Dobranocka VIII

Haillka,

jest już ciemno. Leżysz pod ciepłą kołdrą, złudną ochroną przed dziećmi nocy? Czy czujesz ogarniającą Cię samotność?

Zamykasz oczy. Wpatrujesz się chwilę w ciemność, pod zamkniętymi powiekami dostrzegasz majaki. Kółka, kwadraty, linie o nieidentyfikowalnym kolorze, wciąż się zmieniają, pojawiają i znikają.

Światło.

Blask, który, możesz przysiąc, oślepia Cię, ale wydaje się mieć swoje źródło w Twoich oczach, umyśle, sercu lub duszy. A może we wszystkich naraz? Przedziwne wzory, które zdają się rzucać cień, układają się w ruiny miast, nieznane słowa złożone z dawnych, martwych języków.

Widzisz to, prawda? Nie otwieraj oczu. Nie podnoś się z łóżka, idąc na ślepo po ciemnym pokoju. Nie zapalaj światła, przysłaniając oczy. Nie patrz w lustro nad zlewem. Nie otwieraj oczu. Nie patrz, jak Twoje ciało zaczyna pękać. Nie dopatruj się w liniach wzoru, który właśnie Ci się ukazał. Nie przypatruj się, jak linie zaczynają się łączyć. Nie patrz na pękającą twarz i rozpadające się dłonie. Nie patrz…

Już za późno.

Następnym razem nie będziesz patrzeć.

Dobranoc

Dobranocka VII

Zamknij oczy.

Rozluźnij się.

Widzisz ciemność.

Czujesz czerń dookoła? Jej zapach i dotyk. Czujesz chłód cienia rozchodzący się w Twoich płucach?

Gdzie jesteś? Czy to sen? Jakaś opuszczona przez Boga dziura, którą odwiedzasz w koszmarach? Skądś dobiega światło. Lekko różowawy poblask zarysowuje przed Tobą niski, okrągły murek. Podchodzisz do niego i zaciskasz palce na źle dopasowanych kamieniach. Spoglądasz w dół, ale nie widzisz dna.

Opierasz się ciałem, ale kamienie przestają stawiać opór w połowie ud. Czujesz dyskomfort, wiesz, że na dole nikt by Cię nigdy nie odnalazł. W tej jamie, czy studni.

Z dziury dochodzi do Ciebie dźwięk. Brzmi jak szum, może szelest. Ledwo wyczuwalny, cichy, stonowany, lecz coraz głośniejszy. Starasz się dostrzec cokolwiek, ale zasłona ciemności zdaje się pozostawać nieprzenikniona.

Dźwięk przybiera na sile, coraz bardziej i bardziej. Zmienia się w piskliwy krzyk człowieka palonego żywcem albo obdzieranego ze skóry. Włosy stają Ci dęba. Zaciskasz mocniej palce na kamiennym murku, odsuwasz się od niego. Krzyk cichnie, ale z dziury dobiega sapanie.

– Skacz! – Odzywa się głos. Nie jakiś głos, ale Twój. Ten, który cały czas słyszysz w swojej głowie.

– Skacz! – Słyszysz znowu.

Wiesz, że to kłamstwo, kolejne oszustwo abisalnej otchłani Twojej duszy, strażnika Twojego prywatnego piekła.

– Proszę Cię, skacz! – wyje Twoja własna jaźń z odmętów samotności.

Nie skoczysz, wiesz, że nie możesz. To byłoby zbyt łatwe, to wszystko jedna wielka mistyfikacja.

Nagle czujesz ciepło na dłoni, jest kojące i miłe. Kojarzy się z rodzinnym domem, matczynym dotykiem, błogim spokojem. Rozluźniasz się, przychodzi ulga, a wraz z nią uspokajające światło. Jakby pomieszczenie oświetliło słońce, ciepłe, dobre. To koniec strachu.

Jedną rękę opierasz o niski, kamienny murek, a drugą trzymasz humanoidalne monstrum. Jego skóra jest mgłą, z której stara się coś wydrzeć, jakby tysiące ludzkich twarzy. Coś, co mogłoby być głową trupa wpatruje w Ciebie puste ślepia o jednolitym odcieniu żółtawej szarości. Po przezroczystych tkankach wiją się zielonkawe robale. Tasiemce, wije i nicienie oplatają się na nim tworząc coś w rodzaju szaty plugastwa.

Błyskawicznym ruchem potwór łapie Cię za rękę. Wargi rozchylają się ukazując zęby w kształcie igieł.

Już wiesz, że na wszystko jest za późno.

Ze studni dobiega do Ciebie Twój własny głos:

– Trzeba było skakać.

Dobranoc.

 

 

Grafika użyta dzięki współpracy z: http://krzysztofslachciak.myportfolio.com

Dobranocka VI

Zamknij oczy.

Rozluźnij się.

Widzisz ciemność.

Na granicy cienia i słabego światła dostrzegasz twarz młodej kobiety. Jest piękna. Tak ją widzisz.

Może to nie jest koszmar?

Chcesz podejść, przyjrzeć się, ale uświadamiasz sobie, że coś Cię ogranicza. Brzdęk łańcuchów i zaciskające się na dłoniach obręcze uświadamiają Ci, że nie możesz się ruszyć. Początkowo próbujesz się wyrwać, bezskutecznie, a dźwięk jedynie mąci groźną ciszę.

Zawieszasz wzrok na dziewczęcej twarzy. Teraz zdaje się Ciebie obserwować, choć wydaje Ci się niemożliwe, żeby się poruszyła. Może to złudzenie optyczne, czy wyobraźnia, ale uśmiech wykrzywia się w demonicznym grymasie. Czujesz, że drwi z Ciebie coś potwornego, coś co lubi się bawić zdobyczą. Zamyka Cię w swoim labiryncie i się pastwi. Wiesz, że nie masz szans, nie możesz się ruszyć, walczyć czy uciekać. Gdyby nie stalowe okowy, to i tak paraliżowałby Cię strach.

Wpatrujesz się w urodę tego, co maluje się przed Twoimi oczyma i dopiero po chwili spostrzegasz coś, co wcześniej nie przyszło Ci do głowy. To jednak tylko wyobraźnia. Twarz jest…

Twój obiekt obserwacji spada na ziemię w momencie, gdy w Twojej głowie padają te słowa szeptane przez Twoją podświadomość.

…martwa.

Odgłos uderzenia suchej gałęzi o kamień, rozchodzi się złowrogim echem. Głowa kobiety okazuje się drewnianą kulą, z niepokojącą twarzą wymalowaną na jej powierzchni. Wykonana z drewna czaszka toczy się w Twoją stronę aż zastyga w bezruchu, ukazując Ci swoje drugie oblicze. Kontury wyryte na powierzchni ostrym narzędziem przedstawiają wpatrujące się w Ciebie oczy i uśmiechnięte usta. Imitacja ludzkiego grymasu wyglądająca na wykonaną przez dziecko powoduje, że po plecach przechodzą Ci ciarki. Banalne wyobrażenie kogoś, kto wydaje się nie rozumieć ani mimiki, ani twarzy. Upośledzona kopia stworzona przez ograniczoną istotę.

Wtem słyszysz kroki. Nie takie zwyczajne, ale powłóczyste, jakby to, co nadchodziło ledwo mogło utrzymać się w pozycji pionowej. Jest po Twojej prawej stronie.

Odwracasz się i widzisz jedynie ciemność.

Słyszysz porażający, trupi skowyt.

Dobranoc.

 

 

 

Grafika użyta dzięki współpracy z: http://krzysztofslachciak.myportfolio.com

Dobranocka V

Zamknij oczy.

Rozluźnij się.

Widzisz ciemność.

Szara plama tuż przed Tobą układa się w ogromny głaz. Podchodzisz i widzisz chaotyczną linię pęknięć na jego powierzchni. Kiedy masz się odwrócić coś zwraca Twoją uwagę. Przypatrujesz się, a linie układają się w obraz. Dziwny, nie przypominający niczego, jednocześnie… Nie wiesz czy to wizualizacja snu czy jedynie Twoja wyobraźnia, ale obraz cały czas się zmienia.

Skąd to światło? Pojawia się pytanie w Twojej głowie.

Rozglądasz się, patrzysz w górę, ale kiedy tylko odwracasz wzrok dostrzegasz, że kamień się zmienia. Teraz przypomina wielkie, wpatrujące się w Ciebie, oko. Jasna tęczówka szarego kamienia otaczająca zacienioną źrenicę. Wzrok wydaje się pusty i martwy, przeszywający na wskroś, łamiący duszę. Czujesz jakby obserwowała Cię ciemność.

Starasz się sobie wmówić, że się nie boisz, ale ogarnia Cię strach. Rozglądasz się wypatrując źródła światła w nadziei na odnalezienie wyjścia, ale tam nic nie ma. Źródło zdaje się nie istnieć.

Spoglądasz znów na kamień. Dopiero teraz dostrzegasz w nim siebie. Czy to zawsze było Twoje odbicie? Kamienne lustro wyświetla Twoją twarz. Wpatrujesz się w swoje oczy poukładane z pęknięć. Widzisz jak Twoje źrenice poruszają się, kiedy patrzysz w innym kierunki. Nowe pęknięcia pojawiają się jakby tam zawsze były i znikają jakby nigdy nie istniały. Odwracasz się, a kamień natychmiast przeobraża się w zimne, martwe oko.

Oddychasz głęboko. Starasz się oswoić z sytuacją, odrzucić panikę, ale szpony niepokoju zdają się rozdzierać Twoje serce. Palący wzrok oka otchłani obserwujący każdy Twój ruch zdaje się tylko czekać na odpowiedni moment, żeby Cię pochłonąć.

Nagle dostrzegasz w lustrzanym kamieniu coś jeszcze. Szary kształt kryjący się w ciemności za Tobą. To sylwetka czegoś potwornego. Groteskowy cień odchodzący od tułowia zdaje się zbliżać do Ciebie. Rysa wydłuża się w twoim kierunku.

Nagle rwący ból rozchodzący się promieniście po Twoich plecach rzuca Cię na ziemię. Nie boli, dziwne. Odwracasz się, ale poza ciemnością nic tam nie ma. Kamień znów Cię obserwuje.

Zrywasz się i rzucasz za cieniem, którego nawet przez sekundę nie tknął Twój wzrok. Za kształtem widzianym jedynie w ruchomych pęknięciach przeklętego głazu rodem z koszmaru. Czujesz palące, kamienne spojrzenie na swoich plecach, ale je ignorujesz. Wystarcza kilkanaście kroków, żeby przed Tobą, z ciemności, wyłoniło się coś jeszcze.

Zwalniasz, idziesz powoli w kierunku szarego kształtu. Gdy jesteś przed nim stajesz w miejscu. Widzisz głaz z pęknięciami rysującymi się w Twoje odbicie.

Kiedy obserwujesz otchłań, ona zaczyna obserwować Ciebie. Ale skąd możesz wiedzieć co Cię śledzi kiedy Ty nie patrzysz?

Dobranoc.

 

 

 

Grafika użyta dzięki współpracy z: http://krzysztofslachciak.myportfolio.com

Opętanie


Zza brody wyglądał na kartki powstającej książki. Czuł dziwaczne odrealnienie, zdawał się patrzeć na tekst jak przez mgłę. Litery same układały się w wyrazy, a te w zdania. Gdzieś na granicy świadomości zadawał sobie pytanie: czy to rzeczywiście ja piszę? Nie potrafił przerwać, pisał jak opętany, tak jakby jakaś siła wyższa kazała mu to robić, a on był zbyt słaby, żeby się powstrzymać. Instynktownie czuł, że tekst ma się ku końcowi, choć nie przypominał sobie, żeby myśli przelane na papier odzwierciedlały jego własne. Owszem, niektóre z tych przemyśleń zdecydowanie należały do niego, ale w całości zdawały się jakieś dziwne, obce.

Karol Marks postawił ostatnią kropkę. Pan Engels powinien być zadowolony, chyba o to mu chodziło pomyślał i dopiero teraz zdał sobie sprawę, że czuje się wolny. Nie musiał już pisać. Dziwaczne dzieło wprowadzało go w niepokój, czuł płynącą od niego magię. Szczęśliwie, racjonalny umysł odrzucał tego typu prymitywne wierzenia. Nawet jeśli Bóg istniał, to nie bawił się w książki, co najwyżej w książkę. Poza tym, Marks czuł się dumny ze swojego dzieła. Pełen pychy, oddał swój twór do oceny sponsorowi i jednocześnie współautorowi książki. „Manifest komunistyczny” – tak nazwał swoje dzieło.

*******

Lucyfer usiadł na swoim tronie, otoczony wszelkiej maści nieziemskimi obrzydliwościami. Był wyraźnie zadowolony.

– Z czego się tak cieszysz, Panie? – zapytał jeden z jego rogatych podwładnych, mieszkańców piekielnej sfery.

– Dziś dokonałem opętania – powiedział z uśmiechem.

– A jakiegoż to opętania? – zapytał z zaciekawieniem inny, choć wydawało się, że jego głowę pokrywa warstwa robali, tak naprawdę po prostu była to jego twarz.

– Otóż wszedłem w ciało śmiertelnika i stworzyłem coś, co na zawsze zmieni oblicze świata – Lucek nie mógłby się nie pochwalić.

– W czym, więc tkwi geniusz Pańskiego planu? – dopytywały się demony.

– Otóż jego ciałem napisałem książkę, która pochłonie miliony istnień, a pozostałych doprowadzi do demoralizacji. Ten dureń myśli, że to on pisał, ale to ja wydawałem rozkazy jego palcom.

Pewnie jest dumny, ale ten twór jak rak będzie zżerał żyjące istoty jeszcze przez najbliższe wieki, a ’’duszyczki” nawet nie będą tego świadome. Odwrócą się od twórcy i nieświadomie pójdą do nas, wierząc w to, że tworzą nowy, lepszy świat. Nie będą nawet wiedzieli, że oddają mi hołd. Będą pod moją władzą. Moją! – tutaj władca piekieł zaryczał donośnym śmiechem, który odbił się potwornym echem po ciemnych ścianach sali tronowej. Po czym dodał jakby do siebie:

– Pomyśleć, że za kilkaset lat będą wierzyli w to, że opętania to obracanie głowy, krzyczenie w dziwnych językach i skakanie po ścianach.

Obrazki

– Gdzie zamierzasz to wszystko przechowywać? – zapytał Bartek.

Nadal mieszkał wraz ze swoim kumplem ze studiów, pomimo tego, że ukończyli je już lata wcześniej. Mimo wszystko obu chłopakom żal było opuszczać informatyczną jaskinię jaką sobie urządzili. Ich dziewczyny patrzyły ze wstrętem na walające się dyski zewnętrzne, routery i wszelkiego rodzaju gadżety. Chłopcy doskonale zdawali sobie sprawę z tego, jak one to widzą i z tym większą nostalgią myśleli o życiu w pajęczej sieci utkanej z ethernetowych kabli. Mieszkanie wyglądało na zagracone, jednak lokatorzy zdawali się tego nie zauważać.

– Zobacz, tego nie będzie tak dużo. Pamiętasz rozdzielczość tysiąc dwadzieścia cztery na siedemset pięćdziesiąt sześć? Taką rozdzielczość miał twój stary netbook, ten wiesz, z prockiem atoma – tłumaczył Michał. Wyciągnął kalkulator z szuflady i zaczynał mnożyć. – To daje siedemset siedemdziesiąt cztery tysiące sto czterdzieści cztery piksele. Kolory w ergiebe opisuje się wzorem dwieście pięćdziesiąt pięć do trzeciej. Mnożąc to, wszystko daje nam dwanaście bilionów osiemset trzydzieści sześć miliardów trzysta siedemdziesiąt jeden milionów dziewięćset sześćdziesiąt osiem tysięcy. W skrócie trzynaście pentabajtów przy maksymalnym zużyciu, a teraz spójrz.

Michał podniósł dysk leżący na blacie i skierował wygrawerowany na wierzchu napis w stronę Bartka. Na obudowie dysku HDD widniał napis 24PB.

– Drogi był? – z ust Bartka padło pytanie, widać było, że jest zazdrosny.

– Szedł tu dwa miesiące z Chin – odpowiedział z zamyśleniem Michał. – W chuj drogi, poszły dwie pensje.

– Jak to zamierzasz zrobić? – zapytał Bartek. – I po co to właściwie robisz?

– Nie wiem, może to jakieś religijne powołanie, zobaczyć wszystko. Wyobrażasz to sobie? Piszę prosty skrypt, który utworzy wszystkie możliwe kombinacje obrazków. Nawet z moim sprzętem zajmie to miesiące.

– Ale wiesz, że dziewięćdziesiąt dziewięć procent tych obrazków to będzie nic nieznaczące gówno? – przerwał mu Bartek.

– Nawet dziewięćdziesiąt dziewięć przecinek dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć. Zastanawiałem się nad skryptem, który kasowałby zbyt podobne do siebie obrazki, ale dochodzę do wniosku, że skrypt może się mylić i wyrzucać coś, co może być warte uwagi, jeśli na każdy obrazek poświęcę sekundę zajmie mi to, jak liczyłem, marne sześćdziesiąt tysięcy lat. Będę to robił, póki mi się nie znudzi, może trafię na coś ciekawego, jak na przykład obrazek przedstawiający naszą aktualną rozmowę, gdzie zamiast komputerów są głowy koni, ty zamiast nóg masz macki ośmiornicy, mi palą się włosy, a zza okna patrzy na nas hybryda twojej matki, owcy i hydry z Herkulesa – rozmarzył się Michał.

– Jak coś takiego znajdziesz, ustaw mi na tapetę – uśmiechnął się Bartek. – A póki co wychodzę, umówiłem się z Martą. Miłego oglądania obrazków.

Michał spojrzał na komputer, nie mogąc doczekać się wyników. Podłączył dysk do stojącej na biurku, pozbawionej jakiejkolwiek obudowy, jednostki centralnej, a chwilę później był już gotowy do uruchomienia przygotowanego wcześniej skryptu. Nacisnął ikonkę programu. Włączyło się czarne okienko interpretora poleceń cmd. Pojawiły się szare napisy, Michał zminimalizował swój szalony twór, a następnie otworzył zawartość dysku opisanego etykietą „WSZYSTKO”. Michał uznał to za zabawną ironię, że w dysku oznaczonym jako „WSZYSTKO” będzie tak naprawdę wszystko, a właściwie graficzne przedstawienie wszystkiego. Dysk zaledwie po kilku sekundach miał już w sobie tysiące obrazków, większość z nich była jedynie czarna. W miarę jak przesuwał i zmieniał obrazki, pojawiały się kolejne szare punkty, jednak nie można było tego rozpoznać jako cokolwiek, oprócz gwieździstego nieba przesłoniętego rzadkim dymem.

Szalony geniusz postanowił zrobić sobie herbatę. Wiedział, że i tak nigdy nie zobaczy wszystkich obrazków, nie było warto nawet próbować. Liczył na to, że uda mu się znaleźć parę ciekawych, ale nie widział sensu w traceniu czasu na przeglądanie prawie jednokolorowych grafik. Wszedł do kuchni, mechanicznie podnosząc nogę nad ciągnącym się kablem. Nastawił czajnik i popatrzył w okno. Zastanawiał się, czy nie wrócić do komputera i nie patrzeć na obrazki podczas, gdy woda będzie się gotować, ale doszedł do wniosku, że znając siebie siebie, że nie będzie mu się chciało wstawać i iść do kuchni, i w końcu herbaty nie wypije. Miał ochotę na tę herbatę. Zastanawiał się często nad tego typu zachowaniem, czy jeśli nie chce mu się wstać i zrobić sobie herbatę to, czy rzeczywiście ją chce, ale nigdy nie dochodził do żadnej konkluzji w tym filozoficznym przypadku.

Czajnik stuknął, wyłączając się i dając znak, że woda się zagotowała.

Michał złapał za rączkę i zalał wrzątkiem kubek z napisem „CTRL+ALT+DEL” zawierający torebkę. Niektórzy mówili, że nie powinno się tak zalewać herbaty, ale on „miał to w dupie”. Wyjął z szuflady łyżeczkę, nabrał nią cukru z taniej, kupionej w sklepie z chińskim badziewiem cukiernicy i wrzucił do kubka. Wymieszał od niechcenia, chwycił kubek i ruszył w stronę pokoju.
Włączył jeden z obrazków, który powstał zaledwie kilka sekund temu. Nadal był ciemny, jednak miał już więcej różnych kolorów. Zawierał dużo chaotycznie ułożonej czerwieni, w lewym górnym rogu znajdowało się trochę fioletu, gdzieniegdzie prześwitywała zieleń. Informatyk nacisnął strzałkę w prawo, a obrazek zmienił się. Był podobny do poprzedniego, jednak czerwone punkty zaczynały się w coś łączyć. Mózg Michała, działający prawdopodobnie dużo szybciej niż jego komputer, łączył ze sobą kropki w milionach różnych kombinacji na sekundę i gdzieś głęboko w podświadomości wiedział już na, co patrzy, jednak w tym akurat momencie uznał to jedynie za trochę dziwne. Za niepokojący wziął następny obrazek, kiedy czarne scenariusze prowadzone przez jego umysł zaczęły się sprawdzać. Dźwięk przyciskanego klawisza z obrazkiem przedstawiającym strzałkę wycelowaną grotem w prawo. W tym momencie informatyk aż podskoczył. Obrazek był przerażający, dalej nie wiedział, co na nim jest, ale ogarniała go trwoga.

Chłopak nie mógł wiedzieć, co się wydarzy, kiedy następny raz naciśnie strzałkę. Nikt nie miał prawa tego wiedzieć. Absolut zawsze zdawał się nieuchwytny i sprzeczny, wydawał się bardziej kwestią wiary, nienamacalnym pojęciem. Możliwe, że natura stworzyła go przypadkowo, a możliwe, że zostawił go sobie Bóg, jednak Michał dowiedział się właśnie, że w ludzkim umyśle istnieje przycisk awaryjnego wyłączenia.

Kiedy informatyk nacisnął strzałkę ponownie układ kolorystyczny pikseli, wyświetlanych przez ekran monitora zmienił się. Zaledwie ułamek sekundy zajęło świadomości Michała zinterpretowanie tego, co widzi, żeby nadać sygnał do ręki. Było już jednak za późno. Najstraszniejszy widok na świecie wrył się w jego mózg, który starał się zapobiec dalszym uszkodzeniom swoich cennych komórek. Palce Michała odruchowo zacisnęły się na łyżeczce tkwiącej jeszcze w kubku do herbaty. Gwałtownym ruchem ręki, wbił sobie sztuciec w oko, przekręcając z głośnym mlaśnięciem zagłuszanym przez pełen bólu i strachu krzyk. Chłopak darł się w panice i trwodze jak bardzo ciężki przypadek z domu dla obłąkanych, podczas gdy wyrywał sobie łyżeczką do herbaty kolejne oko. Jego mózg odkrył już to, co przeczuwał: co zostało zobaczone, nie może zostać tak łatwo zapomniane, nie wystarczy więcej na to nie patrzeć.

Michał uderzył głową w monitor, potem w biurko. Szarpał się, krzycząc, strącił komputer, na który chwilę później poleciał kubek herbaty. Informatyk rzucał się po pokoju, odbijając się głową od ścian, aż chwilę później zamilkł i zdawało się, że się uspokoił. Po prostu stał, a jego płynące krwią, puste oczodoły wpatrywały się ślepo w białą ścianę. Przez chwilę wydawało się, że będzie tak stać do końca świata, wpatrywać się w ścianę strzępami gałek ocznych wiszących na porozrywanych nerwach. Można było odnieść wrażenie, że zastanawia się nad sensem życia i powoli dociera do niego to, co sobie zrobił: nigdy nie zobaczy wyrazu twarzy swojej ukochanej, pięknej Ani, kiedy uklęknie przed nią i pokaże pierścionek spoczywający teraz w górnej szufladzie. Zdawało się, że Michał myśli o tym, że już nigdy nie zobaczy kwiatów, nie pójdzie do kina, nie będzie mógł programować, straci pracę. Nigdy więcej nie przeczyta książki, nie zagra na komputerze w ulubioną grę czy nie spojrzy na horyzont, stojąc na plaży w ciepły, lipcowy poranek.

Jednak Michał „miał to w dupie”. W jego głowie paliły się wszystkie czerwone lampki i wyła syrena. Umysł zaczynał się wyłączać, a jedyne, co miało jakiekolwiek znaczenie to potworny obraz przeżerający się przez świadomość.

Informatyk zrobił spokojnie dwa kroki w stronę ściany, oparł o nią dłonie i uderzył w nią głową. Każde kolejne uderzenie rozchlapywało krew po białej farbie pokrywającej tynk. Szalony geniusz jak zahipnotyzowany, spokojnymi ruchami bił w ścianę. Przy trzecim uderzeniu rozerwał sobie skórę na czole, przy czternastym czaszka pękła, przy dwudziestym trzecim odłamał się pierwszy, duży fragment kości. Mimo wszystko Michał nie poddawał się w swoim ostatecznym tańcu nawet, kiedy uderzał o ścianę gołym mózgiem, który wgniatał się i odkształcał. Informatyk napierał aż głowa nie oparła się na nadłamanych fragmentach czaszki.

Aż wszystkie lampki zgasły.

Cella Luctus

Nie mógł patrzeć na jej pergaminową skórę, która miała już nigdy nie nabrać koloru. Jego wzrok przyciągnęły puste, jasnoróżwe oczy.

– Lordzie, masz syna. Jakie nadasz mu imię? – zakrwawiona położna wyrwała go z zamyślenia.

Naraal wpatrywał się w kobietę trzymającą dziecko. Nie mógł się skupić na niczym. Ból przyćmiewał szczęście. Tyle lat tęsknoty za ukochaną, zakończonych burzliwym romansem, ślubem, a wreszcie nowym życiem i śmiercią. Jego wbity w fartuch wzrok dostrzegał jedynie pustkę. Przez jedno uderzenie serca zdawało mu się, że słyszy szept ukochanej. Nie wiedział, czy to jakaś ułuda, niezidentyfikowany przez niego skrawek wspomnień, czy może zwyczajny dźwięk ulatującej z ciała duszy. Podsłuchał tylko jedno słowo, które odbijało się wewnątrz jego umysłu.

– Neriv… – powtórzył, jakby w zamyśleniu. – Nazwę go Neriv.

Ostatni raz spojrzał na stygnące ciało ukochanej i wyszedł z sali. Ruszył w stronę swojej komnaty. Nikt ze służby nie wiedział, jak się zachować wobec lorda, któremu urodził się syn i jednocześnie zmarła ukochana. Każdy wiedział, jak mocno Naraal kochał Teyrenae. Mężczyzna zatrzasnął za sobą drzwi i rzucił się na łóżko. Godziny mijały, a on czuł się coraz bardziej osamotniony. Feyviti, to ona odebrała mu ukochaną. Wiedział, że anielica musiała być wściekle zazdrosna. Okłamywanie się, że Teyrenae to wcielenie ukochanej sprzed lat, dłużej nie miało sensu. Złudne podobieństwo mogło mieć swoje źródło jedynie w zamroczonej pamięci. Nigdy nie pytał swojej żony o jej przeszłość, o rodzinę. Wiedział, że pochodziła z ubogiej andraońskiej szlachty, ale dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, że oprócz imion ojca, matki i sióstr niewiele o niej wiedział. Może nie chciał niszczyć tajemniczej otoczki? Może gdzieś wewnątrz chciał móc okłamywać się, że jest ona anielicą, która nie wytrzymała tęsknoty za nim i oblekła się w ludzką postać by z nim być? Było mu wstyd za to, że tak bardzo się okłamywał. Miał w sobie zbyt wiele dziecięcego romantyzmu, jak na czterdziestolatka. Było mu siebie żal. Podniósł otumaniony bólem wzrok i spojrzał na kolekcję orientalnych figurek, które stały na półce.

***

Przechadzał się po rynku w Xyranalu. Był to jeden z tych dni przed xynthialskimi świętami Aeferna – świętami utworzenia trójcy. Wtedy targowiska wypełniały się kupcami z całej Eestirii. Stragany andraońskich, valandriolskich, grithiańskich i neri’ińskich sprzedawców wręcz uginały się od ilości towarów. Naraal spacerował wśród gęstego, wielokulturowego tłumu. Chodził sam. Lubił szukać orientalnych pamiątek – jego ostatnie hobby, jako podróżnika. Teraz już nie zwiedzał świata. Nie chciał go już oglądać. Czuł się stary, zgorzkniały i samotny. Dochodziły do tego jeszcze trupy. Wszędzie trupy. Jedynym powodem, dla którego przyjechał, była chęć powiększenia kolekcji orientalnych figurek zebranych w jego twierdzy, w Irnikralu. Wtem coś zwróciło jego uwagę. Wydawało mu się, że to przywidzenia. Obok niego przeszła Feyviti. Przetarł ze zdziwienia oczy, ale anielica nawiedzająca go w sennych marzeniach nie zniknęła. Szybkim krokiem ruszył w jej stronę, jednak dziewczyna rozpłynęła się wśród przechodniów. Nie zamierzał rezygnować z pogoni za nią i rzucił się w miejsce, gdzie ostatnio widział brunetkę, jednocześnie rozpychając się łokciami wśród tłumów. Alabastrowe ramię przemknęło mu przed oczami, pośród dziesiątek rąk i nóg będących składową tłumu. Takiej skóry nie mogła mieć mieszkanka Eestirii, tylko istota zrodzona ze światłości Ethnu. Tylko ona mogła być tak piękna. Zamurowało go. Świat przestał dla niego istnieć. W końcu ją odnalazł. Spojrzał w jasnoróżowe oczy i jego usta same wyszeptały:

– Feyviti…

– Przepraszam, nieznajomy – odpowiedziała dziewczyna lekko się rumieniąc. – Musiałeś mnie z kimś pomylić – dodała, i już miała się odwrócić, aby ruszyć w swoim kierunku, kiedy zawahała się i powiedziała – Jestem Teyrenae, pochodzę z Andraonu, może zechcesz mnie oprowadzić po waszej stolicy?

***

Odwrócił wzrok od figurek, jakby ich widok parzył w jego duszę. Spojrzał na gablotę, na której wisiały medale przyznane mu przez Ereitana II Xynthię. Do głowy od razu wpadały beznadziejne myśli. Te wszystkie nagrody już dawno straciły dla niego sens. Jednak Teyrenae… Jej się podobały, dla niej miały znaczenie. Przy niej czuł dumę, że je posiadał. Przy niej wszystko znów zaczęło się liczyć. Sukces, sława, pieniądze, triumf, wyższe dobro, wszystko dla jej uśmiechu. Bo ona tego wszystkiego chciała dla niego, więc on chciał tego dla niej. Teraz to już tylko przeszłość.

***

– Za co te medale, lordzie Arestog? – spytała Teyrenae. Jej długie, czarne włosy kaskadą spadały na nagie piersi. Uśmiechała się zadziornie siedząc nago na biurku. – Za wyjątkowe wsparcie dla dobra królestwa. A ten za wyjątkową odwagę. Ten za waleczność. Ten za ochronę rodziny królewskiej. I ten… ten to już nie pamiętam – pokazywał jej kolejno medale. – Mój ty bohaterze! – szepnęła mu do ucha i pozwoliła, aby jej nabrzmiały sutek otarł się o jego nagi tors. Wstała z biurka i popchnęła Naraala na łóżko. – Teraz pokaż mi jeszcze raz, jak bardzo waleczny byłeś pod Irnifalem!

***

Łzy spłynęły po czterdziestoletnich bruzdach stworzonych przez czas, jakby tylko po to. Bitwa pod Irnifalem – pamiętał minę tego Grithianczyka, któremu wbił nóż w serce. Nigdy nie zapomni tego wyrazu twarzy, będzie go prześladował do śmierci. Podobnie jak obraz pól trupów powstających z martwych i maszerujących ze ślepym, mechanicznym posłuszeństwem w stronę zachodu. Pasowanie na szlachcica, zaszczyty, bogactwo, łzy króla. Wtedy miało to dla niego sens, był zaledwie siedemnastoletnim chłopakiem. Zdał sobie sprawę z tego, że usilnie wbija wzrok w podłogę. Spojrzał wyżej, wprost na wiszące na ścianie zdjęcie Teyrenae.

***

Zdawało się, że oczy ożyły, a światło słońca rozbłysnęło przez odsłonięte okno. Dziewczyna przesunęła się, tym samym odsłaniając obraz za nią.

– Ja tak nie wyglądam! – krzyknęła, jednocześnie uśmiechając się zalotnie. – Źle mnie namalował!

– Ależ nie kochanie, nikt nie obiecywał ci, że artysta ujmie cię w pełnej krasie – odpowiedział Naraal. – I wyglądasz pięknie.

– Nie prawda! – zbliżyła się do niego. – Nie jestem piękna i wcale tak nie wyglądam! Złościła się, jednak wiedział, że żartuje. Lubił ją taką. Z jednej strony krzyczała, z drugiej jednak wystarczyła jej sekunda, żeby go przytulić czy pocałować. Nigdy nie pozwalała na to, żeby gniew przesłonił jej miłość. Uważał to za intrygujące i nierealnie piękne. Teyrenae nigdy w życiu nie podniosła na niego głosu w gniewie.

– No powiedz, że tak nie wyglądam – poprosiła, siadając Naraalowi na kolanach, przodem do niego. – No powiedz! Powiedz! Powiedz! Powiedz! – zaczęła mruczeć do ucha. – A cię wynagrodzę… – szepnęła, kładąc mu rękę na brzuchu. Schodziła nią coraz niżej i niżej.

– W rzeczywistości wyglądasz dużo piękniej – wysapał.

***

Wspomnienie szczęścia, niczym silny cios wymierzony w brzuch, rzuciło go nagle na ziemię. Po żywym dowodzie piękna zostało tylko wspomnienie uwiecznione na obrazie. Artysta oddał piękno jego żony bardzo dokładnie. Nigdy nie rozumiał narzekań kobiety. Widocznie była to jedna z cech, jakich nigdy nie mógł pojąć u ukochanej. Jeszcze jedna wada, za którą wskoczyłby w ogień. Rozpacz ogarniała go, a migawki tylko pogarszały sprawę. Chwycił butelkę bourbonu, która tylko czekała na ‘’wyjątkową” okazję.

***

– Król wysłał ci w tym roku ten oto trunek, Panie. W rocznicę bitwy pod Irnifalem, gdzie wsławiłeś się wielkim męstwem. Tak napisano na kartce! – odpowiedział lokaj przynosząc butelkę. – Jest to najlepszy trunek z valandriolskich piwnic – dodał, jakby usprawiedliwiając się. – Ten alkohol ma prawie 200 lat! – mówił podekscytowany.

– Ciekawe. Nigdy nie piłem tak starych trunków – skwitował Naraal.

– Kochanie – wtrąciła Teyrenae, kładąc jedną dłoń na ramieniu lorda, drugą gładząc swój widoczny już brzuch. – Może zostawimy tak drogi alkohol na inną okazję? Na przykład kiedy urodzin się nasz syn? – uśmiechnęła się do niego.

– To dobry pomysł, kochanie! – Naraal odwzajemnił grymas. – Później napiszę królowi list z podziękowaniem, możesz na razie odejść.

Sługa odwrócił się i skierował w stronę drzwi. Lord podszedł do barku i włożył butelkę do szafki. Odwrócił się do kobiety, która siedziała już na łóżku. Zdziwił się, nigdy nie mógł przywyknąć do tego, że Teyrenae poruszała się bezszelestnie, nawet będąc w ciąży. Po prostu stąpała po ziemi tak lekko, że nawet szata nie szeleściła w takt jej ruchów. Coś w ostatnim zdaniu, które od niej usłyszał go zaniepokoiło. Zaczął analizować słowo po słowie.

– Skąd wiesz, że to syn? – spytał zbliżając się do niej.

– Kobiety wiedzą takie rzeczy – ponownie uśmiechnęła się i przyciągnęła go do siebie.

***

Wziął łyk z butelki i skrzywił się. Nie wiedział, czego ma się spodziewać po dwustuletnim bourbonie. Im starszy, tym lepszy, tak się przynajmniej mówiło. Jednak to smakowało jak zwykły bourbon połączony ze starą piwnicą, pajęczynami, przegniłymi szmatami i ziołami lekarskimi. Ponownie przyłożył butelkę do ust i wychylił zawartość wprost do swojego gardła. Sama świadomość, że wlewa się w siebie taką ilość procentów powodowała, że był pijany.

– Twoje zdrowie, ukochana – powiedział dławiąc się łzami. – Twoje i Neriva. Oby chociaż ten chłopak był szczęśliwy. Pił aż osuszył całą butelkę. Dopóki płyn palił jego gardło, nie myślał o ukochanej. Rzucił flaszką o drewnianą podłogę i wstał. Potężne uderzenie alkoholu odbiło się zawrotem głowy, rzucając go na kolana. Powstrzymał się od wymiotów i podniósł głowę. Zamroczonymi od trunku oczyma spojrzał na biurko. To samo biurko, na którym tyle razy się kochali i to samo, które kazała zamówić u stolarza pierwszego dnia, w którym tu przybyła.

***

– To tutaj nie pasuje – stwierdziła od razu po wejściu. Widział po jej oczach, że ten mebel przeszkadzał jej tak, jakby był to śmieć leżący wśród diamentów.

Podeszła do biurka, wzięła pierwszą lepszą kartkę i zaczęła szkicować coś ołówkiem.

– Muszę ci zrobić nowe, to tutaj zupełnie nie pasuje. Tak, zamówię ci nowe! – powiedziała jak natchniona. Kilkadziesiąt sekund kreśliła po kartce, później wyprostowała się i wręczyła mu rysunek. – Spójrz! To idealne biurko. Lepsze od tego. Uwierz mi, odzwierciedla w pełni twoją duszę. Zamówię je dla ciebie, dobrze?! – naciskała.

– Skąd wiesz? – wyjąkał mężczyzna. Nie spodziewał się tego po młodej kobiecie, którą znał raptem kilka dni.

– Już zdążyłam cię poznać, lordzie Naraalu – odrzekła uśmiechając się promiennie. On uwielbiał ten uśmiech. – Zaufaj mi.

***

Doczołgał się do biurka, po czym usiadł na podłodze, odczekał chwilę aż kołowrotek w jego głowie nieco się uspokoi. Uniósł się na dłoniach, by móc zasiąść na fotelu stojącym przy tym masywnym meblu. Na siedzisku poczuł się bezpieczniej. Powoli przejechał dłonią po idealnie gładkim blacie i ogarnął wzrokiem wszystko to, co stanowiło składową jego miejsca pracy. Spojrzał na ornamenty wyrzeźbione przez stolarza, zdobiące jego górną szufladę. Lokalizacja najważniejszych dokumentów. Pierwszy papier widoczny po otwarciu – akt ślubu, który nawet nie zdążył się zestarzeć.

***

Organy nagle rozbrzmiały i dźwięk rozszedł się pośród ścian, brutalnie wdzierając się w bębenki uszu zgromadzonych. Kilkumetrowy, czerwony dywan, usypany płatkami białych róż.

Za jedwabiście białą kotarą, lada chwila ukazać się miała przystrojona panna młoda. Goście odwrócili się. Nie mogli doczekać się widoku przyszłej lady Arestog. Naraal smętnie rzucił okiem na puste krzesła. Nie było nikogo z ich krewnych. Jego własny ród znienawidził go za sukces. Wzrok przyciągnęło zawirowanie kotary, gdzie pojawiła się odziana w białą szpilkę stopa, a po chwili, zgrabne kolano.

Piękna i niewinna. Brunetka o alabastrowej skórze i jasnoróżowych oczach, wkroczyła pewnie. Chód kobiety, który zupełnie nie pasował do jej niebywale skromnej natury. Mężczyzna dostrzegał w jej źrenicach, że pragnęła tego samego, co on. Jak najszybszego zakończenia ceremonii. Widział, jak bardzo się denerwowała. Sam czuł to samo. Właściwie to podczas ceremonii był już po alkoholu. Pamiętał tylko, że na każde zadane pytanie miał odpowiadać ‘’tak’’ i nie dodawać nic więcej. Byle się nie zbłaźnić, byle dobrnąć do końca.

Przybył nawet przedstawiciel króla. Pamiętał głębie jej wpatrzonych w niego, pełnych miłości, oczu i ton jej głosu mówiącego ‘’tak”. To słowo zapamięta do końca życia.

***

Wyjął kartkę z szuflady i złapał ją tak, żeby móc ją porwać. Zawahał się przez chwilę, po czym odłożył tam, skąd wziął. Zamknął szufladę i położył łokcie na blat, opierając na nich głowę. Czuł jak łzy spływają mu po nadgarstkach. Podniósł czoło i spojrzał przez okno, słońce zaczynało już wstawać, a on dalej walczył ze sobą w nierównym pojedynku. Utkwił wzrok w alejce i rosnącym przy niej zagajniku.

***

– Kocham cię – rzucił nagle sam z siebie, przerywając tym ciszę. Teyrenae zatrzymała się i odwróciła w stronę mężczyzny. – Kocham cię, Tey.

Patrzył chwilę w jej jasnoróżowe oczy. W rozszerzone, wpatrzone w niego źrenice, które miały taki sam wyraz, jak te grithianskiego wojownika, któremu wbił sztylet w serce. Ona tak właśnie patrzyła.

– Kocham cię, Teyrenae Tifion, zakochałem się w tobie od pierwszego wejrzenia – rzekł.

– Ja… – zaczęła dziewczyna. Zawahała się, jednak tylko na chwilę, po czym rzuciła się w jego ramiona. Zaczęła mówić do jego ramienia tak szybko, że ciężko było zrozumieć poszczególne słowa.

– Też cię kocham. Bałam się, że nigdy tego nie powiesz. Bałam się. Bałam się początkowo tego, że nigdy mnie nie pokochasz, że będziesz mnie traktował tylko jako damę w opałach. Bałam się, że będę tu mieszkać i nie pozostanie mi nic innego, jak tylko żyć na twojej łasce i obserwować, jak znajdujesz sobie panią Arestog. Po naszym pierwszym pocałunku bałam się, że szybko ci się znudzę i znajdziesz sobie inną. Bałam się, że będę kiedyś musiała żyć bez ciebie. Nari, jesteś dla mnie wszystkim. Stałeś się panem mojego świata w chwili, kiedy to pociągnąłeś mnie za rękę, wtedy, w Xyranalu. Przybyłam tu, nie wiedząc, co mam robić ze swoim życiem. Przybyłam tutaj, nie wiedząc po co. Teraz już wiem. Przybyłam, żeby spotkać ciebie. Jesteś całym moim życiem i nie chcę być nigdzie indziej. Pociągnęła nosem, Naraal nawet tego nie zauważył. Normalnie zwróciłby na to uwagę, jednak było w niej coś takiego, że wydawała się pozbawiona wad. Już wtedy podjął decyzję, że zostanie jego żoną.

***

Wstał z krzesła.

Wspomnienia utraconej miłości pozbawiały go sił. Spojrzał na wielkie łóżko, na którym leżała jeszcze poprzedniego dnia. Obudził się obok niej dobę wcześniej. Wstał pełen nadziei, wierząc, że tego dnia ich rodzina się powiększy. Liczba nie uległa zmianie. Położył się na łóżku i mocno wciągnął powietrze do płuc. Poczuł jej zapach. Mieszanka smutku, rozpaczy i alkoholu spowodowała, że zerwał się i zwymiotował na podłogę.

Rano zawoła Ewenita Anstre. Mag mógł znać jakieś zaklęcie, dzięki któremu zamknięty w kołdrze zapach żony będzie mógł czuć do końca życia. Póki co, zalewał się łzami. jęcząc, szlochając i wzywając Ethnu na pomoc. Zasnął we własnych wymiocinach i łzach na podłodze.

***

Dzień po siedemnastych urodzinach Neriva, Naraal postanowił wyruszyć do Andraonu. Nigdy przedtem nie był tak daleko na południu. Od czasów dziecięcych odechciało mu się podróżować, ale teraz coś tknęło go, żeby poszerzyć swoją kolekcję egzotycznych figurek. Na dodatek chciał poznać kraj swojej żony, właśnie w rocznicę jej śmierci. Niewiele wiedział o ojcowiźnie Teyrenae, ale pragnął go zobaczyć przed śmiercią. Chciał zobaczyć kraj, który zrodził najwspanialszą istotę w Eesitrii.

Zszedł pewnym krokiem z trapu. Popatrzył na okręt i przypomniał sobie, jak kiedyś sam był marynarzem. Zerknął jeszcze raz na wysokie maszty i niespiesznie skierował się w stronę przyportowego bazaru. Targ w Araon był znany jako największy w południowej Eestirii. Przybywały tam nawet derfy z Rph’eaen i różnoracy mieszkańcy Ghnti. Kiedyś rzekomo bywali nawet ludzie z Nur. Przechadzając się wśród straganów, nagle dostrzegł coś, co wprowadziło go w bezgraniczne osłupienie.

– Co to jest?! – krzyknął na sprzedawcę.

– Słucham? – spytał kupiec, bardzo zszokowany jego wybuchem.

– Pytam, co to jest? – powtórzył nieco grzeczniej.

– Figurka, Panie – wysapał.

– Figurka prosto z Ghnti, Panie, przywiozłem ją tutaj. Ograbiliśmy jakichś dzikusów. Składali jej krwawe ofiary. Mówili, że to bogini ciemności, która opiekuje się ich ludem i pozwala im ujrzeć słońce, kiedy już napoi się krwią niewinnych i swoją władzą. Ciemne ludy, Panie. I strasznie głupie.

– Biorę! Ile za tę figurkę?

– Wystarczy Mortem – powiedział, uśmiechając się.

Naraal bez słowa wyciągnął monetę i dał kupcowi, ten zamruczał pod nosem niezadowolony. – Mogłem powiedzieć dwa.

– Jak miała na imię? – spytał głośno.

– Co… Słucham?

– Jak na imię miała ta bogini?

– A nie wiem, Panie, nie pamiętam. Dziwne ghntijskie nazwy ciemnych ludów.

– Tyle mi wystarczy, dziękuję.

Naraal chwycił nefrytową, półmetrową figurkę przypominającą do złudzenia jego ukochaną. Nie mógł uwierzyć własnym oczom, ale uspokoił się. Zdał sobie sprawę, że od śmierci Teyrenae minęło siedemnaście lat. W dodatku przedmiot pozbawiony był kolorów. Po chwili zdał sobie sprawę, że to głupie. Całe życie za kimś się uganiał. Teyrenae przypominała mu Feyviti, tylko dlatego, że miała jasnoróżowe oczy i widział ją tylko we śnie. Natomiast ta figurka przypominała mu jego ukochaną żonę, dlatego, że nie widział jej lata. Wyśmiał samego siebie, że wyobrażał sobie kiedyś, że jego żona była ucieleśnieniem anielicy, która przybrała postać śmiertelniczki z tęsknoty za nim.

Niedługo miał dowiedzieć się o tym, jak niewiele się wtedy mylił i jak bardzo jednocześnie. Wróć do domu.

Przypatrywanie się rzeźbie uruchomiło w nim jakieś dawne wspomnienia, których nie miał od lat. Jej głos znów rozbrzmiał w jego głowie. Możliwe, że były to jego własne uczucia. Coś kazało mu wrócić do Irnikralu. Wybrał się więc w swoją ostatnią podróż… i wrócił do domu.

Iter

Ciężko było być niewidzialnym na trakcie, szczególnie z czarnym okiem na chorągwiach. Naraal siedział w powozie i wyglądał przez okno, starając się nie zauważyć ukłonów mijanych ludzi. Widząc powóz lorda Arestoga, wędrowcy reagowali różnie, niektórzy w ogóle, inni kiwali tylko głową i uśmiechali się, byli nawet tacy, którzy z oddaniem wręcz się kłaniali. Nie dało się jednak tego nie widzieć, ona też to widziała, czuł na sobie jej pytający wzrok. Co, jeśli ona nie jest anielicą? Co, jeśli Feyviti będzie zazdrosna? Co, jeśli mi ją odbierze? – pytał sam siebie.

– Kim jesteś, lordzie Arestogu? – zapytała, wpijając w niego swoje niesamowite jasnoróżowe tęczówki.

– Jesteś dla mnie wielkim człowiekiem, bo mnie przygarnąłeś, ale widzę, że jesteś wielkim człowiekiem również dla tysięcy. W Andaronie nawet król jest rzadko traktowany z takim szacunkiem.

Naraal przypomniał sobie bitwę, teraz, dwadzieścia lat później wszystko wydawało się snem. Nawet to, że kiedyś był biednym chłopem, a i chłopcem, który uczył się czytać przy straganach. Wszystko widział jak przez mgłę. Wszystko oprócz Feyviti, pięknej anielicy. Spojrzał na swoją towarzyszkę i zdziwił się. Wyglądała dokładnie jak ona, kropka w kropkę, jednak zdawała się nią nie być. Nie pochodziła ze sfery światła, była zwykłą Andraonką z upadającego rodu, uciekającą do Xynthialu w poszukiwaniu lepszego życia. Uśmiechnął się do siebie – to on uczynił Xynthial miejscem do lepszego życia.

– Pani, to dość długa historia, miałem więcej szczęścia niż rozumu.

– Chciałabym ją znać! – powiedziała, a jej oczy rozbłysły w radosnym uśmiechu. Naraal wpatrywał się w nie jak zahipnotyzowany.

Wóz trzeszczał, a mężczyzna zastanawiał się, czy ma jej opowiedzieć. Nie lubił dzielić się tą historią, choć znał ją każdy Xynthialczyk. Wszyscy uważali go za bohatera, ale on wcale się nim nie czuł. Domyślał się, że to właśnie dlatego Ereitan II za nim nie przepadał. Miał ogromny powód, Naraal wydawał się od niego popularniejszy. Niemniej jednak podziwiał króla za to, że starał się wziąć na siebie całą odpowiedzialność za tamtą decyzję.

Nigdy nie zapomni jego miny, kiedy królewski ojciec – Ereitan I Xynthia, pod wpływem fioletu i czerni magii, wstał i zdjął z siebie zbroję. Obaj obserwowali, jak zrywa z siebie mięśnie i skórę, aż zostały z niego nagie kości, unoszące się w magicznej, czarnej mgle. Obaj wpatrywali się w pełne grozy i żalu spojrzenie lady Aryeh. Naraal wiedział, że świeżo upieczony król nie mógł przewidzieć rozwoju wydarzeń. Po prostu nie brał pod uwagę takiej możliwości. Starał się, mimo wszystko, nie dawać po sobie niczego poznać. Nie obwiniał nikogo, oprócz siebie.

Taka była cena za świadomość konsekwencji swoich czynów. Pamiętał, jak kościotrup Ereitana uderzył czaszką w dębowe drzwi. Po pomieszczeniu rozeszło się głuche echo słyszalne, pomimo krzyków dobiegających zza murów wysokiego zamku. Ciało upadło, potem wstało i uderzyło znowu. Uderzało raz za razem, nie wierząc w ciężkie wrota, tak jak mucha uderzająca o szybę. Arcymag kazał mu iść, takie polecenie miały wszystkie trupy, on więc starał się to wykonać. Wtedy dowiedzieli się że, to zaklęcie nie wskrzeszało umarłych. Ono tylko budowało z ich kości konstrukty. Takie, jakie kiedyś Dawni budowali z gliny lub stali – nazywano je golemami. Dlatego dzieło Naraalowego zaklęcia nazwano kościanymi golemami.

Czy król poczuł ulgę wiedząc, że w tej abominacji nie jest zamknięta dusza jego ojca? Na to wyglądało. Grithianczycy wtedy uciekli, uciekali w popłochu, tratując się nawzajem. Bali się kościanego szkaradzieństwa bardziej niż śmierci. Bitwa się skończyła, wojna też, Meymuss skapitulował, Ereitan II podpisał traktat, ale wziął tylko symboliczny trybut. Chyba po prostu bał się, że król Gritihanu odkryje, że kościane golemy to tylko marionetki, żadni wojownicy. Nie chciał przedłużać układów.

– O czym myślisz? – zapytała go towarzyszka.

– O przeszłości – mruknął Naraal.

– Podziel się ze mną swoją przeszłością, lodzie Naraalu – kobieta namawiała go entuzjastycznie.

Chyba się w niej zakochał, od pierwszego wejrzenia. Nie potrafił tego wytłumaczyć, ale nie mógł się oprzeć jej urokowi, dlatego właśnie ją przygarnął. Miał swoje miłostki w życiu, ale żadna nie była podobna do tego uczucia. W niej widział radość i szczęście, więc tym bardziej bał się opowiadać jej o swojej przeszłości.

Jak na zawołanie wrócił myślami do tamtych czasów.

Ereitan zachował się trzeźwo i szybko znalazł zastosowanie dla kościanych golemów. Świetnie radziły sobie w polu, ścinały drzewo, rozładowywały statki. Król Xynthialu wziął ogromne pożyczki od Valandriolu, fundował edukację, uczył ludzi magii, żeby mogli zarządzać rosnącymi rzeszami kościanych szkieletów. Szybko zaczął karać śmiercią za próby nekromancji, która stawała się coraz bardziej popularna. Przywoływać umarłych mogła tylko korona Xynthialu, tylko podczas wojen lub za zdrady i morderstwa. Ereitan mówił, że jeśli ktoś zamorduje drugiego człowieka to powinien to odpokutować w czyśćcu ciężkiej pracy kościanego golema. Mówił to nie raz, nawet z uśmiechem. „Co z twoim ojcem?”, aż cisnęło się na usta, ale nikt nie zadał tego pytania. Wszyscy się uśmiechali i starali się, jak mogli ukryć strach przed tym, że mają w rękach machinę śmierci. Czy Ereitan propagował kościane golemy, żeby zrzucić z siebie odpowiedzialność za ich stosowanie? Raczej nie, choć z tego trupiego interesu przychodziło wiele profitów. Xynthial wreszcie stał się tak bogaty i potężny, jak chciała tego trójca. Po tym nastąpiła rewolucja stanowa. Chłopstwo się przerzedziło, ,,magini’’ pojawiali się wszędzie. Tak nazywano tych, którzy opanowali magię tylko pod kątem obsługi i kontroli kościanych golemów. Każda wieś miała swojego magina, a państwo wzbogacało się szybciej niż ktokolwiek mógł to przewidzieć.

Bał się mówić Teyrenae o swojej historii, bo bał się, jak na niego spojrzy. Nie znał jej opinii w wielu sprawach, zaczynając od tego, że nie wiedział czy zaakceptuje jego chłopskie pochodzenie, czy uwierzy mu w to, że był w innej sferze. Niewielu w to wierzyło, a wielu twierdziło, że to niemożliwe, że wszystko było snem. Często sam w to wierzył, ale pytał: Skąd więc te wszystkie trupy? Nikt nigdy nie odpowiadał.

– Naprawdę chciałabym poznać twoją historię – zaczęła Teyrenae znowu. Jeszcze wtedy nie rozumiał, dlaczego tak bardzo jej na tym zależy.

– Jestem biednym chłopem, majtkiem, żołnierzem, podróżnikiem do sfer, zdrajcą ludzkości i śmiercią – wymamrotał Naraal tak nieświadomie, że dziwił się, słysząc swój głos.

To było zdecydowanie najgorsze, co mogłeś powiedzieć – pomyślał chwilę później.

– Czy chłopa i majtka stać w Xynthialu na orszak? – zapytała.

– Nie, ale byłem i chłopem, i majtkiem – odpowiedział. Poczuł ulgę, kiedy zadała to pytanie. Skoro powiedział jej same najgorsze rzeczy, a ona chciała wiedzieć więcej to mógł jej powiedzieć już tylko lepsze.

– Lordzie Arestogu, beznadziejnie się pan prezentuje, mówi pan to każdej dziewczynie? To jest pana sposób? – uśmiechnęła się szczerze i niewinnie.

– Nie, po prostu… – zaczął, ale urwał, bo nie wiedział, co powiedzieć.

– Przepraszam, nie chciałam… po prostu jestem ciekawa – nagle się zawstydziła. Opuściła wzrok i prawie szeptem dodała – jesteś moim bohaterem, nie mam dokąd pójść, nie mam pieniędzy, a ty przyjmujesz mnie do swego domu, nie oczekując niczego w zamian. Chciałabym po prostu wiedzieć, kim jest mój wybawca. Kim jest ten przystojny mężczyzna zdobiący swoją flagę czarnym okiem, dlaczego ludzie mu się kłaniają?

Milczał, wpatrując się w nią, potem odwrócił wzrok i spojrzał za okno. Kątem oka zobaczył, że jasnoróżowe tęczówki znów się w niego wpatrują. Na chwilę aż zaparło mu dech w piersiach.

– Kiedy będzie lepszy czas, żebyś wszystko mi o sobie opowiedział, lordzie? Kiedy, jeśli nie teraz?

W myślach przyznał jej całkowitą rację.

– Tak więc byłeś żołnierzem? – zapytała od niechcenia.

Naraal przypomniał sobie pasowanie na rycerza i nadanie tytułów, była przy tym cała arystokracja jeszcze w Irnifalu, dzień po bitwie. Pamiętał Kirifona ger Neroka i Fortana ger Nuriada, którzy go wtedy uratowali. Jego i króla, spod mieczy dzikich Grithianczyków. Uśmiechali się do niego, wydawali się być szczęśliwi jego szczęściem, choć ledwie go znali. Ereitan II nie chciał zwlekać z pasowaniem, bo choć to on stanowił prawo, obyczaj mówił, że państwowe funkcje może obejmować jedynie szlachcic. Natomiast Arestog dostał zaproszenie do rady wojennej, miał być doradcą króla. Podczas pasowania Naraal miał łzy w oczach, parę dni wcześniej był jedynie podróżnikiem, parę dekarów wcześniej chłopem bez perspektyw. Teraz był doradcą króla, posiadał zamek – Irnikral, co prawda ruinę, ale zawsze. Wraz z przyległymi ziemiami był to jednak ogromny majątek, do tego nosił zbroję z wymalowanym czarnym okiem.

– Może nie tyle żołnierzem, co podróżnikiem, który dołączył do bitwy. Człowiekiem broniącym swojej ojczyzny przed dzikimi hordami z zachodu – odpowiedział.

– Zabiłeś kogoś, lordzie Arestogu? – zapytała go. Naraal widział w mowie jej ciała, że jest zainteresowana i podekscytowana, jednak oczy mówiły coś zgoła innego. Nie chciała wiedzieć czy kogoś zabił. Ucieszyło go to. Miał już dość śmierci. Naraal przypomniał sobie minę zdziwionego Grithianczyka, którego zabił jako pierwszego.

– Tak – odpowiedział. – Można tak powiedzieć.

– Rozumiem – znów opuściła wzrok.

– Potem natomiast byłem doradcą króla – postanowił się pochwalić, odwrócić uwagę od tematu śmierci.

– Chłop doradcą króla? – zapytała z uśmiechem. Było widać, że ta kwestia się jej podobała. – Coś mi tu nie pasuje. Czy rzeczywiście byłeś chłopem?

– Ależ byłem, król pasował mnie dzień po bitwie, żebym mógł dostać się do rady wojennej. Dał mi przy okazji zamek – odpowiedział spokojnie Naraal.

– A nie byłeś nawet królewskim żołnierzem? Co zrobiłeś? – dopytywała się.

– Broniłem jego ojca przed hordą Grithianu przez kilkanaście minut – odpowiedział z dumą, jednak wiedział, że nie za to został pasowany.

– Przeżył? – zapytała z zaciekawieniem Teyrenae.

– Nie – uśmiechnął się Naraal, po czym dodał – ale ewakuowano go, mógł pożegnać się z synem.

– Jeśli król nie przeżył, to dlaczego naprawdę cię pasowano, lordzie Arestogu? – zapytała poważnie, a jej pozbawiony uśmiechu wzrok stał się potwornie przenikliwy i jakby znając już prawdę zapytała – Dlaczego nazwałeś się zdrajcą ludzkości i śmiercią?

Naraal zamilkł. Kiedy tak nazwał się po raz pierwszy? Chyba w Nerokranie, choć wtedy już Nerokralu. Meymuss miał szpiegów w Xynthialu, co akurat nikogo nie dziwiło, nawet samego Ereitana. Kiedy dowiedział się, że trupy były jedynie konstruktami, ogłosił się prorokiem Merita, ichniego bożka i wezwał do krucjaty przeciwko chodzącym potwornościom. Armia, która szła na wschód była potężniejsza niż w poprzedniej wojnie, zaledwie trzy lata wcześniej. Xynthial jednak nie był już taki sam. Wszystko się zmieniło, ludzie się wzbogacali, a już nie setki, a dziesiątki tysięcy potrafiły posługiwać się magią. Nie było ludzi w szmatach i z motykami przeciwko wojom, a byli konni w magicznych zbrojach. Do tego dochodzili świeżo upieczeni adepci szkoły założonej przez Ereitana II Xynthię – Królewskiej Szkoły Rycerskiej w Xyranalu. Xynthial rozwinął się w niewyobrażalny wcześniej sposób. Xynthial na tę wojnę był gotowy. Naraal nie miał zbyt wielkiego udziału w naradach wojennych. Wiedział, że jego rolą jest bycie bohaterem narodowym i podnoszenie morale. To wtedy odkrył, że sam król trochę zazdrości mu tej chwały, ale Ereitan podjął dobrą decyzję. Zaufał Naraalowi i bardzo często pokazywał się z nim publicznie. Kiedy Ereitan wykrzykiwał swoją mowę motywacyjną, to właśnie lord Arestog stał obok.

Wojska Meymussa IV zdobyły Ferwiskal – twierdzę niedaleko Ferqualu, na zachodniej granicy Xynthialu, ale potem zaczęły się problemy dzikusów. Ereitan II, na bagnistych terenach, odciął Grithianczyków od ich kraju, a następnie uskuteczniał wojnę podjazdową.

Kiedy doszło do walnej bitwy, nawet najeźdźcy z zachodu wiedzieli, że jest przegrana. Cena pokoju była ogromna. Meymuss został zmuszony do podpisania traktatu, wszyscy watażkowie, którzy przeżyli bitwę, musieli zrobić to samo pod groźbą śmierci. Na mocy dokumentu Nerokran wraz z otaczającą go Nerokranią miał stać się własnością korony, a najbliższe sto lat miało być wiekiem pokoju pomiędzy państwami. Dokument obarczony był klątwą, złamanie go kończyło się śmiercią. Do przeprowadzenia tak potężnego rytuału nad kartą, ściągnięto najpotężniejszych magów z całej Eestirii. Grithianczycy wrócili do swoich domostw, a Nerokran przeszedł w ręce królestwa Xynthialu, stał się Nerokralem. Nie spodobało się to tamtejszym mieszczanom. Ereitan, a wraz z nim Naraal, wyruszył tam wprost z Ferqualu, gdzie podpisano pokój. Nerokrańczycy zbuntowali się, nie podobało im się zwierzchnictwo Xynthialu.

„Wyrżnijcie wszystkich, mieli wybór, mogli służyć Xynthialowi jako żywi, jeśli nie chcą – będą jako martwi” – powiedział wtedy król. Kiedy zdobyto mury, Naraal obserwował z Ereitanem II jak mężczyźni, kobiety i dzieci są zażynani, bez żadnej litości. Było to w jakiś sposób zwycięstwo, ale żaden z nich się z tego nie cieszył. Arestogowi wydawało się, że król patrzy na rzeź tylko dlatego, że chce się ukarać, poczuć odpowiedzialność za swoje rozkazy. Obaj wiedzieli, że to, co się dzieje ich przerasta, ale było to najlepsze wyjście. Naraal wiedział, że Ereitan nie ma już wyboru. Naraal nazwał się zdrajcą ludzkości i śmiercią, bo gdyby nie przyniósł tego zwoju nigdy nie byłoby takich rzezi. Starał się brać na siebie odpowiedzialność za te śmierć. Czuł jednak, że nie tylko on próbuje to zrobić. Nigdy o tym nie rozmawiali, ale w królu Ereitanie II miał towarzysza w tej zgrozie.

– Widzisz, tam przy lesie jest tartak – powiedział nagle do Teyrenae. – Widzisz te białe postacie?

– Tak, miałam cię zapytać, czy wiesz co to jest – powiedziała, uśmiechając się do niego. – W Andraonie nigdy czegoś takiego nie widziałam. Początkowo myślałam, że to przewidzenie, ale widziałam tego coraz więc…

– To trupy – przerwał jej spokojnym tonem.

– Słucham?

– Trupy, martwe kości ożywione magią, kościane golemy – mówił szybko. – To ja je tu sprowadziłem, dlatego jestem bohaterem. Dlatego, że dałem Ereitanowi II Xynthii zwój z magicznym zaklęciem, dzięki któremu zwłoki wstają, zrywają z siebie ubranie, skórę i mięśnie, oblekają się dziwną, fioletową powłoką i w obłokach z czarnej, magicznej mgły wstają i czekają na rozkazy. Są ich dziesiątki, jeśli nie setki tysięcy. Wszyscy ci martwi ludzie to zdrajcy, mordercy, gwałciciele albo wrogowie ojczyzny. Są też może weterani bitwy pod Irnifalem, ale wtedy nie było czasu na odpowiedzialne decyzje. Dziewczyna opuściła swoje jasnoróżowe tęczówki i wbiła spojrzenie w podłogę. Po czym zadała pytanie, którego Naraal się nie spodziewał, a które było najpiękniejszą rzeczą jaką usłyszał w dotychczasowym życiu. – Czy one cierpią? – zapytała.

– Nie jestem magiem, nie znam się na tym, ale wydaje mi się, że… – urwał i poprawił się, to bardziej odpowiadało prawdzie – mam nadzieję, że to tylko kości.

– Rozumiem. Ona również wydawała się usatysfakcjonowana odpowiedzią, choć nie prawdą.

Wyjrzała przez okno, starając się dojrzeć magiczne kości.

– Skąd miałeś tak potężne zaklęcie?

Naraal długo patrzył w oczy dziewczyny, ale nie potrafił wytrzymać jej wzroku. Był spokojny i przeszywający, jednak z drugiej strony bezbronny i zrozpaczony. Fascynowały go te oczy. Dziewczyna wyglądała jak ta, która niemal dwadzieścia lat wcześniej dała mu ten zwój. Jak anielica z…? Właściwie skąd? Snu? Jawy? Ogrodów Ethnu? Nie wiedział, obudził się z magicznym sztyletem, listem i zwojem, ale czy naprawdę tam był, w sferze światła? Nie potrafił tego stwierdzić. Magowie mówili mu, że to niemożliwe, nawet w podręczniku do historii Królewskiej Szkoły Rycerskiej wspomina się, że pochodzenie zwoju jest „niejasne”. Co miał odpowiedzieć swojej nowej przyjaciółce? Poczuł, że musiał odpowiedzieć prawdą. Wiedział, że jest to wyjątkowa kobieta. Umówił się z nią, że przygarnia ją tylko na jakiś czas, ale czuł, a może miał nadzieję, że zostanie z nim do śmierci.

– Z innej sfery, ze sfery światła – powiedział spokojnie, próbując patrzeć jej w oczy.

– Naprawdę? – uśmiechnęła się. – Myślałam, że żartowałeś. Myślałam, że żartowałeś nazywając siebie śmiercią i zdrajcą ludzkości, że nie mówisz serio, mówiąc o sobie jako majtku i chłopie, ale wierzę ci. Wierzę w każde twoje słowo, bo nie starasz się pokazać siebie w jak najpiękniejszych barwach, gdybyś chciał to powiedziałbyś mi to na samym początku, od tego byś zaczął. Zacząłbyś od tego, że jesteś bohaterem i masz zamek. Powiedziałbyś mi to jeszcze w Xyranalu. Jesteś skromnym człowiekiem, lordzie Arestogu. Wierzę ci, bo widzę, że wstydzisz się swojej historii, bo nie wierzysz w to, że jesteś bohaterem, ale dla mnie jesteś i dla wielu też, więc może… może twoje zdanie się po prostu nie liczy? Może nie ma znaczenia, lordzie Arestogu?

Nie wiedział, co ma na to odpowiedzieć. Cieszył się, że mu wierzy i to bardzo, ale było w tym coś jeszcze. Zaimponowała mu, powiedziała coś, o czym nigdy nie myślał. Kościane golemy były bezsprzecznie profanacją życia, ale może powinien przestać się tym obwiniać. Nawet jeśli doprowadził do śmierci tysiące ludzi, to ilu uratował przed śmiercią pod Irnifalem? Tysiące? Dziesiątki tysięcy? Ilu dzięki niemu nie umarło z głodu? Ilu się narodziło?

– Co widziałeś w sferze światła? – zapytała, po czym z zachwytem dodała – to bardzo emocjonujące!

– Anielicę – odpowiedział spokojnie, po czym powtórzył i dodał: – anielicę, najpiękniejszą kobietę jaką widziałem.

– Piękniejszą ode mnie? – powiedziała i delikatnie na króciutką chwilę wystawiła kawałek języka, jakby podkreślając, że żartuje.

Naraal, widząc to, z trudem powstrzymał jęk zachwytu. Była to najbardziej urocza rzecz, jaką widział w życiu. Dostrzegł też coś jeszcze, piękna Teyrenae nie żartuje, zobaczył w jej oczach, że i ona go pragnie tak mocno, jak on jej.

– Nie – odpowiedział całkowicie szczerze.

Dobranocka II

Zamknij oczy.

Rozluźnij się.

Widzisz ciemność.

Fantomową ręką odgarniasz zasłonę. Zalewa Cię snop oślepiającego światła. Z bezpiecznej czerni jaskini czujesz się jak prawdziwy obserwator.

Widzisz złotą bramę strzegącą wejścia do wieży z kości słoniowej. Wysoka i strzelista iglica zwieńczona jest platynowym blaskiem. Budowlę otacza wzburzone morze i śnieżnobiały piaskowiec. Skały wydają się ostre jak igły.

Nagły płomień przesłania ci widok, a chwilę później dostrzegasz upadek spalonej
bestii – gryfa. Smok o czerwonych łuskach ryczy wachlując skrzydłami tuż nad grzywami fal. Do twych uszu dobiega głośny skrzek, a na gada spadają szpony kolejnej ptakowatej bestii.

Nad nimi pojawia się anioł. Jego dłoń emanuje światłością, blask przynosi zadziwiające ukojenie, a ostrze zaczyna płonąć. Jeden cios rozpłatuje walczące abominacje. Lecz to nie martwe cielska wywołują u Ciebie niepokój. Na chwilę uderzenia, za uskrzydloną ręką zbawcy pojawia się coś przerażającego. Coś czego nie potrafisz sobie przypomnieć, coś co wydawało Ci się… sednem zła.

Anioł odwraca się w Twoim kierunku oczyma pozbawionymi wyrazu. Jego postać powoli zbliża się do Ciebie.

Czy nadal jesteś tylko obserwatorem?

Głowa z zastygłą w śmiertelnym grymasie twarzą zaczyna się groteskowo obracać. Tam gdzie powinna pojawić się potylica dostrzegasz potworny grymas, który znikając odsłania kolejny – jeszcze potworniejszy.

Twarze szybko zaczynają zlewać się w jedną demoniczną smugę. Nogi martwo wiszą, a ręce zdają się wydłużać.. Obraz staje się coraz bardziej niepokojący, a Twoje oczy ze smugi zastępującej głowę układają nową, rozmytą twarz. Z jej oczodołów i ust szerokim strumieniem wypływa gęsta krew.

Czerwień zalewa śnieżnobiałą szatę tworząc dziwaczny kleks przypominający rozgwiazdę o tysiącu cienkich jak nitki ramion.

Ta zdaje się poruszać. Wypustki zginają się, odbijają i wyskakują w Twoją stronę. Przez ułamek sekundy widzisz jak macki poruszają się chaotycznie do celu – Ciebie. Przez jedno uderzenie serca widzisz paszczę. Przerażające, powykrzywiane i potwornie wielkie kły, do tego niezliczone ilości ostrych jak szpilki zębów. To nie one przerażają Cię najbardziej. To wyglądająca spomiędzy nich pustka. Ciemność, jednak nie zwyczajny brak światła. Rdzeń śmierci.

Twoja fantomowa dłoń odruchowo zasuwa zasłonę.

Teraz spokojnie możesz iść spać, ale pamiętaj co znajduje się za cieniutką zasłoną koszmaru.

Dobranoc.

 

 

 

Grafika użyta dzięki współpracy z: http://krzysztofslachciak.myportfolio.com

Dobranocka I


Zamknij oczy.

Rozluźnij się.

Widzisz ciemność.

Pośród odmętów nieprzeniknionego eteru dostrzegasz życie.

Czy wreszcie odnajdziesz to, czego pragniesz od tak dawna? Czy Twój głód wreszcie zniknie?

Identyfikujesz swój cel i mkniesz w jego stronę. Teraz to jest najważniejsze. Widzisz to, prawda?

Pod swoim ciałem czujesz chropowatą powierzchnię białych ścian. Tkwisz w górnym rogu pomieszczenia i oglądasz swój cel oczyma, wyzierającymi spod monstrualnych odnóży.

To człowiek. Nie śpi, leży. Kurczowo trzyma w dłoniach tajemniczy prostokąt, oślepiający go białym blaskiem. Wpatruje się w niego, nie dostrzegając Cię. Bezszelestnie skradasz się w jego stronę.

On, pchany intuicją odchyla tajemnicze urządzenie i zaczyna się w Ciebie wpatrywać. Jego oślepione światłem oczy wpijają się w Ciebie, ale nic nie widzą. Ciemność jest niewidoczna.

Zamierasz, oczekując aż śmiertelnik znów zatopi swój wzrok w urządzeniu. Czekasz chwilę, a następnie powoli i ostrożnie ruszasz w jego kierunku.

Wiesz, że oczy ofiary mogą Cię dostrzec w ruchu.

Obserwując go, ostrożnie się zbliżasz. Wiesz, że Twoje przyszłe danie Cię czuje, choć nie może zrozumieć. Stajesz, a ono właśnie zaczyna omiatać wzrokiem pomieszczenie. Czujesz już smak posiłku. Głód zasypia, jakby wiedząc, że niedługo zaspokoi swe pragnienie. Tak naprawdę nigdy się nie nasycisz.

Ofiara zerka w Twoją stronę, ale widzi jedynie czerń. Czujesz jej strach, ma złe przeczucia i jest prawie pewna, że Cię widziała. Widziała, przez moment dostrzegła najbardziej koszmarny obraz swojego życia. Nie może w to uwierzyć, nie chce, wmawia sobie, że to przewidzenie, ale wewnątrz panikuje.

Podskakuje nagle, przerażona, słysząc losowy dźwięk ludzkiego osiedla dochodzący zza okna. Obserwuje badawczo swoje otoczenie. Wystarczy tylko chwila, żeby znów zatopiło swój wzrok w oślepiającym prostokącie.

Wtedy się rzucasz, prosto w cel, prosto w duszę, którą można zamknąć i żywić się jej cierpieniem. Choć na chwilę zapomnieć o bólu.

Tak się zaczyna podróż przez koszmar.

Czujesz ten głód? On nigdy nie ustąpi.

Teraz jednak śpij.

Zapomnij o nim, choć na chwilę.

Dobranoc.

 

 

Grafika użyta dzięki współpracy z: http://krzysztofslachciak.myportfolio.com