Dobranocka IV

Zamknij oczy.

Rozluźnij się.

Widzisz ciemność.

W bladym świetle dochodzącym ze szczeliny widzisz dekolt. Zwykła niebieska bluzka, a na niej skrzyżowane ręce. Nie poruszają się, podobnie jak wyprostowane nogi. Pierś podnosi się i opada, serce zdaje się bić. Pomimo otaczającej Cię ciemności, wydaje Ci się, że Cię obserwuje.

Kropla jakiegoś płynu rozbija się o Twoje czoło. Podnosisz wzrok i widzisz węża, który szarpie się w twoją stronę. Stara się Ciebie dosięgnąć, jakby zmiażdżenie Twojej czaszki było jedynym co się liczy. Gad wyrasta wprost z ciała siedzącego przed Tobą spokojnie.

Nie możesz się ruszyć, paraliżuje Cię strach.

Wtem, ręce poruszają się. Ciało rozkłada dłonie układając palce w trójkąt. Zaledwie uderzenie serca później, z cichym puknięciem, pojawia się kula idealnej czerni. Gdzieś na jej powierzchni lśni biała poświata. To tylko kontrast, w prawdziwej ciemności każdy kolor wydaje się być śnieżnobiały.

Nie wiesz na co patrzeć. Na zmierzające do Ciebie zmaterializowane zło czy kłapiące przed twarzą, śliniące Cię szczęki?

Twór z czerni płynie powoli w Twoim kierunku pożerając powietrze. Z każdą chwilą zdaje się zmniejszać, ostatecznie znika tuż przed Twoim nosem. Na chwilę zapada cisza, nawet wąż milknie, wpatrując w Ciebie swoje głodne ślepia.

Rozlega się krzyk. Tysiące krzyków, zlewają się w jeden, potworny, ogłuszający hałas. Przez gęstniejącą wokół Ciebie, białą mgłę wydaje ci się, że tracisz zmysły. A może tracisz zmysły? Panikujesz, zrywasz się, zaczynasz biec na oślep, potykasz się z zaciśniętymi na uszach dłońmi. Pomimo twoich prób dźwięk nie cichnie bo to krzyczy Twoja dusza.

Kiedy potykasz się znowu, padasz na twarz.

Ogarnia Cię otumanienie, przestajesz cokolwiek widzieć. Leżysz na czymś miękkim, czujesz kojące ciepło. Uspokajasz się na chwilę. Bierzesz wdech, zakrztuszasz się płynem. Twoja dłoń odruchowo zaciska się na czymś twardym. Otwierasz oczy i widzisz żebra wystające z rozchlastanego, gnijącego torsu. Panicznie młócisz rękoma, żeby wydostać się z trupiego bagna, wspinasz się po piramidzie zwłok, która prowadzi Cię ku przeżyciu.

Ale czy Ty w ogóle chcesz jeszcze żyć?

Po godzinach tytanicznej pracy udaje Ci się wydostać na powierzchnię. Kaszlesz rozpuszczonymi wnętrznościami, które wraz z wodą dostały się do Twoich płuc. Rozglądasz się. Świat, jaki maluje się przed Tobą jest dziwny i niepokojący. To jedynie żółte zarysy na ciemnym fiolecie tła. Przed sobą widzisz coś o kształtach drzew. Ruszasz w ich kierunku, ale przemęczenie zwala cię z nóg. Czołgasz się, wiesz, że już blisko, czujesz to.

Zza linii obrysu drzewa wyskakuje postać. Mężczyzna w postrzępionym, brudnym ubraniu. Musiał żyć w tym lesie od lat, wydaje się zdziczały i głodny. Gdyby nie brak prawej ręki można by powiedzieć, że porusza się na czworaka. Gdyby nie czarne, pokryte skrzepami otwory w miejscu oczu, można by uznać, że Ci się przypatruje. Z nosa wystaje coś na kształt języka, ale ciągnie się do ziemi jakby go rozciągnięto jakąś potworną siłą.

Nagle odwraca głowę w bok i spłoszony rzuca się w przeciwnym kierunku. Zderza się z obrysem drzewa. Głośnym chrzęst i nienaturalnie wykrzywiona szyja zwiastuje złamany kark. Ciało sztywnieje w groteskowej pozie.

Dostrzegasz, że ponad nim wznosi się krypta z Twoim imieniem. Czołgasz się tam, mijasz pustą framugę i bez sił padasz na posadzkę.

Nadchodzi wolność, wreszcie umierasz.

To nieprawda, to dopiero początek.

Słodkich snów, mój aniołku.

Dobranoc.

 

 

 

Grafika użyta dzięki współpracy z: http://krzysztofslachciak.myportfolio.com