W ciemnym pomieszczeniu, delikatnie oświetlonym pochodniami, nie było widać prawie nic. Do lochów położonych tak nisko promienie słoneczne nie dochodziły nigdy, a blade światło rzucane przez ogień pozwalało na zobaczenie tylko zarysów postaci i sprzętów ustawionych w sali. Gort cieszył się tym miejscem, był to pokój przeznaczony specjalnie dla niego. Król Ereitan II Xynthia wiedział, że chłopak ma talent i postanowił go wykorzystać, więc darował mu własny, maleńki „pałac” w królewskim zamku. Na samym dnie lochów zostało zbudowane pomieszczenie według marzeń i fantazji Gorta, który stworzył idealną salę tortur. Miejsce to było owiane tak strasznymi legendami, że nawet król nigdy się tu nie zapuszczał, mimo że był najczęstszym zleceniodawcą usług Anakura. Właściwie jedyną osobą, która schodziła do tych ciemnych lochów oprócz Gorta i strażników przyprowadzających jeńców, był najserdeczniejszy przyjaciel kata, Neriv Arestog.

Każdy, kto słyszał o Anakurze, królewskim kacie Xynthialu, wyobrażał go sobie jako ponurego, obrzydliwego, garbatego grubasa, łysiejącego gbura, który odpędza ludzi wzrokiem, ale Gort był najlepszym przykładem tego, że nie ocenia się książki po okładce. Anakur był wysokim brunetem o pięknych zielonych oczach i ciemnej karnacji. Nie miał żony, gdyż, jak sam mówił: zdobycie kobiety na jedną noc nie było dla niego problemem, a miłości nie potrzebował. Gort nie potrzebował żadnych uczuć.

Tym, co mężczyzna kochał najbardziej w życiu, było sprawianie bólu. Kat często zastanawiał się nad swoją wyjątkowością i teza, jakoby był wybrańcem, całkowicie mu odpowiadała. Tłumaczył sobie, że jeżeli tym, co lubi przeciętny człowiek, jest sprawianie przyjemności sobie lub bliskim ludziom, to ranienie obcych jako inwersja tworzyła z niego coś ponad człowieka. Dzięki swoim specyficznym możliwościom, takim jak brak skrupułów, miłość do agonalnych wrzasków czy uwielbienie zapachu ciepłej krwi, Anakur osiągnął wiele. Mimo braku szlacheckiego stanu był słynną postacią w całym Xynthialu, a matki straszyły opowieściami o nim niegrzeczne dzieci.

Urodził się w biednej rodzinie Anakurów, którzy byli pachołkami na dworze szlacheckim gdzieś w Xynthialu. Rodzice późniejszego kata byli tak ubodzy, że w malutkim pokoju bliźniąt Gorta i Fergisa nigdy nie stanęło łóżeczko. Co po kilku latach uratowało im życie. Kiedy chłopcy skończyli sześć lat, w chatce wybuchł pożar, a bracia przeżyli tylko dzięki temu, że spali na podłodze i ogień ugaszono, zanim duszący dym ich zabił. Najprawdopodobniej to właśnie widok spalonego ciała matki doprowadził do silnych zmian w psychice młodego Gorta. Fergis szybko został przygarnięty przez chłopską rodzinę, która potem przeprowadziła się do Valandriolu, jego bliźniak natomiast po około roku w wojskowej szkole sierot został adoptowany przez rzemieślnika. Mimo dużej odległości chłopcy dość często wymieniali się listami. Byli sobie najbliższymi przyjaciółmi i powiernikami tajemnic przez wiele lat, mimo że obaj bardzo się od siebie różnili.

Odkrył swój talent dopiero po wstąpieniu do wojska, tam pozbawił życia pierwszego człowieka. Młody Anakur dzięki wrodzonej inteligencji i szerokim zainteresowaniom zarówno medycznym, jak i militarnym, bardzo szybko dostał się na studia i awansował. Przydzielony do jednej z placówek granicznych chętnie zgłaszał się do przesłuchiwania przemytników i bandytów, co zostało zauważone. Ostatecznie zaczął bardzo szybko piąć się do góry, aż wreszcie skończył jako królewski kat z bardzo dobrą renomą i statystyką skuteczności. Anakur bynajmniej nie wychodził na ulicę ścinać ludzi, to byłoby niszczenie jego talentu i niedocenienie umiejętności. Gort zdobywał informacje. Każdy w końcu okazywał się szpiegiem.

Rozmyślania bohatera nad własnym życiem przerwał rozdzierający ciszę krzyk; kat wstał i podszedł do przywiązanego do drewnianego krzesła potencjalnego szpiega. Mebel miał w oparciu zamontowane cieniutkie, wzmacniane magią igiełki. Specjalnie przytwierdzony pas po odpowiednim naciągnięciu coraz bardziej zbliżał plecy do oparcia, powodując głębsze ich wbijanie się. Oczywiście igły nie sprawiały wielkiego bólu, jednak miały różne zastosowania. Mogły być nasączone kwasem, który wyżerał wszystko dookoła rany lub też mogły być rozgrzewane specjalnym palnikiem z tyłu. Zapach palących się mięśni i ścięgien potrafił nakłonić do mówienia. Pozwalało to bardzo bezpiecznie dla życia sprawiać cierpienie na dość dużej powierzchni ciała.

– Och, obudziłeś się, ukochany – powiedział kat zatroskanym głosem – Nie żartuj nawet, wiem, że budowałeś te pieprzone mury.

– Kładłem tylko bruk! – wykrzyczał szpieg w przerwie między rozrywającymi powietrze jękami.

– Na pewno? – zapytał Gort, wkładając delikatnie drewniany kołeczek pod paznokieć.

– Na pewno! – ofiara zareagowała szybko przerażonym głosem – Co chcesz zrobić?

– Słyszałem, że robiłeś plany murów Deriolu – powiedział spokojnie Anakur.

– Co? Nie! Ja nieee! – odpowiedź zmieniła się w odbijany przez echo odgłos – Niee! Niee! Niee! Niee!

Torturowany krzyczał w rytm uderzeń młotka wbijającego drewniany klin pod paznokieć palca.

– Może jednak? Słyszałem, że wy, valandriolczycy, jesteście dość twardzi – odpowiedział Anakur, spokojnie patrząc mu w oczy. To było jak dwa różne bieguny. Piękny, czysty i silny Gort w ubraniu, którego pozazdrościłby szlachcic, a naprzeciwko niego brudny, skołowany, niepewny losu, cały we krwi i cierpiący torturowany.

– Niee! Niee! Niee! Naprawdę! Nie jestem twardy! Powiedziałem ci co chciałeś, wypuść mnie! Wiesz wszystko! Ja nic nie wiem! Mam żonę i dzieci! – krzyczał architekt w rytm drugiego kołeczka wbijanego pod kolejny paznokieć.

– Jestem pewien, że coś wiesz – uśmiechnął się łagodnie kat – Przecież nie krzywdziłbym cię, gdybym nie musiał, prawda? A co do twojej żony i dzieci, to nie bój się, szybko o tobie zapomną – odpowiedział, uśmiechając się promiennie.

– Nie wiem… Nie wiem… Naprawdę. Nie wiem, kim jesteś… Aaaaaaa! – wrzeszczał znów. Gort zauważył, że dźwięki wydobywające się z gardła ofiary nie są już rytmiczne w stosunku do uderzeń młotka i zaczynają psuć harmonię. To lekko zniszczyło jego zabawę i zasmuciło mężczyznę. Biedny architekt powinien zaraz zemdleć.

Anakur nie mylił się, głos szybko się urwał, a głowa bezwładnie opadła. Kat usiadł w kącie sali, gdzie było najjaśniej i zaczął czytać książkę. Opisywała zachodni kontynent Ghnti, z którego wróciło bardzo mało wędrowców, owiany tajemnicą i rzekomo nie należący do najbezpieczniejszych ziem. Według relacji występują tam krwiożercze potwory i zrodzone z magii demoniczne kreatury. Przez chwilę zastanawiał się, patrząc na prowizoryczne mapy przedstawiające Ghnti. Po chwili jednak zamknął książkę i zaczął mówić do siebie. Lubił to robić, był to jakiś skutek uboczny jego wyjątkowości, a może częściowa samotność.

– Kiedyś to były czasy. Człowiek czytał o derfach i myślał sobie: o mój Ethnu, ciekawe, czy one istnieją! Gdzieś tam, daleko… wyobrażał sobie, jak stworzenia pływają wolne wśród głębin – Gort lubił samotność tak samo jak swoich przyjaciół. Słuchał własnego głosu rozchodzącego się echem – A teraz? Przeklęci ryboludzie czyszczą mi buty. Zniszczyliście całą swoją legendę. Kiedyś, jak przybył derf, to ludzie obdarowywali go złotem i budowali mu ołtarze, a teraz? Leżą pobite, obrzygane i obszczane przez meneli w rynsztokach. One naprawdę nie mają dokąd pójść? Naprawdę ta niegdyś mityczna rasa musiała w naszych oczach tak nisko upaść? Nienawidzę ich. Zniszczyli siebie, swoją rasę i swoją dumę! Chociaż… Może jeszcze gdzieś tam, w odmętach, żyją prawdziwe, wolne i potężne derfy. A może i my tacy kiedyś byliśmy? Prastarzy wojownicy, legendarni łowcy, mężczyźni broniący swoich kobiet i dzieci. Umierający za kraj. To wszystko minęło, kiedyś było lepiej, teraz już tylko kurwy, złodzieje i mordercy. Wszędzie margines społeczny wałęsający się bandami, gotowy napaść nawet na króla, byle się uchlać jeszcze bardziej. Ludzie też się stoczyli, a elfy? Kiedyś szlachetna, dumna i przede wszystkim, dobra rasa. Niby Valandriol doprowadził do tego, że całe ich złoto spłynęło krwią, ale było to przecież całe siedemdziesiąt lat temu! Teraz to schlani durnie, właściwie nieróżniący się od ludzi. Brudny elf i brudny człowiek wygląda tak samo. Albo to pajacowanie z rezerwatami i drzewami. Co oni tam w ogóle czczą? Czemu nasz król pozwala tym zwierzakom tu mieszkać? Chociaż niby podatki, im więcej kasy, tym lepiej. Eh! Ten świat się sprzedał. Nie ma już smoków, nie ma prawdziwych wojowników, są tylko pieniądze. Może tam, w Ghnti, jest jeszcze choć odrobina…

– Aaaaaaaaaaa! – wydzierał się torturowany.

– …humanitaryzmu i prawdziwego życia – dokończył swój monolog Gort, po czym wstał i ruszył w stronę architekta. Zmienił swój ton na słodki i miły, po czym odezwał się – Ooo… nasz skarb się obudził. Więc jak, kochanie, przypomniałeś sobie, którędy najlepiej wejść do Deriolu? Najlepiej w grupie. Dość dużej.

– Nie widziałem żadnych planów! – odpowiedział architekt, a Gort już po pierwszym słowie zaczął umieszczać pod