„Szepczący w ciemności” – recenzja filmu

Moja miłość do Howarda Phillipsa Lovecrafta zaczęła się paradoksalnie, bowiem nie była wywołana przez autora, a utwór Metalliki „The Call of Ktulu”. Pokochałem tę muzykę tak bardzo, że w końcu poprosiłem mamę o książkę „The Call of Cthulhu” (o gitarę w sumie też, ale ta kurzyła gdzieś w kącie). Muszę jednak przyznać, że po przeczytaniu pierwszego opowiadania wciągnąłem się w mitologię i magię tego pisarza. Lovecraft ze swoją niesamowitą, eteryczną pierwszoosobową narracją zapanował nad moim emocjami. Opisywał stwory śmieszne i absurdalne w taki sposób, że po lekturze człowiek bał się zgasić światło. Z czasem więc przeczytałem wszystkie opowiadania, przeszedłem grę, a nawet obejrzałem kilka filmów i na ten przykład: z nudnego „Cthulhu” podobał mi się wyłącznie tytuł, a pozostałe projekcje okazały się być jeszcze nudniejsze i niesamowicie tandetne. Ostatnio jednak w moje ręce wpadł „Whisperer in the Darkness” (reż. Sean Branney) z 2011 r. , pomyślałem – zobaczę, może w końcu nagrali coś naprawdę dobrego, coś godnego Lovecrafta.

Na początku mojej recenzji muszę Wam się do czegoś przyznać – nie lubię czarno-białych filmów. Do tego jednak postanowiłem się zmusić, pomyślałem, że może warto. Cóż… Nie pisałbym, gdybybyło inaczej.

Jak wiadomo Lovecraft żył na przełomie XIX i XX wieku, czyli w okresie przed wynalezieniem i popularyzowaniem telewizji, gdzie głównym środkiem medialnym były radio i prasa. Były to też czasy, w których ludzie korespondowali za pomocą tradycyjnych listów, a wszystko wydawało się bardziej tajemnicze i romantyczne niż dziś. Taki właśnie wizerunek świata postarali się oddać twórcy tego filmu. Dzieło jest przede wszystkim intensywne – nie jest to bynajmniej film, który możemy oglądać jednym okiem czy rozmawiać z kimś w trakcie. „Szepczący w ciemności” zmusza nas do maksymalnej koncentracji, a powinniśmy go oglądać samodzielnie, przy zgaszonym świetle i misce pełnej popcornu.

Film rozpoczyna się od przedstawienia nam postaci Alberta Wilmartha (Matt Foyer), naukowca specjalizującego się w amerykańskim folklorze i sceptyka do teorii obecności kosmitów na świecie. Jego zdanie zmieniają dowody otrzymane od Henry’ego Akeley’a (Barry Lynch) oraz zaproszenie do Vermont, aby mógł przekonać się na własne oczy. Albert postanawia przyjąć tę propozycję.

Tyle względem fabuły, jest jeszcze wiele rzeczy czysto technicznych, które sprawiały, że ten film stawał się lepszy. Szczerze podziwiałem dobrze dobranych aktorów, którzy idealnie wpasowali się w dobrane kreacje. Widać było też ogromną dozę przestrzeni, jaka została stworzona dając odtwórcom ról większe pole do popisu, a nam, widzom, możliwość docenienia kunsztu profesjonalistów. Akcenty z jakimi mówią były wyczuwalne i jakby bardziej czytelne niż w dzisiejszych hollywoodzkich produkcjach. Sama akcja staje się w pewnym momencie nudna, potem ożywa, jednak już nie jest tak porywająca, jak na początku. Efekty specjalne są… specyficzne. Jestem skłonny uwierzyć, że cięcia budżetowe zmuszają do wyszukiwania tańszych grafików czy zmniejszają możliwości, ale w niektórych momentach miałem wrażenie, że twórcy wręcz „chwalą się” efektami, rodem filmów z klasy Z. Dopiero później zrozumiałem, że był to celowy zabieg. Stało się wtedy dla mnie jasne, że jest to hołd skierowany do okresu życia i twórczości Lovecrafta

Moją uwagę zwróciły również ujęcia – wydają się być bardziej rozwinięte niż w nowoczesnych produkcjach. Pokazywane są detale, które zmuszają do ciągłej koncentracji, a czasem nawet ponownego obejrzenia danego fragmentu. Są to często drobiazgi, które możemy odkrywać wraz z głównym bohaterem, ale pozwalają cieszyć się akcją i doświadczać tego, co Branney chciał nam pokazać na podstawie Lovecrafta

Dla podsumowania napiszę, że większość filmów oceniam głównie przez pryzmat muzyki i historii, jaką chce opowiedzieć nam twórca. Jednak ten film wydaje się jaśniejszy i czytelniejszy niż większość oglądanych przeze mnie produkcji. Jest w pewnym stopniu hipnotyzujący, ponieważ został stworzony w nim klimat, który wessał mnie do środka i pozwalał docenić kunszt, z jakim go nakręcono. Dla mnie to miła odmiana na tle kolorowych, prostych obrazów pełnych biegania, głupich dowcipów i seksu. Polecam każdemu, kto ma dość oglądania podobnych do siebie hollywoodzkich dzieł i chciałby wreszcie obejrzeć coś nieco innego. Uważam, że jest to film, który każdy fan Lovecrafta powinien zobaczyć.

Tytuł: Szepczący w ciemności
Gatunek: horror, sci-fi, thriller
Produkcja: USA
Reżyseria: Sean Branney
Scenariusz: Sean Branney, Andrew Leman
Czas trwania: 105 min.
Premiera: 12 marca 2011 (świat)
Obsada: Matt Foyer, Barry Lynch, Matt Lagan, Daniel Kaemon
Ocena: 4,25/5

Carach Angren – Where The Corpses Sink Forever – recenzja/analiza (1/3)

Co powstanie kiedy spotka się trzech utalentowanych muzyków, fanów black metalu, muzyki klasycznej, fantastyki i opowieści o duchach? Carach Angren. Jeden z najbardziej poszkodowanych według mnie zespołów dzisiejszych czasów. Biorąc pod uwagę ich obecną liczbę fanów, sam dziwię się, że udało mi się odnaleźć taką perłę. Większość osób w Polsce nigdy prawdopodobnie nie słyszała o nim i nic w tym dziwnego. Ich fanpage na facebooku ma niecałe 32,000 fanów, na last.fm słuchaczy jest jeszcze mniej. Cóż, symfoniczny black metal nie cieszy się zbytnią popularnością, a ten gatunek mnie kojarzy się z dimmu borgir – którego osobiście nie znoszę.
Carach Angren został założony w 2003 roku w Holandii, jego nazwa pochodzi z „Władcy Pierścieni” i oznacza „Żelazne Szczęki” (jedna z bram Mordoru). Wbrew ideologii black metalu ich główną tematyką są opowieści o duchach. Wokalistą, gitarzystą i jednocześnie basistą jest Seregor. Namtar jest odpowiedzialny za perkusję, natomiast Ardek układa instrumenty symfoniczne (a trochę ich jest). Na koncertach pomaga im drugi gitarzysta o pseudonimie Valak. Na tegorocznej trasie, w niektórych miastach, był z nimi również skrzypek, którego personaliów niestety nie mogę ustalić.
Pierwsza wydana przez nich pełna płyta o tytule „Lammendam” (2008) przedstawia historię z holenderskiego lasu, o tożsamej nazwie, bazującej w głównej mierze na XVII wiecznej (o ile dobrze zrozumiałem z tekstu ich utworów, ciężko znaleźć coś po angielsku, a flamandzkiego nie znam) opowieść o białej damie. Krążek wypełnia atmosfera grozy, tajemniczości i strachu – kwintesencja Carach Angren. Kolejna „Death Came Through a Phantom Ship” (2010) opowiada o „Latającym Holendrze” (który można kojarzyć również z „Piratów z Karaibów”, jednak sama historia jest dość znana nawet w Polsce) legendarnym statku, którego kapitanem był Hendrik van der Decken. Statek zaginął, a według legend wyłania się z mgły w różnych częściach świata do dziś przerażając marynarzy. Muzyka idealnie pasuje do pirackich klimatów, gdy słyszy się „Van Der Decken’s Triumph” od pierwszych dźwięków wiadomo, że jest to o nich opowieść. Jest niezwykle klimatyczna, mroczna i pełna specyficznej atmosfery.
Tak zbliżam się do meritum swojej wypowiedzi czyli najnowszej płyty „Where The Corpses Sink Forever”. Pierwsze co słyszymy w intro („An Ominous Recording”) to deszcz, a po chwili lekko psychodeliczne klawisze, dźwięk przewijanej rolki starego kasetofonu i głos człowieka, który prowadzi „dźwiękowy pamiętnik”: „Niedziela, trzeci października, osiemnasta” ciężkie, dramatyczne, ale skromne westchnięcie „deszcz, dostałem rozkaz egzekucji siedmiu więźniów, związani, z zakrytymi oczami i skuci na polu” w tym momencie wchodzą poruszające skrzypce nieco podobne do tych ze ścieżki dźwiękowej „Władcy Pierścieni”. Szczęk przeładowanego pistoletu, odgłos upadającego na ziemię ciała, głośny strzał i dźwięk spłoszonych, odlatujących ptaków. Głos kontynuuje „Wydawało się, że moje kule nie mogły ich dosięgnąć. Zamiast tego siedem uśmiechniętych i siedem okropnych wizji wojny, jedna po drugiej, schwytała moją duszę”, kolejny huk wystrzału, a muzyka nasila się wprowadzając nas niezauważalnie w „Lingering In An Imprint Haunting”. Przez chwilę słychać samą muzykę symfoniczną: nerwowe, wysokie skrzypce z jednej strony, a z drugiej kolejne skrzypce wygrywające spokojną melodię, gdzieniegdzie włączają się klawisze. Niespodziewane wejście perkusji zsynchronizowane z black metalowym krzykiem „Kill!” i wejściem gitary urywa symfonię. Rozpoczyna się koszmar Wietnamu czyli „tam gdzie trupy wiecznie toną” – nie mogę poradzić sobie z logicznym tłumaczeniem. Na pierwszym planie wokal i blasty, na drugim instrument, którego nie potrafię na 100% zidentyfikować, grający spokojną, smutną melodią, na trzecim gitara, na czwartym Bóg jeden wie co, słuchałem tej płyty dziesiątki razy, każdy raz jest inny. Nagle wszystko zwalnia, w tle słychać tylko skrzypce i powolną perkusję, Seregor pokazuje swój kunszt wokalisty nie schodząc z dźwięku znajdującego się gdzieś pomiędzy screamem a growlem, a jednocześnie „spłaszczając” brzmienie głosu, wydaje się, że jest zmęczony i wyczerpany kiedy śpiewa „jest ciężko oddychać w tym cienkim płaszczu siarczanej mgły” i znów nabiera siły i mocy wraz z tekstem „zmieniając (czarując) mordujących żołnierzy w chore sylwetki”, a po tym wchodzi bardzo miły dla ucha, melodyjny riff, dla mnie nie wiedzieć czemu kojarzący się z „Ride the lightening”. Słyszymy przedsmak późniejszych chórków, a następnie lekkie natężenie, przejście i znów zaczyna się częsty w Carach Angren motyw, gdzie wokal z szybką perkusją są na pierwszym planie, na drugim kolejny nieznany mi instrument grający spokojną melodię, na trzecim gitara. Seregor śpiewa w bardzo szybkim tempie oddając jednocześnie uczucia wyimaginowanej postaci, której myśli/słowa/narrację słyszymy: „Cholera! Robi się coraz gorzej (trudniej). Ogień walki i fale bombardowań rozrywają ziemię, kości i ciała na strzępy. Biec żeby przeżyć, może ostatni szeregowy wciąż żyje. Nagle wszystko ustaje. Odwracam się i nie widzę żadnego przeciwnika. Nie ma nic za mną”. Z ostatnimi dwoma słowami na pierwszy plan wybijają się skrzypce grające w lekkiej harmonii z ukrytą gitarą. Wchodzi niezrozumiały męski a’la gregoriański chór, który teoretycznie śpiewa „nie mogę uwierzyć swoim oczom, nie mogę uwierzyć w to co widzę. Poza czasem, zamrożona sceneria, gdzie natura nadal trwa! Za wyjątkiem mnie!”, chociaż jeśli mam być szczery to ja nic takiego tam nie słyszę. Następnie rozbrzmiewa dość ładna, melodyjna i trochę smutna solówka w towarzystwie blastów. Po przejściu znów pojawia się riff dziwnie kojarzący mi się z Metallicą. Seregor śpiewa o tym jak krzycząc i szalejąc w dżungli odnajduje swojego znajomego z innego plutonu, który błaga bohatera utworu, żeby go zabić. Do tła parachóralnego instrumentu i melodyjnej gitary, kalkuluje użycie noża, gdy dopiero po chwili zdaje sobie sprawę z tego, że rozważa zamordowanie „niewinnego” człowieka na tej bezmyślnej, krwawej wojnie. Niski growl stworzył przejście i po krótkim spowolnieniu znów wszystko przyspiesza i pojawia się stały motyw, o którym pisałem w tym utworze dwa razy. Wokalista krzyczy: „Cholerne, pierdolone obrzydlistwa. On [znajomy z innego plutonu] został złapany przez wroga. Wyciągnięty i torturowany przez wiele dni, krzyczał do mnie swoje ostatnie słowa: „Ty skurwysynu, powinieneś być przerażony! Będę na ciebie czekać w tym piekle!” I chwilę przed tym zanim nadepnąłem na minę zadałem sobie pytanie: „Czy on mówił prawdę?”. Przedłużający się ryk Seregora ”nakrywa” przejście, które znowu sprowadza nas do paragregoriańskich chórów, które śpiewają: „Przelotnie zrozumiałem te wszystkie czasy kiedy byłem przeklęty . Jego żal trzyma mnie w piekle przez nieskończoność. Za każdym razem kiedy umieram on czeka na mnie. To moje przeznaczenie…”. Po tym do naszych uszu dociera spokojna, melodyjna, lekko melancholijna gitara i następuje chwila przerwy.
„Bitte Tötet Mich” w harmonii organów i perkusji przechodzi w kolejny kawałek „Where The Corpses Sink Forever”. Wchodzi gitara, która powoduje zagęszczenie atmosfery i wraz z seregorowym screamem następuje punkt kulminacyjny. Charakterystyczny riff wraz z blastami tworzy delikatne intro do rozpoczęcia zwrotki. Z „kolejną opowieścią o tragedii” milknie wszystko oprócz perkusji, gitary, pseudo-chórków i skrzypiec. Wszystkie instrumenty są w tle, a na pierwszy plan wybija się narracyjny głos Seregora. „Podjął decyzję, żeby skończyć swoje życie. Ten żołnierz żarliwie życzył sobie samobójstwa. Jego rozdarta przez koszmary wojny dusza. Raz niosąca śmierć, niedługo niemogąca unieść życia”. Chwila przerwy i wraca główny motyw utworu, który pojawiał się na początku. Charakterystyczny riff, blasty i organy w tle. „Pierwszego dnia żołnierz cicho się wycofał, by strzelić sobie w głowię niedaleko jednostki”. Wszystko milknie i słychać w tle tylko nerwowe skrzypce, rozbrzmiewa szept, który wraz z wejściem perkusji zmienia się w niski, męski głos, a następnie w seregorowy scream. „Słyszę kroki, ktoś się zbliża. Kurwa! Czy powinienem zostać? Zniknąć? To mój najlepszy przyjaciel. Ze wszystkich żołnierzy, on mi jest najbliższy. Szybko odłożyłem swojego Lugera. Myślałem, że to mój ostatni dzień, ale zawiodłem”. Wchodzi krótki refren „Bitte Tötet Mich” w towarzystwie gitary, basu i oczywiście blastów. Muzyka znowu narasta tylko po to, by chwilę później znowu zostać rozbrojona przez screaming, jednak wprowadza to w agresywną choć melancholijną atmosferę. Niespodziewanie, z rozpędu wchodzi kolejna linijka tekstu „Drugiego dnia, kiedy tylko otworzył oczy. Pochłonięty przez smutek pomyślał: Dziś jest dzień, w którym umrę. Odbiorę sobie życie liną, kulą lub nożem”. Niespodziewanie wszystko milknie i wchodzi wokal, który ma niezwykle depresyjne brzmienie, nadając temu kawałkowi więcej atmosfery „Tak przygnębiony, tak pusty”. Towarzyszy temu charakterystyczna wysoka gitara i powolna perkusja, idealnie wspierające narracyjny wokal. Pod wpływem perkusji atmosfera gęstnieje, a koszmarny tekst rozbrzmiewa dalej „Wałęsał się bez nadziei, poszukując śmierci. Jego dusza czuła się tak stara i zimna. Jedyna pozostała w nim żądza to tęsknota za śmiercią”. Gdzieniegdzie w tle słychać jakieś piszczące instrumenty, a wraz z zakończeniem kwestii pozostają tylko one by towarzyszyć upiornemu narratorowi, który wykrzykuje w nienawistnym krzyku kolejne linijki o koszmarach wojny. „Potykając się przemierzył stare gospodarstwo i wszedł do środka tej drewnianej chaty. Znalazł linę i siłę, żeby skoczyć i zawisnąć ze złamanym karkiem. A kiedy pętla się już zaciskała, otworzyły się drzwi. Został złapany przez farmera, który chwycił go za nogi i podniósł do góry. Żołnierz zaczął kopać i krzyczeć „Bękarcie! Daj mi zawisnąć i umrzeć!”. W międzyczasie pojawia się wiele instrumentów, w tym organy i skrzypce nadające tempa wypowiedziom. Następuje chwila przerwy, żeby wokalista dokończył tę krótką opowieść „W szarpaninie żołnierz oszalał. Kiedy lina pękła, wyciągnął nóż i pchnął dziewięć razy w brzuch, farmer był zadźgany”. Kawałek się rozkręca, o ile początkowo pojawiały się długie przerwy, teraz emocje w utworze biorą górę. Nie ma na nie czasu, wszystko wygląda tak jakby rozentuzjazmowany narrator chciał jak najszybciej skończyć potworną historię samobójczego żołnierza. Szybki refren „Bitte Tötet Mich”, przejście i kolejna część tekstu. Blasty i wzbudzający niepokój riff towarzyszy wokalowi nadając emocji. „Trzeciego dnia była strzelanina. Cholerny najazd mógł trwać aż do północy. Kolejna okazja dla naszego żołnierza łaknącego śmierci”. Chwila przerwy między linijkami, po czym kolejne wersy, którym towarzyszy główny motyw utworu. Charakterystyczny riff i blasty, którym od czasu do czasu towarzyszą organy. „Z otwartymi ramionami na linię ognia prosząc o śmierć. Ale wtedy zobaczył, swojego przyjaciela, który chciał znowu powstrzymać go przed samobójstwem, on umierał za jego samobójczą determinację”. Po czym dodaje: „Tu nadchodzi część, w której wkłada sobie Lugera w usta. Zostaje postrzelony od tyłu dwukrotnie w kręgosłup i rozwala sobie pół twarzy, po czym pada na ziemię. Nie martwy, jednak kompletnie kurwa sparaliżowany, trzymany przy życiu w piekle przez dwa lata, zanim wreszcie umiera”.