Dobranocka XIV

Haillka,

śpisz?

Może już czas, co?

Zamknij już, oczęta zmruż, jak to mówił poeta.

Pewnie już jest martwy.

Widzisz coś przez zamknięte powieki? Dostrzegasz wyłaniające się zza zasłony ciemności królestwo kości i pleśni. Od jak dawna tu jest? Czekało aż je spostrzeżesz, czy w końcu odkrywasz swój cel podróży?

Tam jest sedno Twoich koszmarnych snów, Twoich przygód poza granicami jaźni. Tam odnajdziesz rdzeń tego demonicznego więzienia, w którym tkwisz od tak dawna.

Chcesz tam wejść, prawda? Ogarnia Cię strach, ale musisz tam wkroczyć, bo przecież gorzej już być nie może.

A może… może?

Czy otchłań szaleństwa jest skończona? Czy jest jakaś granica? Czy kiedyś odnajdziesz dno obłędu? Gdzie dalej już nie zabrniesz? Co jeśli za niebieską kotarą śmiercionośnego strachu odnajdziesz tylko kolejną studnię, pochłaniającą, niezwyciężoną pustkę?

W królestwie pleśni i kości czeka na Ciebie ktoś, kto może Cię uwolnić. W samym jej centrum, pośród mglistych kurtyn obłędu, skrywa się ten, który broni wyjścia z koszmaru.
Widzisz przed sobą ostatnią barierę. Odgarniasz dłonią białe grzyby, które są wyższe od Ciebie. Ich podstawy są cienkie, lepkie, oślizgłe. Choć nie widzisz kapeluszy porastających trzonki, wiesz, że one gdzieś tam są, znikając w nisko zawieszonym suficie z kości.

Pośród dymu ciemności oblegającego świat potępionych, dostrzegasz coś jeszcze. Z każdym Twoim krokiem sklepienie nad Tobą się odkształca. Wypukłości zrodzone z bielących się gnatów, pojawiają się za każdym razem, kiedy stawiasz stopę i znikają, kiedy ją podnosisz. Zupełnie jakby na poziomie wyżej ktoś naśladował Twoje kroki, bo Ty również stoisz po kolana w wystających pozostałościach po ludzkich członkach. Może czeka tam na Ciebie Myśliwy? A może to zupełnie inny wymiar i nad sobą jesteś Ty? Czy to możliwe, że ktoś jest również pod Tobą? Ile jest pięter szaleństwa?

Wyciągasz dłoń za siebie, a tam nic więcej, jak tylko zamykająca się, maziowata ściana… Nie wiesz tego, nie rozpoznajesz, ale nie opuszcza Cię pewność, że buduje się ona tuż za Tobą, z ludzkich stawów zlepionych zaschniętą krwią.

Trzask przed Tobą. Widzisz postać, lecz tylko jej oczy się skrzą. Stoi, wpatruje się w Ciebie. Groza obleka Twoje ciało, czujesz paraliż. Czy to strach, czy magia skrzących się oczu?
Cisza. Obok siebie słyszysz tylko dziwny warkot.

Postać zdaje się nie ruszać, podobnie jak ty. Mechanicznie robisz krok – trzask kości, na Twoją głowę spada kawałek czyjegoś nadgarstka. Nad Tobą, tuż pod sklepieniem, unosi się chmura zarodników białawych grzybów monstrualnej pleśni. Ignorujesz to. Twój los i tak jest jedynie w tych skrzących się oczach.

Postać przed Tobą czeka chwilę, po czym zdaje się przelewać, jakby była płynem. Płynem, który skapuje w Twoją stronę, wpadając do formy o kształcie potwornego, ludzkiego ciała.
Kontrastowo bielące się oczy obserwują Cię uważnie, spod ciemności czarnej mgły wypełniającej dom przeklętych.

Szukasz swojego wewnętrznego ciepła, ostatniej resztki siły. Motywujesz się, nie masz już nic do stracenia. Paraliż mija.

Biegniesz w stronę postaci, bo dokąd indziej? Wszędzie wokół bariery z ludzkich zwłok.

Postać przelewa się, jak jakaś tytaniczna maź, coraz szybciej, aż traci swoją formę. Nabiera za to prędkości, rozpluskuje się tuż przed Twoją twarzą, jakby uderzyła w szybę. Formuje się aż przybiera postać czarnego, obrzydliwego zwierciadła ukazującego Ciebie i dwoje białych punktów zamiast oczu.

Wiesz, że to wyjście poza obłęd. Pytanie: dokąd?

Dobranoc

Dobranocka XIII

Haillka,

czas już spać, prawda? Już po dwunastej, zamknij oczy.

Widzisz ciemność, nieprzeniknioną czerń, a oprócz niej, gdzieś daleko, niezidentyfikowany, białawy punkcik. Czy to jakiś symbol? Może metafora wyjścia z tej pułapki, ucieczki z tego koszmarnego, monotonnego więzienia ciemności. Mówi się, że ludzki umysł to bariera, którą trzeba ćwiczyć, żeby nie pozwolić koszmarom z zewnątrz wejść do środka. Niektórzy twierdzą, że ciemność to szczelnie zamknięte wewnątrz ludzkiej duszy koszmary. Instynkt podpowiada, że z ludzkiej duszy można dostrzec otchłań – mówią tak paranoicy, schizofrenicy i wszelkiej maści mieszkańcy domów wariatów.

Widziany wcześniej punkcik się powiększył, wygląda jak śnieżynka. Może to rzeczywiście śnieg? Biały, puszysty śnieżek, znajomy, kojący, świąteczny. Bałwan z marchewkowym nosem, zjazd na sankach po stoku, pamiętasz to, prawda?

Nic tylko ciemność, pełna niewyjaśnionej grozy, groteskowego zła, a Ty w niej. Dlaczego? Za co? Jakie to ma znaczenie? Kogo to obchodzi? Cierpisz, wiesz o tym. Musisz cierpieć dalej, tak nakazano.

Śnieżynka zdaje się przybliżać, czy to tylko kolejny trik otaczającej Cię domeny demonów, duchów i wszelkiej maści przeklętych? Czy biały puch osiądzie Ci na nosie i pod wpływem ciepła zniknie, pozostawiając Cię w tym labiryncie ciemności? Znowu umrzesz i odrodzisz się pośrodku niczego, czekając wieczność na nadchodzącą śmierć? Czy koniec nadejdzie?
Wiesz już, że umrzesz, widzisz, że śnieżynka nie powiększa się, nie rośnie. Ona się zbliża. To nie śnieżynka, to wielka, tocząca się kula z tysiącami kolców. Ktoś się z Tobą bawi. Czy to Bóg? Czy to ten drugi?

Biegniesz. Czujesz swoje ciało i wszystko, co za tym idzie: ból mięśni, ścisk w płucach, kłucie w sercu. Uciekasz, ile masz tylko sił, ale pędząca śmierć nie zwalnia. Kiedyś się zmęczysz.
Zdajesz sobie sprawę ze swojej głupoty. Przypominasz sobie bajki z młodości, gdzie kojot zawsze uciekał wzdłuż stoku. Skręcasz, nie kontynuując biegu, słyszysz, że kula toczy się dalej, zbliża się, a potem dźwięk znika.

Oddychasz z ulgą.

Przed sobą widzisz ciemność.

Po chwili dostrzegasz dwie śnieżynki.

Dobranoc

Dobranocka X

Haillka, jest już ciemno?

Leżysz w łóżku?

Słyszysz ten dźwięk? To chyba szum kaloryfera, a może brzęczenie lodówki? Może to jakiś przypadkowy pies szczeka na ciemność? Czy to tylko Twoja wyobraźnia czyni to przerażającym?

Najlepiej zapal światło, przecież wiesz, gdzie jest przycisk. Wstajesz z łóżka i idziesz wprost na niego. Za chwilę będzie jasno.

Pierwszy krok, drugi, trzeci, siódmy, czternasty. Od łóżka dzieli Cię zaledwie kilka kroków. Jak to się stało, że masz już za sobą kilkanaście?

Nagle trafiasz na ścianę, wreszcie jest. Dotykasz jej, ale pstryczka jakby nie ma. Ogarnia Cię lekka panika, ale się uspokajasz. To kolejny koszmar, z którego wystarczy się obudzić, prawda? Nic złego się przecież nie wydarzy, to tylko zły sen.

Idziesz wzdłuż ściany na oślep. Suniesz dłonią po płaszczyźnie, w poszukiwaniu światła. Nachodzą Cię przemyślenia dotyczące przeklętej nowoczesności. Zapamiętać! Od jutra zapałki pod poduszką.
Nagle pustka. Gdzie Ty, do cholery, jesteś?! Lekki przeciąg smaga Cię po kostkach. Co dalej? Wyciągasz drugą rękę i czujesz przeciwległą ścianę, a obok szafkę.

W środku jednak nie ma szuflad, przez moment zastanawiasz się, czy przypadkiem nie jest to jawa. Może to korytarz? Sen jest jednak bardziej prawdopodobny.

Dwa kroki dalej boleśnie uderzasz nosem w ścianę, pomieszczenie zakręca. To definitywnie koszmar. A może nie? Co się dzieje z naszymi duszami, kiedy śpimy? Może to piekło?

Idziesz wzdłuż ściany, a droga wydaje się absurdalnie długa. Dochodzi do Ciebie, że demoniczny labirynt nie ma końca, nie ma też wyjścia, bo po co miałby mieć? Nagle czujesz pod ręką szafkę.
Kolejną, taką samą jak poprzednia, jakby tę, która stała w sypialni, u mamy.

Nie ma szuflad, tylko puste dziury.

Chwilę później znika już za Tobą, podobnie jak myśli o niej. Drugą ręką czujesz następną szafkę. Taką samą. Może to jakaś gra? Może kręcisz się w kółko?

Nagle coś kopiesz, coś lekkiego, z papieru, coś, co znajomo zagrzechotało. Zapałki. Czyżby to był jeden z tych snów, w których życzenia się spełniają?

Schylasz się, łapiesz pudełko. Już po dźwięku wiesz, że jest tylko jedna zapałka. Wyciągasz ją. Odpalasz.

Przed Tobą stoi szafka z jedną szufladą. Do blatu przykręcony jest przycisk, taki jak od światła w Twoim pokoju.

Ogarnia Cię dziwne przeczucie, że lepiej otworzyć szufladę.

Gdy tylko ciągniesz za gałkę, dochodzi do Twoich uszu przeraźliwy ryk, jakby dziecka demona. Odskakujesz, zapałka gaśnie.

Stoisz w bezruchu, nasłuchując i zastanawiasz się, co było w szufladzie i dlaczego w innych szafkach ich nie było. Robisz krok i po omacku natrafiasz na pstryczek.

Na pewno chcesz zapalić światło?

Naciskasz. Błysk Cię oślepia. Przed sobą widzisz korytarz, który zdaje się ciągnąc w nieskończoność. Wszędzie dookoła widzisz szafki groteskowo stojące na podłodze, ścianach i suficie, są ich miliony. Żadna nie ma szuflady.

Odwracasz się.

Dobranoc

Dobranocka XII

Haillka.

Stoisz.

Widzisz przed sobą jedynie nieprzeniknioną ciemność. Słyszysz dobiegający z góry szum deszczu. Może jakiegoś dalekiego wodospadu? Kto wie, jak daleko od realnego świata się znajdujesz?

Grzmot i chwila oślepiającej jasności. Nie była to zwykła błyskawica. Zdawała się taka sztuczna, plastikowa, jakby była jedynie w Twojej wyobraźni. Jednak ból oczu był prawdziwy, podobnie jak chwilowe oślepienie.

Po sekundzie odzyskujesz zdolność widzenia, a przed sobą widzisz parę ognistych ślepiów. Z nozdrzy gadziego pyska wydobywa się gorące, parzące Twoją twarz, powietrze. Kły wielkości ludzkiej ręki szczerzą się tuż przed Twoimi oczyma. Słyszysz bulgotanie w wiecznie płonącym wnętrzu smoczych trzewi. Nie to Cię jednak zajmuje. Smok fosforyzujący nienaturalną bielą, stoi tuż przed Tobą, w idealnej ciemności, niczym ogromny posąg z kości słoniowej. Chociaż w Twoim lochu nie ma żadnego światła, widzisz, że stoi widoczny, jak za dnia, wyraźny.

Odsuwa od Ciebie pysk i przechodzi powoli dookoła Ciebie. Starasz się śledzić go wzrokiem, ale nie możesz się ruszyć. Dopiero teraz to zauważasz.

Paraliż ogarnął Twoje zawieszone w próżni, bezładne ciało. Smok obchodzi Cię, znika z pola widzenia. Czujesz jego gorący oddech na swoich plecach. W każdej chwili spodziewasz się śmierci. Czy nadejdzie? Słyszysz jak gad oddycha. Wpatrujesz się w ciemność, czekasz na śmierć.

Czy to będzie teraz?

A może teraz?

Każde uderzenie serca wydaje Ci się ostatnim. Organ w Twojej klatce bije coraz mocniej, do granic wytrzymałości, zaraz eksploduje. W tym bólu jest coś dziwnego, wydaje Ci się, że tętno powinno być bardzo szybkie, ale słyszysz powolne, chaotyczne uderzenia. Jakby czas zwolnił.

Słyszysz delikatny mruk za plecami…

Powoli modlisz się o szybką śmierć, poddajesz się. Ona jednak nie nadchodzi. Błagasz, ale dalej nic. Głośny świst, prawie huk dociera do Twych uszu i przez moment wydaje Ci się, że widzisz bestię nad swoją głową, jednak to tylko przewidzenia.

Zapada cisza.

Dociera do Ciebie szum wody przerywany powolnymi, mocnymi uderzeniami serca. Próbujesz oddychać, ale nie możesz. Smok materializuje się przed Tobą. Wiesz, że właśnie wylądował, Twoje oczy widziały, jak opadały jego skrzydła, jednak umysł niczego nie zarejestrował. Zdaje się, że gad jest szybszy od dźwięku, który za nim nie nadąża. Ogarnia Cię nowy wymiar niewypowiedzianej grozy.

Jest dwa metry przed Tobą, wyciąga swój pysk w Twoją stronę, wydaje krótki ryk i zmienia się w białą ciecz.

Rozpływa się jak mleko.

Nie rozumiesz tego, co widzisz. Ale pozostałości zdają się posiadać ten sam, niezależny od światła, kolor. Patrzysz na to chwilę i odruchowo odwracasz wzrok. To, co początkowo bierzesz za płyn jest milionem tłamszących się i wijących chaotycznie robali. Dopada Cię obrzydzenie, chcesz wymiotować, ale nadal nie możesz się ruszyć. Walczysz z falującym żołądkiem, wiesz, że jeśli zwymiotujesz udusisz się własnymi treściami żołądkowymi, które utknął w gardle i dotrą do płuc. Robale poruszają się jakby wolniej, i wolniej. Zdaje się, że giną albo schną, aż w końcu zamierają.

Cisza.

Jedno uderzenie Twojego serca budzi je z letargu i z jakiegoś nieznanego Ci powodu zaczynają się wić w Twoją stronę. Przyśpieszają, zachowują się jak jeden organizm, wszystkie ich ruchy zdają się zgrane i usystematyzowane, patrzysz na nie, gdy podchodzą do Twoich nagich stóp i wiją się między palcami. Zbiera Ci się na wymioty. Czujesz piekący ból w stopach, setki wijących się pasożytów wchodzących Ci pod skórę i zjadających Twoje ciało od środka. Wymiotujesz. Przez moment czujesz kwaśny smak. Starasz się wyrwać, uciec, a treść żołądkowa spływa i zalewa Twój układ oddechowy. Potworne, wijące się stado wchodzi coraz wyżej i wyżej. Czujesz, że to koniec, prawdziwy koniec.

Ból jest nie do zniesienia, śmierć jest coraz bliżej…

Dobranocka XI


Haillka, ciemności!
Leżysz na łóżku, patrzysz w sufit. Twój wzrok stara się przebić przez zasłonę cienia, jednak te próby nie przynoszą efektu. Czujesz, że coś patrzy. Przez szparę w szafie i szufladach, przez szybę w drzwiach, dziurkę od klucza.

Ilekroć gaśnie światło, czujesz palący wzrok. Gdziekolwiek się ruszysz, czymkolwiek się zasłonisz, idzie tam, gdzie Ty i nie spuszcza z Ciebie oka.

Prawdziwy Myśliwy.

Starasz się to dostrzec, starasz się bronić, ale… może to tylko paranoja? Może to nie istnieje, a już na pewno nie jest głodne Twojej duszy? Może to wszystko tylko sen? Szare światło wlewa się przez okno, a Ty wiercisz się i starasz zasnąć. Tylko ten palący, głodny wzrok. Nagle dostrzegasz za oknem jakiś cień.

Coś się poruszyło, wyraźnie.

Może to Myśliwy? Może właśnie rusza do ataku, może śmierć postanowiła wpaść, z zapowiedzianą przy urodzeniu, wizytą? Gwałtownie wstajesz i patrzysz w okno. Kręci Ci się w głowie. Widzisz swoje odbicie w szybie. Przez chwilę patrzysz w nie, ale dopiero po chwili dochodzi do Ciebie, że nie tak działa fizyka, przecież nie możesz widzieć swojego odbicia. Równolegle dochodzi do Ciebie, że twarz jest w negatywie.

Utkana z ciemności skóra, połyskujące czernią białka oczu, przeszywające śnieżnobiałe źrenice. Twoje alter ego, prywatna śmierć. Myśliwy, wreszcie się ukazał. Uśmiechnął się. Zamiast zębów miał kilkunastocentymetrowe, onyksowe kły.

Szybkim ruchem przepłynął przez szybę i rzucił Ci się w twarz. Zniknął.

Czy nadal się bawi? Czy to tylko sen, złudzenie?

Ogarnia Cię dziwne, jeszcze gorsze uczucie – nie czujesz wzroku. Otula Cię powolny, przejmujący chłód, już masz chować się pod kołdrą, gdy dostrzegasz stojący na ulicy samochód. Światła są włączone, silnik odpalony.

Czy na kogoś czeka? Może obserwuje? Kładziesz się, opatulasz, starasz się zasnąć, przewracasz się z boku na bok, byle doczekać świtu. Patrzysz na zegarek. Leżysz od zaledwie kilku minut, a minęło jakby kilka godzin. Zegar stoi. Wszystkie stoją. Czas stanął. Wiesz już, że to nie sen.

To jest prawda, prawdziwe piekło, które ma się nigdy nie skończyć. Nawet za miliard lat nie przeminie ułamek procenta czasu, który musisz przeczekać. Nigdy nie dotrwasz do ułamka procentu. On nigdy nie nadejdzie. Patrzysz przez okno i jednak coś się zmieniło, horyzont się przybliżył i z każdą chwilą staje się coraz bliższy. Co, jak już nadejdzie? Wizja unicestwienia wydaje się kusząca. Wszystko wydaje się bardziej kuszące od samotnej, zimnej wieczności. Kreska zbliża się powoli, i jakby dostojnie. Najpierw znika ten dziwny budynek w oddali, potem ulica, następnie kościół i ten samochód, który już nigdy nie pojedzie. Przynajmniej w Twoim świecie. W końcu nadeszła chwila końca koszmaru, horyzont był coraz bliżej. Zjadał Twoje ściany, podłogę, sufit, wreszcie łóżko.

Wolności, przybywam!

Lecz wolność nie nadchodzi. Za linią jest tylko nieprzenikniona ciemność, zimno i samotność.

Dobranoc, kolorowych snów.

I pamiętaj, nie szukaj Myśliwego,

Ty jesteś Myśliwym.

Dobranocka IX

Haillka, czy jest już ciemno?

Oczywiście, że jest…

Nieprzenikniony mrok przecina pionowa, niebieska linia. Wydaje się być na wyciągnięcie ręki, ale czy rzeczywiście ją widzisz? Czy jest ona tylko złudzeniem?

Idziesz w jej kierunku, czujesz w sobie determinację. Od razu wydaje Ci się, że to zły cel, ale jedyny jaki masz. Zresztą prawdopodobnie to tylko sen, co może Ci się stać?

Wyciągasz przed siebie ręce w nadziei na znalezienie złudnej kreski. Natrafiasz na coś. Cienkie jak nić, chłodne jak stal, zdaje się być wytrzymałe jak diament. Błękit jarzy się jasno, ale nie zostawia łuny. Jest widoczny w doskonałej ciemności, jednak nie oświetla Twoich dłoni. Mimo wszystko, Twoje palce zaciskają się. Ciągniesz.

Coś przed Tobą z łoskotem uderza o ziemię. Ciemność wciąż jest nieprzenikniona. Prawie na czworaka wymacujesz schody. Twarde, kamienne stopnie.

Pniesz się w górę, może do wyjścia? Może do jaźni? Może wreszcie odnajdziesz spokój?

Drewniana podłoga, którą wyczuwasz pod palcami kończy Twoją wspinaczkę. Prostujesz się. Brak światła uniemożliwia Ci identyfikację otoczenia.

Wtem słyszysz skrzek. Potworny. Otumaniający, dochodzący z dołu. Do tego uderzenia kilkunastu łap o ziemię. Czy to wataha potworów, czy jedno, zrodzone w sennym koszmarze szaleńca, monstrum? Wiedza to potęga, lecz są rzeczy, których lepiej nie znać.

Uciekasz na oślep. Dotykasz czegoś głową, w takim przestrachu, że aż padasz na ziemię. Intuicja podpowiada Ci, że tym razem może się udać. Może wreszcie dasz radę dobiec do świadomości, spokoju, uciec od obłędu.

Wydaje się, że to lina, sznurek, cokolwiek. Trochę mokra i lepka. Słyszysz odnóża wspinające się po schodach. Nie ma czasu na zastanowienie. Zawsze jest jakaś droga ucieczki.

Skaczesz i łapiesz jak najwyżej. Adrenalina dodaje Ci sił, chwytasz wyżej,ciągniesz, przekładasz rękę, pniesz się coraz wyżej.

Skrzek dochodzi z dołu, gdzieś pod Tobą coś wyje z głodu. Czujesz, że nigdy nikomu tak nie zależało na Twojej bliskości.

Wspinasz się coraz dalej, bez lęku, z pełną siłą. Wiesz, że musisz, choć palący ból w mięśniach wzmaga się z każdą chwilą.

Nagła zmiana atmosfery, ciepło i wilgotno. Dotykasz czegoś głową. Zaciskasz nogi wokół liny. Coś mokrego jest nad Tobą. Wyciągasz rękę w bok i czujesz coś gładkiego, przesuwasz dłonią wzdłuż przeszkody. Poukładane blisko siebie, ściśle przylegające trójkąty. Czy to zęby?

Starasz się opuścić, ale nogami trafiasz na przeszkodę. Stajesz na niej, kucasz i wyraźnie czujesz zaciśnięte kły.

Masz złe przeczucia.

Nagle czujesz uderzenie czegoś miękkiego i mokrego. Wiesz, że to był język bestii, w której paszczy się znajdujesz. Mięśnie wciągają Cię do przełyku. Otulają, co chwilę zaciskając się, łamiąc kości. Piszczel, przedramię. Krzyczysz, ale wiesz, że to nic nie da.

Czujesz pieczenie, wszędzie dookoła. Kwas zaczyna wyżerać Ci skórę, wypalać oczy. Szczęśliwie możesz złapać powietrze.

Ale czy naprawdę szczęśliwie?

Pamiętasz pierwszy dzień w przedszkolu, kiedy mama odebrała Cię stamtąd? Co się stało? Gdzie jesteś teraz? Te tortury potrwają jeszcze długo.

Czujesz swędzenie? To był tylko sen.

A może będzie?

Dobranoc, kolorowych snów.

Głównie tych z niebieską linią.

Dobranocka VIII

Haillka,

jest już ciemno. Leżysz pod ciepłą kołdrą, złudną ochroną przed dziećmi nocy? Czy czujesz ogarniającą Cię samotność?

Zamykasz oczy. Wpatrujesz się chwilę w ciemność, pod zamkniętymi powiekami dostrzegasz majaki. Kółka, kwadraty, linie o nieidentyfikowalnym kolorze, wciąż się zmieniają, pojawiają i znikają.

Światło.

Blask, który, możesz przysiąc, oślepia Cię, ale wydaje się mieć swoje źródło w Twoich oczach, umyśle, sercu lub duszy. A może we wszystkich naraz? Przedziwne wzory, które zdają się rzucać cień, układają się w ruiny miast, nieznane słowa złożone z dawnych, martwych języków.

Widzisz to, prawda? Nie otwieraj oczu. Nie podnoś się z łóżka, idąc na ślepo po ciemnym pokoju. Nie zapalaj światła, przysłaniając oczy. Nie patrz w lustro nad zlewem. Nie otwieraj oczu. Nie patrz, jak Twoje ciało zaczyna pękać. Nie dopatruj się w liniach wzoru, który właśnie Ci się ukazał. Nie przypatruj się, jak linie zaczynają się łączyć. Nie patrz na pękającą twarz i rozpadające się dłonie. Nie patrz…

Już za późno.

Następnym razem nie będziesz patrzeć.

Dobranoc

Dobranocka VII

Zamknij oczy.

Rozluźnij się.

Widzisz ciemność.

Czujesz czerń dookoła? Jej zapach i dotyk. Czujesz chłód cienia rozchodzący się w Twoich płucach?

Gdzie jesteś? Czy to sen? Jakaś opuszczona przez Boga dziura, którą odwiedzasz w koszmarach? Skądś dobiega światło. Lekko różowawy poblask zarysowuje przed Tobą niski, okrągły murek. Podchodzisz do niego i zaciskasz palce na źle dopasowanych kamieniach. Spoglądasz w dół, ale nie widzisz dna.

Opierasz się ciałem, ale kamienie przestają stawiać opór w połowie ud. Czujesz dyskomfort, wiesz, że na dole nikt by Cię nigdy nie odnalazł. W tej jamie, czy studni.

Z dziury dochodzi do Ciebie dźwięk. Brzmi jak szum, może szelest. Ledwo wyczuwalny, cichy, stonowany, lecz coraz głośniejszy. Starasz się dostrzec cokolwiek, ale zasłona ciemności zdaje się pozostawać nieprzenikniona.

Dźwięk przybiera na sile, coraz bardziej i bardziej. Zmienia się w piskliwy krzyk człowieka palonego żywcem albo obdzieranego ze skóry. Włosy stają Ci dęba. Zaciskasz mocniej palce na kamiennym murku, odsuwasz się od niego. Krzyk cichnie, ale z dziury dobiega sapanie.

– Skacz! – Odzywa się głos. Nie jakiś głos, ale Twój. Ten, który cały czas słyszysz w swojej głowie.

– Skacz! – Słyszysz znowu.

Wiesz, że to kłamstwo, kolejne oszustwo abisalnej otchłani Twojej duszy, strażnika Twojego prywatnego piekła.

– Proszę Cię, skacz! – wyje Twoja własna jaźń z odmętów samotności.

Nie skoczysz, wiesz, że nie możesz. To byłoby zbyt łatwe, to wszystko jedna wielka mistyfikacja.

Nagle czujesz ciepło na dłoni, jest kojące i miłe. Kojarzy się z rodzinnym domem, matczynym dotykiem, błogim spokojem. Rozluźniasz się, przychodzi ulga, a wraz z nią uspokajające światło. Jakby pomieszczenie oświetliło słońce, ciepłe, dobre. To koniec strachu.

Jedną rękę opierasz o niski, kamienny murek, a drugą trzymasz humanoidalne monstrum. Jego skóra jest mgłą, z której stara się coś wydrzeć, jakby tysiące ludzkich twarzy. Coś, co mogłoby być głową trupa wpatruje w Ciebie puste ślepia o jednolitym odcieniu żółtawej szarości. Po przezroczystych tkankach wiją się zielonkawe robale. Tasiemce, wije i nicienie oplatają się na nim tworząc coś w rodzaju szaty plugastwa.

Błyskawicznym ruchem potwór łapie Cię za rękę. Wargi rozchylają się ukazując zęby w kształcie igieł.

Już wiesz, że na wszystko jest za późno.

Ze studni dobiega do Ciebie Twój własny głos:

– Trzeba było skakać.

Dobranoc.

 

 

Grafika użyta dzięki współpracy z: http://krzysztofslachciak.myportfolio.com

Dobranocka VI

Zamknij oczy.

Rozluźnij się.

Widzisz ciemność.

Na granicy cienia i słabego światła dostrzegasz twarz młodej kobiety. Jest piękna. Tak ją widzisz.

Może to nie jest koszmar?

Chcesz podejść, przyjrzeć się, ale uświadamiasz sobie, że coś Cię ogranicza. Brzdęk łańcuchów i zaciskające się na dłoniach obręcze uświadamiają Ci, że nie możesz się ruszyć. Początkowo próbujesz się wyrwać, bezskutecznie, a dźwięk jedynie mąci groźną ciszę.

Zawieszasz wzrok na dziewczęcej twarzy. Teraz zdaje się Ciebie obserwować, choć wydaje Ci się niemożliwe, żeby się poruszyła. Może to złudzenie optyczne, czy wyobraźnia, ale uśmiech wykrzywia się w demonicznym grymasie. Czujesz, że drwi z Ciebie coś potwornego, coś co lubi się bawić zdobyczą. Zamyka Cię w swoim labiryncie i się pastwi. Wiesz, że nie masz szans, nie możesz się ruszyć, walczyć czy uciekać. Gdyby nie stalowe okowy, to i tak paraliżowałby Cię strach.

Wpatrujesz się w urodę tego, co maluje się przed Twoimi oczyma i dopiero po chwili spostrzegasz coś, co wcześniej nie przyszło Ci do głowy. To jednak tylko wyobraźnia. Twarz jest…

Twój obiekt obserwacji spada na ziemię w momencie, gdy w Twojej głowie padają te słowa szeptane przez Twoją podświadomość.

…martwa.

Odgłos uderzenia suchej gałęzi o kamień, rozchodzi się złowrogim echem. Głowa kobiety okazuje się drewnianą kulą, z niepokojącą twarzą wymalowaną na jej powierzchni. Wykonana z drewna czaszka toczy się w Twoją stronę aż zastyga w bezruchu, ukazując Ci swoje drugie oblicze. Kontury wyryte na powierzchni ostrym narzędziem przedstawiają wpatrujące się w Ciebie oczy i uśmiechnięte usta. Imitacja ludzkiego grymasu wyglądająca na wykonaną przez dziecko powoduje, że po plecach przechodzą Ci ciarki. Banalne wyobrażenie kogoś, kto wydaje się nie rozumieć ani mimiki, ani twarzy. Upośledzona kopia stworzona przez ograniczoną istotę.

Wtem słyszysz kroki. Nie takie zwyczajne, ale powłóczyste, jakby to, co nadchodziło ledwo mogło utrzymać się w pozycji pionowej. Jest po Twojej prawej stronie.

Odwracasz się i widzisz jedynie ciemność.

Słyszysz porażający, trupi skowyt.

Dobranoc.

 

 

 

Grafika użyta dzięki współpracy z: http://krzysztofslachciak.myportfolio.com

Dobranocka V

Zamknij oczy.

Rozluźnij się.

Widzisz ciemność.

Szara plama tuż przed Tobą układa się w ogromny głaz. Podchodzisz i widzisz chaotyczną linię pęknięć na jego powierzchni. Kiedy masz się odwrócić coś zwraca Twoją uwagę. Przypatrujesz się, a linie układają się w obraz. Dziwny, nie przypominający niczego, jednocześnie… Nie wiesz czy to wizualizacja snu czy jedynie Twoja wyobraźnia, ale obraz cały czas się zmienia.

Skąd to światło? Pojawia się pytanie w Twojej głowie.

Rozglądasz się, patrzysz w górę, ale kiedy tylko odwracasz wzrok dostrzegasz, że kamień się zmienia. Teraz przypomina wielkie, wpatrujące się w Ciebie, oko. Jasna tęczówka szarego kamienia otaczająca zacienioną źrenicę. Wzrok wydaje się pusty i martwy, przeszywający na wskroś, łamiący duszę. Czujesz jakby obserwowała Cię ciemność.

Starasz się sobie wmówić, że się nie boisz, ale ogarnia Cię strach. Rozglądasz się wypatrując źródła światła w nadziei na odnalezienie wyjścia, ale tam nic nie ma. Źródło zdaje się nie istnieć.

Spoglądasz znów na kamień. Dopiero teraz dostrzegasz w nim siebie. Czy to zawsze było Twoje odbicie? Kamienne lustro wyświetla Twoją twarz. Wpatrujesz się w swoje oczy poukładane z pęknięć. Widzisz jak Twoje źrenice poruszają się, kiedy patrzysz w innym kierunki. Nowe pęknięcia pojawiają się jakby tam zawsze były i znikają jakby nigdy nie istniały. Odwracasz się, a kamień natychmiast przeobraża się w zimne, martwe oko.

Oddychasz głęboko. Starasz się oswoić z sytuacją, odrzucić panikę, ale szpony niepokoju zdają się rozdzierać Twoje serce. Palący wzrok oka otchłani obserwujący każdy Twój ruch zdaje się tylko czekać na odpowiedni moment, żeby Cię pochłonąć.

Nagle dostrzegasz w lustrzanym kamieniu coś jeszcze. Szary kształt kryjący się w ciemności za Tobą. To sylwetka czegoś potwornego. Groteskowy cień odchodzący od tułowia zdaje się zbliżać do Ciebie. Rysa wydłuża się w twoim kierunku.

Nagle rwący ból rozchodzący się promieniście po Twoich plecach rzuca Cię na ziemię. Nie boli, dziwne. Odwracasz się, ale poza ciemnością nic tam nie ma. Kamień znów Cię obserwuje.

Zrywasz się i rzucasz za cieniem, którego nawet przez sekundę nie tknął Twój wzrok. Za kształtem widzianym jedynie w ruchomych pęknięciach przeklętego głazu rodem z koszmaru. Czujesz palące, kamienne spojrzenie na swoich plecach, ale je ignorujesz. Wystarcza kilkanaście kroków, żeby przed Tobą, z ciemności, wyłoniło się coś jeszcze.

Zwalniasz, idziesz powoli w kierunku szarego kształtu. Gdy jesteś przed nim stajesz w miejscu. Widzisz głaz z pęknięciami rysującymi się w Twoje odbicie.

Kiedy obserwujesz otchłań, ona zaczyna obserwować Ciebie. Ale skąd możesz wiedzieć co Cię śledzi kiedy Ty nie patrzysz?

Dobranoc.

 

 

 

Grafika użyta dzięki współpracy z: http://krzysztofslachciak.myportfolio.com