Gort Anakur II


Echo krzyku, odbijając się po kamiennych ścianach, rozniosło się po lochach. Po chwili zapanowała idealna cisza.

– Przestań – powiedział ze znudzeniem Gort, przeciągając pierwszą sylabę – To tylko rozżarzone żelazo.

Szpiega przywiązano do cudownej maszyny pomysłowego kata. Ręce i nogi torturowanego umieszczone były w specjalnych imadłach, które obracały się pod wpływem ruchu korby. Czasami łamanie kończyn stanowiło tylko początek, ponieważ kręcące się bardzo powoli bloki zrywały mięśnie i stawy, zwijając je jak sprężynki. Jednak w tym momencie Gort wykorzystywał maszynerię tylko po to, aby unieruchomić mężczyznę.

Ostatnio szpiegów było coraz więcej. Siły Xynthialu po wygranej wojnie wpadły na siatkę szpiegowską Valandriolu. Zamieszany był w to ogrom osób. Spodziewano się wręcz, że nawet rodzina królewska maczała w tym palce. Wszystko byłoby jasne, gdyby nie to, że obecnie panujący król Valandriolu, Evriyan VII Vilyaol, był jednym z najgorszych od lat i nie cieszył się opinią najmądrzejszego.

– Jaki cel miała ta wasza organizacja? – zapytał kat.

– Nie mam pojęcia! Mówiłem ci! – odkrzyknęła ofiara.

– Mówiłeś tylko tyle, że do żadnej nie należałeś. Teraz mówisz, że należałeś, ale nie wiesz, w jakim celu. Zdecyduj się – uśmiechnął się Gort.

– Ale… Nie! Nie byłem w żadnej organizacji szpiegowskiej! – krzyknął torturowany – Aaa! – zawył mężczyzna, któremu oprawca rozżarzonym nożem zaczął nacinać ramię. Gort robił to tak naturalnie, jak człowiek, który z nudów bębni palcami po blacie stołu. Rana nie krwawiła. Rozcięte tkanki od razu się zasklepiały.

Gdy szpiegowi opadła głowa, kat posmutniał i wyjął narzędzie. Popatrzył na rozżarzone ostrze, jednak po chwili umieścił je z powrotem w ranie. Usiadł w swoim ulubionym kącie przy biblioteczce i zaczął zastanawiać się, co chciałby przeczytać. Wziął do ręki pierwszą z brzegu nieprzeczytaną książkę, spojrzał na okładkę i zdziwił się. Otworzył dzieło opowiadające o sztuce manipulowania ludem i o psychologii człowieka. Tę książkę dostał od Neriva na urodziny. Król to rzekomo obowiązkowy podręcznik wszystkich władców. Tak przynajmniej powiedział mu przyjaciel. Gort słyszał już o odpowiednich sposobach mówienia, gestykulowania czy argumentowania, które pomagają łatwiej dotrzeć do odbiorcy. Tutaj się dziwił – dokładnie opisano gesty i słowa potrafiące wywoływać u ludzi wrażenie na przykład zaufania w stosunku do mówiącego. Przedstawione były czyny i prawa, które władca może wprowadzić dla zwiększenia swojej kontroli nad obywatelami. Gort zauważył sentencje typu: „Człowiek sam jest nikim przed majestatem monarchii, liczy się tylko grupa”. Na setkach stron opisano, jak przygotowywać polityczne prowokacje, aby dzielić nacje, jak sprawiać, by nikt nie ufał nikomu. Co robić, żeby na danych terytoriach powstawały mniejszości, jak wywoływać zamieszki skierowane w daną grupę etniczną. Najbardziej jednak wstrząsnął nim fragment o sposobach manipulacji wiedzą i inteligencją tłumu. Jednym ze sposobów przykładowo było odcinanie ludzi od informacji w taki sposób, żeby nie mogli się rozwijać. Wtedy żyłoby się w kraju mentalnych dzieci, których okłamanie nie stanowiłoby problemu. Odbieranie plebsowi dostępu do książek, gazet i źródeł informacji spowodowałoby, że ludzie wegetowaliby, bez szemrania płacąc narzucone podatki. Finansowi niewolnicy państwa, bez żadnej opcji na wybicie się ani ucieczkę, umierający na gospodarstwie ojca, dziada i pradziada, które później odziedziczy syn, wnuk, prawnuk. Nie byłoby w tym nic strasznego, gdyby nie fakt, że to prawdopodobnie już następuje – tego przynajmniej Gort nie mógł wykluczyć.

Drugą opcją było masowe wtłaczanie zbędnych, mylących informacji na temat czegoś, czego nie da się opisać obiektywnie. Tworzenie sporów, rozpuszczanie plotek, potem ich negowanie. Rozdawanie książek prawie za darmo, najlepiej jak najgłupszych, bez jakiejkolwiek wartości artystycznej czy informacyjnej, podobnie jak setek różnych stronniczych gazet.

Po chwili zadumy Gort z przerażeniem stwierdził, że prawdopodobnie ten drugi zabieg również jest w tej chwili praktykowany. Teoretycznie oba ruchy się znosiły, jednak w praktyce tworzyły genialną synergię ogłupiania mas. Kat nad jednym się tylko głowił: czy to po prostu zwykły zbieg okoliczności, czy Ereitan III potrafi cytować Króla z pamięci, a i pewnie dopisać własny rozdział? Moment, w którym Gort zdał sobie z tego sprawę, miał… ciekawy wpływ na jego psychikę. Kata dręczył strach – taki nienaturalny, którego nie potrafiłby racjonalnie umiejscowić na subiektywnej mapie emocji. On, nieodczuwający zazwyczaj nic, poczuł się… nieswojo. Przez chwilę siedział spokojnie, zastanawiając się, czy jest jeszcze wolny, czy już nie. W konsekwencji nie doszedł do żadnego wniosku, bo jęk więźnia gwałtownie przerwał jego rozmyślania. Gort wstał i podszedł do mężczyzny.

– Tak więc… jaki cel ma wasza organizacja? – zapytał spokojnie.

– Wy… Wyjmij mi to… – zajęczał więzień niczym dziecko, które płacze dopiero wtedy, gdy zauważy własną krew. Torturowany patrzył na rękojeść wystającą z kończyny. Sama świadomość bólu potęgowała jego siłę.

– Och… – Gort westchnął ze smutkiem. – Przeszkadza ci?

– Zabierz… Wyjmij…

– Mów, po co ta pieprzona siatka! – krzyknął na całe gardło Anakur, a przerażony więzień prawdopodobnie by podskoczył, gdyby nie fakt, że siedział zakleszczony w maszynie.

– Nie rób mi krzywdy… – wyjęczał. Gort westchnął tylko i wyjął ze spalonej rany szpiega ostygłą już klingę, po czym odłożył ją na stół.

– Nie zrobię ci krzywdy, jeśli powiesz, co ci wiadomo. Zresztą nie udawaj świnki morskiej. Wiesz, jak to działa – powiedział Gort głosem strażnika miejskiego, który złapał niesfornego dzieciaka na jakimś lekkim przewinieniu i zrobiło mu się go żal.

– Ale ja nic nie wiem! Naprawdę! – wyjęczał smutny więzień.

– No dobrze, w takim razie będę musiał cię wypuścić… – odpowiedział Gort.

Mężczyzna się rozluźnił, a Anakur chwycił niewielką fiolkę i rozlał jej zawartość na brzuchu ofiary. Z cichym sykiem kwas zaczął przeżerać się przez ubranie, a potem skórę. Krzyk rozniósł się po całej sali. Nie był to jednak zwykły krzyk. Był to rozrywający od wnętrza skowyt nienawiści i zniszczonych marzeń.

– Jakiś ty romantyczny – powiedział Gort, uśmiechając się. – Aż chciałbym cię teraz związać twoimi jelitami, ale mógłbyś tego nie przeżyć, a wtedy byłbym smutny. Widzisz, jak o ciebie dbam? Martwię się o ciebie! A ty co? Jesteś po prostu niewdzięczny! – oprawca ruszył korbą, rozpoczynając bolesny proces miażdżenia dłoni domniemanego szpiega. – Żyjemy w kraju pełnym miłości i wzajemnego szacunku, a ty igrasz z tym i chcesz obrócić w pył sen o potędze, bogactwie i szczęściu. Chcesz zmienić powodzenie i dobrobyt w rzeki krwi – Anakur, cytując słowa z przeczytanych przed chwilą stron, patrzył jak jego ofiara wije się i próbuje wyrwać z bezlitosnego systemu imadeł. – Nie jestem tu po to, żeby cię krzywdzić, chcę ci tylko pomóc. Chcę pomóc znaleźć odpowiedź na pytanie „dlaczego jestem takim parszywym kłamcą i świadomie szkodzę dobrym, uczciwym, pracującym ludziom?”. Chcę uświadomić ci, że z naszej dwójki to nie ja jestem potworem. To ty chcesz wymienić pieniądze na krew swoich bliskich, przyjaciół i sąsiadów. To ty sprzedajesz kraj! – Pośród odgłosów pęknięć kości i krzyków wprawne ucho usłyszałoby kapanie krwi na posadzkę. – Martwisz mnie…

– Zabiję cię! Zabiję jak psa! Dopadnę i rozerwę! Nie wiesz, kim jestem! Nie wiesz, co mogę! – zaczął wydzierać się więzień.

– Gówno możesz – odpowiedział spokojnie oprawca.

– Pomachaj na pożegnanie lewej ręce. A nie… nie możesz – Gort wyszczerzył się w uśmiechu i przekręcił mocniej korbę. Krew zwiększała częstotliwość kapania, jakby rywalizując z intensywnością krzyków. – W ogóle cóż to za cudowny pomysł grozić komuś, kto może cię w każdej chwili zabić! To chyba najgłupszy pomysł świata. Jeżeli liczyłeś na to, że przeżyjesz dzisiejszą przygodę, to niestety masz pecha. Chciałem cię wypuścić, ale jesteś dla mnie zbyt niebezpieczny.

Kat doszedł do wniosku, że prawdopodobnie wściekłość więźnia wywołały teksty zaczerpnięte z książki. Co prawda sam Anakur nie wierzył ani w państwo, ani w króla, a już tym bardziej w słuszność mordowania tysięcy ludzi dla nieumarłych niewolników. Nie dawał wiary w powszechny dobrobyt i wszechobecną wolność obywatelską, jaka została obiecana, tak jak nie wierzył w bezinteresowność i łaskę władcy, na jakiego próbował się wykreować Ereitan III. Po prostu król nie był idiotą i nie obchodziło go dobro ludzi. Może w legendarnych królestwach elfów tak było, ale u ludzi? Nawet w sytuacji niewyobrażalnego dobrobytu i bogactwa zawsze znajdzie się ktoś, kto podburzy lud i będzie chciał zabić monarchów. Gort był pewien, że w kraju nigdy nie będzie lepiej, zresztą jedynym pryzmatem, przez jaki patrzył, były jego własne pieniądze. Duże pieniądze, które dostawał prosto z królewskiego skarbca.

Najciekawszym osiągnięciem było jednak zmuszenie biednego idioty do wyrzutów sumienia. Przestał kręcić korbą i zamyślił się. Czy plan ogłupienia ludzi naprawdę wszedł już w życie? Zapadła cisza.

– Jaką książkę ostatnio przeczytałeś? – zapytał nagle Gort.

– Co? – zdziwił się szpieg.

– Nie słyszałeś? Jaką książkę ostatnio przeczytałeś?

– Ale… Co to ma do rzeczy? Nie wiem! Nie pamiętam! – odpowiedział więzień, przechodząc od zdziwienia do paniki. Nie miał pojęcia, do czego dąży stojący przed nim nieobliczalny, psychopatyczny kat. Najgorsze jednak było to, że sam oprawca też tego nie wiedział. Zapadła kilkusekundowa cisza. Po chwili korba znów zaczęła obracać się w dłoni Gorta, nieprzyjemnie zgrzytając, a więzień ponownie poczuł zaciskające się na dłoni imadło.

– Wiesz, jaki to cudowny wynalazek? Najpierw zmiażdży ci palce. Potem stawy, mięśnie. Dalej przejdzie z palców do dłoni, a na końcu do przedramienia. Żebyś na pewno wszystko czuł! Z twojej ręki zostanie papka o konsystencji błota. Co do mojego pytania, to i tak nie chcesz mówić o prawdziwym celu twojej szajki, więc pomyślałem, że porozmawiamy o literaturze. Nie czytasz książek? Trudno, będziemy rozmawiać o twoim bólu. Chyba pójdę przygotować wiadro! Ciężko zmyć krew z nierównych kamieni, na dodatek zmielone chrząstki i mięśnie wyglądają obrzydliwie. Poza tym – mówił dalej, idąc po blaszany kubeł – mogę z czystym sumieniem – tu zaśmiał się pod nosem – torturować cię, aż nie wydasz mi wszystkich szczegółów.

Podstawił metalowy ceber pod specjalny lejek. Więzień spojrzał ponuro na kata.

– Ile razy mam ci mówić!? Nie pracowałem dla żadnej pieprzonej siatki Valandriolu!

– O! – Gort wydał z siebie dźwięk sugerujący zaskoczenie. Szpieg początkowo wpatrywał się tępo w kata, a następnie na jego twarzy pojawił się grymas żalu i złości na samego siebie. – Nie wspominałem o żadnej siatce Valandriolu.

– Valandriol to nasz jedyny wróg! Czyja miałaby być ta siatka? – krzyknął rozżalony więzień. – To niczego nie dowodzi!

– Możliwe, że dla sądu nie – powiedział Gort, uśmiechając się szeroko, po czym kopnął drugą korbę, która zacisnęła się gwałtownie na prawej ręce torturowanego, wywołując u niego mimowolny spazm.

– Aaaa! Ja naprawdę nic nie wiem! Dostałem list! Jeszcze w Valandriolu, nie wiem od kogo… nie był adresowany zwrotnie… w którym było napisane, że jeżeli zamieszkam w stolicy Xynthialu, dostanę pensję. Jedyne moje zadanie polega na tym, że w odpowiedniej chwili wyślą mi listę zadań.

– Kto jest organizatorem?

– Nie mam pojęcia, mówiłem, nie było podpisane. Postanowiłem wyjechać do Xyranalu i rzeczywiście dostaję pensję przez listy, ale nie wiem, od kogo. Dostaję i już. W Nerokralu nie miałem pracy.

– Dobrze… – zamyślił się Gort.

– Dobrze?

– Ale wciąż mało! – krzyknął kat, po czym obrócił maszynę. Usłyszał cztery trzaski pękających kości palców.

– Nic więcej nie wiem! – mężczyzna wył z bólu.

– Nie wierzę! To jest nic! – krzyknął kat, obracając jeszcze kilka razy maszynę. Słyszał chrzęst kości. Mężczyzna ryczał rozdzierającym głosem, a do wiadra skapywała krwawa pulpa, niegdyś pełnoprawna część lewej ręki. Głos więźnia urwał się nagle i jego głowa opadła.

– Znowu zemdlał… – powiedział Anakur, mierząc mu puls. – Na czym to ja…?

Wrócił do książki, ciesząc się, że ją dostał. Nie mógł przestać się nią napawać. Spłynęło na niego jakże rzadkie uczucie szczęścia. Może Neriv wiedział, że sprawi mu tym przyjemność. Nie żeby ta książka mu się spodobała, wręcz przeciwnie, była przygnębiająca, a przynajmniej tak mógł ją opisać, jednak Anakur odzyskał wiarę w swoje człowieczeństwo.
Gort, mimo że nie miał wyrzutów sumienia z powodu mordowania czy ranienia ludzi, zastanawiał się często czysto filozoficznie nad znaczeniem swojej pracy w stosunku do społeczeństwa. Myślał, że jest potworem, ale tak naprawdę to on jedynie sprawia ból, na dodatek tylko jednostkom. W porównaniu z tworzeniem przekonań, które czasami kreują sposób myślenia całych pokoleń i nacji, to nie było nic wielkiego. Wielcy królowie i politycy budowali z myślą o sobie ideologie, które miały ogromny wpływ na życie poddanych. Często były one nierealne, czasami wzbudzały nienawiść, niektóre zbliżały ludzi, inne dzieliły, jednak wszystkie dążyły do jednego wspólnego celu. Przede wszystkim miały zachęcić do podporządkowania grupy pod egoistyczne pobudki danej jednostki. Ludzie, słuchając swoich idoli, zapominali często o tym, co liczy się dla nich; kupowali kłamstwa, płacąc za nie swoją miłością, lojalnością, a czasem i oddanym życiem. Gort postrzegał życie człowieka jako sumę zebranych doświadczeń i umiejętności na całej przestrzeni czasu spędzonego na tym świecie. Z tego punktu widzenia jedynie koniec pozostawał wspólnym mianownikiem kata i jego ofiar. Anakur według własnej teorii niszczył tylko cząstkę ich egzystencji… oczywiście można polemizować na temat przyszłych szczęśliwych lat. Jednak oprawca postanowił nie zaprzątać sobie głowy tymi nic nieznaczącymi dywagacjami. Wolał myśleć nad tym w inny, bardziej twórczy sposób – otóż nadawał sens życiu poszczególnych ofiar, poprzez cierpienie pokazywał im, jak ważne są ich ideały. To, jak długo więźniowie wytrzymywali katusze, było wyznacznikiem wagi ich dotychczasowego życia i pomagało znaleźć prawdę oraz odpowiedzi na pytania w stylu „dlaczego właściwie próbowałem zdradzić ojczyznę?”. To było prawdziwe. Znali tajemnice, za które chcieli tak bardzo walczyć. Co prócz ideałów liczy się w życiu człowieka? Dopiero trzymając w ręku tę książkę, Gort zaczął zastanawiać się, jakim trzeba być potworem, aby te ideały tworzyć. W praktyce nie miało znaczenia, po której stronie w bitwie się znajdziesz. To wynik był najważniejszy. Zarówno Xynthial, jak i Valandriol walczyły o to samo, o dominację w Eestirii. Wyspiarskie państwo Wschodu chciało udowodnić, że coś tak małego i nowego jak Xynthial nie jest dla niego zagrożeniem i nigdy nie będzie. „Kraj trupów” natomiast pokazywał, że nadszedł czas zmian na świecie i potrzeba nowego hegemona kulturalno-militarnego. Królowie wiedzieli, dlaczego walczą, a ci, którzy ginęli, byli pewni tego, że oddają życie za przyszły ład, bogactwo dla ludu, za wolność i inne tego typu słowa, które już dawno straciły znaczenie. Po przeczytaniu Króla Gort wiedział, że władca, który już nie ma przeciwników, musi albo stworzyć sobie nowych, albo ograniczyć swobody obywatelskie w celu utrzymania się na szczycie. Ludziom wbijało się do głowy kłamstwa, jednak dopiero on – kat – pokazywał prawdę.

Czy jestem wolny? To pytanie ponownie pojawiło się w głowie kata. Usiadł. Musiał się zastanowić. Przecież był uzależniony od króla. Teoretycznie nie mógł postępować suwerennie, w praktyce zaś robił to, co chciał, i dostawał za to ogromne pieniądze. Nie był idealistą, po prostu bardzo cenił sobie luksus i wygodę. Nie miał idei, za którą mógłby oddać życie, więc czy w takim razie, jako człowiek bez idei, jest pusty? Można być wolnym, znając sens życia? Mając idee i nie popadając w hipokryzję?

Wstał.

– Głupota – pomyślał i zdał sobie sprawę z błędu w swojej logice. – W życiu nie chodzi o to, żeby mieć za co umierać, bo ogólnie w życiu nie o to chodzi, żeby umrzeć. To, że żyję wygodnie i nie mam żadnych zobowiązań, czyni moją egzystencję wolną. Prawdziwa wolność nie istnieje, realna jest tylko niewola, w kajdanach. W dodatku przecież mam ideę i to bardzo prostą. Sprawiam, że ludzie odkrywają wartość swojej egzystencji lub wiary poprzez bezpośrednie cierpienie i zagrożenie życia. Uczę ludzi doceniać to, co mają i to, o co walczyli.

– Dlaczego to robisz? – odezwał się płaczliwy głos.

– Po pierwsze lubię, taki jestem. Po drugie płacą mi za to – powiedział Gort do wiszącego więźnia. – A teraz moja kolej na pytanie… więcej informacji! Hm… to właściwie nie było pytanie.

– Ale ja nic nie wiem! – krzyknął rozpaczliwym głosem mężczyzna.

– Masz pecha. Powtórzę się, ale… pożegnaj swoją rękę – powiedział spokojnie Gort, obracając korbę. Słychać było kolejne trzaski pękających kości, do wiadra skapywało coraz więcej krwawej miazgi. Więzień krzyczał i płakał. Po palcach nadeszła kolej na dłoń, potem nadgarstek, a gdy pękła kość promieniowa, ofiara krzyknęła pierwsze słowo od ponad godziny jednolitych jęków.

– Czekaj! Powiem wszystko! Naprawdę wszystko! Tylko ja nic nie wiem, ale mogę wsypać kogo chcesz! Moja matka kiedyś zabiła Xynthialczyka, dam wam jej adres. Ojciec walczył na wojnie! Jego też zabijcie! Tylko nie rób mi więcej krzywdy! Mój sąsiad kiedyś wsypywał trutki do studni w obozach Xynthialczyków! Błagam, zabijcie ich, ale zostawcie mnie! Zabij mnie, ale już nie torturuj! – krzyczał mężczyzna, dławiąc się łzami.

Każdy ma taki moment i Gort o tym wiedział. To jest chwila, kiedy okazuje się, czy ktoś jest winny, czy nie. Ból i rozbicie psychiczne, niepewność następnej minuty, poczucie uwięzienia, zapędzenia w pułapkę ostatecznie powodują, że każdy pęka. Mówi wtedy wszystko, najczęściej głupoty, ale to pokazuje, że nadszedł już kres tortur. Nikt nic więcej nie wie. Gort podszedł do dzwoneczka i zadzwonił. Uwolnił więźnia i zaczął opatrywać mu rękę. Dłoni nie dałoby się uratować, jednak ramię owszem. Strażnicy zeszli schodami w dół i otworzyli kraty.

– Był działaczem siatki, jednak nie wie, kto go najął ani w jakim celu. To tyle – powiedział Gort.

– Powtórzymy – odpowiedział jeden ze strażników. Więźnia wyniesiono, a kata zaciekawiło co zrobią z tym szpiegiem, który nawet nie musiał wiedzieć, że miał działać na szkodę Xynthialu.

Gort Anakur I

W ciemnym pomieszczeniu, delikatnie oświetlonym pochodniami, nie było widać prawie nic. Do lochów położonych tak nisko promienie słoneczne nie dochodziły nigdy, a blade światło rzucane przez ogień pozwalało na zobaczenie tylko zarysów postaci i sprzętów ustawionych w sali. Gort cieszył się tym miejscem, był to pokój przeznaczony specjalnie dla niego. Król Ereitan II Xynthia wiedział, że chłopak ma talent i postanowił go wykorzystać, więc darował mu własny, maleńki „pałac” w królewskim zamku. Na samym dnie lochów zostało zbudowane pomieszczenie według marzeń i fantazji Gorta, który stworzył idealną salę tortur. Miejsce to było owiane tak strasznymi legendami, że nawet król nigdy się tu nie zapuszczał, mimo że był najczęstszym zleceniodawcą usług Anakura. Właściwie jedyną osobą, która schodziła do tych ciemnych lochów oprócz Gorta i strażników przyprowadzających jeńców, był najserdeczniejszy przyjaciel kata, Neriv Arestog.

Każdy, kto słyszał o Anakurze, królewskim kacie Xynthialu, wyobrażał go sobie jako ponurego, obrzydliwego, garbatego grubasa, łysiejącego gbura, który odpędza ludzi wzrokiem, ale Gort był najlepszym przykładem tego, że nie ocenia się książki po okładce. Anakur był wysokim brunetem o pięknych zielonych oczach i ciemnej karnacji. Nie miał żony, gdyż, jak sam mówił: zdobycie kobiety na jedną noc nie było dla niego problemem, a miłości nie potrzebował. Gort nie potrzebował żadnych uczuć.

Tym, co mężczyzna kochał najbardziej w życiu, było sprawianie bólu. Kat często zastanawiał się nad swoją wyjątkowością i teza, jakoby był wybrańcem, całkowicie mu odpowiadała. Tłumaczył sobie, że jeżeli tym, co lubi przeciętny człowiek, jest sprawianie przyjemności sobie lub bliskim ludziom, to ranienie obcych jako inwersja tworzyła z niego coś ponad człowieka. Dzięki swoim specyficznym możliwościom, takim jak brak skrupułów, miłość do agonalnych wrzasków czy uwielbienie zapachu ciepłej krwi, Anakur osiągnął wiele. Mimo braku szlacheckiego stanu był słynną postacią w całym Xynthialu, a matki straszyły opowieściami o nim niegrzeczne dzieci.

Urodził się w biednej rodzinie Anakurów, którzy byli pachołkami na dworze szlacheckim gdzieś w Xynthialu. Rodzice późniejszego kata byli tak ubodzy, że w malutkim pokoju bliźniąt Gorta i Fergisa nigdy nie stanęło łóżeczko. Co po kilku latach uratowało im życie. Kiedy chłopcy skończyli sześć lat, w chatce wybuchł pożar, a bracia przeżyli tylko dzięki temu, że spali na podłodze i ogień ugaszono, zanim duszący dym ich zabił. Najprawdopodobniej to właśnie widok spalonego ciała matki doprowadził do silnych zmian w psychice młodego Gorta. Fergis szybko został przygarnięty przez chłopską rodzinę, która potem przeprowadziła się do Valandriolu, jego bliźniak natomiast po około roku w wojskowej szkole sierot został adoptowany przez rzemieślnika. Mimo dużej odległości chłopcy dość często wymieniali się listami. Byli sobie najbliższymi przyjaciółmi i powiernikami tajemnic przez wiele lat, mimo że obaj bardzo się od siebie różnili.

Odkrył swój talent dopiero po wstąpieniu do wojska, tam pozbawił życia pierwszego człowieka. Młody Anakur dzięki wrodzonej inteligencji i szerokim zainteresowaniom zarówno medycznym, jak i militarnym, bardzo szybko dostał się na studia i awansował. Przydzielony do jednej z placówek granicznych chętnie zgłaszał się do przesłuchiwania przemytników i bandytów, co zostało zauważone. Ostatecznie zaczął bardzo szybko piąć się do góry, aż wreszcie skończył jako królewski kat z bardzo dobrą renomą i statystyką skuteczności. Anakur bynajmniej nie wychodził na ulicę ścinać ludzi, to byłoby niszczenie jego talentu i niedocenienie umiejętności. Gort zdobywał informacje. Każdy w końcu okazywał się szpiegiem.

Rozmyślania bohatera nad własnym życiem przerwał rozdzierający ciszę krzyk; kat wstał i podszedł do przywiązanego do drewnianego krzesła potencjalnego szpiega. Mebel miał w oparciu zamontowane cieniutkie, wzmacniane magią igiełki. Specjalnie przytwierdzony pas po odpowiednim naciągnięciu coraz bardziej zbliżał plecy do oparcia, powodując głębsze ich wbijanie się. Oczywiście igły nie sprawiały wielkiego bólu, jednak miały różne zastosowania. Mogły być nasączone kwasem, który wyżerał wszystko dookoła rany lub też mogły być rozgrzewane specjalnym palnikiem z tyłu. Zapach palących się mięśni i ścięgien potrafił nakłonić do mówienia. Pozwalało to bardzo bezpiecznie dla życia sprawiać cierpienie na dość dużej powierzchni ciała.

– Och, obudziłeś się, ukochany – powiedział kat zatroskanym głosem – Nie żartuj nawet, wiem, że budowałeś te pieprzone mury.

– Kładłem tylko bruk! – wykrzyczał szpieg w przerwie między rozrywającymi powietrze jękami.

– Na pewno? – zapytał Gort, wkładając delikatnie drewniany kołeczek pod paznokieć.

– Na pewno! – ofiara zareagowała szybko przerażonym głosem – Co chcesz zrobić?

– Słyszałem, że robiłeś plany murów Deriolu – powiedział spokojnie Anakur.

– Co? Nie! Ja nieee! – odpowiedź zmieniła się w odbijany przez echo odgłos – Niee! Niee! Niee! Niee!

Torturowany krzyczał w rytm uderzeń młotka wbijającego drewniany klin pod paznokieć palca.

– Może jednak? Słyszałem, że wy, valandriolczycy, jesteście dość twardzi – odpowiedział Anakur, spokojnie patrząc mu w oczy. To było jak dwa różne bieguny. Piękny, czysty i silny Gort w ubraniu, którego pozazdrościłby szlachcic, a naprzeciwko niego brudny, skołowany, niepewny losu, cały we krwi i cierpiący torturowany.

– Niee! Niee! Niee! Naprawdę! Nie jestem twardy! Powiedziałem ci co chciałeś, wypuść mnie! Wiesz wszystko! Ja nic nie wiem! Mam żonę i dzieci! – krzyczał architekt w rytm drugiego kołeczka wbijanego pod kolejny paznokieć.

– Jestem pewien, że coś wiesz – uśmiechnął się łagodnie kat – Przecież nie krzywdziłbym cię, gdybym nie musiał, prawda? A co do twojej żony i dzieci, to nie bój się, szybko o tobie zapomną – odpowiedział, uśmiechając się promiennie.

– Nie wiem… Nie wiem… Naprawdę. Nie wiem, kim jesteś… Aaaaaaa! – wrzeszczał znów. Gort zauważył, że dźwięki wydobywające się z gardła ofiary nie są już rytmiczne w stosunku do uderzeń młotka i zaczynają psuć harmonię. To lekko zniszczyło jego zabawę i zasmuciło mężczyznę. Biedny architekt powinien zaraz zemdleć.

Anakur nie mylił się, głos szybko się urwał, a głowa bezwładnie opadła. Kat usiadł w kącie sali, gdzie było najjaśniej i zaczął czytać książkę. Opisywała zachodni kontynent Ghnti, z którego wróciło bardzo mało wędrowców, owiany tajemnicą i rzekomo nie należący do najbezpieczniejszych ziem. Według relacji występują tam krwiożercze potwory i zrodzone z magii demoniczne kreatury. Przez chwilę zastanawiał się, patrząc na prowizoryczne mapy przedstawiające Ghnti. Po chwili jednak zamknął książkę i zaczął mówić do siebie. Lubił to robić, był to jakiś skutek uboczny jego wyjątkowości, a może częściowa samotność.

– Kiedyś to były czasy. Człowiek czytał o derfach i myślał sobie: o mój Ethnu, ciekawe, czy one istnieją! Gdzieś tam, daleko… wyobrażał sobie, jak stworzenia pływają wolne wśród głębin – Gort lubił samotność tak samo jak swoich przyjaciół. Słuchał własnego głosu rozchodzącego się echem – A teraz? Przeklęci ryboludzie czyszczą mi buty. Zniszczyliście całą swoją legendę. Kiedyś, jak przybył derf, to ludzie obdarowywali go złotem i budowali mu ołtarze, a teraz? Leżą pobite, obrzygane i obszczane przez meneli w rynsztokach. One naprawdę nie mają dokąd pójść? Naprawdę ta niegdyś mityczna rasa musiała w naszych oczach tak nisko upaść? Nienawidzę ich. Zniszczyli siebie, swoją rasę i swoją dumę! Chociaż… Może jeszcze gdzieś tam, w odmętach, żyją prawdziwe, wolne i potężne derfy. A może i my tacy kiedyś byliśmy? Prastarzy wojownicy, legendarni łowcy, mężczyźni broniący swoich kobiet i dzieci. Umierający za kraj. To wszystko minęło, kiedyś było lepiej, teraz już tylko kurwy, złodzieje i mordercy. Wszędzie margines społeczny wałęsający się bandami, gotowy napaść nawet na króla, byle się uchlać jeszcze bardziej. Ludzie też się stoczyli, a elfy? Kiedyś szlachetna, dumna i przede wszystkim, dobra rasa. Niby Valandriol doprowadził do tego, że całe ich złoto spłynęło krwią, ale było to przecież całe siedemdziesiąt lat temu! Teraz to schlani durnie, właściwie nieróżniący się od ludzi. Brudny elf i brudny człowiek wygląda tak samo. Albo to pajacowanie z rezerwatami i drzewami. Co oni tam w ogóle czczą? Czemu nasz król pozwala tym zwierzakom tu mieszkać? Chociaż niby podatki, im więcej kasy, tym lepiej. Eh! Ten świat się sprzedał. Nie ma już smoków, nie ma prawdziwych wojowników, są tylko pieniądze. Może tam, w Ghnti, jest jeszcze choć odrobina…

– Aaaaaaaaaaa! – wydzierał się torturowany.

– …humanitaryzmu i prawdziwego życia – dokończył swój monolog Gort, po czym wstał i ruszył w stronę architekta. Zmienił swój ton na słodki i miły, po czym odezwał się – Ooo… nasz skarb się obudził. Więc jak, kochanie, przypomniałeś sobie, którędy najlepiej wejść do Deriolu? Najlepiej w grupie. Dość dużej.

– Nie widziałem żadnych planów! – odpowiedział architekt, a Gort już po pierwszym słowie zaczął umieszczać pod jego paznokciem kolejny kołek. Wtedy więzień przeszedł do krzyku – Niee! Niee! Niee! Niee! Niee! Nie! Nie widziałem!

– A ja jestem przekonany, że to nawet TY je zrobiłeś.

– Nieeeee! Nie widziałem! Przysięgam! Obiecuję! Na wszystko! – krzyczał torturowany z czterema klinami umieszczonymi pod paznokciami – Niee! Niee! Niee! Niee!

– Na co przysięgasz? Na Valandriol? Na Ethnu? Na rodzinę? A tak przy okazji, jaki kolor włosów ma twoja żona? – Anakur nie wierzył, był w tej pracy najlepszy i do niej został stworzony.

– Na rodzinę! Hmmm… Co? Blondynka! Na wszystko proszę, tylko nie wbijaj mi kolejnego kołka! – wykrzyczał, ale widać było, że jego ciało przyzwyczaja się do bólu.

– Za długo się zastanawiałeś, takie parszywe mendy jak ty nie mają rodzin. Nie mam już gdzie wbijać, chociaż… Faktycznie! Dziękuję za pomysł z kołkiem! Zapomniałbym, że masz drugą rękę… Póki jeszcze masz, oczywiście – mówił Anakur, udając rozbawione dziecko.

Mina architekta wskazywała, że nie spodobało mu się to. W momencie takiego bólu i stresu mózg pracuje naprawdę dużo wolniej, jest przepełniony impulsami. Torturowany zinterpretował wszystko jakby faktycznie to on podrzucił pomysł katowi. Gort uwielbiał takie zagrywki.

– Dziwne jest to nasze ciało, prawda? No bo zobacz! Czym jest ból? – zaczął mówić Gort, biorąc w dłoń szczypce i łapiąc koniec klina wystającego spod paznokcia – To jest informacja ciała przesyłana do mózgu. Mówi ona coś w stylu „jest uszkodzenie tu i tu”, nieprawdaż? Ale zobacz, że gdyby ból był naprawdę informacją mówioną, to byłbym bezrobotny. To jest krzyk miliardów gardeł na raz, to nakaz stopu dla całego świata. To rozkaz ucieczki dla samej podświadomości. Dziękuję ci Ethnu, że mam pracę. Wszystko dzieje się tak naprawdę w umyśle. Mógłbym ci to pokazać, ale to po pracy. Boję się, że możesz nie dożyć meritum, jakoś trepanacja czaszki wychodzi mi… nie perfekcyjnie. A teraz drogi architekcie, gdzie najlepiej uderzyć w Deriol?

– Nie wiem! Ile razy mam ci powtarzać! Nie wiem! Co robisz z tym? Co chcesz zrobić? Nie wiem! Nie wiem! Nie… Aaa!!! – Gort wyrwał silnym pociągnięciem paznokieć, a rozdzierający krzyk urwał się i głowa torturowanego opadła. Z rozerwanego palca powolnym strumieniem zaczęła sączyć się krew. Kat stał przez chwilę w całkowitej ciszy.

– Eh! Na czym to ja skończyłem? A… Tak. I jeszcze te trupy! – powiedział do siebie normalnym tonem, siadając przy swoim biurku i biorąc książkę w dłonie. Jednak nie patrzył na tekst, tylko na sufit.

– Jak ja nienawidzę tych cholernych trupów. Wszędzie, każda farma, tartak, fabryka, manufaktura czy nawet gabinety rzemieślnicze. Wszędzie te trupy! Ludzie z nimi chodzą, ubierają je, traktują jak zwierzątka domowe! Przy nich wychowują dzieci. Przecież cały kraj niedługo pełen będzie psychopatów! Cały! Dobrze, niektórym się to nie odbije na psychice, ale niektórym bardzo. Jasne, sprowadził je ojciec Neriva i rzekomo tylko dzięki nim Xynthial w ogóle istnieje, nie mówiąc o potędze, ale mimo wszystko… To się MUSI źle skończyć. Gdyby Ethnu chciał czegoś takiego, dałby nam życie wieczne tutaj. Może kiedyś wybiorę się do Ghnti, odwiedzę tamtejsze dzicze, odpocznę od tego chorego, przepełnionego nienawiścią, upadkiem moralnym i pogonią za pieniądzem miejsca. Może znajdę spokój swojej duszy, a zadawanie bólu przestanie sprawiać mi przyjemność? Mam dość patrzenia na te wszystkie kurwy z tawern. Te, co jak widzą przystojnego faceta, to zaczynają się rozbierać. Nienawidzę Xynthialu. Nienawidzę tego, czym się stał. Kiedyś kurwy się kamieniowało, a teraz? Teraz to jest modne. Eh! To wszystko schodzi na psy, aż strach pomyśleć, co będzie później.

– Aaaaaaaaaaaaa! – zaczął krzyczeć architekt.

– O, nasze kochanie się obudziło, znalazłeś idealny czas na to – Gort wstał ze szczerym uśmiechem. Wziął do ręki obcęgi, podszedł do torturowanego i chwycił za klin.

– Nie, błagam! Nie rób tego! Ja nic nie wiem! Przysięgam! – krzyczała ofiara kata.

– Jasne. Zdradzisz mi plany murów Deriolu albo wyrwę ci kolejny paznokieć – odpowiedział groźnie Anakur.

– Ale ja naprawdę nic nie wiem o… Aaaaaaaa! Nieeeeeeee! – kat mocno szarpnął, a na policzku torturowanego rozbiła się kropla krwi z urwanego, tkwiącego w obcęgach paznokcia. Cierpiący mężczyzna zaczął wymachiwać dłonią. Właściwie to pod wpływem bólu przez rękę poszła fala skurczów. Próbował zerwać się z krzesła, jednak przypomniał sobie, że był w nie „wbity” – zabezpieczenia uniemożliwiały ruch. Zanim skończył się wić, Gort znów złapał za klin wystający spod kolejnego paznokcia.

– Nie, błagam! Powiem wszystko! Powiem wszystko, co wiem! Nieee! – zaczął wrzeszczeć obłąkanym głosem architekt. – Dobrze, wydam ci! Dam ci plany! Dam wam plany, otworzę bramy. Wyłączę bariery! Tylko nie to!

– Dobrze. Idealnie. Wierzę ci. Na górze wszystko wyjawisz, a jak nie, to wrócisz tutaj, a ja będę się z tobą bawić cały dekar! – powiedział kat, uśmiechnął się i mrugnął znacząco.

Ignorując jęki architekta, bohater podszedł do krat i zadzwonił dzwonkiem, po chwili przyszli strażnicy. Podeszli do torturowanego, Anakur rozpiął pas z tyłu, a zakrwawiony, obolały mężczyzna wreszcie mógł odetchnąć pełną piersią. Kat dźwignią wyciągnął oparcie nabite szpilkami z pleców więźnia. Dało się słyszeć ciche stęknięcie, następnie żołnierze złapali torturowanego za ramiona. Gort odpiął klamry przytrzymujące nadgarstki i kostki, a potem obandażował architektowi palce. Na samym końcu strażnicy podnieśli więźnia i zaczęli prowadzić po kamiennych schodach na górę.

– Twardy był. Za miłość do ojczyzny i wierność wobec króla zniósł ogrom bólu – mówił do siebie kat, patrząc na wychodzących – Może jednak są jeszcze ideały na tym świecie? Niestety, one wszystkie wyglądają tak jak ten biedny architekt: okrwawione, wychudzone, zniszczone fizycznie, w obdartych szmatach, nie mogące zrobić kroku naprzód.

Po czym usiadł przy stoliku i wrócił do czytania. Gort Anakur uwielbiał zapach ciepłej krwi, zwiększała ona doznania wypływające z czytanych wydarzeń.