoje notatki. Teraz naprawdę mógłby napisać drugą albo i trzecią Czarną Księgę. Nagle cień nad nim rośnie, podnosi do góry oczy, a koścista ręka trzyma nad nim kartkę papieru.

Czy wszystko dobrze?

Kruk zwija papier w niedbałą kulkę i rzuca na ziemię, po czym podnosi się i mówi z euforycznym uśmiechem:

– Lepiej niż dobrze. Rozumiem was. – Ferian schyla się po leżący zwitek papieru, jednak Nuri powstrzymuje go gestem ręki.

– Nie rozumiesz – mówi patrząc w kolorowy dym. – Naprawdę was rozumiem. Rozumiem duszę człowieka, rozumiem język duszy.

– Naprawdę? – zabarwił się dym Feriana.

– Naprawdę! – krzyczy ze szczęścia Nuri. – Naprawdę! Naprawdę! Naprawdę! Rozumiem wszystko, co do mnie mówisz. Rozumiałem twoje przemówienie! Rozumiałem, co im mówisz! Naprawdę! Rozumiem duszę!

– To cud – ułożyły się światła w oczodołach trupa.

– Tak… – mówi Kruk i dziwi się jak spokojnym i beznamiętnym głosem to powiedział. – To cud.

***

Jest już po zachodzie słońca. Bezksiężycowe, zachmurzone niebo otula ciemnością cmentarz. Kruk przygotowuje się do rozstania. Widzi rozpacz, smutek i tęsknotę w oczach swoich dzieci. Jeszcze dwa dni wcześniej jedynie się domyślał tych uczuć, teraz jest ich pewien. Rozmawia chwilę z Ferianem, daje mu ostatnie wskazówki. Czuje niewypowiedzianą radość z życiowego osiągnięcia. W końcu jest w stanie rozmawiać ze swoimi dziećmi, rozumieć ich słowa i komunikować się z nimi jak z innymi ludźmi. Początkowo było to trudne, jednak już po kilku godzinach nie sprawiało mu problemu czytanie z dymiących oczodołów. Nie może się doczekać kolejnego cmentarza i kolejnej rodziny, jednak tym razem wszystko pójdzie dużo szybciej.

W końcu Nuer podchodzi do niego i obejmuje go kościstymi rękoma i mówi:

– Żegnaj, ojcze. Dziękuję ci za moje życie.

A wszystkie szkielety powtarzają to samo jednolitym chórem. Nuri czuje falę szczęścia, która łamie mu duszę, a ona sama trafia do swojego prywatnego Edenu. Zaczyna płakać ze wzruszenia i uśmiechać się. Dziękuje wszystkim, a trupy powoli odwracają się i odchodzą na południe, w stronę ich nowego wspaniałego kraju, symbolu ich nowego, pięknego życia, które odzyskały dzięki swojemu „ojcu”.

Wtem Dyroni zaczyna warczeć. Nuri podchodzi, wciąż uśmiechając się do wija, i zaczyna go delikatnie głaskać powolnymi ruchami. Czuje pod rękami setki twardych jak kamień, nachodzących na siebie łusek. Uspokajająco szepcze do czarnej bestii, jednak w swoim przypływie szczęścia ignoruje jej zachowanie, traktując je jako kolejny wybryk – czasami tak się zdarza. Nagle wierzchowiec jednym potężnym szarpnięciem zrywa się z drzewa, łamiąc gruby jak udo mężczyzny pień niczym zapałkę.

W taki sposób Dyroni nigdy się jednak tak nie zachowywała, Nuri patrzy przez chwilę, jak potężny ogon sunie po trawiastym podłożu. Kilka metrów od niego wij podnosi się na ogonie i rozwija wielkie jak dom skrzydła. Ryczy. Potem atakuje. Teraz Kruk widzi, jak czerwone ostrze błyska, a jakaś postać robi unik i turla się parę metrów dalej. Dyroni zwija się jak sprężyna i odbija od ziemi, rozpościerając skrzydła zmienia kierunek lotu i atakuje frontalnie postać ukrytą w ciemności.

– Co tu się dzieje?! Kim jesteś?! – krzyczy w ciemność Kruk i zakłada na głowę szeroki kaptur. Wie, że to nie zagubieni wieśniacy. Ci nie mają świecących mieczy.

Odpowiada mu cisza i ryk rannej Dyroni. Nuri wyjmuje krótki miecz z pochwy i rusza powolnym krokiem w stronę wija. Widzi jedynie leżący zarys przy bezksiężycowym niebie. Nagle dostrzega jak świecący na czerwono miecz ginie w ciemności czegoś, co miał za Dyroni. Potężny wij lekko trzepocze skrzydłami, jakby przybity do ziemi, ale są to już tylko pośmiertne podrygi. Wyje, a dźwięk roznosi się po całej okolicy. Kiedy echo ostatecznie milknie zapada cisza. Quankos jest w szoku. Już wie, że ten człowiek nie zabił jego wierzchowca przypadkowo, chociaż miał taką nadzieję. Postać idzie żwawym krokiem w jego stronę. W czerwonej poświacie rzucanej przez ostrze widzi białe włosy i krwistoczerwone oczy, które zdają się skrzyć. Postać wygląda jak nie z tego świata. Kruk przyjmuje pozycję obronną, kiedy niespodziewanie czuje chłód ostrza na swojej szyi. Ktoś stoi za nim, ktoś, kto porusza się bezszelestnie, a po przyjemnej miękkości na wysokości klatki piersiowej wnioskuje, że to kobieta. Kiedy do jego nozdrzy dostaje się woń kwiatów, jest już pewien.

– Zaraz! Może się dogadamy! – krzyczy Nuri. – Mam dużo złota!

– Nuri Kruk Quankos? – pyta stojący naprzeciw niego chłopak. Wygląda na dwadzieścia lat.

– Tak – odpowiada Nuri.

Jest przerażony. Czuje ukłucie na krtani, jednak tym się nie przejmuje. Boi się, że wszystko zostało odkryte, że dzieło jego życia zostanie zniszczone, a on sam skazany i zabity przez władze Xynthialu. Skąd mogli wiedzieć? Dlaczego akurat teraz? Dlaczego w tym momencie, kiedy wszystko zdawało się być tak piękne? Nawet nie czuje, że z rozerwanej krtani obfitym strumieniem wypływa krew. Jest zbyt przerażony i zrozpaczony, by wiedzieć, że umiera.

Trup Nuriego II

Koń cicho chrapnął, a mały Nuri otworzył oczy. Siedmioletni chłopiec był wykończony po długiej podróży, a jednak wiedział, że musi spać czujnie. Do jego uszu dobiegł odległy szelest i parsknięcie.

– Tato, tato. – powiedział cicho, szturchając śpiącego obok ojca. – Tato! Wstawaj!

– Czego? – zapytał pogrążony w półśnie Serik.

– Konie się boją, a mi się wydaje, że coś jest niedaleko – wyszeptał chłopiec.

Ojciec zerwał się na nogi i złapał leżący obok miecz. Uzmysłowił sobie, że zapomniał rozłożyć pole ochronne.

– Zaraz wrócę – szepnął, wychodząc z namiotu. – Na wszelki wypadek przygotuj się do ucieczki.

Przez moment nie było słychać nic. Nuri wyglądał dyskretnie przez szczelinę w namiocie. W świetle czerwonego księżyca widział przygarbioną postać z mieczem w ręku, sylwetki koni nieco dalej, uschnięte drzewo…

Potężny ryk odbił się echem od skał. Serik wyprostował się nagle i skamieniał w bezruchu. Tyryie zasłoniła chmura, a w obozowisku zapadła całkowita ciemność.

– Nuri, znajdź pierścień w mojej torbie, ten z błękitnym okiem, co kiedyś ci pokazywałem, ten złoty. Szybko – wyszeptał Serik.

Chmura przeszła, jednak chłopiec już nie patrzył, szukał tylko rozpaczliwie złotego świecidełka, a chrzęst kamieni sugerował, że ojciec zrobił kilka kroków. Co jakiś czas jeszcze do jego uszu dochodził dziwny dźwięk, jakby odległe charczenie. W końcu małe paluszki zacisnęły się na magicznej biżuterii. Pierścienie ochrony były dość powszechne w Xynthialu i Valandriolu. Wystarczyło uruchomić klejnot i w promieniu kilku metrów tworzyła się magiczna kopuła o strukturze siatki. Do złamania tego czaru wystarczały najprostsze umiejętności magiczne, jednak osłona była zdolna powstrzymać każde dzikie zwierzę. Ryk, tym razem bliższy, poniósł się echem po otaczających ich kamiennych skałach, a chmura, która znów zakryła jedyny widoczny księżyc, ukryła obozowisko Quankosów pod całunem ciemności.

– Mam, tato – wyszeptał mały Nuri.

– Dobrze, mały, biegnij na trzy – szeptał Serik. W jego głosie słychać było niepokój.

– Raz – chłopiec usłyszał niskie uderzenia, jakby coś ogromnego leciało w ich kierunku.

– Nieważne, biegnij! – krzyknął na całe gardło Serik.

Młody Quankos zerwał się i biegł w stronę ojca, który złapał konie za uzdy i starał się sprowadzić je jak najbliżej obozu. Nuri poczuł silny wstrząs, jakby gdzieś niedaleko spadł ogromny głaz, a chmura znów przykryła księżyc. Biegł mimo wszystko kilka metrów na oślep i wpadł na rodzica. Czerwień znów zalała ziemię.

– Prowadź konie do namiotu! Szybko! – krzyknął Serik i wyrwał złoty pierścień z delikatnej rączki.

Nuri patrzył, jak potężne, skrzydlate stworzenie idzie w ich stronę. Bez trudu rozpoznał wywernę. W końcu w pokoju miał obraz przedstawiający jedno z tych stworzeń. Znów zapadła całkowita ciemność. Biegł, ile sił w nogach. Był pewien tego, że ojciec ma wszystko pod kontrolą, nie bał się, a gdy tylko chmura przepędzona przez wiatr odsłoniła Tyryię, zobaczył kątem oka rodziciela, który ze świecącym już klejnotem na ręku biegnie w stronę potwora. Przysiągłby, że wywerna była nawet większa niż ta na obrazie, wyglądała na co najmniej dziesięć metrów długości. Lord Quankos skoczył i uderzył mieczem bydlę w pysk, jednak cios tylko rozjuszył potwora. Ogon uderzył w Serika i odrzucił go do tyłu. Ojciec chłopca widząc, że jest blisko obozu, zerwał się biegiem w jego stronę i wtedy znów zapadła ciemność. Nuri czekał przy namiocie, z trudem utrzymując wyrywające się konie. Z mroku dobiegał łopot skrzydeł, niemal zagłuszając odgłosy kroków ojca. Zaczął się bać.

Nagle zalśniło błękitne światło, a magiczne kraty rozpostarły się nad nim, fosforyzując fioletem i błękitem. Głuchy dźwięk wywerny uderzającej w magiczną barierę dobiegł do uszu Nuriego. Serik wyprostował się, zrobił jeszcze kilka kroków w stronę syna i wbił miecz w ziemię. Zdjął pierścień i zawiesił na jelcu.

– Teraz możemy iść spać – powiedział Serik, ziewając. – Jestem wyczerpany. Puść konie i tak nie przecisną się przez kraty.

Nuri jeszcze przez chwilę obserwował jak wywerna stara się sforsować osłonę, ale widać było, że jej się nie uda. Ojciec niewzruszony próbami potwora wszedł do namiotu. Chłopcu serce biło tak mocno, że zastanawiał się, czy w ogóle zaśnie. Obserwował przez szparę w namiocie, jak bestia odlatuje, po czym zamknął oczy i poczuł jak jego ciało się rozluźnia. Chwilę później znajdował się już w objęciach Morfeusza.

***

– Wstawaj, młody! – dotarło do umysłu chłopca, rozrywając jego senną półświadomość i niwecząc rozkosz odpoczynku. – Zrobiłem śniadanie.

Nuri powoli otworzył oczy i spojrzał tępo przed siebie. Po chwili przez rozpięte płachty namiotu dostrzegł twarz ojca. Przewrócił się na drugi bok i zamknął oczy. Policzył do sześćdziesięciu i podniósł się. Jego wzrok padł na szarzejące niebo.

– Długo spaliśmy? – spytał, nadal nie do końca obudzony.

– Wystarczająco – odpowiedział spokojnie Serik. – Sześć godzin, ale nie bój się, po południu również utniemy sobie drzemkę.

– Co jest na śniadanie?

– Suszone mięso, chleb, herbata.

– Nie jestem głodny, ale za to spragniony – mamrotał chłopiec.

– Wody? Herbata jeszcze nie gotowa, musisz trochę poczekać.

– Dziękuję, wystarczy woda.

Kilka łyków dodało chłopcu energii, jednak dopiero smak ciepłej, słodkiej herbaty wzbudził apetyt i przypomniał o ostatnim posiłku, który spożyli kilkanaście godzin wcześniej. Szybko opróżnił miskę, mięso było dobrze przyprawione, odpowiednio pikantne. Lubił kuchnię swojego ojca, a przedwczorajszy chleb pieczony z różnymi ziarnami idealnie współgrał z cała resztą. Nie mógł marzyć o lepszej strawie. Chłopiec poczuł się przyjemnie rozleniwiony i senny. Sięgnął po koc i umościł sobie wygodne legowisko na zewnątrz.

– Sprawdziłeś, czy nie ma żadnych podejrzanych jam? – spytał Serik, przypatrując się synowi. Nuri zdał sobie sprawę, że popełnił błąd. Zerwał się szybko, podniósł koc i spojrzał.

– Czego powinienem szukać? – zapytał niepewnie.

Serik podszedł, stanął obok chłopca i cierpliwie tłumaczył. Uczył Nuriego, na co trzeba uważać, pokazywał dziury w skałach kilka metrów dalej, gdzie prawdopodobnie mogły kryć się mrówki. Przeszedł kilka kroków wzdłuż ściany i zaczął wskazywać duże jamki o nieregularnych kształtach, które mogły zamieszkiwać jakieś małe zwierzęta. Tak rozpoczęli spacer wzdłuż ścian gór. Lekcja była ciekawa choć krótka. Ojciec czasami brał chłopca na barana, żeby pokazać mu wysoko położone szczeliny, gdzie ostrożnie, z bezpiecznej odległości, mały dostrzegał ślady pajęczyn. Tłumaczył, że jamy przy samej ziemi mogą być kryjówkami jadowitych węży. Okazało się, że miejsce, na którym pierwotnie siedział Nuri, wyglądało najbezpieczniej.

– To dlatego, że zanim rozbiliśmy tu obóz, obejrzałem wszystkie ściany dookoła – powiedział Serik, podkreślając swoje umiejętności przy wyborze miejsca.

– Przecież było ciemno, tato – powiedział Nuri.

– Mam dobry wzrok.

– I byliśmy strasznie zmęczeni.

– Błąd, młodzieńcze! Ty byłeś zmęczony! Ja mógłbym nie spać całe tygodnie! – zakończył dyskusję ojciec. – Ale nie bój się, synku, kiedyś będziesz w tym lepszy niż ja. Zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby tak było.

– Wątpię, tato. Myślę, że nie da się być lepszym od ciebie! – odpowiedział szczerze chłopiec. Ojciec był dla niego największym bohaterem. – Ale dam z siebie wszystko, żeby chociaż ci dorównać!

To brzmiało jak przysięga w ustach dziecka, ojciec tylko się uśmiechnął i pogłaskał synka po kruczoczarnych włosach. Nuri z kubkiem herbaty w ręku usiadł na kocu i oparł się o kamienne, prawie pionowe zbocze góry. Kilka metrów nad nim wisiała ogromna półka skalna, jednak ojciec wyjaśnił, że nie ma powodu do obaw, bo „skoro przez tysiące lat się nie zawaliła, to raczej nie zawali się i teraz”. Sam przysiadł przy ognisku i palił fajkę. Przez jakiś czas opowiadał o zwierzętach występujących w górach, o wężach, skorpionach i wielkich jaszczurach, o wywernie, harpiach, gryfach, chimerach, mantikorach i furidach.

– Wywerna to nic w porównaniu z furidą.

– Naprawdę? A co to? – dopytywał się chłopiec.

– Wyobraź sobie wywernę czterokrotnie większą! Z ośmioma łapami i łbem jak nasz namiot!

– One atakują ludzi? – zapytał z przerażeniem chłopiec. – Dlaczego smoki i Ethnu pozwalają takim stworzeniom żyć w Eestirii?

– Czasami atakują, ale rzadko, podobnie jak wczorajsza wywerna prędzej zaatakowałyby konie – jesteśmy dla nich zbyt małym pożywieniem. Natomiast dlaczego pozwalają im żyć? Nie wiem. Może skoro Ethnu stworzył takie istoty, miał jakiś powód? A smoki nie mają bronić ludzi przed potworami, tylko nasz świat – Eestirię – lub, jak mówią inni, Nur’estiri’gh przed drapieżnikami z zewnątrz. Takie są przynajmniej legendy, tak jest zapisane w księgach.

– Tato, czy smoki są złe?

– Nie, synku, smoki są bardzo dobrymi stworzeniami, są sojusznikami ludzi i gdyby nie one, może by nas w ogóle tu nie było.

Rozmowa trwała, chłopiec słuchał uwag ojca na temat różnych jadalnych ssaków oraz o wielu przyprawach rosnących właśnie tutaj. Kiedy już osuszyli garnek z herbatą, wyruszyli w drogę. Znaleźli okrężną ścieżkę, która dość łagodnie prowadziła w górę. Wchodzili coraz wyżej. Ojciec zrywał niskie, trawiaste rośliny, porastające suchą ziemię lub schowane w szczelinach skalnych, ale pokazywał również gatunki niejadalne lub nawet trujące.

Nagle usłyszeli głuche, rytmiczne uderzenia. Nuri zobaczył kątem oka, jak ojciec napina cięciwę łuku i wpatruje się w punkt nad nimi. Na skalnej półce stała kozica. Słyszał, jak ojciec reguluje oddech, po czym wypuszcza strzałę. Pocisk niczym łyżka rzucona o ścianę odbił się od skały i upadł. Zwierzę nadal z niezmąconym spokojem obserwowało dwa nieznane mu stworzenia. Najwyraźniej czuło się bezpieczne. Druga strzała poszybowała ze świstem i trafiła ssaka w nogę. Kozica straciła równowagę i spadła z półki skalnej, becząc głośno. Połamała sobie nogi, jednak nadal oddychała. Chłopiec poczuł coś chłodnego dotykającego jego dłoni.

– Masz, teraz twoja próba męskości – powiedział Serik, wciskając nóż w palce syna.

– Podejdź i zarżnij kozicę. Będzie naszym obiadem.

– Ale…

Patrzył, jak zwierze nieporadnie próbuje uciec na pogruchotanych nogach. Chłopiec najchętniej pozwoliłby zwierzęciu odejść. Wydawało mu się, że słyszy w swojej głowie ciche błaganie o litość, ale było już na nią za późno. Nie wiedział, czy była to wyobraźnia, czy jakaś dziwna ponadgatunkowa telepatia. Zdawało mu się, że czuł marzenia umierającego stworzenia, chcącego wrócić do swojego stada i opowiedzieć o dwóch dziwnych osobnikach, którzy po prostu przeszli obok. Wydawało mu się, że słyszy, jak kozica modli się, żeby był to tylko sen. W umyśle dziecka wszystko zlewało się w przygnębiające przerażenie.

– Tak będzie dla niej lepiej, synku – powiedział Serik. – I mnie jest niełatwo zabijać coś, co żyje, ale to tylko zwierzę. Dziś na śniadanie również jadłeś mięso, jak myślisz, skąd się wzięło?

– Tak…, tato.

– Będę cały czas przy tobie, nic ci się nie stanie – mówił dalej uspokajającym tonem ojciec.

– Pomyśl o tym stworzeniu: wie, że umrze. Nawet jeśli je zostawimy, to zabije je coś innego albo… umrze z głodu. Spójrz, jak ono cierpi, a teraz ty będziesz jego wybawieniem, synku. Śmierć jest zła, ale bywa najlepszym wyjściem dla ciebie lub dla innych.

Nuri podszedł na drżących nogach. Ojciec przytrzymał ranne zwierzę.

– Przyłóż nóż do szyi. O, dokładnie tak. Teraz naciśnij i powoli pociągnij. Nie staraj się robić tego delikatnie, bo zwierzę będzie tylko bardziej cierpiało, i pamiętaj: teraz jesteś jego wybawieniem, jego aniołem.

Chłopiec mocno pociągnął ostrzem i poczuł ciepłą krew na swojej twarzy. Chciał płakać, ale nie mógł, musiał być mężczyzną, musiał walczyć ze słabością, nawet kiedy wykrwawiająca się kozica beczała jeszcze bardziej rozpaczliwie.

***

Zapach pieczonego mięsa powoli wyprowadził małego Nuriego ze snu. Spojrzał przez szparę pomiędzy niedopiętymi płachtami namiotu i zobaczył ojca obracającego na rożnie, upolowaną wcześniej i obdartą ze skóry kozicę. Czuł głód. Przetarł oczy rękami i podniósł się.

– Dzień dobry – powiedział zaspanym głosem.

– Obiad gotowy – odpowiedział Serik, obracając korbę jedną ręką, a w drugiej trzymając fajkę.

– Przynajmniej z wierzchu mięso jest już odpowiednio przypieczone. Jeśli podasz talerz, to mogę ci kawałek odciąć. Jesteś głodny?

Nuriemu burczało w brzuchu, ale po „polowaniu”, w którym brał udział, najchętniej jadłby do końca życia marchewki. Jednak w końcu ociągając się, podał talerz. Ojciec odłożył fajkę na leżący nieopodal kamień i wielkim nożem powycinał najładniej przypieczone kęsy mięsiwa. Chłopiec początkowo ociągał się, ale w końcu zaczął pochłaniać pieczyste i ze smakiem zagryzał chlebem. I od tej chwili patrzył na swoje życie inaczej. W jego dziecięcej świadomości kiełkowała myśl, że śmierć nie jest czymś tak naprawdę złym. Kozica to dumne i wolne zwierzę, ale czy jej życie było więcej warte niż zaspokojenie głodu istoty od niej wyższej? Możliwe, że gdyby nie on i ojciec, tego samego dnia owa istota zostałaby zjedzona przez mantikorę czy inne paskudztwo. Śmierć jest nowym życiem, sensem życia.

Nuri nie zdawał sobie sprawy z tego, jak jego dziecięcy umysł podświadomie dochodzi do takich wniosków. Nie zmieniało to jednak faktu, że zalążek tej idei zaczął kiełkować w jego głowie właśnie wtedy, gdy żuł mięso pieczonej nad ogniskiem kozicy.

***

Serik podrapał się po brodzie.

– To chyba tam – powiedział, wskazując palcem w ciemność.

– Na pewno, tato? – spytał zmęczonym głosem Nuri.

– Na pewno! – powiedział dobitnie Serik. – Myślisz, że twój ojciec się zgubił?

– Nie, tato.

W niemal całkowitej ciemności chłopak widział tylko plecy ojca. Pechowo niebo było pochmurne, a światło wszystkich trzech księżyców z trudem przebijało się na ziemię. Kiedy po popołudniowej drzemce wyszli na spacer, przewidywali, że mogą wrócić dopiero po zmroku. Ojciec jak natchniony opowiadał o kolejnych jadalnych i niebezpiecznych formach zamieszkującej góry fauny i porastającej flory. Zachód słońca obserwowali razem, stojąc na kamiennym urwisku. Kiedy już świetlista tarcza zniknęła za widnokręgiem, zaczęły pojawiać się problemy: coraz gęstsze chmury zakrywały księżyce, zmniejszając widoczność, w końcu całkowicie odcięły ich od światła, utrudniając znalezienie drogi do obozowiska. Serik denerwował się, że nie wziął żadnego świecącego kryształu – znał tylko podstawy magii, co nie ułatwiało im zadania. Tymczasem błądzenie po omacku, po stromych zboczach i urwiskach, mogło być fatalne w skutkach.

Nagle usłyszeli nad sobą potworny ryk, a potem szum skrzydeł. Serik przykląkł i pokazał ręką Nuriemu, żeby zrobił to samo.

– Co to? – szepnął chłopiec.

– Dziś możesz nauczyć się jeszcze jednej ważnej rzeczy – mówił szeptem ojciec. – Wywerny mają dobrą pamięć, dzięki czemu znajdziemy drogę do obozu.

– Jak to?

– Ta wywerna, po wczorajszej klęsce chce wrócić i dopiąć swego. Widocznie jest głodna. Leci w stronę naszego obozu, żeby pożreć mnie, ciebie i nasze konie.

– Co w tym dobrego? – zapytał szeptem Nuri.

– Doprowadzi nas do obozu!

– A co jeśli pożre konie?

– Nie pożre, przed wyjściem uruchomiłem pierścień ochrony.

– Więc jak wejdziemy?

– Znam odpowiednie zaklęcie – odpowiadał lekko poirytowany.

– Mam na myśli to, jak wejdziemy, kiedy wywerna będzie próbowała się przebić przez magiczną siatkę?

– Tego jeszcze nie wiem, nie zadawaj głupich pytań. Idziemy, poleciała tam – wyszeptał ojciec i wskazywał gdzieś palcem. Chłopiec nie mógł dostrzec jego dłoni.
Serik ruszył przed siebie.

– Tato, jak wywerna trafi do naszego obozu, skoro jest tak ciemno, że nawet my tego nie potrafimy? – wyszeptał chłopiec.

– One poruszają się w głównej mierze kierując się słuchem – tak gdzieś czytałem. Piszczą, czy coś, to się odbija i wiedzą gdzie są.

– Aha. – Nuriemu taka odpowiedź wystarczyła, nie zrozumiał co prawda wszystkiego, ale to co najważniejsze było dla niego proste: ojciec nie wiedział, o czym mówi.

Quankosowie ruszyli przed siebie, kierując się w stronę obozowiska. Po kilkunastu minutach zaczął wiać dość silny wiatr, chmury się przesunęły, a żółtawe światło rozlało się po górach. Nie było już jednak potrzebne, Serik prawie biegł, znał już drogę. Ryki, uderzenia i głośne, płochliwe rżenie koni dochodziło do nich z oddali, później dopiero zauważyli potwora próbującego zniszczyć jarzące się błękitem kraty. Wywerna na przemian gryzła, uderzała ogonem i skrzydłami, jednak magiczna bariera była nie do przejścia. Ruch kilka centymetrów przed Nurim odwrócił jego uwagę od stwora, prowadzącego tę nierówną walkę. Zobaczył wyciągniętą w jego stronę dłoń ojca, który pokazywał, że chłopiec ma się położyć, sam natomiast cicho wyjął miecz i skradał się w stronę maszkary. Gdyby nie rżenie koni i ryczenie bestii, skradanie się do wywerny obdarzonej doskonałym słuchem byłoby samobójstwem, teraz jednak Serik stawiał na to, że dźwięki przyrody zagłuszą jego cichy chód. Chłopiec patrzył, jak ojciec jest już kilkanaście metrów od celu i jak z każdym krokiem zbliża się coraz bardziej. Zabrakło mu tchu w płucach, kiedy widział rodzica w bardzo odważnej, ale niewiarygodnie głupiej, próbie podejścia potwora. Nuri liczył kroki… cztery, trzy, dwa, jeden. Patrzył uważnie, jak ojciec, nie dotykając stwora, wchodzi pod niego. Błysk ostrza. Cięcie przez skrzydło. Wywerna wyła z bólu, schyliła się, żeby zidentyfikować zagrożenie. A Serik wymierzył pchnięcie prosto w gardło. Bestia jednak zrobiła szybki unik i wzbiła się w powietrze. Ranne skrzydło zdecydowanie jej to utrudniło, jednak wystarczyło, aby Lord Quankos stracił w tej walce wszelkie atuty. Wywerna, ze złożonymi skrzydłami, przyjęła pozycję bojową, wystawiając do przodu łeb i rozwierając paszczę, pełną wielkich kłów.

Młody obserwował walkę z zaniepokojeniem, serce mu przyspieszyło, nie wiedział, co robić. Nie powinien krzyczeć, żeby przypadkiem nie zwrócić na siebie uwagi potwora, ani biec do ojca, bo tylko by mu przeszkadzał.

Wywerna rzuciła się na Serika bez konkretnej taktyki. Ten sparował mieczem potężny atak, jednak siła uderzenia rzuciła go na plecy. Potwór w mgnieniu oka znalazł się nad potencjalnym pożywieniem i kiedy już szykował się do śmiertelnego ciosu, nagle zamarł.

Chłopiec usłyszał szum jak nad morzem, jak wtedy, kiedy był na plaży niedaleko Xyranalu. Dźwięk narastał przerywany odgłosami wyładowań elektrycznych. Nuri zerknął na wywernę, jednak ta jak sparaliżowana wpatrywała się w przestrzeń za nim. Eksplozja światła rozerwała ciemność. Złoto, zieleń i fiolet przecinały się ze sobą i jakby walczyły o dominację nad mrokiem. Chłopiec zadarł głowę do góry i jego oczom ukazał się najbardziej niesamowity widok, jaki mogły ujrzeć oczy śmiertelnika. Tak jak płaszczka sunie po morskim dnie, tak ogromne stworzenie leciało w stronę wywerny. Dwie ogromne, mięsiste od spodu płetwy porośnięte od góry świecącym na złoto zielonym, nienaturalnie nasyconym światłem, falowały rytmicznie wraz z podobnie zbudowaną płetwą ogonową. Jaśniejący fioletem tułów zakończony był maleńką, opalizującą paszczą.

Chłopiec, patrząc na tajemnicze stworzenie, miał wrażenie, jakby został oderwany od realnego świata. Hipnotyzujące, płynne ruchy niezidentyfikowanej istoty i barwy o odcieniach poza granicami wyobraźni napełniały go pewną rozluźniającą energią, szczęśliwym paraliżem, euforycznym odrętwieniem. Patrzył w otępieniu, jak wywerna rozpada się na kawałki, a jej części unoszą się w powietrze i znikają w niewyjaśnionych okolicznościach, gdzieś w barwach unoszącego się przybysza. Wszystko wydawało się całkowicie normalne, Nuri niczemu się nie dziwił, całkowicie bierny patrzył, jak czyste kości spadały bezgłośnie na ziemię. Nie był pewien, czy jakikolwiek dźwięk był wtedy słyszalny, czy wszystko zagłuszała niesamowita muzyka, którą słyszał w głowie: jak szum morza i trzask błyskawic – hipnotyczny i kojący. Nie wiedział, czy była wytworem jego własnej wyobraźni czy śpiewem tajemniczego stworzenia… Niczego nie był pewien…
Istota niespodziewanie zawróciła i bardzo szybko zniknęła pośród gór, pozostawiając po sobie pustkę, samotność i spokój.

Jakiś czas jeszcze okolica była pod wrażeniem tego, co nastąpiło. Konie nie parsknęły, nikt się nie odezwał, kilka minut musiało minąć, żeby Nuri poczuł szturchnięcie w ramię i ujrzał swojego ojca nad sobą. Zapytał tylko:

– Co to?

Uszy aż go zabolały, poczuł się, jakby był wyrwany z pięknego snu, który koniecznie chciał dośnić do końca.

– Faerqi – opowiedział krótko ojciec. Był w podobnym stanie.

Nie odzywali się do siebie przez cały wieczór, w ciszy zjedli trochę kozicy, otępiali poszli spać, w nadziei, że owe faerqi przyśni im się tej nocy.

***

Kruk opowiada, trupy słuchają. Ustawione w kółku szkielety dymią różnobarwnie z oczodołów. Nuri czytał o tym, ale nie wierzył. Dopiero kiedy sam zaczął przywoływać nieumarłych, zdał sobie sprawę, że każdy kolor świecącego dymu u poszczególnego szkieletu jest inny. Każdy odpowiada w jakiś sposób pierwotnej duszy. Kruk nie wie tylko jak, i to stara się zbadać. Nie może zrozumieć, skąd właściwie ów trup bierze energię do życia. Ma jeszcze wiele pytań, dotyczących nekromancji, na które on – ojciec i badacz – odpowie kiedyś i stworzy potężny tom, który będzie równie legendarny jak „Czarna Księga”.

Kruk opowiada, trupy słuchają, o tym jaki jest świat i jak wygląda. Nie potrafi przywrócić im pamięci. Powstawali z martwych z cechami i umiejętnościami, które posiadali za życia, ale jakby ich nie pamiętając. Zauważył, że niektóre już po kilku godzinach potrafią walczyć lepiej niż on, niektóre potrafią czarować. W naturalny sposób najchętniej wykonują i uczą się czynności, w których kiedyś byli dobrzy. Przynajmniej tak się Nuriemu wydaje, nie znał ich w poprzednim życiu. Wszystko przemawia za tym, że umiejętność, która była kiedyś ich domeną, teraz jest ich talentem. Kruk widzi, jak się ze sobą kontaktują, wydaje się również, że słyszą i rozumieją mowę, widzą na pewno, jednak nie wydają dźwięków.

Kruk opowiada, trupy słuchają, o tym jaki świat jest smutny i dołujący, o tym jak bardzo cieszy się, że jest tu z nimi. Opowiada o swojej całej rodzinie, o ich „krewnych” porozrzucanych po cmentarzach w całym Xynthialu, rozpościera przed żywymi trupami perspektywy, nie wiedząc, że rok później to państwo będzie składać się z samych trupów.

Trup Nuriego I

– Jesteś… piękna… – sapie Nuri Quankos, zaciskając mocniej drżące dłonie na świeżo wykopanej, lekko zabłoconej czaszce. Wpatruje się przez chwilę w jej puste oczodoły, po czym wyciąga z cmentarnego dołu. – I będziesz już zawsze…

Wstaje, i trzymając w dłoniach rozkładający się czerep, podchodzi do leżącego nieopodal ułożonego w całość szkieletu. Lekka mżawka osadza się na czarnych, krótkich włosach młodzieńca i skapując spływa z czoła malutkimi kroplami. Jednak jemu to nie przeszkadza – Nuri czuje się jak w domu.

– Będziesz piękna na wieki! Minęło twoje śmiertelne istnienie, a teraz rozpocznie się to prawdziwe, upragnione, które nie będzie miało końca. Pasmo porażek i utrapień to przeszłość, a nadejdzie wreszcie czas miłości, wolności i szczęścia.

Kościotrup, zamknięty w wyrysowanym na błocie heptagramie, zdaje się wpatrywać pustymi oczodołami w lekko zachmurzone, ciemne niebo. Przez szum liści wzbudzany delikatnym wiatrem przebijają się ciche inkantacje wypowiadane półgłosem przez klęczącą nad ciałem postać. Kolor złota mieszający się z głębokim fioletem zaczyna łączyć poszczególne kości, tworząc nadnaturalną spoinę. Martwa dotychczas czaszka lśni i nabiera cech do złudzenia przypominających mimikę osoby budzonej ze śpiączki. Fala świetlistej materii pokrywa zwapnione kończyny niczym mięśnie i skóra, budzi ze snu stare kości. Niezidentyfikowana jasność zdaje się pojawiać znikąd i równie niespodziewanie gaśnie we wnętrzu pustej klatki piersiowej. Potężny huk wzdryga klęczącą postać, a gorejąca nad ponurym cmentarzem łuna w jednej chwili znika. Tylko szkielet wciąż jarzy się eterycznym blaskiem.

– Jesteś wolna – mówi. Jest to pierwszy głos – głos ludzki – który słyszy od czasu swej śmierci. Tak miły i delikatny, tak kochany, tak pełen uczuć. – Jesteś wolna. Teraz możesz dołączyć do swoich braci i sióstr. Wreszcie nadszedł dla ciebie czas raju.

*

Światło brutalnie przebiło się przez powieki, wdarło się przez źrenice i wyrwało śpiący mózg ze spokojnego snu. Siedmioletni Nuri poderwał się z łóżka i spojrzał na stojącą w drzwiach postać, która wciąż trzymała rękę na krysztale. Ojciec patrzył przez chwilę na swojego jedynego syna, po czym poinformował chłopca, że dziś jadą na wycieczkę. Mały miał trzydzieści minut na umycie się, ubranie i spakowanie niezbędnych rzeczy. Trzy dni w namiocie to nie lada wyzwanie. Drzwi zamknęły się z delikatnym stukiem, a przez cienkie drewno dochodził odgłos oddalających się kroków. Nuri obserwował przez chwilę wiszący na ścianie kiczowaty obraz przedstawiający Erela Quankosa walczącego z wywerną. Malowidło lekko wypłowiało, od lat towarzysząc rodzinie. Sam Erel kazał je namalować, a o ile chłopiec dobrze liczył, przedstawiona na nim postać musiała być jego prapradziadkiem. Genealogia rodu Quankosów była od wieków niemal czczona przez kolejne pokolenia. Nuri przetarł energicznie oczy i zeskoczył na podłogę. Jego łóżko było również rodzinną pamiątką, podobnie jak cały dworek. Wyłamał stawy w palcach, otworzył drzwi i podszedł do ustawionej w kuchni miednicy. Zamoczył dłonie w zimnej wodzie i obmył twarz. Ojciec, Serik Quankos, uważał, że ciepła woda to rozpusta. Terakotowa podłoga biła zimnem w małe stópki dziecka, jednak chłód orzeźwiał. Wróciwszy do swojego pokoju, Nuri szybko się przebrał, a następnie zaczął pakować. Do torby schował ubrania na zmianę. Z szafy wyjął skórzane ochraniacze na ręce i kaftan, ze stojaka na broń wziął małą kuszę, a ze stołu sztylet. Czuł się gotowy do podróży. Miał jeszcze około dwudziestu minut, więc odsłonił zasłony i spojrzał w noc. Dwa księżyce – zielony Eferi i biały Naer – wydawały się być obok siebie; trzeciego, czerwonego – Tyryi – nigdzie nie widział. Blade, zielono-białe światło wpadało przez okno. Wzrok Nuriego padł na nieposłane łóżko. Podjął szybką decyzję. Ułożył równo kołdrę, na niej czerwono-złotą, wyblakłą narzutę – prawdopodobnie kolejną pamiątkę rodu Quankosów, używaną od setek lat do nakrywania łoża. Cały ten patetyczny kult rodzinnej spuścizny był niezrozumiały dla sześciolatka, jednak skoro ojciec tak kazał, widocznie tak trzeba. Szybkim jak na dziecko krokiem zbliżył się do kryształu i przekręcił go. W pokoju zapadła ciemność zakłócana jedynie przez światło dobiegające zza odsłoniętego okna. Podszedł do łóżka i wziął krótki sztylet leżący na szafce nocnej. Serik starał się wpoić synowi, że w każdej chwili powinien być gotowy na wszystko. Chłopak położył się na świeżo ułożoną narzutę, przymknął piekące z niewyspania oczy i wystawił poza łóżko rękę, trzymającą nóż. Odpoczywał, miał jeszcze piętnaście minut. Rozkoszował się kojącym mrokiem i walczył ze snem. W końcu opadł w jego ciemną otchłań snu i wydawało mu się, że spał godzinami, dopóki odgłos spadającego na twarde deski noża nie wyrwał go z objęć Morfeusza. Podpatrzył tę metodę od swego rodzica, który tak robił, kiedy chciał odpocząć, ale nie zaspać. Młody wstał leniwie z łóżka, wziął starą torbę i wyszedł na zewnątrz. Ojciec już czekał, trzymając za lejce dwa czarne konie z ich własnej hodowli. Sama stajnia była po części symbolem upadku rodu. W trzydziestu dwóch boksach, które kiedyś wybudowano, pozostały jedynie dwa rumaki.

– Wziąłeś kuszę? – spytał Serik tak niespodziewanie, że Nuri poczuł tę dziwną wibrację w uszach, kiedy przyzwyczajony do ciszy człowiek słyszy głośny dźwięk.

– Tak, tato – powiedział z wyrzutem. Wiedział, że spakował wszystko, nie robił tego przecież pierwszy raz.

– Sztylet?

– Tak

– Ochraniacze?

– Tak

– Jedzenie i wodę?

– T… Zapomniałem – zawstydził się Nuri w myślach. Zdenerwował się na ojca, że ten wypytuje go jak małe dziecko, okazało się, że nie bezzasadnie.

– Masz jeszcze trzy minuty.

Młody pobiegł do kuchni i w pośpiechu zebrał ze stołu przygotowane wcześniej kanapki z szynką oraz napełnioną skórzaną manierkę. Przystanął przy stole i zastanowił się, czy czegoś nie zapomniał. Nic nie przychodziło mu do głowy.

– Gotowy? – spytał Serik.

– Tak, tato – odpowiedział lekko zawstydzony swoim niedbalstwem.

– No to wsiadaj!

– Ale… – nie dokończył. Był za mały, żeby wsiadać na konia i nigdy tego nie robił.

– Dasz radę, jesteś już duży – upewnił go ojciec.

– Na pewno?

– Na pewno!

Chłopiec starał się włożyć nogę w strzemię, jednak nie mógł go dosięgnąć. Wiedział, że ojciec zdenerwuje się, jeśli się podda, nie próbując do skutku.

– Następnym razem ci się uda – uśmiechnął się Serik i podniósł syna, usadawiając go na koniu.

– Dziękuję, tato. Dokąd jedziemy? – spytał zaciekawiony.

– W góry, mały, w góry.

*

Ferqualia była piękną krainą zamkniętą od północy i zachodu górami Kirifinolu. Miasto od którego pochodziła ta nazwa znajdowało się kilkaset mil w górę rzeki, lecz valandriolskie nazewnictwo przejęte przez Xynthial pozostało bez zmian. Wzdłuż gór płynęła największa rzeka Xynthialu – Neyiral, której miano pochodziło od portowego miasta przy oceanie południowym, gdzie zaczynała swój bieg, przepływając następnie przez środek Krifinolu, by ujść w oceanie północnym. Rzeka Neyiral i łańcuch gór tworzyły naturalną granicę z Grithianem, zarówno w przypadku Xynthialu jak i Valandriolu. Kształt samej Ferqualii był ściśnięty od południa górami Irnifalu, od północy Wielkim Jeziorem, na północnym wschodzie graniczył z bagnistą Nerokralią, a na południowym z nadmorską Neyiralią.

Mały Nuri całym sobą chłonął piękno natury. Zmęczenie odeszło, odkąd przysnąwszy w pierwszej godzinie drogi, spadł z konia. Szczęśliwie nic mu się nie stało, jednak strach oddalił senność. Ojciec przypatrywał się z wierzchowca, jak radzi sobie młody, następnie powoli zsiadł, podał chłopcu rękę i wsadził go z powrotem w siodło. Nuri rozumiał, dlaczego Serik nie zerwał się, żeby mu pomóc w pierwszym odruchu. Mężczyzna musi być samodzielny i silny, ale również konsekwentny i odpowiedzialny. Upadek spowodowany drzemką był bolesną nauczką. Od porannego „lotu” minęło jednak trochę czasu, toteż chłopak, teraz nadzwyczaj rześki, podziwiał widoki.

– Dokąd jedziemy, tato? – spytał Nuri. Od czterech godzin jechali na południowy wschód, jednak chłopiec dopiero teraz przerwał ciszę. Tak był wychowywany.

– W góry Irnifalu, mały – odpowiedział spokojnie ojciec, nie odwracając się do niego. – Jedziemy w góry. Poznasz surowy klimat, roślinność, zwierzęta, świeże powietrze. Nauczę cię, jak sobie tam radzić, kiedy jesteś sam i nie ma pożywienia. Będziesz potrafił przetrwać nawet latami. Nauczę cię, co można jeść, a czego należy unikać.

Serikowi odpowiedziało milczenie.

– I będziemy się przy tym świetnie bawić – dodał niepewnie ojciec.

– Wiem, tato – wybąkał syn.

– O co chodzi? Skąd ten brak entuzjazmu? – spytał lekko poirytowany.

– Co to jest entuzjazm?

– To jakby radość i zaangażowanie i… No… jakby radość.

– Jestem szczęśliwy, tato, ale i zmęczony – odparł Nuri, choć wyczuł zdenerwowanie ojca. Rozumiał, że to wszystko dla jego dobra. – Cieszę się, że zabierasz mnie w góry.

– Mam nadzieję, synu – powiedział z uśmiechem Serik. – To wszystko dla twojego dobra. Kiedyś mi za to podziękujesz!

Jednak Nuri nigdy nie miał okazji podziękować. Przez całą drogę milczeli. Od czasu do czasu ojciec wydawał tylko zdawkowe polecenia. Mimo wszystko chłopiec nie nudził się. Patrzył na otaczającą go zieleń, na bluszcz, pnący się po ziemi i nielicznych drzewach. Przypatrywał się uważnie kolorowym motylom, które przelatywały w chaotycznym tańcu z jednego kwiatka na drugi. Wsłuchiwał się w ćwierkanie ptaków. Dla niego to wszystko było nowością, czymś ekstremalnie interesującym, bo związanym z obcowaniem z naturą z dala od domu, gdzie zna się każde drzewo i każdy krzew, gdzie wszystko wygląda tak samo. Tutaj jednak było inaczej. Im dalej od rzeki, tym bardziej otaczająca ich kraina wydawała się sucha, drzewa coraz rzadsze, a gdzieniegdzie widać było gołą ziemię. Na horyzoncie malowały się ośnieżone szczyty gór. Nuri oddałby wiele, żeby móc zapamiętać ten widok do końca życia. Teren stawał się coraz bardziej płaski, jakby zbierał siły na nadchodzące strome wzniesienia. W pewnej odległości od głównej drogi wyzierały niezbadane, bezdenne jamy łączące się pod ziemią z tunelami i jaskiniami, które wiły się kilometrami pod całą Ferqualią. Chłopak obiecał sobie, że kiedyś je zbada. Pokona zamieszkujące je potwory, uwolni porwane księżniczki, odnajdzie skarb i przyniesie chwałę i fortunę swojemu rodowi. Przyrzekał w duchu, że kiedy już będzie najwspanialszym wojownikiem w całej Eestirii, to zrobi wyłącznie to, na co przyjdzie mu ochota. Nie tyle wierzył w taką przyszłość, co był jej bezwzględnie pewien.
W końcu ojciec zarządził przerwę. Miał już swoje lata i dokuczał mu nadwyrężony podróżą kręgosłup. Zatrzymali się, a ojciec rozłożył swój koc i położył się na płaskiej ziemi, natomiast mały Nuri zeskoczył zwinnie z konia, przysiadł obok i jadł kanapki. Leżeli w milczeniu, przypatrując się przepływającym nad nimi chmurom. Księżyc Eferi rzucał bladozieloną poświatę z trudem przebijając się przez wartswę szarych chmur. W rodzinie Quankosów nie rozmawiało się zbyt wiele, wszystko było z góry wiadome, przynajmniej z założenia. Serik, ucząc Nuriego milczenia, uczył go również pokory i cierpliwości, tak niezbędnych w życiu prawdziwego wojownika.

Gdy tylko ojciec poczuł się lepiej, ruszyli dalej w drogę. Tym razem miało już nie być odpoczynków. Droga była prosta, nie mieli konkretnego celu, a ogromny masyw górski piętrzył się przed nimi. Im bardziej odsuwali się na wschód tym ziemia stawała się bardziej sucha, a roślinność rzadsza. Żółtawe plamy gołej ziemi tworzyły coś na kształt łysych placków na połaciach trawiastej zieleni, robiły się coraz większe i coraz częściej się łączyły. Słońce zaczynało chylić się ku zachodowi, a cel zdawał się nie zbliżać. Światło zaczynało coraz bardziej różowieć, a złoty dysk znikał za horyzontem. Młody próbował kilka razy odwrócić się i dostrzec choć przez chwilę piękno zachodu, jednak oślepiający blask mu na to nie pozwalał. Patrzył więc przed siebie, a tam na brązowych plamach jałowej, suchej ziemi dostrzegał przebiegające czarne jaszczurki, które po całodniowym nagrzewaniu się w promieniach słońca uciekały przed nocnymi drapieżnikami do swoich jam. Góry jednak nadal zdawały się być daleko.

– Tutaj – powiedział Serik zachrypłym od wielogodzinnego milczenia głosem. Obaj odruchowo odchrząknęli. – Tutaj się zatrzymamy. Myślisz, że to dobre miejsce?

– Myślę, że tak, tato – powiedział Nuri i ziewnął. Na nocnym niebie lśniła Tyryia – czerwony księżyc – która w połączeniu z drugim, zielonym Eferim dawała bladożółte światło. W takiej półciemności mogli się poruszać, jednak widoczność była w dużym stopniu dużo gorsza. Brnęli przez podnóża gór prawie po omacku. – Myślę, że idealne, tato. Jestem już zmęczony.

– Wiem synu, rozumiem cię, ja również. Ale powinniśmy znaleźć w miarę możliwości najbezpieczniejsze i najwygodniejsze miejsce. Uważam, że to jest odpowiednie.

Faktycznie, miejsce wydawało się dość dobre: na płaskim gruncie, osłonięte z trzech stron dość stromą ścianą skalną. Quankosowie rozbili w milczeniu namiot i w ubraniu posnęli na prowizorycznych legowiskach z koców.

*

Nuri śpi na łóżku w oberży w jakiejś zapyziałej wiosce nieopodal Nerokralu. Nie jest do końca pewien, czy jest niedaleko Nerokralu, ale z podstawowych założeń geograficznych, których ojciec go nauczył, tak wynikało. Roślinność też się zgadzała – wszędzie porośnięte lasem bagna. Na wsi w środku nocy zwykle panuje martwa cisza, dzięki temu każdy dźwięk jest doskonale słyszalny. Głuche postukiwanie wyrywa go więc ze snu, początkowo nic nie widzi w panującej wszędzie ciemności. Czeka chwilę, aż wzrok przyzwyczai się do mroku.

Nasłuchuje. Lekkie skrzypienia, skrobanie i szum jakby… morza? Coś podchodzi pod drzwi i przekręca zardzewiałą, stalową klamkę. Zamek trzeszczy. Do pokoju wlewa się blade, błękitne światło. Nuri stoi przy drzwiach z nożem schowanym w ręku, ale już wie, co za szkaradztwo weszło do jego pokoju w środku nocy. Łapie kościotrupa na oślep za żebra, wciąga do pokoju i zamyka jak najciszej drzwi.

– Mówiłem, żebyście trzymali się z daleka! Przyjdę jutro! – stara się krzyczeć szeptem. – Wyjdź przez okno. Będę wieczorem!

Trup patrzy na niego jakby smutniej. Coś w jego parujących błękitem oczodołach wygląda po prostu mniej szczęśliwie, choć trudno w jednoznaczny sposób określić wyraz twarzy martwej czaszki, gdy jedyną widoczną emocją pozostaje świecący dym dematerializujący się kilka centymetrów powyżej linii czoła.

– Teraz! Won na cmentarz! – kontynuuje Nuri. – Jeśli nas złapią razem, nawet nie wyobrażasz sobie, co się stanie!

Nieumarły zdaje się mieć teraz wyraz twarzy kogoś, kto jest na siebie zły.

– Słuchaj, to nie jest twoja wina – dodaje Nuri spokojnym głosem. – Wiem, że tęsknisz i ja też tęsknię. Ale niestety… Musisz iść. Najpóźniej jutro wieczorem was odwiedzę, dobrze?
Trup dalej sprawia wrażenie nieprzekonanego.

– No już! Chodź – mówi Nuri i przytula gołe kości. – Jutro się zobaczymy! Spokojnie! Wszystko będzie dobrze! A teraz wyjdź przez okno, tylko uważaj, żebyś sobie niczego nie złamała!

Podchodzi do okna i stara się je cicho otworzyć. Wymaga to nie lada umiejętności, siły i starań, o ile w ogóle jest możliwe podnieść bez najmniejszego skrzypienia starą, drewnianą, trzymającą szyby ramę. Kiedy już szpara jest na tyle duża, żeby chuda jak śmierć postać przeszła przez otwór, Nuri wie, że tej nocy nie będzie spać sam: tysiące komarów z otaczających wioskę bagien zleciało się, by czatować właśnie pod jego oknem. Widocznie nauczyły się, że w nocy okna otwierają tu tylko przyjezdni. Szkielet patrzy po raz ostatni na Quankosa i zeskakuje w ciemność. Do uszu chłopaka dociera łoskot jakby ktoś wrzucił garść żwiru do metalowego wiadra, a te wraz z kilkoma deskami umieścił w pralce i włączył wirowanie. Wychyla się jedynie, żeby zobaczyć, czy błękit nadal jest widoczny. Dwa świecące punkty patrzą w jego stronę i „mrugają”, że wszystko w porządku.

Zamyka jak najdelikatniej okno i słyszy kroki na korytarzu. Tego tylko brakowało! Co robić? Otworzyć mu w piżamie i udawać, że się spało, jednocześnie się kompromitując, czy otworzyć w narzuconym na głowę płaszczu, wzbudzić podejrzenia, ale uratować swój wizerunek? Słyszy pukanie do drzwi, postanawia działać inaczej. Szybko narzuca skórzane spodnie i koszulę, a na to czarny, szeroki płaszcz z zasłaniającym twarz kapturem z wielką klamrą w kształcie kruka. Miał przydomek „Kruk” jeszcze od Królewskiej Szkoły Rycerskiej w Xyranalu, gdzie mówiono tak na niego z powodu czarnych włosów. Miał wiele przezwisk nieodłącznie związanych z funkcją szkolnego popychadła, ale Kruk mu się podobał.

– Przepraszam, czy coś się sta… – oberżysta przerywa w wpół zdania, drzwi otwierają się zamaszyście, a przed nim w nikłym świetle latarni stoi ponura, tajemnicza postać.

– Co tu się, kurwa, dzieje? – krzyczy Kruk na całą wieś potwornym głosem, który wyćwiczył w wolnych chwilach. – Co to, kurwa, za hałasy?!

Po czym przykłada ostrze miecza do gardła mężczyzny i spokojnym szeptem zwiastującym kłopoty dodaje:

– Idę to sprawdzić, ale pamiętaj. Jeszcze raz coś zagłuszy mój sen, to wypruję z ciebie flaki.

Karczmarz spogląda przerażony na demoniczną postać, a jego umysł zaczyna szwankować. Przyzwyczaił się już do takich gróźb, ale najczęściej ze strony bandytów, szlachetnie urodzonych, czasami magów. Jednak ten facet wyglądał inaczej, w dodatku było w nim coś dziwnego. Roztaczał wokół siebie atmosferę śmierci – jakby wszyscy, na których spojrzał, mieli umrzeć.

– Nie… Nie trzeba, panie. Sam to sprawdzę. – mówi przerażony. Czuje, jak oblewa go zimny pot.

– Mądra decyzja – szepcze Nuri, po czym odkłada miecz i zatrzaskuje za sobą drzwi do pokoju.

Quankos jest beznadziejnym wojownikiem i prawdopodobnie przegrałby z oberżystą, nawet gdyby miał miecz, a tamten nie posiadał żadnej broni. Do Królewskiej Szkoły Rycerskiej w Xyranalu, dostał się tylko dlatego, że jego ojciec tam nauczał. Edukował się również w dziedzinie magii, ale i w tym fachu był słaby. Jedynie w nekromancji czynił niewielkie postępy, w tajemnicy czerpiąc wiedzę ze starych ksiąg bibliotecznych przywiezionych jeszcze z Valandriolu. Przyswoił też „tworzenie wizerunku” w stopniu zadowalającym.

Quankos opiera miecz o ścianę przy wejściu, płaszcz rzuca na drzwi, zabija komara siedzącego mu na ramieniu. Zdejmuje koszulę i skórzane spodnie, zabija kolejnego owada, tym razem na czole. Przykrywa się jak najdokładniej puchową, miękką kołdrą i zasypia.

*

Nuri przewraca się na bok i zdaje sobie sprawę z tego, że już nie zaśnie. Podnosi zapuchnięte powieki i widzi tarczę analogowego zegara parowego. O ile się nie myli, takie urządzenia są zabronione przez kościół Ethnustów – tylko magia, dar od Ethnu, może pomagać nam w życiu, a nie jakieś parowe cuda. Jednak to nie obecność nielegalnego przedmiotu go przeraża, a fakt, że jest godzina czternasta. Zrywa się z łóżka, zakłada lnianą, czarną koszulę i skórzane spodnie, nasypuje trochę zielonego, fosforyzującego proszku na rękę i zlizuje. Za dziesięć minut, kiedy środek zacznie działać, nie będzie odczuwać zmęczenia przez kilkanaście godzin. Zakłada obszerny płaszcz i spina go wielką, czarną spinką w kształcie kruka. Spod kaptura wypływają długie, czarne włosy. Nuri patrzy w lustro i dochodzi do wniosku, że prawdopodobnie bałby się sam siebie. Otwiera drzwi. Na korytarzu stoi oberżysta. Prawdopodobnie czekał tam od rana.

– Miłościwy panie! – skomle. – Przepraszam, jaśnie panie, za wczorajsze hałasy. Nie mam pojęcia, co to było! Szukaliśmy i nic. Tam z tyłu mamy składzik, a właściwie śmietnik, może wpadł tam jeleń albo inne cuś.

– Dobrze… – mówi Nuri, starając się, żeby jego głos brzmiał bezbarwnie i groźnie, ale wychodzi mu coś kompletnie odwrotnego. – Ale co mnie to obchodzi? Nie potrafisz, chamie, zadbać o wygodę swoich gości?! – krzyczy na biednego, niewinnego właściciela. – Co z ciebie za oberżysta!?

– Przepraszam, panie – chłop pada prawie na kolana, wygląda jak pies, który w każdej chwili spodziewa się kopniaka. Nie wie, że Nuri nie potrafiłby nawet dobrze kopnąć. – Za to masz, panie, u mnie darmowe posiłki.

– Chociaż tyle – odpowiada krótko Nuri.

Ten dzień zaczyna się wyjątkowo dobrze – myśli Quankos, uśmiechając się w duchu. Schodzi na dół po drewnianych, trzeszczących schodach i siada w głównej izbie w najciemniejszym kącie. Musi dbać o swój wizerunek, a do tego nie ma ochoty, by zajmować miejsce obok kogokolwiek. Zaczyna rozmyślać o wychudłym karczmarzu, o tym, jak bardzo zdołał go zastraszyć. Jak zwykle ma wyrzuty sumienia, ale gdyby ktokolwiek dowiedział się, co robi Kruk i czym się tutaj zajmuje, jeszcze dziś zostałby powieszony. Po prostu musi grać ostro i na pokaz. Cham rozumie tylko język przemocy i strachu – to język uniwersalny. Wszyscy wieśniacy powinni być przerażeni na samą myśl o Kruku, tak żeby ich słabo rozwinięte mózgi nie mogły kojarzyć z nim żadnego innego faktu. Po drugie, nawet jeżeli wszystko by się wydało, to będą bali się choćby podejść do mrocznej, tajemniczej postaci roztaczającej potworną aurę.

Jajecznica i mocna, słodka herbata to dobry początek dnia, nawet jeśli słońce jest bliżej zachodu niż wschodu. Wszystko jest pyszne, oberżysta się postarał. Kruk postanawia go za to wynagrodzić. Po posiłku zrywa się gwałtownie z krzesła i podchodzi szybkim krokiem do szynkarza, który widząc ten ruch i kierunek drogi, jest już pewien własnej, bliskiej śmierci.
– Bardzo smaczne – mówi Nuri, stojąc przy ladzie, kładzie dukata na blat, odwraca się plecami i wychodzi

– Ale to miało być za darmo – mówi odruchowo głupi karczmarz.

Kruk odwraca się tylko na chwilę i spod kaptura patrzy w oczy oberżyście, ten blednie, bo wie, że powiedział coś niestosownego. Bierze złoty dukat, zaciska powieki, jakby oczy miały mu się zaraz spalić, i krzyczy na całe gardło: „Dzienkuje, panie!”. Quankos wychodzi z karczmy – spokojnie, zimno, na luzie.

*

Kruk wraca do swojego pokoju w oberży. Zdaje sobie sprawę, że nie miał po co wychodzić. Kompletne zadupie, gdzie życie koncentruje się wokół targu. A gdy jest się sytym, takie wypady tracą na znaczeniu. Kładzie się więc do łóżka i wyjmuje książkę ze skórzanej torby podróżnej, którą zazwyczaj przytracza bezpośrednio do swojego wija. Mały, gruby tom, o okładce wykonanej z nieznanego, połyskującego fioletem metalu, wygląda na stary i taki w rzeczywistości jest. Kruk skradł go niegdyś z biblioteki w Vironolu, jeszcze w czasach wojny. Jest to ponadtysiącletni traktat nieznanego autorstwa, bez tytułu, ale nazywany „Czarną Księgą”, opisujący życie i śmierć. Niektórzy twierdzą, że jego autorem jest jeden z legendarnych derfich wędrowców, inni, że został napisany przez demony. Księga oprócz opisu rytuałów magicznych, które uczą jak obudzić nieumarłych i tchnąć życie w ich zmurszałe kości, zawiera również teksty filozoficzne na temat samej natury śmierci. Nuri czytał tę bezcenną księgę setki razy i sam mógłby dopisać do niej ze dwa rozdziały, czerpiąc z nabytego doświadczenia. Zna ją niemal na pamięć i coraz więcej rozumie zarówno na temat samej istoty śmierci, jak i teorii wskrzeszania. Jednak nadal nie rozgryzł jej do końca. Nie jest nekromantą, a jedynie naukowcem – zwyczajnym praktykiem śmierci. Tak przynajmniej o sobie myśli, szczególnie kiedy po raz kolejny, tak jak teraz, studiuje „Czarną Księgę”.

*

Nuri patrzy przez okno na zachód słońca. Czas nadszedł. Ubiera się i zapina płaszcz.. Pakuje księgę do torby i wychodzi z pokoju. Dokładnie zamyka drzwi. Woli dmuchać na zimne. Mija oberżystę, który z bojaźliwym uśmiechem życzy mu miłego wieczoru. Quankos odpowiada mu milczeniem i kompletną ignorancją.

Po wyjściu z karczmy skręca w prawo do stajni, gdzie czeka na niego Dyroni – jeden z najpiękniejszych wijów z królewskiej stajni Ereitana III Xynthii. Czarny, uskrzydlony wąż był nagrodą za bohaterstwo w bitwie pod Deriolem.  Stajenny na widok Kruka podbiega do ogromnego boksu przygotowywanego dla rosłych królewskich wierzchowców, które niezmiernie rzadko pojawiały się w okolicy. Dyroni ryczy wesoło, gdy widzi swojego właściciela, który spokojnym krokiem podchodzi i kulbaczy go.

– Wrócę w nocy – mówi Kruk tak niespodziewanie, że stajenny odskakuje – Albo nad ranem.

– Do… dobrze – jąka się wieśniak. Taktyka przerażającego wizerunku działa. Nikt nie śmie nawet domyślać się, co Nuri robi w tej zapadłej wiosce.

Quankos wyprowadza wija przed stajnię, dokładnie przywiązuje worek podróżny, następnie wsiada i spina wierzchowca do lotu. Początkowo unosi się bardzo wysoko, żeby przy ciemniejącym niebie zmylić potencjalnych obserwatorów. Patrzy jak oberża maleje i staje się nie większa od jego palca. Kilkanaście minut później, już w bezpiecznej odległości od wioski, zniża lot. Mija szerokim łukiem rozłożyste konary drzew. Jest niemal u celu. Ląduje pośród marmurowych pentagramów, na środku cmentarzyska graniczącego z lasem. Na niebie widać już tylko niewielkie przebłyski dawnego błękitu. Otacza go martwa cisza.

– To ja – mówi w ciemność. – Przyszedłem, tak jak obiecałem.

W oddali słychać pojedynczy trzask, jakby ktoś kijem uderzył w kamień. Potem następny, aż w końcu jeden zwielokrotniony chrzęst zbliża się do Nuriego. Rozbłyskują niebieskawe światła.

-Witajcie dzieci, przybyłem do was – mówi Kruk, zrzucając kaptur. Na jego twarzy maluje się uśmiech jak u stęsknionego za dziećmi rodzica. Kościotrupy o jarzących się błękitem oczodołach podchodzą, otaczają postać w płaszczu, lgną do niej, obejmują. Rodzina znów jest razem.