Shorty

Króciutkie tekściki zawierające jakąś metaforę. Jak wyginęły dinozaury  oraz Tron Piotrowy to swoiste ostrzeżenie, emanacja moich lęków dotyczących przyszłości. Opętanie to mój lęk dotyczący przeszłości.

Jak wyginęły dinozaury

Profesor Rex chwycił kieliszek szampana swoimi szponami, które w porównania do reszty ciała wydawały się malutkie, po czym przemówił:

– Drogie gady! Zjazd Światowej Organizacji Ochrony Środowiska w Paryżu uważam za otwarty. Przed wami setki godzin prelekcji. Wypowiedzą się największe autorytety gadziego świata. Jeszcze dziś zapraszam na panele w budynku trzydzieści trzy, gdzie prezentowane będą wystawy dotyczące globalnego ocieplenia. W budynku dziewięćdziesiąt dwa będzie wykładał doktor Triceratops na temat pomoru pangeańskich mchówek, śmierci gigantycznych ważek i ich powiązania z działaniem naszej cywilizacji. Tymczasem pierwszą mowę wygłosi naukowiec, wybrany tradycyjnie w plebiscycie. Przed wami wielki gad ochrony środowiska! Doktor Velociraptor Pot! Zapraszam.

W kilku susach, wywołany pojawił się pod sceną i wskoczył na wysoki podest. Profesor Rex, spojrzał lekko zdezorientowany. Co prawda, słyszał o nim wiele, ale widział po raz pierwszy. Pot był głośnym autorytetem nowego pokolenia, jego twarde, kontrowersyjne poglądy przyciągnęły rzeszę fanów. Nie można było mu odmówić wiedzy i inteligencji, a do tego był młody, silny i zwinny.

– Gady i gadziny! Zebraliśmy się tutaj dzisiaj, żeby przedyskutować kwestię najważniejszą dla nas i naszej przyszłości. – Odchrząknął.

Już w tym momencie zebrani byli gotowi bić brawo. Poza profesorem Rexem, który jak wszystkie inne tyranozaury klaskać nie potrafił.

Błyskotliwy socjolog, biolog, wolnomyśliciel imponował i fascynował młode pokolenie. Patrzył na świat z nowego, świeżego punktu. Wywoływał skrajne emocje, dużo osób bało się go, przestrzegało przed nim, uznawało za niebezpiecznego. Wielu go też kochało. Niektórzy specjalnie dla niego przyjechali z drugiego końca kontynentu.

– Matka natura! To ona nas stworzyła – Kontynuował. – Powinniśmy być jej wdzięczni! Jednak przez tysiące lat naszej cywilizacji. Jej bezdennego wyzysku, doprowadziliśmy do tego, że już nigdy nie zobaczymy lśniących skrzydeł maulitius gaifaxis, ani nie usłyszymy wyjących tusitarius nuruluxi.

Po sali przeszedł szmer. Gady potakiwały i przyznawały mu rację. Każdy tylko trochę zawstydzony faktem, że nigdy o podobnych gatunkach nie słyszał. Doktor jednak niestrudzenie kontynuował.

– Globalne ocieplenie jest koszmarem, o którym nie trzeba wspominać. Stężenie dwutlenku węgla osiągnęło już ponad jeden procent stężenia w atmosferze. Jak byłem jeszcze pisklęciem nie było takich burz jak teraz, ani takich huraganów. Spójrzmy na dzisiejszy krajobraz! Niegdyś widzieliśmy pełne życia, gorące, deszczowe lasy, a teraz? Wszędzie tylko kominy i supermarkety! Jaka jest wartość naszego życia? Czy jesteśmy lepsi od naszej matki ziemi, dlatego że mamy nad nią władzę? Jeśli wyginą owady, życie na ziemi wymrze w ciągu kilku lat. Jeśli wyginęłyby dinozaury, rozkwitłoby ono na nowo!

To była jedna z tych kontrowersyjnych wypowiedzi, które cieszyły gadzich fanów. Bili brawo, wstawali z krzeseł. Owacje nie miały końca.

– Dlatego dziś zdecydowałem, że czas to zmienić i naprawić naturę. Zakończyć agonię matki ziemi. Opracowałem wirus, który wybije wszelkie zło z tego świata i uleczy naszą zniszczoną planetę.

Klaskali, płakali ze wzruszenia. Taki silny i mądry, tak dobry. Obserwowali w skupieniu, jak szponami wyjmuje z fartucha małą fiolkę. Pyknięcie korka wyjmowanego z fiolki zagłuszyło wiwatujące towarzystwo. Euforia na sali sięgała zenitu. Każdy z nich szczęśliwy i radosny z faktu, że może wraz z doktorem Potem – autorytetem i naukowcem – uczestniczyć w tym niesamowitym wydarzeniu.

Minęła jedynie chwila zanim badacz nie zaczął kaszleć krwią i w konwulsjach tarzać się po drewnianych deskach. Po kilku sekundach dołączyli do niego goście z pierwszych rzędów auli. Kilkanaście minut później w całym budynek nie ostał się nikt żywy. Po miesiącu – na świecie. Spełniła się piękna, romantyczna wizja doktora. Świat znów zakwitł.

Tron Piotrowy

W bogato wystrojonej sali aż skrzyło się od złotych płaskorzeźb i artefaktów. Na ścianie wisiały stare, zadbane gobeliny, a na środku pomieszczenia pysznił się czerwony dywan. Nad grubymi, dębowymi wrotami wisiał skromny krzyż – symbolizujący chrystusowe życie w ubóstwie.

– Kurwa mać! – Krzyknął przekleństwo po włosku.

– Proszę się uspokoić, Ojcze Święty – Odpowiedział Silva, kardynał z Brazylii, jednocześnie długoletni przyjaciel papieża.

– Jak mam się uspokoić?! Co mam robić?! – Krzyczał Leon XIV, rodowity Rzymianin o nazwisku D’agostino.

Już jako dziecko czuł, że Bóg ma dla niego jakąś specjalną misję i o ile dotychczas jedynie Mu dziękował, teraz zaczynał przeklinać dzień, w którym wstąpił do seminarium. Choć miał trzech przyjaciół przy sobie i Trójcę nad sobą to czuł się samotny. Bał się stojącego przed nim wyboru.

Wszyscy wspominali czasy przyjmowania święceń, kiedy byli młodzi i wszystko było proste. Nikt nie przypuszczał jakie czasy ich zastaną.

Każdy z nich był z innego kraju, każdego inaczej doświadczyło życie. Może dlatego rzadko się ze sobą zgadzali. Pod tym względem idealnie nadawali się na doradców następcy Świętego Piotra.

Zapadło milczenie, nie licząc jedynie echa odbijającego się wśród ścian.

– Przedyskutujmy powtórnie sytuację. – Zaproponował pochodzący z Irlandii kardynał Quinn.

Znali się z Leonem XIV jeszcze z seminarium. Zawsze sprawiał wrażenie bardziej polityka niż duchownego, ale na pewno nie złego człowieka. Wielokrotnie twierdził, że Kościół jest najważniejszy, ale nie był jednym z tych, którzy w wierze widzą pieniądze czy władzę. Jak mówił: im więcej jest wiernych tym więcej dusz wygrywa Bóg w odwiecznej walce ze złem.

– Nie ma się tu nad czym zastanawiać! – Krzyknął Friedrich. – To są mordercy! Faszyści! Powinniśmy ich potępić!

Do „czwórki” dołączył tuż po seminarium. Kroczył drogą Chrystusa, miłując wszystko co żyje i stając zawsze w obronie słabszych. Człowiek głębokiej wiary. Raz, za młodu, nawet uczestniczył w egzorcyzmach. Po tym zaczął dużo pić. Nie pomagał w walce z nałogiem temperament choleryka a właściwie jedno i drugie się ze sobą łączyło. Jednak te koszmarne wspomnienia były już za nim.

– A co ty sądzisz, Silva? – Papież spytał Brazylijczyka łamiącym się głosem. – Co mam zrobić?

Właściwie Juan Francisco María de la Sáenz Silva był jedynym spoza Europy. Mimo to spędził na tym kontynencie większość swojego życia. Z Quinnem i D’agostino poznał się w Jerozolimie podczas pielgrzymki. Człowiek roztropny i spokojny. Pomimo wiary, nie było w nim „żaru” dostrzegano w oczach pozostałej trójki. Był człowiekiem, który przystąpił do Świętego Kościoła Rzymskiego raczej z przypadku niż powołania. Równie dobrze sprawiłby się jako prawnik czy księgowy.

– Nie mam pojęcia. – Patrzył niewidzącym wzrokiem w ścianę.

– Powinniśmy ich przekląć! To mordercy! – Krzyknął Friedrich.

Nadawałby się idealnie do przewodzenia motłochowi. Wydawał polecenia w taki sposób, że mechanicznie miało ochotę się je wypełniać. D’agostino z czasem się na to uodpornił, ale wymagało to wiele pracy.

– Może po prostu powinniśmy obserwować sytuację? – Rzucił Silva.

Nie chciał, żeby jego decyzja była choćby rozważana. Powiedział to cicho i pod nosem mając nadzieję, że każdy go usłyszy, ale nikt nie posłucha. Nie chciał brać udziału w naradzie, choć wiedział, że powinien. Nie miał własnego zdania, ale miał o to do siebie żal. Właściwie odzywał się tylko po to, żeby móc później usprawiedliwić się przed Bogiem i samym sobą.

– Przyjaciele! – Zaczął Irlandczyk. – Niestety, ale widzę tylko jedno wyjście z tej sytuacji: musimy działać. Przeanalizujmy to wszystko na chłodno, dobrze?

Rozległy się pomruki aprobaty. Nawet Austriak pokiwał smętnie głową. Miał swoje zdanie, ale w głębi duszy i on nie chciał brać odpowiedzialności za to, co się wydarzy, podobnie jak żaden z zebranej czwórki.

– Zaczęła się wojna, prawda? Każdy jest tego świadom. Europa ma już dość Islamu i Koranu, roszczeniowej postawy muzułmanów. Można to nawet nazwać próbą kolonizacji Starego Kontynentu… Czy ten konflikt czegoś wam nie przypomina? Czegoś, co wydarzyło się kiedyś w odległej historii świata?

– Krucjata… – Powiedział zachrypłym głosem Silva.

– Właśnie nie. – Odpowiedział spokojnie Irlandczyk przewracając oczami. – Nie przypomina niczego, co wydarzyło się do tej pory.

Nawet Friedrich rzucił zaciekawione spojrzenie przyjacielowi.

– Podczas krucjat Europa zbierała swoje wojska i wysyłała w obronie swoich interesów pod cieśninę Dardanele i dalej aż pod grób Pana. Teraz Europa walczy o życie. – Kontynuował powoli i przerwał, po to, żeby każdy zdążył przetrawić otrzymywane informacje. – Tu o przetrwanie walczymy My. Mamy trzy możliwości. Każda może dać dwa różne wyniki.

– Powinniśmy potępić buntowników, przecież to faszyści! – Krzyknął Austriak widząc, że Quinn przykuwa coraz większą uwagę Ojca Świętego.

– Faszyści? – Zapytał Quinn.

– Jak inaczej nazwać ludzi, którzy chcą mordować innych tylko dlatego, że tacy się urodzili?

– Odrzućmy wszystkie osądy i zastanówmy się co się wydarzy, jeśli europejscy ‘faszyści’ wygrają i wygnają stąd muzułmanów.

– Co się wydarzy? – spytał Leon XIV.

– Zniszczą nas. – Powiedział spokojnie Irlandczyk. – To oczywiste, prawda?

– Gdzieś na pewno znajdą się ludzie gotowi nas bronić! – zawołał Silva.

– „Gdzieś na pewno znajdą się ludzie”… – powtórzył Irlandczyk ironizując. – Gdzie? W Europie? Na pewno nie! W Ameryce Południowej? Może będziemy przenosić Kaplicę Sykstyńską do Rio? To samo wydarzy się, jeśli całą sytuację zignorujemy – oświadczył, po czym dopowiedział cytatem. – „Znam uczynki twoje, żeś ani zimny, ani gorący. Obyś był zimny albo gorący! A tak, żeś letni, a nie gorący ani zimny, wypluję cię z ust moich”. W obu przypadkach poczują się zdradzeni i rebelia z wojny o Europę bez Islamu szybko przemieni się w wojnę przeciw religiom. Jak w osiemnastowiecznej Francji.

– Jesteśmy między młotem a kowadłem. Jeśli islam wygra to na pewno nas wymordują. – Dopowiada grobowo Leon XIV.

– Prawdopodobnie tak, a nawet jeśli nie, to komu będziemy wtedy służyć? – spytał Quinn.

Krótka cisza przerywa rozmowę. Na nią właśnie czekał Irlandczyk.

– Więc w przypadku nie poparcia rebeliantów możemy od razu przenosić Tron Piotrowy do Rio. To już ustaliliśmy. Dobrze, co się stanie jeśli ich poprzemy?

– Renesans Kościoła w Europie. – Odrzekł D’agostino, ale po chwili dodał: – Prawdopodobnie.

– Masz całkowitą rację. Co jeśli Islam wygra?

– Wtedy zginiemy – Zakomunikował Friedrich.

– Jak męczennicy! – Zabrał niespodziewanie głos Silva.

– Dokładnie tak, jak męczennicy. My, starcy, nie boimy się chyba śmierci, prawda? – Spytał Quinn swojego rówieśnika.

– Wraz z nami umrze Kościół! – Dodał Austriak.

– Błąd! Czy Kościół upadł po śmierci świętego Piotra, który przecież był wtedy biskupem Rzymu? Wtedy kiedy chrześcijanie byli jeszcze jedynie pyłem? Nie! Poświęcenie było kamieniem węgielnym, na którym rozkwitała wiara w naszego Boga. Przecież nawet Chrystus – syn Boży, zmarł za przyszłość Kościoła. Potęgę naszej wiary, przez wieki budowali ludzie gotowi za nią umrzeć. Dlaczego mielibyśmy się obawiać? Widząc nasze poświęcenie za nich, ludzie zobaczyliby, że Bóg jest z nimi. Rebelia poparta przez nas, nawet jeśli by upadła, zainspirowałaby dziesiątki kolejnych.

– Dobrze, ale co z moralnością Chrystusa? Co z „nie zabijaj”? – zaatakował Friedrich.

– Pamiętasz święto rozesłania apostołów? – zapytał Quinn

– Stare dzieje, ale Pan nasz we wtorek po zmartwychwstaniu ofiarował apostołom dwa miecze, aby mogli się bronić, lecz nie atakować – powiedział bezwiednie Sylvio.

Friedrich nagle sam zrozumiał. Wszystko od zawsze było w Piśmie Świętym. Odpowiedź na każde pytanie. Przypomniał sobie wczorajszy sen i choć jeszcze godzinę temu go ignorował, teraz już wiedział, co miał przekazać.

– Ojcze Święty – powiedział w stronę Leona XIV. – Co odpowiesz, kiedy w raju Bóg zapyta cię, czy jesteś tym, przez którego nikt już w niego nie wierzy? Co Mu powiesz, kiedy zapyta cię, czy to przez ciebie śmierć jego jedynego Syna poszła na marne?

Decyzja stała się oczywista.

Opętanie

Sponad brody wyglądał na kartki powstającej książki. Czuł dziwaczne odrealnienie, zdawało mu się, że patrzy na tekst jak przez mgłę. Litery same układały się w wyrazy, a te w zdania. Gdzieś na granicy świadomości zadawał sobie pytanie: czy to rzeczywiście ja piszę? Nie potrafił przerwać. Pisał jak opętany. Tak, jakby jakaś siła wyższa kazała mu to robić, a on był zbyt słaby, żeby ją powstrzymać. Instynktownie czuł, że tekst ma się ku końcowi, choć nie przypominał sobie, żeby myśli przelane na papier były jego. Owszem, niektóre z tych przemyśleń zdecydowanie należały do niego, ale w całości zdawały się jakieś dziwne, obce.

Karol Marks postawił ostatnią kropkę. Pan Engels powinien być zadowolony, chyba o to mu chodziło, pomyślał. Uśmiechnął się do siebie, bo zdał sobie sprawę, że właśnie poczuł się wolny. W jakiś sposób czuł ulgę. Nie musiał już pisać. Dziwaczne dzieło wprowadzało go w niepokój, jakby ulatniała się z niego jakaś magia. Szczęśliwie, racjonalny umysł odrzucał tego typu prymitywne wierzenia. Nawet jeśli bóg istniał, to nie bawił się w takie rzeczy jak książki. Przynajmniej już nie. Poza tym, Marks czuł się dumny ze swojego dzieła. Pełen pychy, oddał swój twór do oceny sponsorowi i jednocześnie współautorowi książki. „Manifest komunistyczny” – tak nazwał swoje dzieło.

*******

Lucyfer usiadł na swoim tronie, otoczony wszelkiej maści nieziemskimi obrzydliwościami. Był wyraźnie zadowolony.

– Panie, z czego się tak cieszysz? – zapytał jeden z jego rogatych podwładnych, mieszkańców piekielnej sfery.

– Dziś dokonałem opętania – powiedział z uśmiechem.

– A jakiegoż to? – zapytał z zaciekawieniem inny. Na pierwszy rzut oka wydawało się, że jego głowę pokrywa warstwa robali, tak naprawdę była to po prostu twarz.

– Otóż to wszedłem w ciało śmiertelnika i stworzyłem coś, co na zawsze zmieni oblicze świata – Król demonów nie mógłby się nie pochwalić.

– W czym, więc tkwi geniusz Pańskiego planu? – dopytywały się demony.

– Otóż jego ręką i głową napisałem książkę, która pochłonie miliony istnień, a pozostałych doprowadzi do demoralizacji. Ten dureń myśli, że to on pisał, ale to ja wydawałem rozkazy jego palcom. Pewnie jest dumny, ale ten twór jak rak będzie zżerał żyjące istoty jeszcze przez najbliższe wieki, a zbłąkane duszyczki nawet nie będą tego świadome. Odwrócą się od twórcy i nieświadomie pójdą do nas, wierząc w to, że tworzą nowy, lepszy świat. Nie będą nawet wiedzieli, że oddają mi hołd. Będą pod moją władzą. Moją! – tutaj władca piekieł zaryczał donośnym śmiechem, który odbił się potwornym echem po ciemnych ścianach sali tronowej. Po czym dodał jakby do siebie:

– Pomyśleć, że za kilkaset lat będą wierzyli w to, że opętania to obracanie głowy, krzyczenie w dziwnych językach i skakanie po ścianach.